wtorek, 20 czerwca 2017

Parkur zamiast Parkrun, czyli mój najkrótszy bieg

Najkrótszy, to nie znaczy niestety najszybszy. ;-) Kiedy wyszperałam sobie te zawody -  bieg po hipodromie na Woli - wydawało mi się, że będzie miło, łatwo i przyjemnie. Sprawdziłam wyniki z zeszłego roku - wtedy był dystans 5 km - i miałam wrażenie, że wszyscy tak jakoś wolno pobiegli. ;-) Nie zmartwiłam się tym wcale nawet, kiedy dowiedziałam się, że trasa nie należy do łatwych. No dobrze - pomyślałam - ale to przecież tylko 4. kilometry. ;-) Haha. Ostatnio jednak różne dystanse potrafią mnie zaskakiwać. Kiedy patrzę na wykres tempa z Maniackiej - średnio 4.10 min/1 km ( dystans 10 km), to zastanawiam się, dlaczego teraz nie mogę pobiec w tym tempie 5 km. No i wciąż nie znalazłam odpowiedzi. Dzisiaj też nie. Pojawiło się za to kolejne pytanie: dlaczego w tym tempie nie jestem w stanie pobiec nawet 4 km?



Bieg w okolicach hipodromu. Start i meta przed trybunami. Nowe, ciekawe miejsce. Na początku jednak trudno było mi się odnaleźć. Chyba bardziej odpowiadał mi klimat festynu parafialnego, podczas którego odbywał się bieg na Umultowie. ;-) Tutaj jakoś dużo ochrony, obserwacje i kontrole. Na szczęście zawody na hipodromie zaplanowano na 12.30, więc wcześniej w okolicy kręcili się głównie biegacze. Od samego rana co jakiś czas padało. Kiedy przyjęłam do siebie wiadomość, że bieg po hipodromie ma trasę po lesie i piachu, uświadamiałam też sobie, że do tego pewnie dojdzie jeszcze błoto. Nie zamierzałam się tym przejmować. Poszłam na delikatną rozgrzewkę i wróciłam na start. 



Nie spodziewano się szybkobiegaczy, bo to był raczej kameralny bieg - nieco ponad 100 biegaczy oraz kilkudziesięciu zawodników nordik walking. W regulaminie jednak widniała informacja o nagrodach finansowych, więc pomyślałam, że trochę ścigaczy jednak będzie. I rzeczywiście pojawiły się osoby, których jeszcze dzień wcześniej nie widziałam na liście startowej. 

Wystartowaliśmy szybko. Dużo dziewczyn biegło przede mną. Lecieliśmy z górki, ale zaczynało się od trawy i mokrego piachu. Nie patrzyłam na tempo, myślałam o tym, żeby nie stracić kontaktu z czołówką. Nie wiem, czy to była dobra decyzja, bo przez to straciłam tylko dużo sił pokonując ten kilometr w tempie 4.03. Kolejne wydawały się łatwiejsze, ale przez ten początek były jednak dużo wolniejsze. Według moich obliczeń byłam szóstą kobietą. Pomimo tego, że zwolniłam, wyprzedzałam i jeden z biegaczy przede mną ustąpił mi miejsca, pytając: "prawa? lewa?". Minęłam go pod górkę. Zmotywowało mnie to trochę. Potem wyprzedziłam jedną z biegaczek i uczepiłam się kolejnej. Przez dłuższy czas biegłam za nią i dobrze, bo inaczej mogłabym przegapić ostry zakręt. Trasa była dość dobrze oznaczona, ale i tak czołówka się zgubiła i spowodowało to dyskusję na mecie o pierwsze miejsce. Tymczasem dogoniłam dziewczynę przede mną i spokojnie ją wyprzedziłam. Ona zapytała mnie wtedy, czy jeszcze daleko. Rzuciłam, że 1,5. Dopiero potem spojrzałam na zegarek i okazało się, że przebiegłyśmy właśnie równe 2,5 km. To był przyjemniejszy odcinek trasy, który pamiętałam z wybiegań przed maratonem. Tym razem było jednak szybciej i dlatego też trudniej. Poza tym zdawałam sobie sprawę, że finisz będzie pewnie po piachu jak początek, który dodatkowo - jak to na hipodromie - obfitował w końskie miny.

Przed ostatnim kilometrem jeszcze drzewo, o którym informowano nas przed startem. Na crossie w Pobiedziskach były dwa, przez które wtedy śmiało skakałam. Dzisiaj wolałam nie ryzykować, ale i tak się poślizgnęłam. Równowaga słaba i lęk przed rozpędzeniem w takich momentach powoduje, że nie mogłabym biegać w górach. A może właśnie powinnam pobiegać w górach, żeby przestać się bać? Dla mnie jednak takie terenowe biegi są tylko treningowe do asfaltu.

Szybki pierwszy kilometr pozwalał mieć nadzieję na uzyskanie wyniku w okolicach 18 minut. I tak rzeczywiście wyszło: 18.01 i dotarłam do mety jako czwarta kobieta. Byłam potwornie zmęczona, jakbym te 4 kilometry pokonała w najwyżej 16 minut, no ale tak nie było. Ogarnęłam się trochę i zastanawiałam, czy warto czekać, skoro zajęłam "najgorsze" czwarte miejsce. Nie pamiętałam, czy będzie też dekoracja w kategoriach wiekowych. Przeczytałam jeszcze raz regulamin i wynikało z niego, że są nagrody nie tylko open, ale... uwaga - dublują się. Na mecie zobaczyłam dwie najszybsze dziewczyny, z którymi zawsze przegrywam i to sporo - obie są w mojej kategorii. Trzeciej nie znałam, więc trudno było stwierdzić. Zanim się dowiedziałam, wysłuchałam historii o zwycięzcy, który przybiegł pierwszy, ale... inną trasą. Z opowieści zrozumiałam, że zabrakło mu 700 metrów, więc dodano mu 2 minuty, co i tak sprawiało, że zajął pierwsze miejsce. 



Potem przyszedł sms, że zajęłam 16. miejsce Open (na 109 osób), 4. wśród 63 kobiet i 3. w kategorii K-30. Poczekałam więc z nowymi znajomymi, z którymi słuchaliśmy opowieści o pomylonej trasie. Okazało się, że wszyscy troje odbieraliśmy później puchary. :-)

Ledwie skończyła się dekoracja biegu, a już zaczęły się właściwe zawody, na które wszyscy biegacze otrzymali bilety, ale warunki nie sprzyjały do kibicowania, zwłaszcza przez takich laików w dyscyplinie jak ja, więc nie skorzystałam. 

Kolejny krótki bieg już za tydzień. Ciekawe, czy wtedy też się będę zastanawiać, dlaczego tak wolno było...

wtorek, 13 czerwca 2017

Parkrun Poznań #253 w pogoni za Fraszką

Dziś pojawiłam się na Cytadeli pierwszy raz od 250. Parkrunu. Z Fraszką jeszcze dłużej nie biegałam w Poznaniu na Parkrunie. Zastanawiałam się, czy zabrać ją ze sobą, czy raczej spróbować pościgać się sama. Dzisiaj bieg był zastępczą trasą - dwoma pętlami - której sama jeszcze nigdy nie pokonałam. Korciło mnie więc trochę, żeby spróbować i sprawdzić, jak mi wyjdzie. Biegam ostatnio same piątki oraz dziesiątki i staram się poprawić szybkość, więc może udałby się jakiś dobry wynik. Ale... po pierwsze: Fraszka zapisana (ze mną) na zawody na początku i na końcu lipca, więc trzeba ćwiczyć wspólne ściganie, a nie tylko treningowanie, po drugie: jutro sama się ścigam, więc dzisiaj lepiej nie szaleć. A niestety teraz taka pora, że Fraszka bardziej słabuje ode mnie, ale mam nadzieję, że na jesień znów mnie pociągnie. :-)




Tymczasem dzisiaj od rana wizyta na Cytadeli. Zjawiłam się dość wcześnie, bo ja szybko się wyszykowałam, a Fraszka umierała z niecierpliwości, więc wcześniej wpakowałam ją do auta i pojechałyśmy. Na miejscu było już kilkoro znajomych, potem dochodzili kolejni. Wydawało się, że jest bardzo dużo czasu na rozmowy i rozgrzewkę, ale jakoś na to drugie jak zwykle było mało. ;-)


W końcu udało się oderwać na chwilę od tłumu. W drodze powrotnej zagadnął mnie jeden z biegaczy. Zapytał, czy jestem Agnieszka, dodając od razu, że go nie znam. Yhm... dalej powiedział, że czytał mój wpis i że jest pierwszy raz na Parkrunie... Zapytałam, jak w takim razie trafił na mój blog. Opowiedział mi, który tekst najpierw przeczytał. Oczywiście był to jeden z bardziej poczytnych artykułów pod chwytliwym tytułem: "Jak poprawić czas w półmaratonie o 50 minut". Napisałam go już ponad rok temu. Widziałam potem, że ma dużo czytelników, którzy dotarli do niego inną drogą niż przez link z Facebooka. Jakiś czas temu pod tym wpisem pojawił się komentarz:



"Klika dni temu pobiegłem Swój pierwszy w życiu półmaraton (w ogóle pierwszy poważniejszy bieg w życiu). Bez żadnego przygotowania udało się tak jak Tobie w 2h 31m. Wkręciłem się w tą zabawę chyba już na poważnie bo zapisałem się na 2 następne biegi (na razie 10km). Mam nadzieję że osiągnę (chciałbym w mniej niż 6 lat) taką poprawę wyników jak Ty. Inspirujący wpis. Pozdrawiam"



Okazało się, że to właśnie ten biegacz napisał. Odzew w zasadzie miły, poza lekkim przytykiem do tych sześciu lat, ale kto mnie trochę zna, to wie, jak wtedy biegałam, tzn. nie biegałam, tylko zapisywałam się na zawody, w których jako początkujący amator poprawiałam wyniki. Tak naprawdę trenować zaczęłam dopiero niecałe trzy lata temu. Tak czy siak, dzisiaj dowiedziałam się, że mój blog po raz kolejny przydał się na coś dobrego, bo ów biegacz powiedział, że zaczyna, ale ma plany - i pewnie determinację - żeby biegać i osiągać coraz lepsze wyniki i z tego się cieszę, oczywiście życząc powodzenia. :-)



Z takim pozytywnym nastawieniem przystąpiłam do startu. Fraszka była trochę mniej szczęśliwa, że znów musi czekać, co poskutkowało wyrwaniem się do przodu natychmiast, kiedy jej na to pozwoliłam. Jak zwykle dołączyłyśmy do stawki chwilę po starcie, a ponieważ dzisiaj nie było głównych ścigaczy, zajęłyśmy bardzo dobrą pozycję startową i... zaczęłyśmy wyprzedzać, po chwili znajdując się przed czołówką. Po drodze rzuciłam tylko żartobliwie: "Niech Fraszka trochę poprowadzi wyścig" i rzeczywiście tak było. Nie biegłyśmy wcale superszybko, Garmin wskazywał 4.01, ale jednak zostawiłyśmy elitę z tyłu. Przypomniałam sobie, że fotograf będzie pewnie przy pierwszym zakręcie i zamarzyłam, żeby utrzymać prowadzenie do tego momentu. Jakimś cudem nam to się udało. Oczywiście to było tylko kilkaset metrów, ale sprawiło mi dużo radości. Potem spokojnie zwolniłam, chociaż Fraszka ciągnęła dalej. Zaplanowałam, żeby pobiec szybko, ale nie na maksa tak, żeby udało nam się utrzymać w miarę równe tempo bez końcówki, kiedy ja muszę ciągnąć Fraszkę. Jeśli chodzi o wynik, to celowałam poniżej 22 minut, żeby było lepiej niż ostatnio z Fraszką na Cytadeli i dużo lepiej niż z Fraszką w Kutnie. Plany zakładały bieg w upale, a od rana deszcz i trochę się ochłodziło, więc mogło wyjść lepiej. 



Start był dość szybki, więc później trochę odpoczęłyśmy, a Fraszka pomimo ochłodzenia ciągnęła z asfaltu na trawę, ale jednak wciąż parła do przodu. Pierwsze okrążenie minęło mi bardzo szybko. Drugie trochę wolniej, ale chyba jednak ta zastępcza trasa jest łatwiejsza. Świadczy też o tym moja życiówka 20.02. Dzisiaj zgodnie z planem wyszło poniżej 22 minut. Nawet bardzo poniżej, bo 21.31. Niestety tylko z 1. miejsca spadłyśmy na 20. ;-)

niedziela, 11 czerwca 2017

Parkrunowe podium na V Biegu Grand Prix o Puchar Rady Osiedla Umultowo

Dziś kolejny bieg z serii "Krótko i szybko". ;-) Oczywiście to żaden oficjalny cykl, tylko moje biegi, które dość przypadkowo złożyły się w taki układ. Napisałam kolejny, a właściwie powinnam stwierdzić, że to dopiero pierwszy, który ten cykl otwiera. Kolejne za tydzień, za dwa... i następny za ponad trzy (jeśli dobrze liczę).



Wszystkie, jak wspominałam wcześniej, na dystansie od 4 do 5 km. W międzyczasie tylko jeszcze 8 km będzie. ;-)



Dzisiaj miało być krótko, ale szybciej niż wczoraj na Parkrunie. Trochę szybciej było, ale jednak niewiele... Niestety warunki nie na ściganie. Cieszyłam się ostatnio, że jestem taka odporna na upały. Okazuje się jednak, że to niezupełnie prawda. Tydzień temu musiało jednak być zdecydowanie chłodniej. Wczoraj pogoda też sprzyjała. Dzisiaj natomiast, chociaż miało być pochmurnie, to jednak słońce przygrzewało. Trasa również nie należała do najłatwiejszych: w dużej mierze piaszczysta droga, a kiedy dotarłam do lasu, okazało się, że tam biegnie się jeszcze gorzej, bo było pod górę. Chciałam osiągnąć lepszy wynik, ale nie byłam w stanie.




Zaczęłam mocno, jak wczoraj, ale dopiero po kilkuset metrach wysunęłam się na pierwsze miejsce wśród pań, co skomentował jeden z biegaczy, kiedy go mijałam. Drugi (chyba syn) zauważył, że za nimi jest druga kobieta, więc będzie walka. Miałam nadzieję, że szybko ją zgubię. Nie chciałam się jednak oglądać, więc tylko przyspieszałam. Niestety drugi kilometr wyszedł znacznie wolniej. Na trzecim, na zakręcie zobaczyłam, że druga kobieta jest nadal blisko, więc udało mi się przyspieszyć zwłaszcza, że było dużo z górki. Wtedy też dwie napotkane panie zawołały do mnie: "Nie daj się", jakby wiedziały, o czym myślę. No i potem przyszedł kryzys na czwartym kilometrze. Zwolniłam mocno i nie mogłam z tym nic zrobić. Radość sprawił mi fakt, że nie biegniemy dalej pod górę, jak myślałam patrząc przed siebie, tylko skręcamy w las, jednak i tak nie mogłam za bardzo przyspieszyć. Przy okazji wspomnę, że fantastycznie, iż na trasie było tyle osób wskazujących trasę. Inaczej zgubiłabym się na pewno. ;-) Ale skoro było ich tak dużo, to dzisiaj przydałoby się może trochę wody... Człapałam dalej za jednym biegaczem, który chyba nie wytrzymał mojego sapania i puścił mnie przodem, motywując do biegu. Czekałam tylko aż skończy się las, bo to będzie oznaczało, że już niedaleko meta. I rzeczywiście.



To już była ostatnia prosta. A to, że w oddali jawiła się meta sprawiło, że jakoś przyspieszyłam. Z daleka usłyszałam: "I mamy pierwszą kobietę na mecie, brawo!". Nie było mowy, że goni mnie druga, więc trochę się uspokoiłam. Dotarłam do mety po 21 minutach i 24 sekundach.  



Tam czekali już chłopacy z ekipy Parkrun i dowiedziałam się o ich wspólnym finiszu, którego niestety nie mogłam widzieć.




Rywalizacja jeszcze się nie skończyła, bo nadal nie było wiadomo, czy zostali sklasyfikowani według czasu brutto czy netto. Potem przyszła dobra wiadomość o tym, że zajęli pierwsze i drugie miejsce w kategorii wiekowej.


Mieliśmy więc pomarańczowe podium i puchary dla wszystkich w pomarańczowych koszulkach Parkrun. :-) :-) :-)

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Fantastycznie na III Biegu dookoła jeziora Brzostek

W niedzielę kolejny bieg weekendowy. Może dobrze, że w sobotę jednak tak bardzo nie poszalałam (czyt. zwolniłam na trzecim kilometrze), bo czułam się mniej zmęczona przed następnymi zawodami. Trochę jednak byłam rozstrojona, ponieważ... start zaplanowano na 16.00, o czym się dowiedziałam dopiero po tym, jak już zdecydowałam się pobiec. No, ale... w sumie dzięki temu miałam jeszcze więcej czasu na odpoczynek po Parkrunie i po podróży. A odpoczywałam, ach odpoczywałam do południa. ;-)

Około 13.00 zebrałam się, żeby coś zjeść i pomału zacząć się pakować. Motywacja u mnie zawsze większa rano, bo podobno jestem rannym biegaczem. ;-) Poza tym po wyjściu z domu okazało się, że na zewnątrz oprócz tego, że gorąco, to duszno jakoś. Zapowiadano burze, ale nic nie przyszło, dlatego pewnie było tak parno. 


Zobaczyłam piach, po którym mieliśmy biec i jeszcze bardziej zmalała mi ochota na ściganie. Pocieszająca była myśl, że większość trasy prowadziła jednak przez las. Pozostawało niebezpieczeństwo, czy znowu się nie zgubię. ;-) Przed startem była odprawa, na której tłumaczono, jak pobiegniemy i jakie będą oznaczenia, ale ze mną to nigdy nic nie wiadomo. ;-)



Zbliżała się pora startu. Komary zaczynały gryźć. Pożartowaliśmy trochę, więc humor mi się poprawił, i polecieliśmy. Na początku to rzeczywiście był lot, bo biegłam bardzo szybko - oczywiście nie zdając sobie z tego sprawy. Po kilkuset metrach zobaczyłam na zegarku, że było tempo 4.05. Nie wiedziałam, jaką przyjąć taktykę, czy zwolnić czy próbować utrzymać. Nie planowałam wcześniej wyniku. Podobno to niedobrze, bo jak się nie planuje, to nigdy nie pobiegnie się na miarę swoich możliwości. Postanowiłam delektować się trasą i biegiem przełajowym oraz mieć większą radość niż na Borówieckiej Za-dyszce, kiedy umierałam z gorąca i braku przygotowania. Od tego czasu trochę poprawiłam wytrzymałość i odporność na wysokie temperatury, więc chciałam sprawdzić, jak to się przełoży na zawody.








Cechą przełajów jest oczywiście to, że nie można utrzymać równego tempa. Dzięki temu nie trzeba się martwić, że się zwolniło na podbiegu, bo można to odrobić, a dodatkowo odpocząć, na zbiegu. :-) Inaczej niż na płaskim - zwykle - asfalcie nie trzeba też się przejmować, że zwolnienie oznacza kryzys i utratę sił oraz człapanie do samego końca. Wykres tempa przyjmuje kształt sinusoidy podobny do ukształtowania terenu. Niestety (a może i "stety") wcześniej nie wiedziałam, ile będzie zbiegów i podbiegów, ale wykorzystałam fakt biegnięcia dwóch pętli (czego oczywiście tradycyjnie normalnie nie lubię ;-)) i przygotowałam się psychicznie, nastawiając odpowiednio do człapania pod górę i odrabiania w dół. 


Tempo z początkowych kilometrów oczywiście się nie utrzymało (zgodnie z tym, co napisałam powyżej), ale śledziłam średnie tempo, starając się, żeby ostatecznie utrzymać poniżej 4.30. Sama byłam zdziwiona, że mi się to udaje. Dużo wolniej biegłam w Borówcu. Nawet na crossie zimowym w Pobiedziskach ostatecznie wyszło 4.35, a przecież tam biegłam w fazie intensywnych przygotowań do wiosennych startów. Do tego pogoda była dużo lepsza do biegania. A może nie? Może jednak przyzwyczaiłam się do wyższych temperatur? W końcu! Wprawdzie po trzech kilometrach pomyślałam: "dopiero?" a po czterech zaczęłam się zastanawiać, jakby tu zakobinować, żeby pobiec tylko jedną pętlę, ale...

Oczywiście nic z tego nie wyszło, więc na półmetku (czas około 22 minuty) chwyciłam tylko kubek z wodą. Zastosowałam metodę, której nigdy nie lubiłam, czyli większość wylałam na siebie, a tylko trochę wypiłam. Potem poleciałam z powrotem do lasu. I właśnie okazało się, że pomimo zmęczenia, mogę jeszcze przyspieszać. Zwłaszcza ten szósty kilometr okazał się dość szybki. Potem było jednak trochę gorzej. Czekałam na podbiegi, o których pamiętałam. Za drugim razem niestety gorzej je zniosłam i wydawało mi się, że jest ich więcej. Kiedy wreszcie się skończyły, miało być już lepiej, ale wtedy tak niefortunnie się wybiłam, że wylądowałam wykręcając stopę. Nieco zabolało, ale choć parę razy wcześniej to się zdarzało, trochę się wystraszyłam, bo pomyślałam o skręconych dwa razy kostkach. Wtedy jednak noga wykręciła się trochę inaczej, więc miałam nadzieję, że będzie dobrze. Bałam się jednak biec bardzo szybko i... miałam dobre wytłumaczenie, żeby zwolnić. ;-) 



Doczłapałam do mety z tym planowanym tempem poniżej 4.30 (wyszło 4.28), a ponieważ trasa ciut krótsza, to wynik 43 minuty 11 sekund i 2. miejsce Open wśród kobiet, bo oczywiście nie było szans na pierwsze. Dumna jestem i zadowolona, bo nogi mnie bolały od zbiegania i podbiegania - znak, że trzeba dorzucić do treningów - a nie umierałam od temperatury. 



Tak czy siak na koniec miłe orzeźwienie, bo kiedy dobiegałam do mety zaczęło mżyć. A potem rozpadało się na dobre. Wszyscy szczęśliwie dobiegli. Potem były medale, rogaliki, dekoracja, zdjęcia... Fantastyczny kameralny bieg, wspaniałe towarzystwo, bajeczna trasa i zadowalający wynik.

niedziela, 4 czerwca 2017

Urzekająco i zawile (prawie na orientację) na Parkrunie w Pruszkowie

Kontynuując moją wędrówkę po lokalizacjach Parkrun, dziś dotarłam do Pruszkowa. Zatem wypad trochę dalszy niż w zeszłym tygodniu. Dlatego wybrałam się w przeddzień biegu i na miejsce dotarłam właściwie już wczoraj. Jakieś dziwne rzeczy dzieją się na kolei, kiedy ja próbuję dojechać na Parkrun. Już pomijam fakt, że Parkrun jest w sobotę, więc zwykle jadę w piątek i pewnie z tego powodu. ;-) A jeśli już zdarza mi się jechać nocnym pociągiem, to zwykle w wakacje, a wtedy to już w ogóle trafić na planowy pociąg, to jak wygrać w totolotku. 



Wczoraj przyjechałam już wieczorem. Miasto przeraziło mnie trochę. Szare ulice i ciemne zaułki. A do hotelu miałam kawałek. Jakoś udało mi się dotrzeć, a dziś rano wszystko okazało się ładniejsze i mniej niebezpieczne. Znowu czekał mnie dłuższy spacer, ale bardziej przyjemny. Od rana słońce, a okolica zielona i bardziej przyjazna. A Park Potulickich, w którym odbywa się Parkrun wręcz mnie zauroczył.



Zjawiłam się tam około 8.30. Niesamowite, ale trafiłam bez problemu. Znalazłam też tablicę informującą o cotygodniowych bezpłatnych biegach Parkrun, co tylko potwierdziło, że jestem naprawdę w dobrym miejscu. ;-) Sprawdziłam jeszcze na mapie, jak wygląda trasa. Wcześniej czytałam, że są dwie pętle i… dużo zakrętów. Rzeczywiście zapowiadało się bardzo…zawile. ;-) A wydawało mi się, że to w Katowicach ciągle zakręcaliśmy. 



Tymczasem… siedzę w okolicach startu. Nieopodal toi-toi i plotkujący od rana wędkarze. Napawam się widokiem fontanny i… nic. Mijają mnie pojedynczy biegacze, Parkrunu jednak ani widu, ani słychu, a już godzina 8.40. W końcu spostrzegam kogoś w jaskrawej koszulce. Aha – koordynator Parkrun. I rzeczywiście. Zza drzew widać było, że zaczyna się rozkładanie flag i szykowanie mety/startu. Pomału zaczynali się też schodzić inni uczestnicy. 

Skorzystałam z okazji i też podeszłam. Nikt się specjalnie nie zainteresował. Zostawiłam rzeczy i poszłam się rozgrzać. Zachwycałam się nadal okolicą, bo bardzo lubię parki z jeziorkami, a tam dodatkowo była wyspa z zabytkową figurą Matki Bożej. Droga, na której zorganizowano zbiórkę prowadziła natomiast wprost do kawiarni Przystań, która miała ogródek nad samą wodą. W czasie rozgrzewki dobiegłam kawałek dalej, gdzie kilka osób szykowało się do pływania kajakami. 



Przed 9.00 wróciłam na miejsce zbiórki. Koordynator zaprosił nas do wspólnego zdjęcia, po czym rozpoczął odprawę. Miała ona specyficzną formę, bo prowadzący niby stał przed nami, a jednak wmieszał się w tłum i podchodził niemal do każdego. Najpierw przywitał dzieci (bo dzisiaj Parkrun z okazji Dnia Dziecka), potem powitał debiutantów oraz gości (czyli mnie). Przy tej okazji wspomniał o trasie, ale nie dowiedziałam się niczego nowego oprócz tego, co widziałam wcześniej na mapie. Następnie przedstawił wolontariuszy. Dalej wymienił sponsorów (globalnych i lokalnych). Na końcu zapytał, czy są jeszcze jakieś sprawy, a ponieważ nie było, przyszła pora, żeby udać się na linię startu.  Tam przeszliśmy witając się wzajemnie, bo taki tam jest zwyczaj, że podaje się rękę najbliższemu biegaczowi. Luźna taka ta odprawa i widać, że nie do końca wszystko zaplanowane, bo mierzący czas powiedział, że pobiegnie jedno okrążenie, a w końcu nie wiem, ile pobiegł, ale czas mierzył kto inny. Nie było też wcześniej ustalone, kto będzie skanował. Ale jak przybiegłam, to czas został zmierzony i mój token z kodem też zeskanowany, więc chyba później udało się rozdzielić role.

Wystartowaliśmy kilka minut po 9.00. Miejsce startu bardzo bardzo wąskie. Wydawało mi się, że jestem blisko startu, a przede mną sami mężczyźni, więc nie będzie problemu. Niestety bardzo się myliłam i przez to też bardzo wolno ruszyłam. Długo nie mogłam nadrobić tego, co straciłam, kiedy zaczęłam w okolicy 4.50. Przez to pierwszy kilometr wyszedł dużo wolniej niż planowałam. Nie przejmowałam się tym tak bardzo. Chciałam pobiec szybko, ale mieć też trochę przyjemności z utrzymania tempa a jak się uda to też przyspieszenia na końcu. Czołówka ruszyła mocno. Ja przez długi czas biegłam za jednym biegaczem i dzięki temu wiedziałam, gdzie mam się kierować. Tak minęła pierwsza pętla, czyli 20 zakrętów. ;-) Nawierzchnia mieszana: trochę kostki chodnikowej, trochę szutru… Park w większości zacieniony, więc przyjemnie. Niestety <sic> po pierwszym okrążeniu wyprzedziłam mojego zajączka i… już po kilkuset metrach nie wiedziałam, dokąd się kierować. Na szczęście pan był tak miły, że kiedy źle skręciłam, zawołał za mną, żeby mnie nakierować. Podziękowałam grzecznie i próbowałam trafić dalej. Nie chciałam jednak zwalniać. A on widocznie nie chciał mnie dogonić. Dlatego też nawigował mnie z tyłu. Niektóre skręty pamiętałam, większości jednak nie. Dla pewności czekałam na informację od niego, bo pogubiłam się w rachubie, także w kwestii mijanych mostków. I tak dociągnęliśmy do końca. Jednak zamiast przyspieszenia, było zwolnienie i dopiero na ostatniej prostej, kiedy minął mnie inny biegacz, spostrzegłam, że to już meta i również próbowałam finiszować. 



Dobiegłam z wynikiem 21 minut 20 sekund według Garmina, a oficjalnie 21.19. ;-) Czas oczywiście lepszy niż tydzień temu, ale dzisiaj też mógłby być lepszy, gdybym wiedziała, dokąd biec. Taki jeden minus. A poza tym bardzo sympatycznie. Podziękowałam jeszcze mojego nawigatorowi. Potem porozmawiałam chwilę z tym biegaczem, który mnie wyprzedził. Okazało się, że ja byłam dziś zającem dla niego, bo biegłam odpowiednim tempem. Wywnioskował, że już długo biegam i się zaczaił za mną. Ale jednak ostatecznie mnie wyprzedził. Różnica między nami taka, że on zna ten park i nie zgubiłby się na trasie. Minęło jeszcze parę minut, a już na mecie pojawiła się flaga, co znaczyło, że bieg ukończył ostatni zawodnik. W tym wypadku była to zawodniczka. Ciekawa funkcja: zamykający stawkę z flagą…. Psów niestety nie było…

Zachwyciła mnie ta trasa jak dawno żadna inna. Może ta pogoda tak nastraja optymistycznie. Chętnie skorzystałam z okazji i zwiedziłam jeszcze Pruszków przed wyjazdem.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa