środa, 31 maja 2017

Startowy sezon ogórkowy

Spoglądam w kalendarz, a tam we wszystkie weekendy czerwcowe jakieś biegi pozapisywane. Niby u biegacza nic dziwnego, ale... Jakiś czas temu podjęłam - mniej czy bardziej - niezobowiązujące postanowienie, że nie będę brała udziału w zawodach jak będzie gorąco. A to właśnie dlatego, że jest gorąco. ;-) Ciągle tak powtarzałam, ale do tej pory nigdy tego w 100 procentach nie zrealizowałam. A to jakiś sentyment do dychy w Swarzędzu, a to nagły pomysł, żeby pobiec w Biegu Świętojańskim... i jeszcze inne podobne powody. 




Radość z biegania podczas upałów odczułam w zeszłym roku w Hiszpanii. Teraz przyszły na chwilę hiszpańskie klimaty, więc mi się przypomniało. ;-) A tak bardziej poważnie, to potem - jeszcze w zeszłym roku - próbowałam trochę z temperaturą powalczyć, ale raczej trwałam w przekonaniu, że bieganie w upale nie jest przyjemne i nie warto się męczyć. Później posłuchałam paru wykładów na temat przygotowań do zawodów i o tym, że nie można trenować tylko wcześnie rano, jeśli start ma być w południe i jest wielce prawdopodobne, że wtedy będzie dużo cieplej. I cały czas pamiętam, że się kiedyś na tym nocno-porannym trenowaniu przejechałam (patrz maraton w Krakowie). 



Zatem teraz przygotowania, jak do maratonu w Rzymie, czyli interwałów i podbiegów w temperaturze 20-30 stopni nie lękam się. ;-) Czasem może być nawet BNP. Oczywiście bez przesady, bo nie ma co przemęczać organizmu. Ale zauważyłam, że jest dużo większa chęć walki niż kiedyś. W ogóle chęć do biegania ostatnio duża. Pewnie dlatego, że wciąż (jeszcze) mogę, a nic nie muszę, bo wciąż oficjalne przygotowania się nie rozpoczęły.

Tymczasem dzięki różnym pomysłom oraz - przede wszystkim - hojnym Darczyńcom - w czerwcu czekają mnie cztery biegi na przeróżnych dystansach: od 4 do 10 km. Całe szczęście, że nie będzie półmaratonu, bo tego jednak w 30 stopniach mogłabym nie przeżyć. ;-) 

Treningi specyficzne, bo w środku dnia - bez wymówek, a wcześnie rano - głównie z Fraszką. Poza tym te zawody weekendowe, więc motywacja będzie jeszcze większa. Ćwiczenia uzupełniające też kombinowane, bo próbuję uporać się z różnymi problemami technicznymi. Trenera nadal brak, więc wymyślam sama. Trener prawdziwy pierwszy i - jak na razie jedyny - objawia się czasem, ale zwykle pozostaje w cieniu. Udało mi się ostatnio trochę porozmawiać, a raczej wygłosić wywód na temat planów startowych i chociaż niewiele usłyszałam w odpowiedzi, udało mi się podstępem wyciągnąć to, co chciałam, czyli że dam radę. :-) A co i jak więcej, to później pewnie napiszę. Chociaż do października jeszcze 4,5 miesiąca, to królewski dystans wymaga szacunku i odpowiedniego przygotowania, zwłaszcza jeśli chce się zrobić dobry wynik na zakończenie. :-) Maj to był miesiąc dialogów wewnętrznych, więc dużo różnych pomysłów się zrodziło. Powstał też plan treningowy, ale podejrzewam, że tym razem wyląduje w koszu w całości i na nic się nie przyda.  



Na razie nadal bez trenera. Jedna z blogerek napisała kiedyś, że nie ma trenera, bo nie znalazła jeszcze takiego, który by jej odpowiadał, a właściwie to znalazła jednego, który jednak nie trenuje kobiet. Ja żadnego nie znalazłam, więc nadal sama sobie żaglem, sterem, trenerem... i wymyślam i sprawia mi to dodatkową frajdę. Ale też czytam, zerkam, podpatruję i się inspiruję. Także przy okazji dziękuję za wzajemną mobilizację oraz motywację i już się cieszę na kolejne wspólne wypady biegowe. :-)

sobota, 27 maja 2017

Bieg na samopoczucie (Fraszki), czyli 1. Parkrun Kutno

Po krótkiej przerwie, dziś kolejna okazja do odwiedzenia (zaliczenia) następnej lokalizacji Parkrun. Ostatnio jakoś marnie mi to idzie, ale wcale nie dlatego, że nigdzie nie jeżdżę, tylko że lokalizacje otwierają się częściej niż ja jeżdżę. ;-) Dlatego dzisiaj nówka sztuka - Parkrun Kutno. Rzadko zdarza mi się bywać na inauguracji. Częściej zjawiam się incognito i później wychodzi na to, że na kontrolę przyjechałam. ;-) Chyba że zostaję powitana jak w Kaliszu: "Agnieszka z Poznania? Po psie poznałam" ;-) albo otrzymuję specjalne zaproszenie jak do Świdwina. Wtedy nici ze szpiegowania. ;-)



Dzisiaj bardzo oficjalnie, więc wszystko wyglądało wspaniale, jak to zawsze na otwarciu. :-) Zabrałam dzisiaj ze sobą Fraszkę, chociaż temperatura dla niej nie najlepsza do biegania, ale skoro zapisałam się z nią na zawody, to trzeba trochę potrenować wytrzymałość. Radość za to była większa, bo razem jedziemy i razem coś robimy. W drodze spokojnie spała, ale tuż przed dotarciem na miejsce pomału zaczęła się budzić. Park jej się bardzo spodobał i chętnie zwiedziła go podczas spaceru z miejscowymi organizatorami, z którymi poszliśmy oznaczać trasę. Później było trochę gorzej, bo zbliżało się miejsce startu i narastało podniecenie. Kilka minut przed startem skończyło się oczywiście tym, co zwykle, czyli odprawą, a my poszłyśmy "do kąta". Ponieważ to otwarcie, przemówienia trwały znacznie dłużej, Fraszka z trudem to znosiła, a ja chyba jeszcze gorzej. ;-) Zapał za to był dużo większy, bo starczył Fraszce na więcej niż 1 kilometr, jak to zwykle bywa na Cytadeli. Nie wspomniałam jeszcze, że trasa liczy trzy pętle i zastanawiałam się, jak to będzie z tym kręceniem się w kółko. Mnie z trudem to przychodzi (a już podczas oznaczania było widać, że zakrętów sporo), a co dopiero pieskowi. 




Po przemówieniach wspólne zdjęcie i start. Stałyśmy gdzieś pośrodku, więc trzeba było wyprzedzać po trawie. Ścięłyśmy też trochę pierwszy zakręt, żeby jakoś przedostać się do przodu. Fraszka gnała niemal przez całe pierwsze okrążenie. Nie mam jednak pojęcia, jakie było tempo, bo... po przyjeździe na miejsce okazało się, że Garmin zrobił mi taki dowcip, jak kiedyś poprzedni w Łodzi i... rozładował się. Nie mam pojęcia jak i kiedy. Prawdopodobnie włączył się jakoś albo ja go zostawiłam włączonego i bateria się wyczerpała w międzyczasie. Tak czy siak, zapowiadał się bieg na samopoczucie, nie tylko Fraszki, ale i moje. Trudno, pomyślałam, przynajmniej nie będę się martwiła, jak Fraszka "się zagrzeje". No i rzeczywiście, mogłam się tylko domyślać, jak szybko biegniemy, więc się specjalnie nie przejmowałam. Podejrzewałam oczywiście, że jest wolniej niż zwykle, bo ja bez zegarka raczej nie zmuszę się do przyspieszenia. A dlaczego miałabym jeszcze zmuszać Fraszkę? ;-) Drugie kółko było bardzo trudne. A na początku trzeciego okrążenia to ja musiałam Fraszkę ciągnąć. Gdzieś pod koniec - nie wiedzieć czemu - nagle przyspieszyła. Pomyślałam, że może przypomniało jej się, jak ostatnio trenowałyśmy przyspieszenia. Zmotywowałam ją dodatkowo okrzykiem i pomogło. Przynajmniej w cieniu. ;-) Przed metą znów zwolniła, bo przecież tak jak pani "nie lubi ludzi". ;-) Dobiegłam z nadzieją, że może udało się osiągnąć czas około 22 minut jak ostatnio. ;-) 



Po biegu poszłyśmy się schłodzić i porozmawiać z innymi biegaczami. Oprócz osób z Kutna, była też ekipa z Warszawy oraz turystyczni Parkrunnerzy, czyli tacy jak my. ;-) Trasa z trzema pętlami pozwoliła na obserwowanie innych biegaczy. Można więc było kibicować im na trasie oraz na mecie i spokojnie poczekać, aż wszyscy ukończą bieg. 



Potem poszliśmy zgrywać wyniki i okazało się, że marzenia o 22 minutach były złudne, bo bieg zajął nam ponad 23 minuty. ;-) Podejrzewam, że nawet bez zegarka na Cytadeli byłoby szybciej, bo u siebie, to nawet jak są podbiegi, wiadomo, jak je pokonać. :-) A w Kutnie przeważnie płasko, ale jak pisałam wcześnie, dużo zakrętów. Park sympatyczny, trasa w większości zacieniona. Można ćwiczyć utrzymywanie równego tempa na pętlach. ;-) 

A już za tydzień kolejna lokalizacja. Dla odmiany będzie bez Fraszki. Kto zgadnie, gdzie pobiegnę? ;-)

niedziela, 21 maja 2017

250. Parkrun Poznań

Dzisiaj za to dla odmiany: przyspieszanie na Parkrunie albo bardziej tempa trzymanie. ;-) Ale o tym później. ;-) Ważniejsze, że dzisiaj okrągły 250. Parkrun na Cytadeli w Poznaniu. Przygotowania trwały już od kilku dni i zapowiadało się wiele atrakcji związanych z dużą liczbą nagród dla uczestników, a przede wszystkim ze Śniadaniem po Parkrunie, które miało odbyć się już po raz drugi. W zeszłym roku to wydarzenie zostało zorganizowane po 200. Parkrunie. Odbyło się w czerwcu i zgromadziło wtedy ponad 270. biegaczy. Teraz spodziewaliśmy się więcej. :-)



I rzeczywiście przed 9.00 wyglądało na to, że frekwencja będzie bardzo wysoka. Trudno było wypatrzeć znajomych spośród kilkuset biegaczy. A z drugiej strony spotykało się tylu innych znajomych, że z trudem można było przejść bez zatrzymywania się. ;-) Jakoś udało mi się wydostać na rozgrzewkę. Dzisiaj przyjechałam bez Fraszki, więc z daleka słyszałam, że trwa odprawa dla debiutantów. Później zobaczyłam, że było ich dzisiaj sporo. Pojawiło się też wielu gości.

W końcu przyszła pora, żeby udać się na start i posłuchać odprawy dla wszystkich. Raz na jakiś czas mi się zdarzy i przynajmniej się czegoś dowiem. ;-) Ale dziwnie było, jakoś ciasno. Chyba dlatego, że pojawiło się nas tak dużo. I w końcu pora na start. Ruszyliśmy.



Biegłam dziś ciągnięta tylko tłumem, a nie szalonym psem. Zdecydowałam się na bieg bez Fraszki po pierwsze dlatego, żeby "nie pomagała mi przy szykowaniu śniadania", a po drugie, żeby sprawdzić, jak szybko sama biegam. Wprawdzie mogłam to ostatnio zobaczyć podczas zawodów w Swarzędzu, ale postanowiłam, że na Cytadeli też raz na jakiś czas sama wystartuję. Trudny był właśnie ten pierwszy kilometr. Chciałam pobiec szybko, ale nie tak mocno, żeby potem tylko zwalniać. Zatem pierwszy kilometr w tempie 4.14. Drugi jednak tradycyjnie zwolniłam, ale zaczęłam wyprzedzać i z 4.30 na początku zrobiła się średnia 4.22, czyli nie tak źle. Trzeci kilometr zawsze wychodził dobrze, więc tym razem także: 4.12. Zapowiadało się, że uda się uzyskać wynik trochę powyżej 21 minut, a jeśli mnie czwarty kilometr nie zabije, to poniżej 21 minut.



No i niesamowite, ale udało mi się pobiec czwarty kilometr w tempie 4.16. Może dlatego, że w pamięci majaczył mi widok dziewczyny za zakrętem, która w każdej chwili mogła mnie dogonić, a może dlatego, że fotografów dużo na trasie i że krzyczeli z każdej strony albo: "gazu", albo: "szybciej, bo ci torty zjedzą!". Po tym drugim naprawdę przyspieszyłam i ostatni kilometr pobiegłam w tempie 4.05 z finiszem na widok zegara, więc oficjalnie 20.58. Tętno nie najwyższe, więc pewnie szybciej jeszcze mogłam, ale cieszę się, że potrafię się zmusić i przyspieszyć chociaż mi się nie chce i czasem myślę sobie, że można by kiedyś ten Parkrun towarzysko pobiec... ;-)



Po biegu nie było jednak czasu na rozważanie, bo przyszła pora na śniadanie.


Były torty, ciasta, ciasteczka, bułeczki, kanapeczki...


a do mety wciąż przybiegali biegacze i odnotowano ich ostatecznie 309. Ja przybiegłam jako 38, czyli gorzej o 11 miejsc niż ostatnio z takim samym wynikiem, ale na 309 osób to całkiem dobra pozycja... :-) 

A następne śniadanie... pewnie za rok, jak dobrze pójdzie. :-)

wtorek, 16 maja 2017

Co dalej z moim bieganiem: trenowaniem i startowaniem?

Czuję wielką ochotę pisania, co ostatnio mi się nie zdarzało, dlatego ograniczałam się do relacji z biegów, głównie Parkrunów, ale też innych ważniejszych i mniej ważnych zawodów. Teraz jakoś mam potrzebę, a może bardziej ochotę biegania i planowania... Taka jest różnica w porównaniu z zeszłorocznym samopoczuciem po maratonie w Krakowie, kiedy to odczuwałam wielkie zniechęcenie, które ciągnęło się aż do późnego lata. Tym razem można by powiedzieć, że warunki są bardziej sprzyjające, ale w zasadzie nie są. ;-) Tyle że odpoczynek psychiczny i brak jakiejkolwiek presji na wynik powoduje głód biegania i kombinowania, co by tu... I pewnie dlatego nie myślę, jak kiedyś by było po takim biegu jak wczoraj, że nigdy więcej nie będę się tak męczyć. Raczej zastanawiam się, co zrobić, żeby się bardziej uodpornić. ;-)

Z drugiej strony staram się trzymać postanowień, że nie będę startowała latem, bo niepotrzebne takie udręczenie i żadna przyjemność, ale... kuszą różnymi biegami... Bardziej myślę już o jesieni. Ale żeby dobrze pobiec na jesień, trzeba przepracować lato. A kto wie, jaka będzie później pogoda? Wiosna tak późno przyszła, że może lato przeciągnie się do zimy. ;-) 

Tymczasem. Jedna najważniejsza decyzja. Po przeżyciu i rozpamiętywaniu przez równy rok, postanowiłam ponownie zmierzyć się z dystansem maratońskim, co poskutkowało zapisaniem się na Poznań Maraton. Boję się strasznie, bo o ile z innymi dystansami się rozprawiłam, o tyle ten wciąż jest dla mnie zagadką i na razie przeszkodą nie do pokonania. Wierzę jednak, że i na maraton znajdę sposób, po drodze startując m.in. w półmaratonie po asfalcie i pewnie czymś przełajowym, żeby poćwiczyć wytrzymałość.

Bliższe plany, to udział - jak w zeszłym roku - w Nocnym Biegu Świętojańskim - może tym razem bez burzy, ale z nadzieją, że będzie troszkę chłodniej.




Poza tym na lipiec zaplanowałam zawody z Fraszką - na początku tradycyjny, bo już nasz trzeci Bieg z Łapką w Bydgoszczy. A na koniec lipca - mój powrót do źródeł, bo był to mój pierwszy bieg na 10 km - Pogoń za Wilkiem - tym razem w wersji z psem.


Trenujemy intensywnie, bo Fraszka trochę się obijała ostatnio, a Pogoń droższa niż maraton, to trzeba się postarać. ;-)



Latem wyjeżdżam też na obóz biegowy (również w ramach przygotowań do maratonu), a poza tym zamierzam kontynuować turystykę parkrunnową, bo lokalizacji przybywa, a u mnie na koncie wciąż tyle samo. ;-)

To tyle, bo tak naprawdę moim zamiarem i postanowieniem - z różnych względów - było skończyć na maratonie i tak by było najlepiej. A jak się ułoży, to się okaże...

poniedziałek, 15 maja 2017

Co zmienia poprawa wyniku o 2 minuty? - 6. Bieg 10 km Szpot Swarzędz

Dziś warunki były bardzo podobne do tych w zeszłym roku. Niestety tym razem ocieplenie stanowiło duże zaskoczenie. Z drugiej strony nie przejmowałam się tak bardzo. W 2016 roku dycha w Swarzędzu była ostatnim sprawdzianem przed maratonem w Krakowie. A ja uroiłam sobie, że złamię wtedy 45 minut (chociaż z zasady nie lubię niczego łamać ;-)). Tamten bieg okazał się wielką męką, a wynik klęską. 

Dzisiaj sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Nie nakręcałam się na to, że: jest gorąco, jest gorąco, jest gorąco.... Myślałam raczej: jest lepiej niż w zeszłym roku, może słońce zajdzie, to będzie chłodniej... Zdarzyło mi się już pobiec szybko w tym roku w upale (tak, aż jeden raz i to na 5 km). Poza tym w drodze na zawody spotkałam biegacza w krótkich spodenkach i... rękawiczkach. Wzięłam to za dobry znak. :-)

Pakiet odebrałam wczoraj, więc nie musiałam się tak bardzo spieszyć na start. Wiedziałam jednak, że będzie walka o miejsce parkingowe, skoro już dzień przed był problem. Jak się później dowiedziałam, niektórzy specjalnie przyjechali już o 8.00, żeby zająć dobre miejsce. Ja też miałam dobre. Na trawie. Potem spacerkiem udałam się do biura wrzucić kupon na samochód oraz zostawić rzeczy w depozycie. Dalej nadal spacerkiem na start. Było mi wystarczająco ciepło, żeby się rozgrzewać. W końcu jednak trzeba było to zrobić. Na szczęście spotkałam kilkoro znajomych, z którymi mogłam porozmawiać w oczekiwaniu na początek biegu.

Po leśnej dyszce, którą biegłam tydzień temu w Borówcu, zakładałam, że po asfalcie mogę pobiec trochę szybciej niż przełaj, ponieważ jednak było znacznie ciepło, niedużo szybciej. Obliczenia z uwzględnieniem okoliczności zakładały coś około 45 minut. Po opromieniającej mnie Maniackiej, którą ukończyłam z czasem 41 minut 37 sekund, nikt mi nie wierzył...

Ale ja wiedziałam, że tak będzie. Zaczęłam optymistycznie w tempie 4.15 (jakbym marzyła wiadomo, o jakim czasie ;)) Potem już gorzej, gorzej, gorzej... na szczęście nieporównywalnie lepiej niż rok temu, więc mogłam liczyć, że się poprawię. ;-) Obserwowałam mijających mnie znajomych. Mimo wszystko, czasem też wyprzedzałam.

Nie myślałam, że jest gorąco, tylko, że mi się nie chce... pewnie dlatego, że jest gorąco. Niczym nie mogłam się wytłumaczyć, bo nic mnie nie bolało, ale po prostu mi się nie chciało. Pierwsze 5 km przebiegłam w czasie 21 minut 55 sekund, czyli tak jak wczoraj na Parkrunie. Ale przede mną zostało jeszcze 5! A wiedziałam, że będzie coraz gorzej. Męczyły mnie podbiegi, zwłaszcza cztery mocne. Poza tym wydawało mi się, że cały czas jest jakoś tak pod górkę. Wykonywałam w głowie jakieś dziwne obliczenia pozwalające mi ustalić, ile mogę zwolnić w drugiej połowie, żeby dobiec z jakimś sensownym wynikiem. Przeplatało się to z rozważaniem, czy nie lepiej zrezygnować z dalszej części. W moim monologu wewnętrznym przeważyło to, co w zeszłym roku, czyli stwierdzenie, że nie mogę skończyć w połowie, bo i tak będę musiała wrócić jakoś do biura, a przecież nie wiem, gdzie jestem. Poza tym dziś niedziela, to można by trochę więcej przebiec niż 5 km. Zwłaszcza tak wolno, to żadna wartość treningowa. Pozostawała więc alternatywa: poczłapać albo pobiec szybciej. Ponieważ wyprzedzający mnie co i rusz sapiący biegacze zaczęli mnie denerwować (pewnie dlatego, że wydawali się bardziej zmęczeni ode mnie, a jednak mnie wyprzedzali), postanowiłam kontynuować dodając sobie argument, że organizm zapamięta wysiłek podczas biegu na wysokim tętnie. Powalczyłam nawet trochę na ostatnim podbiegu i zaszalałam na zbiegu, z radością odkrywając, że oznaczenia kilometrów pokrywają się z sygnalizacją Garmina, więc nie stracę sekund na wydłużeniu trasy. Kolejną radością było odkrycie, że rzeczywiście uda mi się ukończyć ten bieg poniżej 46 minut, bo zegar pokazywał trochę ponad 45. Oficjalnie na mecie 45 minut 33 sekundy. Zadowolona jestem bardzo. Zwłaszcza z wyników mojej rozmowy wewnętrznej. :-D



Jeszcze trochę statystyk w porównaniu z zeszłym rokiem właśnie, kiedy to uzyskałam wynik 47 minut 54 sekundy (netto być lepszy, ale kto był albo czytał, ten wie, o co chodzi), czyli około 2 minuty gorszy niż w tym roku. Wtedy zajęłam 733 miejsce na 3451 i wśród kobiet 43 na 926.
W tym roku 415 na 2473 i 34 na 648, czyli procentowo do ogółu jakoś tam lepiej, a do wszystkich kobiet gorzej. ;-) Dodatkowo w tym roku zmiana kategorii wiekowej, niemniej jednak w kategorii wiekowej miejsce K-6. Ponieważ nagrody się nie dublowały, a dwie panie z mojej kategorii były dekorowane w Open, przesunęłam się na 4. pozycję. 

Wnioski takie, że niewiele się zmienia. Zamiast nagrody z Piórexu, w tym roku Castorama :-) (lokowanie produktu :P). Bardzo długo trwały dekoracje wszelakie i losowanie nagród, które wyglądało jednak co najmniej dziwnie...


Nie wiem, co za rok. Miałam nie biegać, a jednak bardzo interesuję się, jak to się na wiosnę będzie układać, bo zapowiada się Maniacka w marcu, półmaraton w kwietniu, a dycha Szpota tydzień później... Może jednak wykorzystać "atuty" i bardziej z piątką powalczyć? 



Źle znoszę bieganie w takich temperaturach jak dzisiaj, ale wyjątkowo nie zniechęcił mnie ten bieg, tylko zachęcił do myślenia o innych, odbywających się w porze lepszej pogodowo do biegania. Ja pod tym względem mam taktykę zawodową: bieg docelowy, a potem odpoczynek bez utrzymania formy. Trzeba zatem zrobić dobry wynik, żeby zapisał się na lata... Fantazja mnie ponosi, więc pora już skończyć. Któryś z następnych wpisów będzie dotyczył kolejnych startów. Jest co planować, więc będzie co trenować. :-)


sobota, 13 maja 2017

Latające psy, pogoń za wiewiórką i przystanek Fotograf, czyli piękne zwalnianie na Parkrunie

Od wczoraj trwało nerwowe oczekiwanie na Parkrun. W końcu sobota, podczas której można było pobiec z Fraszką na Cytadeli. Gdyby się tak zastanowić, to nie do końca, ponieważ jutro dycha w Swarzędzu, ale... dopóki trwa etap: "Nic nie muszę, wszystko mogę", korzystam z niego i Fraszka też. ;-)



Zjawiłyśmy się przed Cytadelą około 8.45. Fraszka powitała znajome okolice piszczeniem, które nasiliło się w momencie powitania ze znajomymi biegaczami. Od wczoraj gwałtowna zmiana pogody (czyt. wiosna zaskoczyła biegaczy), ponieważ jeszcze tydzień temu zdarzyło mi się pobiec rano w rękawiczkach, dziś natomiast trzeba było wygrzebać czapkę z daszkiem. Mimo wszystko trzeba było się trochę rozgrzać, chociaż Fraszka zawsze się wtedy buntuje, bo odbiegamy od grupy biegaczy. Natomiast powrót po rozgrzewce jest już w tempie startowym.



Tradycyjnie nudno bez założeń, bo ciepło, bo jutro Szpot, bo nie wiadomo, jaka forma Fraszki. Zatem lecimy. Zaczęło się szybko: w pogoni za elitą, a potem niestety to nas zaczęto wyprzedzać.



Oczywiście nie przejmowałam się tym specjalnie. Żal mi tylko było trochę Fraszki, bo wyraźnie było jej gorąco, szukała cienia, ściągając mnie na trawę.



Mimo wszystko biegła równo przy nodze, nie zostając z tyłu i nie zwracając uwagi na "latające psy", które spacerowały już w okolicy miejsca zawodów.



Nieoczekiwane przyspieszenie nastąpiło przed zbiegiem, przy czołgach. Wtedy drogę przebiegła nam wiewiórka. Niestety pobiegła prosto, a nie skręciła zgodnie z trasą Parkrunu. Fraszka nagle bardzo się ożywiła i przyspieszyła, na chwilę zapominając o zmęczeniu.




Po podbiegu znów ściągała na trawę, ale wciąż dobrze, że na trawę, a nie do tyłu, chociaż kilometr przed metą prawie została... ze swoim ulubionym fotografem.



Z tego powodu pół kilometra biegła do tyłu i dopiero na finisz trochę się ogarnęła. Niestety pogoda nam nie sprzyja....Czas na mecie 21 minut 55 sekund.



Jutro ma być jeszcze cieplej, a przede mną 10 km po asfalcie w Swarzędzu. Na nic się nie nastawiam, chyba na to, że będzie męka, jak w zeszłym roku....

niedziela, 7 maja 2017

Borówiecka Za-dyszka jako sprawdzian przed asfaltową dychą w Swarzędzu

Na Parkrun nie przestało padać, więc deszcz nie ustąpił także na Borówiecką Za-dyszkę. Od jakiegoś czasu deszcz przestał mi przeszkadzać podczas biegania, a ponadto wczoraj opady nie były silne. Dzięki temu temperatura odczuwalna stawała się niższa, chociaż i tak nie można było narzekać na upał. 

Trochę było czekania, bo biuro zamykano o 11.45, a bieg rozpoczynał się o 13.00. Na szczęście towarzyszyli mi znajomi z Parkrunu i okolicy, więc czas upłynął szybko i wesoło.




Nie miałam jakichś specjalnych założeń - to lubię w biegach przełajowych, że nie trzeba się martwić o utrzymanie równego tempa. Ba, nawet jest to raczej niemożliwe, bo trasa zwykle jest tak nierówna, że zupełnie różnie to się rozkłada. Nie planowałam, jak szybko pobiegnę, bo stosunkowo dawno nie biegłam żadnej mocnej dychy. Oczywiście wiele osób przywołuje Maniacką czy nawet Logorun, ale to asfalt. Bieg Walentynkowy na którym wykręciłam czy bardziej "wywinęłam" niesamowity wynik 43 minuty 48 sekund jest bardziej odległy. Odległy może nie tyle w czasie, co w ostatnich treningach. Intensywne bieganie skończyło się kilka dni przed półmaratonem. Potem już tylko to, co udało się utrzymać. A jednak po miesiącu forma spadła, zwłaszcza że na zawodach biegałam najwyżej 5 km. Brakuje więc wytrzymałości. I to się bardzo dobrze pokazało wczoraj.



Zaczęłam na samopoczucie - w miarę spokojnie. Tempo około 4.30. I tak trzymałam przez jakieś 7 kilometrów. Od 4. kilometra, kiedy już "rozstaliśmy" się z biegnącymi na piątkę, słyszałam, że jestem drugą kobietą. Biegło mi się dobrze, zwłaszcza że oznakowanie trasy wskazywało na to, że może ona być krótsza. Wnioskowałam tak tylko po tym, że Garmin sygnalizował koniec kilometra jakieś 200, a potem nawet 300 metrów po oznakowaniu. Niestety od 8. kilometra mocno zwolniłam, a do tego nagle trasa się wyrównała, tzn. wyglądało na to, że 9. kilometr miał jakieś 300 metrów, bo oznaczenie prawie zrównało się z sygnalizacją Garmina. Ostatni kilometr też wyszedł mi dłuższy, bo ostatecznie Garmin wymierzył 10,05 km. Czas: 46 minut i 40 sekund, czyli bez szału. Widać, że forma nie ta, bo cross zimowy w Pobiedziskach pobiegłam dużo lepiej, chociaż tam był dystans 10,7 km. Tętno za to wczoraj bardzo wysokie, więc pewnie lepiej się nie dało. W każdym razie wyszedł dobry mocny trening, a do tego podium. Było trochę zamieszania z wynikami, bo - jak wspomniałam - wszyscy mówili mi po drodze, że jestem drugą kobietą, łącznie z panem na finiszu, który wołał: "Dobry czas, druga jesteś i nikt cię nie goni!", a tu sms z informacją, że zajęłam 3. miejsce. Po kilkunastu minutach przyszła kolejna wiadomość o tym, że ukończyłam jako 17. Open i 1. w kategorii K-26. 

Przed dekoracją poszłam się przebrać. Spotkałam koleżankę, z którą biegałam na wf-ie wiele lat temu. Przypomniała mi, jak tego nie lubiłam, a ja mogłam tylko potwierdzić. ;-)



Okazało się, że nie ma dekoracji Open, tylko w kategoriach, więc otrzymałam nagrody i wieniec (tym razem bez pucharu) za 1. miejsce. :-)

Nowy deszczowy rekord trasy kobiet na Parkrunie w Poznaniu

Niesamowite i wydawało się niemożliwe, ale naprawdę wczoraj na Parkrunie w Poznaniu padało! Pewnie dlatego, że miałam na nim nie być, a w końcu się zdecydowałam i mnie pokarało, że planowałam odpuścić. ;-) 

Już jakiś czas temu zapisałam się na Borówiecką Za-dyszkę. Kiedy tylko się dowiedziałam, że będzie II edycja, postanowiłam wziąć w niej udział. Rok temu nie mogłam (biegłam wtedy w maratonie w Krakowie), w tym roku nic nie stało na przeszkodzie. A najbardziej cieszyłam się, że to moje okolice, moje tereny biegowe. Najpierw myślałam, że moje drogi, ale okazało się, że jednak lasy, co mnie jeszcze bardziej ucieszyło. Najpierw zaplanowałam pobiec piątkę. Tydzień wcześniej miałam wziąć udział w dziesiątce, która jednak została odwołana, więc przepisałam się na dystans 10 km. Chciałam jechać (albo nawet pobiec!) prosto z domu, ale tak jakoś w czwartek wieczorem chwyciła mnie tęsknota za Cytadelą, że zaczęłam rozważać, czy się tam jednak rano nie pojawić. Rano, ale w piątek, pojawiła się informacja o poszukiwaniu wolontariuszy, więc nie było się już co dłużej zastanawiać. Chociaż inni także odpowiedzieli na apel, to ja również postanowiłam uczestniczyć jako wolontariusz.




W sobotę od rana padał deszcz. Przed 9.00 zamiast przestawać, opady były coraz większe. A ja miałam mierzyć czas i jak pamiętam, to podczas tej funkcji nigdy nie było "normalnej" pogody. Albo padało, jak wczoraj, albo było tak zimno, że trudno palcami się ruszało, albo wręcz przeciwnie - stałam w pełnym słońcu przy wysokiej temperaturze. Cóż... ;-) Ale jakiś tam dobry uczynek zrobiłam, a dzięki deszczowi wydawało się, że dużo osób szybciej pobiegło. Może nie chciały bardziej zmoknąć a może pomagało im takie schłodzenie? ;-)




Bez wątpienia największe wrażenie wywołała jedna z pań, która gościnnie pobiegła na naszej trasie i ustanowiła nowy rekord kobiet, który od wczoraj wynosi 18 minut i 21 sekund. 



Pogoda nie sprzyjała czekaniu, więc z 209 biegaczy, na zdjęciu pojawiło się znacznie mniej. ;-)
Brawa dla wytrwałych biegaczy, wolontariuszy i fotografów! :-)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa