czwartek, 28 września 2017

3 i pół godziny - więcej albo mniej, a potem rozstajemy się ;-)

Jak już pojawiło się we wpisach na fanpage'u - u mnie nastrój typowo przedmaratoński, a właściwie bardziej międzymaratoński, bo między maratonem w Warszawie a maratonem w Poznaniu. Rzecz jasna, że nie biegłam w Warszawie, ale po transmisji na żywo jakoś bardzo wczułam się w atmosferę. A pech chciał, że zamiast skupić się na ostatnich treningach utrzymujących formę, siedzę w domu, śledzę różne posty po- i przedmaratońskie, no i myślę. Na razie sny o zawodach się skończyły, ale dużo rzeczy siedzi w głowie. 



Może zresztą to nie pech, tylko reakcja organizmu? Podobno dużo osób choruje kilka tygodni przed maratonem. Organizm nie wytrzymuje intensywnych treningów, do tego ta pogoda... A poza tym, jakiś czas temu narzekałam, że nie wiem, jak trenować, żeby nie zepsuć tego, co wypracowałam przez ostatnie tygodnie. No, ale rok temu po połówce przed maratonem w Krakowie też tak miałam - półmaraton wyszedł idealnie zgodnie z planem, więc zapowiadało się równie dobrze w maratonie. Tymczasem... wiadomo, jak było.

A tym razem... na szczęście, jest zupełnie inaczej. ;-) Chyba czasem jestem trochę przesądna. Skoro w przygotowaniach do mojego trzeciego maratonu wszystko było idealnie, a start okazał się dla mnie wielką klapą, to jak próba generalna w teatrze, która zwiastuje nieudaną premierę. To może lepiej, że teraz jest trochę problemów, jak np. przed maratonem dwa lata temu, kiedy skręciłam kostkę i nie trenowałam przez miesiąc. Tyle, że wtedy ogólnie się trochę lepiej czułam i mogłam ćwiczyć cokolwiek innego.



Inna sprawa jest taka, że po obejrzeniu transmisji i przeczytaniu paru relacji odkryłam (tak, dopiero teraz), że ta moja "klapa" w Krakowie, to nie była taka totalna masakra, skoro pobiegłam wolniej o 10 minut, a czołówce zdarza się brakować do planowanego wyniku 5 minut, a jak coś się posypie, to dużo więcej. No więc ani wtedy, ani teraz nie powinnam się tym przejmować.

Ale... cel od początku przygotowań był jeden - 3 godziny 30 minut. O sekundy nie chodzi. Tym razem nie muszę niczego łamać - może być 3.29, a może być 3.30.15 albo nawet 3.31. Tylko tym razem bez umierania... Pod tym względem najlepiej przeżyłam pierwszy maraton, bo biegłam niepewnie, asekuracyjnie i prawdopodobnie wolniej niż byłam w stanie. Ściana po 34. kilometrze informowała tylko o tym, że pobiłam rekord przebiegniętych jednorazowo kilometrów. Również Poznań dwa lata temu przeżyłam dość bezboleśnie, bo kryzys, chociaż nie zniknął, jak ten w Warszawie, pojawił się dopiero na 35. kilometrze. A w Krakowie czułam się źle już od 25. kilometra. Dlatego ten bieg wspominam jako umieranie.

Teraz więc nastawiam się na to, że może być ciężko, ale mam nadzieję, że dopiero długo po 30. kilometrze i że będzie lepiej niż w Krakowie, bo to Poznań, bo szykują się strefy kibiców i dlatego wszystkich moich znajomych, którzy proponują wspieranie i kibicowanie, zachęcam, żeby pojawili się raczej po 35. kilometrze, a od tego momentu to już najlepiej o częstotliwości co kilometr. :-) 

Dwa lata temu strefy kibiców (większe czy mniejsze) odmierzały i skracały mi trasę, dlatego zmotywowana ciągnęłam do 32. kilometra. Gorzej, że potem znajomi mieli pojawić się dopiero na mecie. Było ciężko. Okazuje się, że nie tylko ja oczekuję takiej "minimety" na 34-35. kilometrze, tylko trochę z innego powodu. Ja wolę czekać na kibiców niż szukać ściany. Ale jak napisał zdobywca 7. miejsca w Maratonie Warszawskim: po 35. kilometrze trzeba sprawdzić, czy wszystko dobrze działa i jeśli działa, to można przyspieszyć, a jeśli nie działa, to też trzeba przyspieszyć, żeby się nie okazało, że się zwalnia... ;-)



Podczas pierwszego maratonu miałam czas na punktach żywieniowych, żeby dolewać wodę do bidonu i odbierać telefony, ale teraz nie zapowiada się tak dobrze. ;-) Mam nadzieję, że tak nie będzie, ponieważ pobiegnę dużo szybciej niż w Warszawie i zakończę zgodnie z planem. Inny biegacz z polskiej czołówki przedstawił przykład jakby o mnie: Jak zaplanowałeś pobiec 3.30, to nie myśl, może jednak 3.40, bo wtedy to się nie uda. No to nie myślę. Zgadzam się na wynik 3 godziny 31 minut, ale na 3 godziny 40 minut już nie. ;-)

A potem koniec. Maraton to nie jest mój ulubiony dystans, jak wcześniej myślałam. Przynajmniej odkąd muszę biegać go szybciej ;-) Można by biegać tyle fajnych rzeczy, gdyby nie ten maraton... Mam już parę pomysłów, ale wszystko na "po maratonie". Poza tym boję się, że jakkolwiek ten maraton wyjdzie, to tak mnie zmasakruje, że nie będę w stanie szybko biegać przez najbliższy miesiąc. Trudno. Tej jesieni to główne zawody, ale treningi dały mi w kość i pokazały, że start łatwy nie będzie. Zatem szybkie bieganie w przyszłym roku. I wtedy jak bohater reklamy: "Wszystko zrobię inaczej. No, prawie"... ;-)

niedziela, 17 września 2017

Łamanie nie zawsze się udaje, czyli kolejny dowód na to, że Fraszka biega szybciej ode mnie ;-)

Dzisiaj kolejne podejście albo raczej próba szybkiego biegania czy też inaczej: ostatnia zabawa przed maratonem. ;-) Kto mnie zna, ten wie lub domyśla się, o co chodzi. W razie czego wyjaśniam: dzisiaj było ostatnie ściganie na Parkrunie, tzn. ostatnie przed maratonem. Wcześniej planowałam takie trzy dni, kiedy mogę szybciej pobiec. Dzisiaj był ten drugi, a trzeciego nie będzie, bo nie wiem, czy w ogóle wtedy zjawię się na Cytadeli, a jeśli tak, to już nie planuję szybkiego biegania. 



Dziś od rana zimno, więc idealna pogoda dla biegaczy - dwunożnych i czworonożnych, bo Fraszka też szalała. Niestety postanowiłam, że drugie podejście wykonam sama. Wyniki z nią i bez niej były bardzo rozbieżne: 20.02 oraz 20.35. Rozbieżności wynikały też z daty, kiedy te rekordy zostały ustanowione. Dwa tygodnie temu gładko poszło nam poniżej 20 minut, no ale od 20.02 to niewiele brakowało. Dzisiaj postawiłam sobie bardziej wymagające wyzwanie, bo musiałabym się poprawić o dużo więcej, chcąc pobiec 19.XX. Wyzwanie jeszcze większe, bo na Cytadeli sama najszybciej pobiegłam 20.38, czyli trzeba byłoby pobiec lepiej o jakieś 40 sekund! W Swarzędzu na dystansie półmaratonu poprawiłam się o 56 sekund. A teraz dystans dużo krótszy, a do poprawy... znacząca liczba sekund. ;-) 



Nastawiłam się jednak bojowo, jak to mnie się rzadko zdarza, ale na piątkę jednak czasami, i wystartowałam z pierwszej linii. Zbieg i podbieg, tempo 3.54 spadło do 4.00 i... już mi się odechciało... Oczywiście się nie poddałam, tylko w myślach nakrzyczałam na siebie, że znowu zbyt słabo się rozgrzałam i dlatego nie mogę wejść od razu w tempo. Biegłam dalej.




Koniec pierwszego kilometra z górki, więc przyspieszyłam i ostatecznie 3.57. Dalej też nie weszłam w tempo, które spadło do 4.27. Pomyślałam, że to żart, który robi mi Garmin zawsze w tym miejscu, więc poleciałam dalej. No i rzeczywiście bez dalszych dowcipów, pobiegłam ten kilometr w 4.10, chociaż coś mi się przywidziało, że to było 4.00. :-) Średnie tempo mi jakoś nie pasowało, ale łudząc się, że to prawda, zmotywowałam się do dalszego szybkiego biegu. Tym razem rzeczywiście tak było, bo Garmin zmierzył 4.02.



Zatem jak zwykle pozostało utrzymać to przy czołgach - udało się 4.08, a potem pocisnąć końcówkę. Przestałam w końcu patrzeć na tempo i spojrzałam na czas. To było jakoś przed ostatnim zakrętem - 18.41. Wydawało mi się, że ponad minutę, to dużo. Przyspieszyłam i ten kilometr pobiegłam w tempie 3.58... co nic nie dało, bo na mecie okazało się, że było już powyżej 20 minut, tzn. 20 minut i 1 sekunda. :-) 



Oficjalnie 20 minut złamane dwa tygodnie temu, więc dzisiaj nie trzeba nic łamać. Cieszę się, że sama też potrafię tak szybko biegać. Myślę już trochę o tym, jak miło będzie pościgać się po maratonie. Tymczasem wydaje mi się, że z Fraszką dzisiaj mogło być jakieś 19.30. ;-)

wtorek, 12 września 2017

Pod górkę, w deszczu i pod wiatr, a jednak jest życiówka na 2. Półmaratonie w Swarzędzu

Od pewnego czasu zaczął mi się już śnić maraton. Tzn. takie pomieszanie maratonu z półmaratonem i innymi startami. W tych snach generalnie to same tragedie: buty się rozpadają, Garmin nie działa, a ja spóźniam się na start, bo nie zdążam oddać rzeczy do depozytu. ;-)

W takiej atmosferze przyszła pora na - drugi po dyszce w Murowanej Goślinie - sprawdzian przed maratonem. Połówka jako test to niby takie normalne, ale ja od paru lat półmaraton biegam tylko na wiosnę. Do tego jedynie w Poznaniu. Dlatego nie mogłam się jakoś odpowiednio nastawić. Poza tym przed poznańską połówką trenowałam tylko i wyłącznie pod ten dystans. Teraz koncentruję się przede wszystkim na maratonie, a że przypadkiem wpada też rekord na 5 km, to w porządku. Ale piątka jest krótka, więc żaden problem. Co innego półmaraton. Skoro nie trenuję biegów w tempie półmaratońskim, to nie wiem nawet, jakie ono obecnie jest. W Murowanej biegłam średnio po 4.20 na kilometr, a teraz miałam przyjąć, że dam radę pobiec 21 km po 4.25 żeby poprawić rekord z Poznania?

Oczywiście, że tak przyjęłam. :-) A to m.in. dlatego, że w ostatnich dniach pogoda zaczęła bardziej sprzyjać - przynajmniej mnie - tętno było niższe, a mnie się lepiej biegało. Niestety w tym tygodniu - też w związku z tą pogodą - pojawiły się problemy ze zdrowiem. Nie jakieś ciężkie, ale stan przeziębieniowy trwał właściwie cały czas. Może trzeba było sobie odpuścić jeden trening albo np. nie pobiec w sobotę na Cytadeli, ale ponieważ swarzędzki półmaraton nie był startem docelowym, uznałam, że nie muszę być tak bardzo wypoczęta. Poskutkowało to jednak tym, że dzisiaj obudziłam się bardzo zmęczona. Ponadto od wczoraj bolały mnie plecy. Dlatego dzień zaczęłam od rozciągania i rolowania. Dopiero potem było lekkie śniadanie. A kiedy nadal lekko zaspana zaczęłam zbierać się do wyjścia, pomyślałam, że - inaczej niż zwykle - wypiję jeszcze kawę. Nie wiem, czy kawa czy może jeszcze zdjęcia z wczorajszego Parkrunu, które przy okazji obejrzałam, ale coś z tych rzeczy sprawiło, że dużo lepiej mi się wychodziło z domu. Poza tym w odpowiedzi na sen o butach, wyjęłam moje stare, "lekko" już podziurawione Asicsy. Od paru miesięcy biegam już w nowszym modelu i wydawało się, że dawno je już rozbiegałam, a jednak na Murowanej na końcu mnie cisnęły. Tam była dycha, więc pomyślałam, że lepiej nie ryzykować na dystansie dwa razy dłuższym. Od razu po założeniu tych starych poczułam się lepiej. Raz, że bardziej rozbiegane, a dwa, że wydaje mi się, że ten starszy model był rzeczywiście szerzy. Wszystko wskazuje na to, że również te stare doczekają się maratonu. ;-)

Tymczasem czekała mnie połówka. Po wyjściu z domu jeszcze jedna rzecz poprawiła mi humor - padający deszcz. :-) Teraz przeklinajcie mnie wszyscy, którzy lubicie biegać, jak jest ciepło i słonecznie. ;-) Otóż ja nie lubię. :-) Motywacja i nastrój były więc coraz lepsze, co utrzymało się po dojeździe na miejsce i spotkaniu ze znajomymi biegaczami. Odebrałam pakiet, w którym nie było nic poza informatorem, numerem startowym i puszką piwa bezalkoholowego, i poszłam przygotować się do startu. Przy okazji odkryłam, że znów na biegu pojawiły się "Polskie Kenijki", których jeszcze kilka dni temu nie było na listach startowych. No cóż, nagrody finansowe przyciągają. Ja też, chociaż ostatnio wspominałam, że puchary już tak nie cieszą, myślałam o możliwości załapania się na podium, ponieważ... za półmaraton pucharu jeszcze nie mam. ;-) 

Rozgrzewka pokazała, że plecy nie przeszkadzają w biegu. Nie mogę tylko się za bardzo skręcać, a to dobrze, bo mam taką niedobrą tendencję, którą może dzięki temu uda się wyeliminować. W drodze na start powtarzałam sobie, że nie mogę pozwolić na zbyt luźne podejście, tzn. ponownie bez nastawienia na konkretny wynik, lecz muszę postawić sobie jasny cel. Oczywiście w głowie odzywał się drugi głos, który mówił, że to sprawdzian, więc nie trzeba biec na maksa i poprawiać życiówki. A dlaczego nie poprawić? Skoro pogoda taka idealna? ;-)

Wypowiedziałam głośno cel - poniżej 1 godz 35 min, więc poczułam się zobowiązana, żeby go zrealizować. Na szczęście znajomi, którzy o tym usłyszeli, odpowiedzieli bardzo pozytywnie, że dam radę. Przy okazji dodali parę informacji na temat trasy, która miała być płaska i generalnie bardzo przyjemna. A jak było naprawdę...


Zaczęło się oczywiście tak przyjemnie, bo co to za tempo 4.25 przez parę kilometrów. Nogi poniosły mnie więc znacznie szybciej. A i tak usłyszałam za sobą: "Gonię cię Aguś", a po chwili już przed sobą, więc zostałam wyprzedzona, chociaż biegłam szybciej niż zamierzałam. Trzeba było się stopować, bo chociaż bal już trwał, zabawa miała się dopiero zacząć... przypuszczałam, że tak około 15. kilometra. A na początku podbiegi. Jeden.... dwa... tempo trochę spada, ale nadrabiam z górki - jest dobrze. Bardzo dobrze. Za dobrze. Trzeba zwolnić.



Fotograf na 5. kilometrze - chyba jeszcze wyglądałam też dobrze. ;-) Trzeci podbieg - nie pamiętam, żeby był w planach, ale spoko. Byle do połowy. Potem przecież obiecali, że z górki będzie. ;-)




Sprawdzałam tempo, żeby za bardzo sobie nie pofolgować podczas zwalniania i wtedy jeden z biegaczy zagadnął mnie o to. Tak sobie wbijałam do głowy to 4.25, że zamiast odpowiedzieć, jakim tempem biegniemy, powiedziałam właśnie: "4,25". Wymieniliśmy jeszcze parę słów na temat celów. Powiedział, że w Poznaniu pobiegł nieco ponad 1 godz 36 minut i chciałby teraz lepiej. Odparłam, że ja podobnie na jakąś godzinę 35 minut. Stwierdził, że będzie obserwował. Biegł chwilę przede mną, a potem puścił mnie przodem.



Cały czas nie zapowiadało się na tę część z górki, bo potem wbiegliśmy na odcinek przy trasie szybkiego ruchu, gdzie podobno było minimalnie - ale niezmiennie - pod górę. Do tego asfalt, który kleił się do butów i nijak nie mogłam utrzymać planowanego tempa. Chwilę biegłam z innym biegaczem, który w końcu nie wytrzymał i zapytał, czy biegnę na jakiś konkretny czas. Powiedziałam, że na 1 godz 35 minut, a on na to, że za szybko. Wiadomo, że za szybko. Ale wiadomo też było, że potem zwolnię. Tzn. ja wiedziałam. ;-) Dodał coś jeszcze, że mam płytki oddech i że mam głębiej oddychać, to szybciej nabiorę sił. Rzeczywiście pomogło, ale na chwilę, bo chyba jednak nie umiem tak oddychać. Powiedział, że on biegnie treningowo do 14. kilometra, a potem zobaczy. Nie wytrzymał jednak ze mną (pewnie to sapanie mu przeszkadzało), bo przyspieszył, chociaż to był dopiero 9. kilometr. 

Nieprzyjemny odcinek wreszcie się skończył. Na 10. kilometrze: żel, wodopój, kolejne spotkanie z fotografem i dogonienie jednej z moich młodszych rywalek, czyli same miłe rzeczy. To wyprzedzenie okazało się jednak tylko chwilowe. Chyba większość osób zaplanowała sobie przyspieszanie po połowie, bo dużo osób zaczęło mnie wtedy mijać. Myślałam, że się ogarnę po tym człapaniu, a tymczasem było jeszcze gorzej, ponieważ wybiegliśmy ze Swarzędza i kontynuowaliśmy wśród wiejskich pól Paczkowa. Pamiętam, że rozmawiałam z kolegą o tym, że będzie wiało, ale nie przejęłam się tym. Dużo osób narzekało na wiatr w Poznaniu na Hetmańskiej, a ja nawet nie zwróciłam na niego uwagi. Już zapomniałam o takich polnych półmaratonach, jak na przykład Szamotuły. Ucieszyłam się na widok znaku: Teren zabudowany, bo pomyślałam, ze pola się skończą. Przecież kiedyś muszą! Chyba powinniśmy już biec w stronę mety. Tymczasem kolejne oznaczenie: Koniec terenu zabudowanego i dalej pola urokliwych miejscowości, takich jak Łowęcin i Sarbinowo. Nie dość, że wiatr, to jeszcze pod górę. A już miało być z górki! A ten kolega mówił, że w którąś stronę będziemy mieli wiatr w plecy... Walczyłam i się męczyłam, ale na szczęście dzięki temu kilometry mijały subiektywnie szybko. Podobnie jak spadało tempo...

Wyraźnie słabłam, więc w głowie znowu zaczęły pojawiać się myśli, że to sprawdzian i nie muszę pobijać rekordu, że nie dzisiaj, nie na tej trasie, że zrobię to sobie spokojnie na wiosnę w Poznaniu. 15. kilometr i wodopój - wypiłam trzy łyki wody i trochę mi się poprawiło. Na ostatnie cztery kilometry miałam przygotowany żel z kofeiną, tylko że nie sprawdziłam wcześniej, czy tam gdzieś jeszcze będzie punkt odżywczy, żebym mogła go popić. Oczywiście do mety już nic nie było. Biegłam więc, tradycyjnie korzystając z zapasu sekund, który się kurczył, ale zaplanowałam z nadwyżką. Poza tym odkąd biegam z nowym zegarkiem, jest niewielka różnica między Garminem a oznaczeniami na trasie, więc cały czas była szansa na życiówkę, a nawet na bieg poniżej 1 godz 35 minut. Wreszcie upragniony znak: Swarzędz i teren zabudowany. Hurra! W końcu koniec dzikich pól. Dwa kilometry przed metą wiedziałam już dokładnie, że tylko jakaś nieoczekiwana tragedia pozbawi mnie PB. Kilka kobiet natomiast pozbawiło mnie wyróżnienia w kategorii wiekowej. Oprócz nich wyprzedził mnie też ten biegacz, który jak ja poprawiał wynik z Poznania.

Minęło 21 kilometrów. Kawałek przed metą zobaczyłam dopingującą Anię, więc zmusiłam się do przyspieszenia. Wreszcie to obiecane "z górki". ;-) Na zegarze widać było 1:34:XX i wbiegłam już powyżej 1:35, ale to brutto, a przecież nie startowałam z pierwszej linii, więc netto 1 godz 34 minuty i 56 sekund. Poniżej 1 godziny i 35 minut. Wynik z Poznania poprawiony o 56 sekund. Test zaliczony i to lepiej niż dycha w Murowanej Goślinie, bo dzisiaj przebiegłam 10 km - mając przed sobą jeszcze drugie tyle - w takim czasie, jak ukończyłam na tamtych zawodach. 



I tak jak to zwykle u mnie bywa - zadowolona jestem albo z czasu, albo z miejsca, rzadko kiedy z jednego i drugiego. No więc dzisiaj rekord, więc dobrze, a miejsce K Open: 16, K-30: 10, więc ekstremalnie słabo... Cóż... jak to mówią, wszyscy się poprawiają i coraz szybciej biegają. Widocznie ja muszę jeszcze bardziej.

sobota, 2 września 2017

Jak złamać 20 minut na 5 km bez ćwiczenia interwałów?

Tytuł kontrowersyjny i oczywiście miał taki być. ;-) Na początku krótka historia tego "łamania", a także  planów i przygotowań.

Cały sierpień grzecznie biegałam Parkrun na Cytadeli, żeby znów przypomnieć sobie trasę i móc biegać z zamkniętymi oczami. Dwa razy wzięłam udział z Fraszką i dwa razy sama. Zawiesiłam także turystykę parkrunową, byle tylko pojawić się na Cytadeli. Powiedziałam nawet tu i ówdzie, że zamierzam "trzaskać Cytadelę" dopóki, dopóty nie złamię 20 minut - sama albo z Fraszką - w zależności od okoliczności. Z psem biegałam, kiedy planowałam się ścigać. Sama bardziej kombinowałam - ćwiczyłam równe tempo albo bnp. W sierpniu było jeszcze trochę za ciepło, a moja forma za słaba. Biegałam jednak i analizowałam - to, o czym pisałam po dyszce w Murowanej, czyli jakie powinno być tempo - konkretne tempo.

(Zdjęcia z poprzednich Parkunów)


Dużo oczekiwałam po wrześniu - o tym pisałam w jednym z poprzednich wpisów, chociaż nie wprost - że jest parę takich sobót, kiedy mogę powalczyć o wynik i to może być również ta sobota. 

Od rana zapowiadało dobrze. Jeszcze kilka dni temu rozważałam, czy zabrać Fraszkę czy wystartować sama, ale prognozy przepowiadające dość niską temperaturę, a nawet deszcz przeważyły. A dziś jeszcze jedno: szalona Fraszka biegająca przed domem i myśl na jej widok: "Będzie rekord". :-)

Potem przyjazd na Cytadelę i ponowne ożywienie Fraszki w reakcji na to miejsce - podekscytowanie przed bieganiem. Do mnie dopiero wtedy dotarło, że rzeczywiście zaplanowałam ostre ściganie (głównie sama ze sobą). W ostatnich dniach pochłonęły mnie zupełnie inne sprawy. I może to dobrze, bo nie myślałam. Ba, nawet nie biegałam. Czułam więc trochę głód biegania (w przeciwności do głodu jedzenia, bo ledwie wmusiłam w siebie połowę zaplanowanego śniadania). 

Po wdrapaniu na górę tradycyjne powitania, chociaż dzisiaj trochę mniej, bo przynajmniej kilkanaście osób wybrało się na inaugurację Parkrunu w Dąbrówce. A ja na przekór chyba, zaplanowałam rekord właśnie na dziś. Tak jak kiedyś, gdy większość ścigała się na Maniackiej, ja ustanawiałam nowe PB na Cytadeli. Szkoda tylko, że również fotograf wybrał wycieczkę zamiast Parkrun Poznań.

Po rozgrzewce, podczas której nawet przez kilkadziesiąt sekund popadał deszcz, przyszła pora udać się na start. Zobaczyłam znajomego szybkobiegacza i spontanicznie, bez zastanowienia zapytałam, czy pociągnie nas (mnie i Fraszkę) na 20 minut. Zgodził się od razu, ale często tak odpowiada, więc do końca nie byłam pewna. Nie pamiętałam wtedy także, że kiedyś mnie prowadził na 22 minuty i wyszło jakieś 22.20. ;-) Powiedziałam, że musimy z Fraszką zostać "w kącie" na czas odprawy, więc poszedł ustawić się na starcie. Nie wiedziałam jednak, czy potem nas znajdzie.

Znalazł i na początku sapał za nami, bo Fraszka oczywiście pognała. Uruchomiłam za wcześnie stoper i zegarek pokazywał bardzo wolne tempo jak na nas, bo około 3.57. Nie wiem, jakie było w rzeczywistości, ale wszyscy mówili, że pognałyśmy, więc pewnie jak zwykle. Chociaż może nie... Nie czułam się tak bardzo zmęczona, a może psychika działała. Działała też w drugą stronę - skoro ten pierwszy kilometr był taki wolny, to nie mamy zapasu, jeśli zwolnimy za bardzo na drugim... 
Nasz zajączek wysunął się na prowadzenie, więc można było obserwować, czy biegniemy w dobrym tempie. Ja zresztą też co jakiś czas sprawdzałam i średnie tempo oscylowało w granicach 4.01. Biegając wiele razy Parkrun w Poznaniu (do dzisiaj 90 razy), wiedziałam, że aby dobiec po 20 minutach wystarczy średnie tempo 4.05, było więc dobrze. Zwłaszcza że na tym drugim kilometrze tempo pozostawało w tych granicach. Drugi i czwarty kilometr zwykle były dla mnie najwolniejsze, więc powinnam rozpędzić się na trzecim. Tak też zrobiłam, przyspieszając aż do 4.02. Różnice były więc niewielkie. Bałam się czwartego kilometra, ale zaczął się dobrze. Paradoksalnie nie zwalniam na podbiegu przy czołgach, tylko zaraz po nim. Tak też stało się tym razem, ale tylko do 4.09. Zając był wciąż na wyciągnięcie ręki, a zegarek także pokazywał, że jeśli przypomnę sobie finisze ćwiczone nie gdzie indziej tylko właśnie na Cytadeli - na Parkrunie i podczas CBN, to naprawdę mi się uda. Bo jeśli nie dzisiaj, to kiedy znowu? Nie byłam tak bardzo zmęczona - nie, to nie był tzw. "bieg do porzygu", raczej byłam czujna, skoncentowana, ale nie: tempo, tętno... tempo, Fraszka, czyli pilnowanie momentów i biegnięcie w taki sposób, żeby bez "tańczenia" mogła się napić. Dzięki temu biegła ładnie z przodu. Chociaż była też chwila grozy, kiedy szarpnęła na bok do jakiegoś psa. Na szczęście szybko się ogarnęła. Jeśli chodzi o tętno, to było niższe niż tydzień temu. Widocznie temperatura robi swoje. Nie chodziło więc tyle o zmęczenie, co ten stres - czy się uda. Nie chciałam ponownie tego przerabiać... już niedługo. ;-)


Wreszcie ostatni kilometr. Przyśpieszam nieświadomie. Albo już z przyzwyczajenia. A może dlatego, że zając przyspiesza. Szutr i zakręty. Jeszcze kilkaset metrów. Sprawdzam tempo: poniżej 4.00 - jest dobrze. Myślę jak bardzo już mi się nie chce i w tych myślach mówię do Fraszki (na głos oczywiście nie mam siły), żeby ciągnęła. Ostatnia prosta. Zając wyrywa do przodu. Nie ma dzisiaj zegara, więc nie widzę, ile sekund brakuje. Psy na mecie zaczynają strasznie ujadać (podobno słychać je było przy czołgach i niektórzy myśleli, że to Fraszka już na mecie), więc Fraszka przyspiesza. Doganiamy zająca. Ja przyspieszam już tylko ze strachu, że zabraknie paru sekund. Ostatecznie muszę jednak wciągać Fraszkę, bo tradycyjnie przepuściła mnie przed metą. Wbiegając usłyszałam, że jest poniżej 20 minut i życiówka, jakby ktoś śledził moje wyniki i wiedział. Nie patrząc zatrzymuję stoper. Odbieram token z nr 16 i sprawdzam czas: 19 minut 50 sekund. Cieszę się, chociaż do końca nie wierzę. Boję się, że rzeczywiście coś źle kliknęłam na początku i wcale tak szybko nie pobiegłam.



Upewniłam się i uspokoiłam dopiero, kiedy przyszedł oficjalny mail z wynikiem: 19.49. Wygląda lepiej niż 19.50. :-) Chociaż wcześniej już przyjmowałam gratulacje i nawet słowa, że dzisiaj to chyba wolno biegłyśmy, bo kogoś nie wyprzedzałyśmy. Myślałam, że to żart, a jednak prawda. Bo my od początku tak szybko. :-)


Tydzień temu - po biegu w Murowanej Goślinie - powiedziałam, że dużo bardziej będę się cieszyć, jak złamię 20 minut na Parkrunie. Na Cytadeli. I cieszę się. :-)

A teraz odpowiedź na pytanie. Krótko i konkretnie - trzeba trenować do... maratonu! :-) Tak poważnie, to myślę, że ten trening dużo mi dał. Podobnie było zresztą podczas przygotowań do poprzednich maratonów czy półmaratonów - wtedy też poprawiałam wyniki na krótszych dystansach. Wydaje mi się, że pomaga zwiększenie kilometrażu, ale także trening progowy i długie biegi na wysokim tętnie. 



W moim dzisiejszym przypadku było też parę czynników sprzyjających:
1. Kilkudniowy odpoczynek od biegania (także od myślenia o bieganiu) - trochę wymuszony, a trochę zaplanowany i wykorzystany. .
2. Odpowiedni dzień w miesiącu - dotyczy tylko kobiet w przeciwieństwie do większości czynników biologicznych, które sprzyjają mężczyznom.
3. Fraszka - dotyczy tylko mnie ;-) ale może sprzyjać albo nie sprzyjać - dzisiaj na plus, bo były kałuże na trasie.
4. Zając - pomaga w zależności od tego, co kto lubi. Mnie trudno biegać z pacemakerem, jeśli startuję z Fraszką. Mało kto rozumie, że zaczynamy wtedy szybko, a potem wyrównujemy tempo. Mój dzisiejszy pejs zna Fraszkę i ona zna jego, to też mogło pomóc. Poza tym biegł bardzo równo i nic nie mówił. :-)
5. Wolny pierwszy kilometr - myślę, że jednak dzisiaj był wolniejszy, więc zadziałała zasada odwrotna do tej, o której wspominałam po poprzednim Parkrunie z Fraszką.
6. Starannie zaplanowane tempo - jeśli już nie na poszczególnych kilometrach, to przynajmniej średnie tempo - zaplanowane+zrealizowane = (musi) planowany rezultat

To chyba tyle. Kolejnych prób na razie nie będzie. "Odpoczywam" do maratonu. :D

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa