sobota, 19 sierpnia 2017

Cytadela w noc, Cytadela w dzień, czyli w sobotę Parkrun, w czwartek CBN

Wybrałam się w końcu na bieg z cyklu Cytadela by Night, o którym wcześniej tylko słuchałam i czytałam, a raczej mi nie przyszło do głowy, żeby na niego dotrzeć. Tzn. przyszło, że wybiorę się właśnie latem. Bo to dla mnie późna pora i zwykle ciemno, a w wakacje istniała szansa, że jednak będzie jasno i uda się jakoś odespać. Niestety okazało się, że w sierpniu to i tak już ciemno.

Ale trochę modyfikowałam tygodniowy plan biegowy i wyszło na to, że bieg w czwartek bardzo mi pasuje. Kolejny argument był taki, że zmęczona (zwłaszcza psychicznie), długimi wybieganiami, potrzebowałam jakiegoś treningu z ludźmi. Do tego dochodziła fajna znajoma trasa (nadrabiam nieobecności na Parkrunie ;-)) no i szansa trochę dłuższego rozbiegania butów, które z założenia mają być startowe na maraton, a jednak są mało zakładane, bo po polach i lasach w nich nie biegam.

Nastawiłam się odpowiednio - to znaczy tak, żeby za wcześnie nie zachciało mi się spać i dotarłam na Cytadelę już po 20.00. Miałam się trochę rozgrzać i doklepać, a właściwie chyba odklepać, skoro wcześniej ;-) trochę kilometrów, żeby potem skupić się na prędkości. Trochę się zagadałam, ale udało się pobiec 2 kaemy zwłaszcza, kiedy odkryłam, że prawie wcale znajomych nie ma, bo to zupełnie inna ekipa niż na Parkrunie, ale nic dziwnego, skoro na wspomnienie, że można pobiec tą trasą w sobotę o 9.00, odpowiedziały zbolałe jęki, jakby wszyscy w weekend spali do 11.00. ;-)

Minus niestety taki, że musiałam biec z czołówką. Na początku w tłumie dosyć jasno, ale potem się rozciągnęliśmy. Zresztą to treningowo, nie tak niebezpiecznie jak na Botaniku. Stanęłam chyba za bardzo z tyłu, bo potem musiałam przeciskać się do przodu, ponieważ chyba dużo osób planowało pobiec spokojnie. Zaplanowałam pobiec pierwsze okrążenie w tempie maratonu, a drugie szybciej. Wyszło wszystko zgodnie z planem, a najlepiej finiszowy kilometr.

W piątek niestety się okazało, że szybkie bieganie po asfalcie nie do końca mi służy, bo odezwały się dawno niesłyszane kolana. A ściganie przecież miało być dopiero w sobotę. 


 

Dziś od rana niewyspana, więc w średniej formie do pomocy zabrałam Fraszkę. Zapowiadała się pogoda podobna do tej sprzed tygodnia, a jednak okazało się, że było cieplej. Odczułam to już na pierwszym kilometrze, który - pomimo zmiany początku trasy (biegliśmy w drugą stronę i potem przez metę) - wyszedł nam szybciej niż ostatnio.

 

Fraszka od początku szukała wody na trasie, a poza tym szybki pierwszy kilometr zwiastuje tylko trudy na kolejnych. ;-) U nas to się doskonale sprawdza. Niestety. Od drugiego kilometra rozpoczął się taniec z Fraszką i koniec marzeń o szybkim dobiegnięciu do mety. Było więc popijanie i chlapanie - w ostatniej kałuży kąpiel na całego - oczywiście Fraszki, nie moja, chociaż trochę mi się pewnie oberwało. A tak serio to mi się oberwało za to zasłanianie się nią i niepróbowanie. Ale cóż... 



Ostatnio mało zdradzam z planów wynikowych, chociaż wnikliwi analizatorzy sami obstawiają mój czas np. w maratonie. Nie ogłaszam bicia rekordów na Parkrunie, bo jak ostatnio ogłosiłam, to czekałam siedem miesięcy, a planowany wynik i tak był gorszy o 3 sekundy od zamierzanego. Ale może trzeba mieć odwagę konkretnie zaplanować, żeby się bardziej zmotywować? ;)  



Na razie napiszę wymijająco, że za tydzień nie, bo w niedzielę dycha w Murowanej, za trzy też nie, bo półmaraton w Swarzędzu, za pięć nie, bo bieg w Kaźmierzu. ;-)
Reakcje:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa