poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Murowana Dycha, czyli pierwszy sprawdzian przed maratonem

To był pierwszy - i najkrótszy - sprawdzian przed Poznańskim Maratonem, czyli Murowana Dycha w Murowanej Goślinie. 



Kiedy zaczęłam przygotowania do maratonu, zaplanowałam też kilka takich testowych zawodów, które pojawiły się w bardzo elastycznym - tym razem - planie treningowym. W ostatnią niedzielę sierpnia chciałam pobiec dychę i taka się znalazła. I kto by pomyślał, że ja, która tak nie lubię startować latem, zdecyduję się na to, żeby się zapisać! ;-) No tak, ale to treningowo, a do tego najpierw miało być po lesie. Nic takiego nie znalazłam, a do Murowanej mam sentyment. Chociaż nigdy nie biegłam. ;-) Ale byłam dwa lata temu. Bardzo mi się podobało. Żałowałam, że nie mogę, a tym razem się udało. 

Pogoda nie była taka zła. W ostatnich dniach, kiedy biegłam, było nawet przyjemnie. No tak, ale rano to mogło być 12 stopni, o 11.00 zapowiadało się raczej cieplej. Trudno - trzeba walczyć ze słabościami, nawet jeśli to są upały. I tak prognozy mówiły o wyższych temperaturach. Na szczęście nie było słońca, które tak mnie zmęczyło w sobotę na Parkrunie. Zamiast tego niestety panowała duchota, na którą wszyscy narzekali. Ja pocieszałam się chłodzącym wiatrem.

Przyjechałam sporo przed czasem. Na szczęście na miejscu spotkałam dużo znajomych - z różnych źródeł. ;-) Można więc było porozmawiać i wspólnie przygotować się do startu. Nie zaplanowałam konkretnie, jak chcę pobiec - i to był błąd. Wolę chyba jednak takie zawody z konkretnym planem startu, kiedy mam wcześniej ustalone, jak np. na Półmaratonie Poznańskim, że mam pobiec w czasie 1 godziny 35 minut (przynajmniej około), czyli tempem 4.25 i tak biegnę. Albo trochę zwalniam. ;-) ale generalnie zmuszam się, bo tak było zaplanowane, wytrenowane i tak trzeba. To naprawdę bardzo pomaga. Co innego, jeśli biegnie mi się lepiej niż planowałam, to wtedy można kombinować - albo zwalniać albo ryzykować.

Tymczasem w Murowanej były założenia: gdzieś pomiędzy 43 minuty a 45. To drugie jeśli będzie bardzo gorąco. No i straszono mnie też trasą, że jest dużo podbiegów. Ale optymistycznie zakładałam, że pobiegnę tempem 4.15 i bardzo chciałam skończyć z czasem poniżej 44 minut, jak w Ostrowie. Wtedy oczywiście było inaczej, bo przygotowywałam się do dychy. Warunki atmosferyczne też bardziej mi sprzyjały, ale przyjęłam, że teraz jestem na innym poziomie biegowym, więc, mimo wszystko, mogę sobie stawiać takie wymagania. To "wszystko" to przede wszystkim fakt, że jestem w treningu maratońskim, a nie szybkościowym. Inna sprawa jest taka, że przed Maniacką też nie trenowałam szybkości, ale trening do półmaratonu jednak szybszy niż do maratonu.



Po rozgrzewce przyszła pora, żeby ustawić się na starcie. Jeszcze ostatnie rozmowy i pytania, kto "jak biegnie", tzn. jakim tempem. Moje towarzystwo planowało zgodnie po 4.20. Ja chciałam spróbować po 4.15, a jak nie utrzymam, to trudno. Bo mogło się tak zdarzyć, że się jeszcze spotkamy, jak mnie dogonią. Tymczasem każdy ruszył po swojemu - czyli inaczej niż planował. ;-) Jeden w tempie 4.20 przede mną, dwoje za mną. Oczywiście wcale nie było 4.20, bo mnie pierwszy kilometr wyszedł 4.06 i zaraz zaczęłam tracić na kolejnych. Potem chyba zaczęły się te górki, bo było jeszcze wolniej. Na szczęście nadrobiłam na piątym kilometrze z górki i jakoś przyspieszyłam na widok fotografów. Poza tym pojawiło się dziwne złudzenie, że to już finisz i może trochę żalu, że jeszcze nie koniec. ;-)


Pierwszą pętlę przebiegłam w 21 minut i 33 sekundy, czyli na czas poniżej 43 minut już nie miałam co liczyć. Natomiast byłam już psychicznie bardziej spokojna, bo trasa nie okazała się aż tak straszna. Wydaje mi się, że podbiegi w Swarzędzu są dużo gorsze. Tymczasem w Murowanej było dużo kurtyn wodnych, które najpierw omijałam, a potem z nich korzystałam, a także punktów wodopojowych - jeden też prawie ominęłam, ale mnie zawrócono. Na drugiej pętli zrobiło się jakoś luźniej. Na 6. kilometrze dowiedziałam się, że jestem trzecią kobietą. Po problemach z wodopojem spadłam na czwarte miejsce, ale biegłam blisko trzeciej pani tak, że w punkcie kibica "Wesoły rower" zostało to odczytane jako "ściganie" i obie zostałyśmy "zaproszone" na arbuza, jak będziemy miały "trochę wolnego czasu". Ponieważ się ścigałyśmy, to oczywiście nie miałyśmy i poleciałyśmy dalej. 



Potem oczywiście wylazł ze mnie brak ambicji zawodowej - u mnie działa tylko treningowa ;-) - więc trzecia pani spokojnie się oddaliła, a ja spokojnie człapałam... Tempo spadało na łeb na szyję, ale wciąż było poniżej 4.20. Na ósmym kilometrze wyprzedził mnie ten z ekipy po 4.20, co najpierw był przede mną, a potem za mną. Teraz on chciał pociągnąć, ale ja nie dałam rady się podczepić. Od siódmego kilometra tętno skoczyło do 185 i nie było szans, żeby spadło. Kiedy dotarłam do oznaczenia 9. kilometra i już myślałam, że spokojnie sobie doczłapię ostatni, to zobaczyłam przy nim jakiś dodatkowy "element" i zastanawiałam się, czy to kolejna atrakcja organizatorów, że każdy widzi jakiegoś swojego prywatnego motywatora tudzież innego dobrego ducha, kiedy mój duch powiedział coś do mnie i zaczął ciągnąć (i nie była to Fraszka). I musiałam przyspieszyć - ojej, jak przyspieszyłam - na szczęście było z górki - a potem już trochę gorzej, ale i tak dużo szybciej niż poprzednie kilometry. Jeszcze jedno oznaczenie - 500 m i gnam dalej. Fotograf podobno był nadal (jest nawet dowód w postaci zdjęcia), ale ja już nie widziałam. Zobaczyłam tylko zegar 43.XX i jak nieubłaganie zbliża się do 44, a ja jestem jeszcze tak daleko. I zmusiłam się jak na Maniackiej, kiedy było fantastyczne 41XX i właściwie mogłam sobie odpuścić, ale teraz czas płynął znacznie szybciej albo ja biegłam znacznie wolniej. Ale się udało - przynajmniej netto 43.54. ufff. Tętno maksymalne 190 - od wieków takiego nie było.

Co do wyniku, jak wspomniałam wcześniej, musiałam przemyśleć, czy jestem zadowolona, czy nie. Testuję ostatnio kalkulator biegowy zgodnie z zasadą, że można przeliczać wyniki z różnych dystansów na dystans maratoński, jeśli jest się w treningu maratońskim. Wynik po przeliczeniu Murowanej Dychy wypadł zadowalająco, ale chyba bardziej wiążące będą przeliczenia z półmaratonu, więc wtedy może napiszę o tym coś więcej.

Po biegu spacer do biura na ciacho i lody. Nie było niestety żadnego "konkreta", chociaż pamiętam bardzo fajne jedzonko sprzed dwóch lat. Potem oczekiwanie na dekorację i puchary - 1. miejsce w kategorii K-30 oraz 2. miejsce wśród kobiet w powiecie poznańskim. Dodatkowa radość ze zwycięstwa drużyny parkrun Poznań na 10 km i myśl, że gdybym trochę szybciej pobiegła, to bym się może do tej drużyny załapała. ;-) Jest motywacja.



Z Murowanej Gośliny kolejne fajne wspomnienia i możecie się ze mnie śmiać, ale ja najbardziej cieszę się z koszulki. Bo nie jest jedną z kilkudziesięciu, bo jest naprawdę ładna i wygodna - idealna na lato. 




Tymczasem trzeba wracać do zwykłych treningów. Dzisiaj trochę na zmęczeniu, ale takie też się przydadzą - zawsze wtedy powtarzam sobie, że na maratonie będę cały czas się tak czuć. :-)


Reakcje:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa