niedziela, 30 lipca 2017

Fraszka trochę ciągnie, trochę pcha, czyli gonimy wilka! - o naszej pierwszej wspólnej Pogoni za Wilkiem

Zacznę nudno, czyli od historii, jeśli ktoś aż tak bardzo interesuje się dziejami mojego biegania, to wspomnę, że Pogoń za Wilkiem była moim pierwszym biegiem na dystansie 10 km. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pierwszy półmaraton pobiegłam w 2010 roku, a pierwszą dychę... no właśnie, w 2013. No tak, ale oczywiście, ponieważ zostałam ogarnięta polską modą na człapanie, do tego czasu warte uczestnictwa były dla mnie jedynie dystanse powyżej 20 km, bo jak mawiałam, dychy były za szybkie. ;-) A dzięki temu nie trafiła mi się żadna, którą ukończyłam po czasie ponad godziny. Do tej pory...



I Pogoń za Wilkiem była moją pierwszą dziesiątką, a potem nie uczestniczyłam w żadnej kolejnej aż do wczoraj. Tym razem nie miał to być jednak zwykły terenowy bieg. Układając kalendarz na drugą część sezonu, czyli po roztrenowaniu popółmaratońskim, zaplanowałam nie tylko swoje zawody, ale też wyścigi z Fraszką. Było to trochę w ramach programu "Rozbieganie Fraszki", który powstał w odpowiedzi na sugestie, jakoby po zimie przytyła. ;-) Tradycyjnie zapisałam się z nią na Bieg z Łapką, ale głównym biegiem miała być właśnie Pogoń za Wilkiem w kategorii Bieg z Psem. Głównym chyba przede wszystkim ze względu na dystans 10 km - dużo trudniejszy niż 8, który uznawałam jedynie za "przedłużoną piątkę". Z pogonią było trochę zamieszania, bo bardzo chciałam wziąć udział, ale cena zbliżona do opłaty za mój udział w maratonie niespecjalnie zachęcała. Poza tym pierwszy raz tam startowałam z psem. W zeszłym roku z czworonogiem biegło tylko parę osób, a teraz po kilku dniach został osiągnięty limit 25 ludzko-zwięrzęcych drużyn. Jeszcze po zapisie przerażał mnie regulamin, w którym zaznaczono, że podczas weryfikacji pies przejdzie kontrolę behawiorysty, a poza tym powinno się okazać zaświadczenie o chipowaniu psa. Później na szczęście zniknął zapis o chipie, a pozostała informacja o konieczności posiadania wpisu o szczepieniu psa przeciw wściekliźnie. 

W okolicy mało jest zawodów z psami, więc nie znałam nikogo z listy startowej, trudno było określić, jak szybcy są zawodnicy i jakie psy. W Bydgoszczy poszło mi z Fraszką niesamowicie dobrze, ale obawiałam się, że to taki efekt Maniackiej - przetarcie przed biegiem głównym, które okazało się lepsze od niego. A to właśnie Pogoń za Wilkiem była startem docelowym, do którego trenowałyśmy, włączając w plan przygotowań nawet bikejoring, podczas którego Fraszka osiągnęła życiówkę na 5 km poniżej 20 minut. ;-) 

Od rana byłam zmotywowana, ale oczywiście też zdenerwowana. Fraszka po prostu rozemocjonowana wspólnym wyjazdem i prawdopodobieństwem biegania. Na szczęście kontrolę przedstartową przeszła pomyślnie i szybko otrzymałyśmy pakiet startowy z numerem, chipem, koszulką, słodyczami oraz psimi smaczkami.Na miejscu spotkałyśmy wielu znajomych, którzy biegli bez psów i żartowali, że pewnie ich dogonimy, chociaż start biegu z psem zaplanowano 15 minut później niż biegu głównego. Obawiałam się, że będę musiała długo czekać, ale jakoś szybko zleciało. Po odebraniu pakietu poszłam się przebrać i przygotować. Miałam ze sobą jedzenie i wodę dla Fraszki. Ważna była przede wszystkim ta druga, ale chyba w odpowiedzi na moją obawę o brak kałuż na trasie, cały tydzień padało, więc nie planowałam zabierać własnych zapasów na drogę. Jeszcze przed startem można było zaobserwować fragmenty mocno nawodnionej trasy.


Chwilę przed startem biegu głównego, poszłyśmy się schować, żeby Fraszka nie rozpaczała, że "człowieki biegną", a my jeszcze nie. Przez to przegapiłyśmy pokaz tresury, ale dotarł do nas niesamowity dźwięk, jaki wydawały psy biorące w nim udział. Chwilę po 10.00 wróciłyśmy na linię startu. Przed nami było jeszcze prawie 15 minut oczekiwania, a ponieważ pozostało tylko dwadzieścia parę osób i psów, mogliśmy poczuć się jak gwiazdy - obfotografowane i obkamerowane. Spiker rozgrzewał psy, każąc im dać głos. Najgłośniej oczywiście odzywała się Fraszka, ale kilka innych psów jej wtórowało. Padła propozycja, aby osoby doświadczone w biegach z psem ruszyły wcześniej, a reszta za nimi tak, aby psy nie wpadały na siebie. Była to dobra opcja - doskonale pamiętam start w Biegu  z Łapką i te zderzenia z innymi zwierzakami -  nie chciałam jednak biec pierwsza, bo obawiałam się, że Fraszka mogłaby się odwracać za resztą. Wolałam, żeby miała kilka psów do gonienia. Tak też się stało. Poleciałyśmy za panem z Ostrowa, który startował prawdopodobnie z wyżłem. Wyprzedził nas też inny mężczyzna i dopóki przed nami byli tylko panowie, nie przejmowałam się miejscem. Słychać było jednak, że gonią nas również kobiety. Fraszka nie wystartowała z jakąś szaleńczą prędkością, ale po pierwszym kilometrze czułam się już dość zmęczona i myślałam, że mamy tempo poniżej 4.00. Tymczasem Garmin pokazał 4.30. No tak - pomyślałam - początek to był slalom między kałużami - tzn. ja starałam się je omijać i robić to w taki sposób, żeby Fraszka mogła przebiec przez ich środek. Oczywiście nie udało się tego połączyć i w końcu wylądowałam w jednej, na szczęście tylko jedną nogą. Potem było już bardziej sucho i mogłyśmy się rozpędzić. Wyszłyśmy wtedy na drugą pozycję i dalej goniłyśmy pana z wyżłem. 



Po jakimś czasie zaczęłam trochę żałować braku kałuży, bo Fraszka nie miała, czego się napić, a podłoże i tak nie było tak twarde, jak w Bydgoszczy, żeby się rozpędzić. Wyglądało na to, że będzie to dużo wolniejszy bieg. 



Po czwartym kilometrze znajdował się punkt wodopojowy. Chwyciłam kubek, żeby chociaż przepłukać gardło, ale słabo mi się to udało. Wyżeł wyprzedził nas już tak bardzo, że Fraszka straciła jego zapach, a tym samym zapał. Pomyślałam, że byłoby dobrze, gdyby wyprzedził nas jakiś pan z innym psem, ale trudno było ryzykować, czekając, bo przecież mogła to być też kobieta, a wtedy zrobiłoby się dużo trudniej. Tak czy siak, za nami nie było nikogo, bo jednak przez pierwsze pięć kilometrów trochę się rozpędziłyśmy. Przed nami natomiast zamiast pana z wyżłem, zaczęły jawić się inne postacie - aha - jęknęłam w duchu - zaczyna się - maruderzy z pierwszej fali. Na początku trochę mi to pomogło psychicznie, bo mijałyśmy znajomych. Wyprzedzając jednak drugą ekipę z Parkrunu i słuchając, jak jej członkowie ubolewają, że Fraszka zwalnia, sama zaczęłam ubolewać, bo zostało nami jakieś pięć kilometrów i zapowiadało się, że teraz ja będę musiała ciągnąć. Czekał nas zaś nie tylko slalom między kałużami, ale też między "człowiekami".



Zwalnianie zaczęło się od szóstego kilometra. Oczywiście wciąż wyprzedzałyśmy, bo niektórzy przed nami truchtali albo spacerowali. Wiele osób kibicowało Fraszce, będąc świadomym, że psy startowały później. Inne osoby dopytywały i upewniały się, że ruszyłyśmy piętnaście minut po nich. Fraszka na szczęście biegła z boku, a nie zostawała z tyłu, więc dawałam radę ją troszkę wspomagać, ale mnie przez to biegło się dużo gorzej. Słyszałyśmy od kibiców kilka razy, że jesteśmy drugie, ale nie miałam informacji, jak duża jest nasza przewaga. Na szczęście wydawało się, że jeśli nawet to ja będę ciągnąć Fraszkę, uda nam się zachować średnie tempo 4.45. Niestety po tych obliczeniach moim oczom ukazał się ogromny podbieg, który po obozie biegowym wyglądał na dający się zakwalifikować do takich, które właściwie są podejściem a nie podbiegiem. Postanowiłam więc z wieloma człapiącymi przede mną, uczynić podobnie, co zostało skwitowane komentarzem: "Nawet pies już ma dosyć". Fraszka jednak nawet się ożywiła i chętnie by pociągnęła pod górę. Ale dzięki temu zwolnieniu (straciłyśmy pewnie z 15 sekund, bo tempo kilometra spadło do 5.20), udało mi się przyspieszyć zaraz po tej górce. Fraszka też odzyskała trochę sił, chociaż nadal to ja jej pomagałam i dlatego jeden z biegaczy powiedział, kiedy go mijałyśmy: "Ja nie wiem, kto się nad kim znęca". Inny zaś zapytał: "On cię ciągnie czy pcha?" Odpowiedziałam, że różnie. Na drugim wodopoju stanęłam i pociągnęłam duży łyk wody. Po uświadomieniu sobie, że jeszcze tylko dwa kilometry, przybyło mi sił. Trasa prowadziła jakby z górki, trochę powiało i Fraszka zaczęła przebierać nogami. Minęło 9 kilometrów. Zatem jeszcze tylko jeden - lecimy. Jakiś strach i przypomnienie, że pewnie wyjdzie więcej niż 10 km. Miałam jednak nadzieję, że nie 10,7 jak w Pobiedziskach. Było już tak dobrze i tak szybko, kiedy... znowu podbieg. Miałam ochotę się rozpłakać. Ale nie zrobiłam tego. Nie zwolniłam nawet do marszu, bo zobaczyłam, że ktoś nas w końcu wyprzedza. I któż to był? Pan z kamerą. Rozpoznałam, bo kręcił Fraszkę też przed startem. A co teraz? Chyba już uznał, że będę pierwszą kobietą i towarzyszył nam podczas tego podbiegu, kręcąc jak Fraszka dzielnie się wspina, więc i ja musiałam. Zostawił nas dopiero na finiszu, przed którym ktoś krzyknął: "Meta za zakrętem!". I całe szczęście - pomyślałam, bo Garmin już wibrował, oznajmiając, że 10 km minęło. Pora kończyć. Zegar na mecie pokazywał czas ponad godzinę. Finiszujemy! Fraszka jednak nie chciała, jak zwykle speszona tłumem, więc biegłam, przedzierając się przez błoto i ciągnąc ją za sobą. Ktoś krzyknął: "Wyprzedzisz tego psa!". Odwróciłam się zdenerwowana, że może ktoś z innym psem nas goni, ale nie, to biegacze, których my wyprzedzałyśmy, żartowali do siebie. Poza zegarem zobaczyłam, że na mecie pojawiła się taśma, w jaką zwykle wpadają zwycięzcy i sekundy dzieliły mnie od tego momentu. Musiałam tylko jeszcze zmusić Fraszkę do ostatnich kroków. I jest! Udało się! Moja próżność została uhonorowana. ;-) Przekroczyłam metę, jako zwyciężczyni w kategorii Bieg z Psem. Natychmiast otrzymałam medal, a potem obie z Fraszką dostałyśmy wodę - ja w butelce, a ona w ogromnej miseczce. Byłyśmy jednak na początku tak zmęczone, że wystarczyło się zatrzymać. Pić dopiero później. :-)



Wynik nie był powalający, bo dobiegłyśmy po 48 minutach i 1 sekundzie. Tempo więc dużo gorsze niż na Biegu z Łapką. Trasa jednak i warunki nieporównywalne. Poza tym reszta psów została tak mocno w tyle, że Fraszka utraciła ducha rywalizacji, którego miała w Bydgoszczy, kiedy zapachy rywalizacji towarzyszyły nam cały czas. Kolejną osobą z psem był mężczyzna, który przybiegł jakieś 1,5 minuty za nami. Ta kobieta, której tak się obawiałyśmy, przekroczyła linię mety jakieś 6 minut po nas. Zatem wygrałyśmy bezapelacyjnie. 

Po biegu dorosłych, były jeszcze biegi dziecięce, więc na dekorację czekałyśmy prawie dwie godziny, ale był to czas na picie, jedzenie i regenerację. W międzyczasie też spotkania ze znajomymi biegaczami i kibicami. Spotkałyśmy też zwycięzcę, którego zagadnęłam na wynik. Nasze psy się niespecjalnie polubiły, więc na podium odbieraliśmy puchary oddzielnie.



No to Fraszka swój "maraton" ma już za sobą. Mogę się więc skupić na przygotowaniach do mojego... ;-)

środa, 26 lipca 2017

Chatka Górzystów, chatka babci Czerwonego Kapturka oraz Mistrzostwa Wszechświata na 3 km na zakończenie obozu w Szklarskiej Porębie

Ostatnia wycieczka ponownie w niższych górach, czyli znowu niebezpieczeństwo, że będzie trzeba dużo biegać. ;-) Ponadto tym razem jechaliśmy samochodami do Jakuszyc i z powrotem, więc jeszcze trzeba było swojego kierowcy pilnować. ;-) Mieliśmy pięć tras do wyboru: od 9 do 32 kilometrów, chociaż od drugiej wycieczki inwencja uczestników sprawiała, że było ich zwykle więcej niż tych wcześniej zaplanowanych. Nie zamierzałam kombinować, ale tak dla odmiany, zrezygnowałam z ponownego wyboru najdłuższej trasy - no bo ile razy można najdłuższą biegać. ;-) Wcale nie chodziło o to, że miała powyżej 30 km. ;-)  Zdecydowałam się na około 26. I tak zmęczyłam się bieganiem, bo - jak przypuszczałam - było względnie płasko, więc od razu można było truchtać. Tylko dlaczego pod górę? Pewnie dlatego, że w górach. Zaczęłam z chłopakami, ale mnie zostawili i 9 km człapałam sama, więc wynudziłam się strasznie. Poczekali przy Chatce Górzystów, gdzie spotkaliśmy jeszcze kilka osób, które tam zaplanowało przerwę i powrót. Otrzymałam błogosławieństwo od trenera: "Trenuj z chłopakami, żebyś potem mogła ścigać się z dziewczynami" i poleciałam. Na początku było dość przyjemnie: rozmowy o bieganiu, ale też ciekawostki historyczne, a nawet bajka o Czerwonym Kapturku, ponieważ towarzyszył nam syn trenera. Zawróciliśmy, kiedy Garmin pokazywał dystans powyżej 12 km (od początku wycieczki). Zatrzymaliśmy się w Chatce na colę i ciasto. Potem ruszyliśmy dalej. Nie wiem, czy przez to ciasto czy ogólne zmęczenie, ale złapał mnie taki kryzys, że chłopacy polecieli, a ja tylko patrzyłam, jak się oddalają. Prawdopodobnie podziałała też uspokajająca myśl, że droga prosta i ta sama, więc nie powinnam się zgubić, dlatego nawet nie miałam specjalnej motywacji, żeby ich gonić. Próbowałam natomiast chociaż trochę biec, ale było z tym tak słabo jak na maratonie w Krakowie. Przesąd jakiś pewnie, ale miałam tę samą koszulkę i może dlatego. Po drodze spotkaliśmy indywidualistę z naszego obozu, który zaplanował sobie trasę na 10 km, ale wyszło mu jakieś 20. Porozmawiałam z nim chwilę, bo zagadnął, że jestem faworytką w sobotnich zawodach i to dobrze, że sobie odpocznę, idąc. Może coś w tym było, ale jednak chciałam się przemóc i jakoś doczłapałam do parkingu.



Z radością przyjęłam propozycję popołudniowej regeneracji w Termach Cieplickich zamiast kolejnego rozciągania i rolowania. W Cieplicach spędziliśmy dwie godziny, z czego większość przesiedziałam w saunie, grocie śnieżnej, jacuzzi lub leżąc na leżaku, ale zapowiedziałam wcześniej, że nie zamierzam się ruszać, czyli w basenie nie byłam w ogóle. 

Relaks chyba pomógł, bo w sobotę rano nogi jakoś zaczęły lepiej chodzić, a nawet schodzić. Ucieszyłam się bardzo, ponieważ to oznaczało, że jest szansa na jakąkolwiek większą prędkość na zawodach. W piątek wieczorem ustaliliśmy planowany czas, żeby ustawić handicapy na - mniej więcej - wspólny finisz. Miałam oczywiście wielkie ambicje, ale wiedziałam, że połowa trasy jest pod górę, a poza tym trening obozowy na tym etapie raczej nie przyczyni się do wzrostu formy obniżonej o tej porze roku przez wysokie temperatury. Zgodziłam się więc na założenie, że pobiegnę 12 minut 40 sekund, czyli że wystartuję z dwójką biegaczy o podobnych celach. 



Przyjechaliśmy na miejsce startu jakieś 45 minut wcześniej. Starczyło na przebiegnięcie całej trasy i solidną rozgrzewkę, chociaż temperatura wynosiła już jakieś 19 stopni. Startowałam w grupie trzeciej od końca, ale jakoś szybko to mijało i również my pobiegliśmy. Ja jak zwykle poleciałam dość szybko, bo nie zgodziłam się na propozycję współbiegaczy, żeby ruszyć w tempie 4.25.



Zaczęłam więc od 4.07, ale stopniowo zwalniałam i średnie tempo pierwszego kilometra właśnie takie mi wyszło. Połowa drugiego pewnie jeszcze gorsza, ale nie sprawdzałam, tylko czekałam na nawrotkę i pociagnęłam. Przyspieszyłam do 4.17, Trzeci zaczęłam od 4.10, ale średnio wyszło 3.57 i ostatecznie na mecie po 12 minutach i 47 sekundach.



Wszyscy - łącznie z trenerami - pod wrażeniem, tylko ja oczywiście nie do końca zadowolona, więc przypominam sobie, że jestem po ciężkim obozie i przed maratonem, na którym - na szczęście - nie mam zamiaru biec w tempie 4.00, a i tak podobno mogę już trenować prawie profesjonalnie i mam dzwonić/pisać w razie "dramatów treningowych". Dramat to może być dopiero w październiku, wcześniej to i tak nic nie będzie wiadomo. ;-)



Obóz zakończyłam w dobrym humorze, zadowolona z towarzystwa i treningów z mnóstwem nowych informacji, inspiracji i przemyśleń oraz wniosków odnośnie do moich treningów. Cały czas poprawiać trzeba: technikę, dynamikę, do tego rozciąganie pleców i pośladków. No i ostatni wniosek: będzie kolejny obóz. :-)

wtorek, 25 lipca 2017

Wysokie góry i bieg ciągły, czyli dzień IV i V

Druga wycieczka startowała w Harrachowie, tzn. był dojazd busami do tej miejscowości, ale... musiałam uważać, bo w razie zagubienia użycie opcji "Wróć do startu" wiele by mi nie pomogło. ;-)




Trzymałam się więc ponownie z chłopakami, którzy także zaplanowali najdłuższą trasę. Tym razem jednak trochę mądrzej zamiast butelki z wodą, do plecaka wrzuciłam bukłak z wężykiem, z którego często korzystałam też dlatego, że dzień był ciepły bez opadów.



Poza tym nastawiłam się na to, że w górach dużo się chodzi, a tu już od początku bieganie, do tego po asfalcie i w dodatku pod górę. ;-)



Później było jednak na tyle pod górę, że można było iść (czytaj: odpocząć).



Chłopaki rozgadali się podczas tej wycieczki, a mnie serce rosło, że jednak ludzie książki czytają, bo na ten temat były rozmowy.



Dzięki temu, że się tak zagadali, nie byłam ostatnia, ale jak przyspieszyli, to jednak zostałam i dopiero na szczycie się spotkaliśmy. Tam doładowanie, czyli trochę coli i kawałek banana i można było kontynuować.



Dalej znowu z góry i chociaż byłam zmęczona, to jednak dałam radę biec, nawet dość szybko. Mam nadzieję, że organizm zapamięta i wykorzysta na maratonie doświadczenie z biegania na zmęczeniu. Tym razem niespodzianka, bo trasa zamiast 27 kilometrów miała tylko około 24.



Po południu znowu rozciąganie i rolowanie i ponownie słabo, ale przynajmniej utrwaliłam kilka ćwiczeń, które mogę wykonywać przez następny rok na zmianę z core stability. ;-)



W czwartek uda ani trochę nie odpuściły i zaczęłam większą uwagę zwracać na schody, zwłaszcza w dół.



Rano był krótki rozruch, a po śniadaniu wykład na temat planów treningowych, które dostaliśmy wcześniej mailem. Jak to ja analizowałam je sobie dokładnie i przyznaję, że bardziej mi odpowiadają niż te, z których wcześniej korzystałam. Z paru propozycji treningów na pewno skorzystam i mam nadzieję, że lepiej na tym wyjdę niż na poprzednim maratonie. 



Po wykładzie mieliśmy biegać BC2 5-6 km. Nie czułam się na siłach, żeby biegać drugi zakres wyliczony na podstawie wyników z początku roku, zwłaszcza po reglach, więc ostatecznie po dwukilometrowym truchcie pobiegłam trzy szybkie kilometry, potem kilometr przerwy w truchcie i przyspieszenie na końcu.  



Po południu niespodzianka, czyli obwód stacyjny z kilkunastoma różnymi ćwiczeniami - oczywiście do inspiracji poobozowej. Część z nich już wykonuję, ale parę będzie trzeba dodać. Szczególnie spodobała mi się drabinka koordynacyjna i skipy z gumą, chociaż widok dość przerażający - muszę sobie zamontować na ogródku. ;-)




poniedziałek, 24 lipca 2017

Z elitą na szlakach, przy śniadaniu, a nawet w saunie, czyli relacji z pobytu w Szklarskiej Porębie ciąg dalszy

To, że na obozie będzie elita trenerska, było wiadomo od początku, ale że Szklarska Poręba jest rzeczywiście "Mekką dla biegaczy" ściągającą do siebie czołówkę zawodników, dowiedziałam się dopiero na miejscu, kiedy natykałam się na zawodowców, którzy najzwyczajniej w świecie jedli z nami posiłki, biegali wołając "cześć" na powitanie, albo po prostu wyprowadzali czy też wynosili psa na spacer. ;-) W tym roku bardziej świadoma biegowo - ciut lepiej biegam i bardziej rozpoznaję elitę, nie to co w Krościenku, kiedy nie miałam pojęcia, z jaką gwiazdą przyszło mi trenować. ;-)



Kolejnego dnia już integracja pełna, bo wycieczka biegowa, czyli kilka godzin spędzonych razem w trudach i znoju. Zaczęło się od spokojnego spaceru - pamiętam przecież, że w górach podbieg nazywa się podejściem, tzn. że się nie tylko biega, ale i chodzi. ;-) Wcześniej otrzymaliśmy mapy dwóch tras do wyboru. Ponieważ znam się na mapie tak bardzo... jak wszyscy wiedzą ;-) po prostu zdecydowałam się na dłuższą. A co tam, skoro już jestem w górach, to muszę korzystać, bo jak sama pojadę, to i tak nic z tego nie wybiegnie ani nawet nie wyjdzie, bo zgubię się po prostu. 



Tymczasem ruszyliśmy w Izery. Przede mną i wąską grupą 27 kilometrów, które można było skrócić do 21 albo jeszcze bardziej, zawracając w dowolnym momencie. Na to ostatnie w ogóle nie miałam ochoty, ponieważ było tak stromo pod górę, że pewnie w dół też bym szła zamiast biec. Po kilkunastu minutach zaczęło delikatnie padać. Później deszcz przestał być delikatny i zaczął ostro zacinać. Ubrana byłam w spodenki i koszulkę, a kurtce było ciepło i sucho w plecaku, którego nie zdejmowałam, żeby nie musieć później mokrego zakładać. ;-) Taktyka nie do końca dobra, bo w plecaku miałam też butelkę z wodą i niestety rzadko ją wyjmowałam. Wkrótce przestało padać i zrobiło się całkiem przyjemnie, tylko niestety ubrania pozostały mokre. Rozdzieliliśmy się i pobiegłam dalej z pięcioma chłopakami i trenerem. 



Trasa zgodnie z profilem po kilku kilometrach wspinaczki prowadziła w dół i to tak, że nawet ja mogłam się rozpędzić, chociaż zastanawiałam się, dlaczego biegniemy po 4.30, skoro to wycieczka. 
Kiedy dotarliśmy ponownie do Szklarskiej Poręby, zrobiło się ciepło i słonecznie, a o deszczu przypominały tylko liczne kałuże. Przypomniałam sobie, co to znaczy złachać się na takim dystansie - ostatecznie Garmin wyliczył 28 kilometrów. 

Po południu "tylko" rozciąganie i rolowanie. Wałek wprawdzie stoi u mnie na półce, ale pożytku z niego nie ma żadnego. No i okazało się, że z rozciąganiem też są problemy.


Dla relaksu wieczorem sauna i tam właśnie spotkanie z reprezentacją Polski, która akurat wchodziła, a my wychodziliśmy. Ufff.

Wtorek po wycieczce biegowej był trudny. Uda bolały mnie tak mocno, że ostatnio tak się czułam chyba po półmaratonach, które biegałam bez przygotowania. Nie było rozruchu, ale trzeba było wstać i się ogarnąć, bo na 9.00 mieliśmy już zaplanowany trening na stadionie. Trochę się bałam, bo jakoś nie najlepiej wspominam zeszłoroczne interwały. Tym razem jednak nie mieliśmy biegać odcinków 400 m, tylko 100 m. Nie została jednak określona liczba powtórzeń, tylko czas trwania: ćwiczyliśmy od 30 do 40 minut. Kiedyś biegałam dwadzieścia setek i wydawało mi się, że to dużo. Teraz zapowiadało się jeszcze więcej. Na szczęście biegałam z dobrą ekipą, więc się nie dłużyło tak bardzo, chociaż w końcówce zaczęliśmy jakoś bardzo wydłużać odpoczynek. ;-)


Po treningu szybko wskoczyłam jeszcze do potoku - żartowałam, tylko zamoczyłam nogi. ;-) Planowałam w piątek się wykąpać, ale jakoś nie wyszło. Potem szybko coś zjadłam, bo było dopiero po 11.00, czyli do obiadu pozostały ponad dwie godziny! Później mieliśmy wykład z analizą techniki biegowej. Nie pamiętałam wielu uwag z zeszłego roku. Widocznie tak słabo wtedy biegałam, że nikt się tym nie przejmował. Tym razem dowiedziałam się, że może i szybko biegam, ale jest dużo do poprawy - technicznie, ale też dynamicznie.  Trochę przykro po tych uwagach, ale w sumie przecież kiedyś powiedziałam sobie, że im więcej do poprawiania, tym lepiej, bo nowe bodźce treningowe dają lepsze efekty. 

Po południu moje ulubione, wyczekane ćwiczenia core stability. :-)

Cdn.

niedziela, 23 lipca 2017

"Talent" i "biegacz z perspektywą", czyli zapoznanie oraz początki obozowych zmagań

Do hotelu Górnicza Strzecha w Szklarskiej Porębie dotarłam parę minut po 15.00, czyli zgodnie z programem. Po drodze zatrzymałam się w markecie, żeby wyposażyć się w rzeczy pierwszej potrzeby dla biegacza, czyli wodę, orzechy i czekoladę - na głód i sytuacje kryzysowe. ;-) Po podróży i wczesnym wstawaniu związanym z poranną wizytą na Parkrunie w Żarach, miałam nadzieję na kąpiel i krótką drzemkę przed kolacją. Na szczęście moja współlokatorka, która jechała samochodem aż ze Szczecina, miała podobne plany, więc udało nam się je zrealizować (zaraz po rozpakowaniu, zastanawianiu i ustalaniu, jak będzie korzystała z szafy, która stoi pod ścianą przy moim łóżku).

Około 18.00 zeszłyśmy na kolację, nie znając nikogo i mając wrażenie, że wszyscy inni znają się bardzo dobrze. Po posiłku nastąpiło spotkanie "Anonimowych Biegaczy", którzy dzięki temu stali się mniej anonimowi. Nie wiem, czy coś takiego miało miejsce w zeszłym roku, bo dotarłam dzień później, w każdym razie mnie ominęło. Nigdy nie lubiłam takiego przedstawiania, chociaż odkąd zostałam biegaczem <sic!> oczywiście chętnie opowiadam o wszystkich biegach, zawodach, życiówkach itp. itd., podejrzewałam więc, że podobnie będzie w przypadku innych. Pozostawał więc problem, kto tego będzie słuchał? ;-) Zwłaszcza, że ja wypowiadałam się jako druga od końca. Później okazało się, że wiele osób jednak słuchało i nawet zapamiętało, przede wszystkim to, że zostałam uznana za talent, bo co do szczegółów, to już mniej. Mnie interesowały wyniki innych, bo chciałam dowiedzieć się, jak będziemy biegali, tzn. jak dużo i jak szybko i w której grupie mogę się odnaleźć. Pierwsza informacja, jaką uzyskałam była taka, że żaden ze mnie talent, tylko po prostu uczestnicy to głównie osoby biegające dla przyjemności i trenujące mniej regularnie niż ja, m.in. z powodu dzieci, które licznie towarzyszyły uczestnikom obozu. 

Pierwsze spotkanie było dość krótkie i też jeszcze sztywne, zwłaszcza dla nowych osób. Rozkręciło się drugiego dnia i to już od rana, bo przecież był rozruch. :-) Potem śniadanie i wykład, a właściwie kolejne powitanie, bo dojechał drugi trener, którego przynajmniej znałam i pamiętałam z pierwszego obozu. Dostaliśmy koszulki obozowe i ustaliliśmy plan dnia. Wyglądałam podobno na zaspaną i zestresowaną. Może jakiś taki odruch i reakcja jak na dawne lekcje wychowania fizycznego, chociaż dużo się od tego czasu zmieniło i przecież wiedziałam, czego się spodziewać, a nawet przyjechałam z konkretnymi oczekiwaniami, a nie tak jak rok temu ze znakami zapytania. 



Pierwszy trening to spokojne rozbieganie na reglach, które miało pewnie dać jakiś obraz o poziomie biegowym. Stres chyba minął albo rozładował się w biegu. Ruszyłam spokojnie i bieganie sprawiło mi dużo radości (co się rzadko zdarza ;-)). W moim odczuciu biegłam wolno, ale jednak zostawiłam w tyle większość osób. Przede mną było chyba trzech chłopaków. Mieliśmy pobiec maksymalnie 30 minut w jedną stronę i zawrócić. Tuptałam sobie spokojnie po 5.15 za biegaczem w koszulce z maratonu krakowskiego. Jemu znudziło się samemu i zaczekał na mnie, więc go zagadałam o ten maraton i tak razem dotruchtaliśmy jeszcze kawałek, a potem z powrotem. Na szczęście znał drogę do hotelu, bo ja bym się zgubiła nawet ostatniego dnia. ;-)



Po południu dopiero nastąpiło to, czego się tak obawiałam, czyli trening "na płotkach". Na ich widok łzy do oczu napływają, jak w liceum na wf-ie na widok skrzyni. Wcześniej jednak rozgrzewka i parę innych ćwiczeń, których z zeszłego roku nie pamiętałam, a teraz starannie odnotowałam w pamięci, żeby wykonywać różne rodzaje skipów i wymachów z grzebnięciem oraz defilady.



Potem przebieżki do wideoanalizy no i w końcu te tragiczne płotki... Opuściłam kilka kolejek... nie przyznam, ile. Ale jak przez przypadek usłyszałam, że jestem osobą z perspektywą, to parę razy przeskoczyłam... znaczy przebiegłam i przeżyłam... :-)

Cdn.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Najdłuższy ostatni kilometr, czyli Parkrun Żary

Do Żar dotarłam w drodze na obóz biegowy w Szklarskiej Porębie. Przypomniały mi się poranne samotne wyprawy, które na jakiś czas zarzuciłam, bo zwykle czułam się niewyspana i ogólnie zmęczona. Tym razem okazało się, że nie było tak źle, bo nie aż tak wcześnie, tzn. wyjeżdżałam po 5.00, a nie po 3.00, jak też czasem bywało, a poza tym samochodem a nie pociągiem. Nie wiem, czy przez to lepiej czy gorzej. Nie mogłam się już zdrzemnąć po drodze, ale przynajmniej byłam bardziej rozbudzona, kiedy dotarłam na miejsce. I w sumie nie jechało się źle głównie dlatego, że o tej porze roku wcześnie jest jasno. Dziwnie było tylko z tego powodu, że chociaż autem, to bez Fraszki, czyli zupełnie sama. Z trudem udało mi się dotrzeć, do części miasta, gdzie zlokalizowany jest Parkrun (miasto rozkopane i dużo objazdów), ale kiedy dotarłam do basenu, od razu zobaczyłam kilkoro biegaczy i wiedziałam, że przynajmniej miejsca zbiórki nie będę musiała szukać. 




Zostałam oczywiście natychmiast namierzona i odkryta, że pierwszy raz i przyznałam, że w Żarach to rzeczywiście wcześniej nie biegłam. Poszłam potem trochę zbadać trasę i ucieszyłam się przede wszystkim z oznaczeń kilometrów i strzałek wskazujących kierunek. 



Kiedy wróciłam z rozgrzewki, już zaczęła się odprawa - słyszalna z daleka, bo prowadzona przez mikrofon. Było przypomnienie idei Parkrun, wskazanie liczby lokalizacji w Polsce obecnie i w planach, wymienienie sponsorów, zaproszenie na 200. Parkrun Żary, który odbędzie się za tydzień, powitanie debiutantów i gości. Potem wspólne zdjęcie i spacerek na start.



Dzięki temu, że startowaliśmy z innego miejsca, nie zaczynaliśmy od podbiegu. ;-) Tam już tylko informacja, żeby uważać, odliczanie i start. 



Nie zaczęłam jakoś mocno, bo raczej zaczynam zmniejszać tempo, zwłaszcza na początku, i staram się utrzymywać albo przyspieszać. Trasa leśna z podbiegami i zbiegami, więc planowałam spokojnie i pomału się rozkręcić. Rzeczywiście mi się to udało, bo drugi kilometr był szybszy niż pierwszy. Zdziwiłam się tylko, że wg oznaczenia 2. kilometry przebiegłam w momencie, kiedy Garmin zmierzył tylko jakieś 1,8 km. Potem rozbieżność była jeszcze większa. Moje tempo też dziwnie spadało i pomyślałam, że może gubi się zasięg w lesie. A kiedy po 3,6 km (wg Garmina) zobaczyłam tabliczkę z 4, uznałam, że jest szansa na życiówkę. ;-)

Szansa była tylko teoretyczna i trzeba było wcześniej zapytać, czy te oznaczenia są w dobrych miejscach. Dowiedziałam się tylko, że start i meta są przesuwane, z powodu zmian w Zielonym Lesie, gdzie odbywa się Parkrun, ale nie dopytałam, jak z innymi tabliczkami. No i walczyłam, próbując przyspieszyć na tym niby ostatnim kilometrze, chociaż zmęczona już byłam poprzednimi, na których dużo kamieni niby kocich łbów, jakby tam jakiś trakt prowadził i teraz trudno się biegało, a ten ostatni kilometr ciągnie się i ciągnie. Jak później sprawdziłam, to zamiast 1000 metrów, było jakieś 1300, więc - rzecz jasna - żadnego rekordu nie zrobiłam. ;-) Oficjalny wynik to 21.38, miejsce K-1 i Open - 8/51.



Nie spieszyło mi się specjalnie dalej, więc porozmawiałam z kilkoma biegaczami, m.in. z bratem chłopaka, który biega czasem na Parkrunie w Poznaniu. Dowiedziałam się, przy okazji, że ktoś z Poznania organizował tego dnia bieg koleżeński w Żarach. Potem jeszcze krótka wycieczka po mieście i udałam się w dalszą drogę.

środa, 12 lipca 2017

Sfrustrowana po biegach na "krótkich" dystansach

Skończyła się moja seria krótkich biegów, więc postanowiłam zrobić małe podsumowanie i… przejście do następnego etapu. ;-) Przypominając, biegłam ostatnio:

Bieg na Woli po hipodromie – dystans 4 km
Umultowo – dystans 5 km
Nocny Bieg Świętojański – dystans 4,3 km
Botaniczna Piątka – edycja nocna – dystans 5 km

W międzyczasie oczywiście Parkruny również na „krótkim” dystansie. Starty te pozostawiają pewien niedosyt. Pewnie wynika on też z tego, że od stycznia tego roku nie zbliżyłam się do życiówki z listopada. Zrzucam trochę na Fraszkę, że wolniej biega i mi nie pomaga, ale do swojego rekordu z kwietnia też się ostatnio nie mogę zbliżyć. Ustanowiłam w tym roku indywidualny rezultat (bez wspomagania) 20 min 35 s, potwierdzony na Cytadeli (20 min 38 s, ale podbiegi wiadomo. ;-)) Potem jeszcze trzy razy na Parkrunie poniżej 21 minut – dwa razy w Poznaniu 20.58 (jeden raz sama, drugi raz z Fraszką) i jeden raz w Katowicach 20.40. A od czerwca… kryzys totalny, katastrofa.
Jakby dziwnie spadek formy przyszedł dopiero miesiąc po roztrenowaniu, kiedy to cały maj już solidnie przebiegałam, w przeciwieństwie do kwietnia, który raczej przebimbałam…



Może jakaś wakacyjna klątwa. W zeszłym roku o tej porze wszystkie wyniki biegów na piątkę kręciły się w okolicach 22.30, a w tym roku oscylują w granicach 21.15 (albo gorzej, bo 21.30).
A naprawdę przykro patrzeć, jak tempo zawodów na 4 km wynosi średnio 4.30 (patrz hipodrom), jak w tym tempie biegłam półmaraton…



Oczywiście jest wielka złość sportowa i też motywacja do poprawy, ale… niestety już nie pora na to, bo dawno zaplanowane było, że teraz przerzucam się na długie dystanse. Odchorowałam już start w krakowskim maratonie. Oj, długo chorowałam! ;-) Ale w końcu mogę zabrać się za trenowanie. Tak jak wspominałam w innym wpisie, planu takiego jak ostatnio nie ma. Tzn. jest, ale nieużywany. Po zapoznaniu z różnymi rozpiskami i programami, opracowałam na razie ogólny zarys, żeby wiedzieć, co robić. Zresztą podobnie było podczas przygotowań do mojego pierwszego maratonu, kiedy opierałam się głównie na długich wybieganiach, które robiłam co tydzień coraz dłuższe, a w międzyczasie cokolwiek, tzn. wtedy było zwykle dwa razy w tygodniu 10 km – jeden raz z Fraszką, drugi raz sama – czasem z podbiegami, czasem jakieś bnp. Czwarty bieg to był oczywiście Parkrun.
Teraz planuję podobnie skoncentrować się na jednym treningu, który będzie docelową podstawą, nie planuję jednak zwykłego wydłużanego wybiegania, ale wybieganie z BNP. 



W zeszłym roku zrobiłam wszystkie długie treningi w równym wolnym tempie i dało mi to tyle, że po 25. kilometrze maratonu zaczęłam umierać, bo organizm nie nauczył się ani tempa docelowego, ani przyspieszania. W moim przypadku przyspieszanie jest zresztą piętą achillesową na każdym dystansie, więc w żadnym razie nie zaszkodzi. ;-) Próbowałam już trzy razy zrobić taki trening. No właśnie – próbowałam – to jest odpowiednie słowo, bo niestety pierwszy raz nie udało mi się biec założonym tempem. Wyszło lepiej po modyfikacji. Będę pewnie dalej doskonalić, dopasowując tempo i dystans. Prawdopodobnie też pozostałe treningi dostosuję do samopoczucia po tym dniu. Planuję też nadal uzupełniać bieganie innymi elementami, ale muszę uważać, bo po ostatnich ćwiczeniach siłowych miałam bardzo ciężkie nogi, więc powinnam chyba inaczej to rozplanować. Jeśli chodzi o mocne treningi, to mam zamiar nadal robić fartleki, które bardzo pomogły mi przed półmaratonem na wiosnę. Myślę,że przydadzą się też o tyle, że również na jesień chciałabym pobiec w półmaratonie. Będzie też jeden dzień na „klepanie kilometrów”, bo kiedyś trzeba odpocząć i może z Fraszką pobiegać, no i też Parkrun, ale będę musiała przestać myśleć o tym, że mogłabym już szybciej biegać. Chodzą mi jeszcze po głowie wybiegania w drugim zakresie, ale chyba nie będzie, gdzie tego wcisnąć, żeby mieć czas i siły przede wszystkim… 




To taki ogólny plan. Jak wyjdzie z jego realizacją? Pewnie za jakiś czas coś napiszę. A potem jeszcze, czy dał jakieś efekty. Jako starty kontrolne zaplanowałam dwa półmaratony: jeden w Swarzędzu, a drugi w Kaźmierzu – ten drugi mniej na ściganie, bardziej na ćwiczenie tempa w trudnym terenie. W tym celu szukam też czegoś przełajowego na koniec sierpnia. A jak się wszystko dobrze uda, to znów będę mogła porzucić maratony na czas jakiś i wrócić do szybkiego biegania. :-) :-) :-)

niedziela, 9 lipca 2017

O bieganiu nad jeziorem i uciekającym kościele, czyli z wizytą na Parkrunie w Ełku

W sobotę w zacnym gronie kilkunastu osób wzięłam udział w Parkrunie w Ełku. Dawno temu postanowiłam sobie, że w okresie wakacyjnym wybiorę się do najbardziej oddalonych lokalizacji. Na początku planowałam pojechać do Augustowa, czyli jeszcze dalej ode mnie, ale zniechęciło mnie kilka rzeczy. To, że jest dalej oczywiście nie, bo przecież chciałam pojechać daleko. Gorzej było z usytuowaniem Parkrunu w tym mieście, który jest na tyle daleko od centrum, że w opisie na stronie zachęca się, aby na start... udać się taksówką. Mogłam oczywiście pobiec tam i z powrotem, a potem jeszcze z hotelu na dworzec, bo tam wszędzie wydawało się daleko, ale po tym, jak skróciłam wyjazd do dwóch dni, zdecydowałam się jednak na Ełk. Tu dla odmiany wszędzie blisko. Z dworca do hotelu 1 km, a z hotelu na start też mniej więcej tyle. Do tego bardzo ładne usytuowanie nad samym jeziorem Ełckim.




Ponieważ było tak blisko, nie musiałam się spieszyć. W piątek wieczorem już sprawdziłam, gdzie dokładnie jest miejsce zbiórki, więc w sobotę nie miałam problemu, żeby trafić. Nie przejęłam się też zbytnio, kiedy około 8.45 nie dostrzegłam jeszcze żadnych oficjalnych oznak Parkrunu. Spotkałam za to biegacza, który również czekał na bieg i wyjaśnił, że wszyscy schodzą się zwykle chwilę przed 9.00. I rzeczywiście po paru minutach pojawili się organizatorzy. Ustawili jednak flagi w innym miejscu, bo w ten weekend na plaży odbywała się jakaś impreza muzyczna i dojście na tradycyjne miejsce startu było zablokowane. 

Taki początek i finisz



Oprócz nas doszło jeszcze kilka osób, łącznie z turystami z Krakowa i Warszawy. Koordynator wspomniał, że miał już dzień wcześniej jechać na triathlon do Bydgoszczy, ale w związku z tym przesunięciem początku trasy, został do soboty.



Wyjaśnił nam szczegółowo przebieg całego dystansu. Wskazał kościół, za którym są schody i oznaczenie nawrotki. Potem stwierdził, że właściwie to on pójdzie po rower i tam podjedzie, żeby nas kierować. 

Podbieg niby niewielki, ale trzeba było uważać


Tak też zrobił, a my w międzyczasie wystartowaliśmy.



Pamiętałam z relacji facebookowych, że jeden z panów biega w okolicach 20 minut, więc liczyłam, że będę mogła się podczepić, żeby - w razie czego - się nie zgubić. ;-) Rzeczywiście ktoś w takim tempie wystartował, więc ja za nim. Tempo około 4.03, ale do końca pierwszego kilometra zwolniłam do 4.08. Średnio mi się to podobało i nie zapowiadało tak szybkiego biegu, jak oczekiwałam, bo ja przecież nie umiem utrzymywać równego tempa, a już na pewno nie przyspieszać! Potem rzeczywiście jeszcze zwolniłam, a prowadzący stawkę coraz bardziej się oddalał. Chociaż mijający mnie właśnie koordynator na rowerze, rzucił: "Dobrze idziesz", to wiedziałam, że dobrze nie jest. A przynajmniej nie tak, jak chciałam.


Tu widać kościół


Kościół wskazywany podczas odprawy z tamtego miejsca wydawał się blisko, na trasie okazało się, że jest za zakrętem, więc jednak daleko. Droga względnie prosta, ale z "oszukanymi" podbiegami. Przestrzeń odsłonięta, więc wydawało mi się, że biegnę i biegnę... 



W końcu nawrotka, po której trochę przyspieszyłam i na trzecim kilometrze utrzymałam tempo z drugiego. Czwarty to jednak była męka. A myślałam, że skoro w tamtą stronę tak źle się biegło, to może powrót będzie szybszy. ;-) Tymczasem jeszcze słyszę kroki za sobą. Tak ciągnęły się chyba przez kilometr i chłopak, z którym rozmawiałam przed startem, ze spokojem mnie wyprzedził. W końcówce przypomniało mi się, że się wyprzedza, ale ostatni odcinek był po piasku, więc średnio się zmobilizowałam.


A gdybym się tego nauczyła, to piąty kilometr pobiegłabym w tempie 4.00 i nie musiałabym potem narzekać, że znowu powyżej 21 minut.



Tymczasem właśnie 21.13, ale podobno nowy rekord trasy i jeśli dużo się nie zmieni, to chwilowo będę rekordzistką trzech tras: w Kutnie, Grodzisku Mazowieckim i w Ełku. ;-) No i trzecie miejsce Open!

 

A gdybym trochę bardziej się zmusiła, to jeszcze bym tego drugiego mężczyznę wyprzedziła, bo był lepszy o 6 sekund i według wyników dzisiaj PB zrobił, może trochę dzięki mnie. ;-)




Zapytana o wrażenia, odparłam, że trasa bardzo ładna, tylko to słońce... Bo rzeczywiście niby niepozornie, ale świeciło i od rana bardzo ciepło się zrobiło...

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa