niedziela, 30 kwietnia 2017

Podeszczowy pokrętny Parkrun Katowice

Wreszcie! Po prawie trzech miesiącach wpis w zakładce "Turystyka parkrunnowa". Ale się cieszę. :-) Bo wyglądało już, że strasznie się obijam i nigdzie nie jeżdżę. ;-) Wreszcie nadarzyła się okazja i jest - 30 lokalizacja zaliczona! Czyli 29 wyjazdowych. Jaka będzie 30? ;-) I kiedy? Mam nadzieję, że szybciej. 

Tymczasem pobiegłam w Katowicach. Trafiłam na Parkrun nr 51, czyli tydzień po okrągłej pięćdziesiątce i tydzień przed pierwszymi urodzinami. Była to zatem tzw. "sobota zwykła". Do parku Kościuszki, w którym odbywają się biegi, dotarłam spacerkiem z hotelu. Na miejscu byłam jakieś 25 minut przed startem. Zobaczyłam tam tylko trzech mężczyzn w stroju biegowym. Poza tym cicho, głucho i żadnego znaku, że za niecałe pół godziny coś tu się będzie działo. Podeszłam do ławek, na których siedzieli biegacze, żeby zostawić swoje rzeczy. Po kilku minutach zaczęły pojawiać się kolejne osoby (w tym kilka z parkrunnowym sprzętem, tzn. głównie flagami). W rozmowach zaczęło przewijać się słowo: "Parkrun". Zostawiłam plecak oraz rzeczy niebiegowe i poszłam się rozgrzać, biegając po około 300-metrowej pętli  w okolicy pomnika Kościuszki. 9.00 coraz bliżej, więc biegaczy coraz więcej, ale rozgrzewających się niewiele.


Wybiła 9.00 i nadal startu nie było. Minęło jeszcze kilkadziesiąt sekund zanim prowadzący zapowiedział tradycyjne zdjęcie przed biegiem. Potem krótka odprawa, powitanie debiutantów i gości, ostrzeżenie o kałużach i start. 





Ruszyłam dość szybko, bo przede mną były tylko dwie osoby. Wkrótce jednak zostałam wyprzedzona przez kolejne, bo przecież, jak usłyszałam: "Kobieta nie może mnie wziąć" czy coś w tym stylu. Przed przyjazdem sprawdziłam opis trasy, który podaje, że jest twarda: asfaltowa z kostką brukową. Nastawiałam się więc na osiągnięcie wyniku poniżej 21 minut.



Chciałam też pobiec równo, ale nie do końca mi to wyszło. Wiedziałam, że są dwie pętle, które na mapie wyglądały bardziej obiecująco, bo nie było widać, że w rzeczywistości jest mnóstwo zakrętów. Wydawało mi się, że co chwilę skręcamy (podobnie jak w Opolu), na szczęście biegacze przede mną byli cały czas w zasięgu wzroku i mogłam biec za nimi. Poza tym trasa była też dobrze oznaczona: przed zakrętami umieszczono tabliczki ze strzałkami.



Zaznaczono również poszczególne kilometry, których dystans od pierwszego kilometra mi się nie zgadzał. Nowy Garmin, ale podobnie jak poprzedni, najwidoczniej oszalał (jak ja) przy tych zakrętach. ;-) Nie martwiło mnie to zbytnio, ponieważ oznaczenia występowały wcześniej niż sygnalizacja zegarka, liczyłam więc na zapas czasowy przed metą. Motywowałam się tą myślą, bo już na drugim kilometrze zaczęło mi się źle biec, miałam wrażenie, że wciąż jest pod górę (nie jakoś mocno, ale długo). Pojawiły się też zapowiedziane kałuże.




Dwa razy poślizgnęłam się na zakrętach i do tego jeszcze dochodziła myśl, że ten sam odcinek będzie trzeba pokonać drugi raz. A tętno wyraźnie szalało. Przed metą okazało się, że osiągnęłam HRmax 186, czyli takie, jakiego dawno nie miałam, co znaczyło, że jednak dość mocno biegłam. Wynik chyba to potwierdził, bo oficjalnie dobiegłam po 20 minutach 42 sekundach. Dotarłam jako 6. Open (na 40) i 1. kobieta. Za mną była "pani z pieskiem". Ja tym razem bez pieska, ale szybciej. ;-) 



Po biegu już nie było na co czekać, skoro zdjęcie było przed. Zostałam jeszcze trochę, kibicując innym biegaczom z pieskami, których trochę było, a potem uciekłam. Tym razem więc zupełnie incognito. ;)

Jeszcze trochę statystyk (poza tym, że to moja 30. lokalizacja Parkrun): wynik z Katowic jest najlepszym wynikiem, jaki osiągnęłam na wyjazdowym Parkrunie bez Fraszki. Do rekordu z Cytadeli zabrakło mi 4 sekund. Tylko w czterech lokalizacjach poza Poznaniem uzyskałam czas poniżej 21 minut, a w Poznaniu udało mi się to 18 razy, ale tylko 1 raz bez Fraszki...

czwartek, 27 kwietnia 2017

Po co brać udział w Teście Coopera?

Jak wspominałam ostatnio, pomału wracam do poważniejszych treningów. Plan na maraton jest już rozpisany :-) Oczywiście będzie na pewno modyfikowany, ale baza jest już gotowa. Przygotowania stricte pod maraton rozpocznę jednak dopiero za jakiś czas. Teraz jest moment, żeby trochę się rozbiegać, przebadać, postartować w mniejszych zawodach i potestować różne elementy. No właśnie - potestować. :-) Kilka dni temu dowiedziałam się, że klub Maratończyk organizuje Test Coopera. Przypomniało mi się, że miałam wziąć udział w takim teście... dwa lata temu. Dwa lata, to długo. Wtedy ze względów zdrowotnych nie udało mi się dotrzeć na stadion, a później aż do teraz jakoś nie było okazji. 





Test Coopera polegający na 12-minutowym nieprzerwanym biegu ma na celu sprawdzenie kondycji fizycznej. Mówi się też, że bada wytrzymałość. Cóż to jednak może być za wytrzymałość przez 12 minut? Chyba tylko szybkościowa. 

Przed udziałem w oficjalnym teście odczytałam z Endomondo, jaki wynik ta aplikacja mi wyliczyła z innych biegów. Okazało się, że mój najdłuższy dystans pokonany w 12 minut to 3,06 km przebiegnięte podczas zawodów na Torze Poznań 2.04 tego roku, w dniu, kiedy ustanowiłam moją obecną indywidualną życiówkę. Zatem wszystko jak najbardziej się zgadzało. Kolejne kilometry pokonałam wtedy w tempie: 3.47, 3.54 i 4.07. Widać zatem, że wytrzymałość szybkościowa nie najlepsza. 

Sprawdziłam też, jaki dystans w 12 minut pokonałam w towarzystwie Fraszki. I - o dziwo - ten dystans był mniejszy, bo 3,04 km (może dlatego, że nie mam zgranego wyniku z życiówki 20.02). Druga rzecz, która mnie zdziwiła, to fakt, że wynik nie pochodził z biegu, w którym Fraszka zaczęła od ciągnięcia mnie na maksa, czyli około 3.45-3.50, lecz kiedy zaczęła wolniej, w tempie 3.58, a następnie przyspieszyłyśmy do 3.53. Trzeci kilometr był w tempie 4.01.



Wczoraj rano (przed testem) wykonałam trochę ćwiczeń. Miały być raczej wzmacniające, okazały się dość dynamiczne, więc trochę się zmęczyłam. Dzień wcześniej też wyszłam na trening (w końcu porządny, bo z Garminem), a wieczorem przed testem zrobiłam rozgrzewkę. I też miały być 3 spokojne kilometry. 3 rzeczywiście były, ale chyba trochę za szybkie. No i sam fakt, że test odbywał się wieczorem, chyba specjalnie mi nie sprzyjał. Ale to takie elementy dodatkowe do rozważenia. ;-)



Biegłam z pierwszą grupą. Zaczęliśmy o 20.30. Nie sugerowałam się tak bardzo zegarkiem, bo pamiętałam, że ostatnio ścinał trochę odległość. Później jednak okazało się, że ten nowy mierzy znacznie dokładniej. Patrzyłam bardziej na zegar odliczający czas na starcie, chociaż nie kalkulowałam dokładnie. Liczyłam tylko okrążenia. Miałam przed sobą ten pusty dookoła stadion i myślałam, jak mi się nie chce. ;-) 



Ostatecznie pokonałam dystans 2948 m, czyli do 3 km zabrakło bardzo niewiele. Wiedząc, że bieg będzie po równym i płaskim terenie, zakładałam, że jednak pobiegnę powyżej 3 km, może nawet całe 8 okrążeń. Ale okazuje się, że nie... Potwierdziło się jedno, że bieganie na takich otwartych przestrzeniach mi nie sprzyja, bo źle działa na moją psychikę. Podobnie jest z klepaniem kilometrów po asfalcie, kiedy nie można wejść do lasu np. z powodu lodu. Dlatego nie lubię też biegać na Błoniach Krakowskich. Tor Poznań i nawet "łagodne" zakręty mnie męczyły. Mimo wszystko tam lepiej pobiegłam. Może atmosfera zawodów bardziej mobilizowała, a może po prostu forma była lepsza. 

Wyniki z wczoraj pokazują, że biegłam równo (poza pierwszym okrążeniem): 1.30, 1.37, 1.38, 1.38, 1.40, 1.38. Po drodze usłyszałam komentarz: "Dobra jest" i potem okazało się, że byłam pierwszą kobietą z wszystkich serii. Dowiedziałam się też, że mam wytrzymałość, chociaż do tego nie jestem przekonana. Może wytrzymałość jest, ale jak na szybkościową, to za wolna. ;-) Poza tym wybieram wszystkie inne miejsca do biegania, zwłaszcza w lesie, a najlepiej podbiegowo-zbiegową Cytadelę, bo chociaż dużo górek, to tyle zakrętów, że nie widać, jak daleko do mety. ;-)

A drugi wniosek jest taki, że chociaż nie lubię, to jednak muszę biegać: setki, dwusetki i inne interwały. Oczywiście na stadionie, chociaż nie lubię. ;-)

sobota, 22 kwietnia 2017

Zgodnie z oczekiwaniami, chociaż mogło być lepiej, czyli III Bieg Agrobex Pobiedziska

Dzisiejszy bieg potwierdza, że cykle nie są moją mocną stroną. Średnio wyszedł mi City Trail, a na Agrobeksie też po raz kolejny uplasowałam się "tuż za podium".






Problem z cyklami wynika z tego, że zawody zaplanowane są w przeciągu kilku miesięcy i trudno utrzymać wysoką formę przez tak długi czas, zwłaszcza że to nie są dla mnie starty docelowe.



I Agrobex pobiegłam w czasie jesiennego roztrenowania, drugi był w okresie przygotowań do półmaratonu, ale lodowo-błotna aura nie sprzyjała wtedy ściganiu.


 

Teraz znów zawody w trakcie odpoczynku po półmaratonie. Od połówki minęły już prawie cztery tygodnie, więc pora skończyć obijanie, jednak prawdą jest, że przez ostatnie dni trenowałam niewiele. Ale...



Tak naprawdę, to z wyniku jestem bardzo zadowolona. Dobiegłam do mety po 21 minutach i 24 sekundach, co moim zdaniem na tej trasie i w tym czasie jest i tak bardzo dobrym wynikiem. Ponadto udało mi się utrzymać w miarę równe tempo, czyli nie zwolnić zbyt mocno na drugiej pętli (przynajmniej tak wynikało z mojego stopera, który nadal zastępuje Garmina). Wyprzedziłam kilka osób (w tym jedną na górce :-))), mnie zaś na trasie mijała tylko jedna osoba. 

Wychodzi na to, że po prostu w tym cyklu czołówka jest mocna i dlatego wciąż tylko ocieram się o podium. ;-) Cykl się jeszcze nie skończył, a ja wracam do treningów, co będzie dalej, zobaczymy. :-)

niedziela, 16 kwietnia 2017

Przedświąteczny Parkrun z Fraszką bez Garmina

Fraszka od rana bardzo podekscytowana, jakby czuła, że w końcu jedziemy razem na Cytadelę. I tak zrobił. Prawiyśmye trzy miesiące bez niej, więc już zapomniałam, jakie robi zamieszanie. ;-) W tym czasie biegałyśmy wprawdzie gdzie indziej, ale to nie to samo. Do tego ma ostatnio trudne dni, rozkojarzona jest, zakochana i co chwilę się zatrzymuje załatwić jakąś potrzebę...





Przed startem jednak zwarta i gotowa. Hałasu oczywiście narobiła tyle, że kiedy zwracano mi uwagę, słyszałam tylko: "Agnieszka...". 5 minut przed 9.00 już wszyscy na pewno wiedzieli, że jesteśmy dziś na Cytadeli. ;-)



Zatem start dzisiaj "z kąta", do tego bez Garmina, który pojechał do serwisu. Miałam tylko jakiś stary krokomierz, więc włączyłam stoper, ale z opóźnieniem. Fraszka tradycyjnie pognała.



Ciekawa byłam, jak długo wytrzyma. Ja przez ostatnie tygodnie mało biegam, raczej odpoczywam po półmaratonie i przed początkiem przygotowań do kolejnych zawodów. Fraszka ostatnio biegała ze mną w marcu i to raczej rzadko.



Dzisiaj rano temperatura dla mnie jeszcze znośna (8 stopni), ale wyszło słoneczko, po drodze nieliczne kałuże, w których Fraszka próbowała się schłodzić, ale już pod koniec drugiego kilometra potwierdziło się, że jest bez formy.



Biegła jeszcze trochę z boku, ale niestety zamiast pomóc mi pod górę, to ja musiałam ją ciągnąć.



Potem było coraz gorzej, bo zostawała bardzo z tyłu i stawiała duży opór. Do końca nie wiedziałam dokładnie, jak szybko biegniemy, ale wyglądało na to, że będzie gorzej niż tydzień temu, kiedy byłam sama. Potwierdziło się to na mecie, kiedy usłyszałam 20.58. Najważniejsze, że poniżej 21 minut. ;-) 



Fraszka zmęczona, ale zadowolona. Trzeba jednak trochę potrenować, bo na początku i na końcu  lipca zawody,  w których pobiegniemy razem.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Najlepszy wynik na Cytadeli bez Fraszki

Jak się biega z psem i/lub bez (jak w moim przypadku), to życiówki można robić nie tylko na różnych dystansach i podłożach, ale również z wspomaganiem i bez niego. ;-) 

Ostatnio biegałam raczej sama, bo dycha i półmaraton na asfalcie to nie dla Fraszki. Trochę ze mną trenowała, ale na zawodach byłyśmy razem tylko na Biegu Walentynkowym i City Trailu. Na Cytadeli zjawiłyśmy się w tym roku tylko jeden raz - 14 stycznia. Sposób poruszania się wtedy trudno nazwać biegiem, ale Parkrun został zaliczony. Od tego czasu okoliczności jakoś nie sprzyjały, abyśmy wspólnie wystartowały na tej trasie. Dopiero dzisiaj była okazja, żeby pobiec na Cytadeli. Tzn. okazja dotyczyła głównie mnie, bo Fraszka niedysponowana... A ja - przyznam szczerze - chciałam trochę wykorzystać dobrą passę rekordową i sprawdzić, jak mi samej pójdzie.





Warunki od rana były dobre do ścigania: chłodno, pochmurno, ale bezdeszczowo. Nawet mi trochę zimno było, chociaż rozgrzewałam się przed startem. Poza tym miło było zawitać na Cytadelę i spotkać się z Parkrunnerami w miejscu Parkrunu, a nie tylko przy okazji innych biegów.



Ponieważ biegłam bez Fraszki, nie musiałam startować "z kąta", tylko normalnie z wszystkimi i dzięki temu udało mi się posłuchać całej odprawy. ;-) Kilka minut po 9.00 wystartowaliśmy. Nie spojrzałam od razu na zegarek, ale wydawało mi się, że poleciałam za szybko. Ale przecież było z górki. No tak, ale bez Fraszki. To kto mnie pociągnie na drugim kilometrze jak na pierwszym się zmęczę?



No właśnie nikt nie pociągnął i dlatego mocno zwolniłam, a i tak ciężko mi się biegło i pewnie gdybym nie znała siebie i trasy na Cytadeli, już bym zwątpiła w możliwość uzyskania dobrego rezultatu.



A przecież miałam tylko poprawić indywidualny wynik z Cytadeli, czyli 21.11, a jakby dobrze poszło to mój najlepszy rezultat z Parkrunu, czyli 20.56 z lokalizacji Warszawa-Praga. 



Trzeci kilometr poszedł lepiej niż drugi, czwarty zaczął się szybko, ale oczywiście zwolniłam przy czołgach, chociaż nie tak bardzo jak zwykle, bo jednak pobiegłam szybciej niż drugi kilometr!



No i końcóweczka, czyli pytanie, o ile będzie lepiej niż Garmin pokazuje?


Bo przecież na Cytadeli zawsze lepiej, nie to, co gdzie indziej. Wiadomo przecież, że nie będzie 200 metrów więcej, jak tydzień temu na Torze Poznań, tylko mniej... ;-) I rzeczywiście. Na ostatniej prostej okazało się, że minęło dopiero 20 minut i 30 sekund, więc można finiszować.



Oj, jak dobrze, że mi się to czasem zdarza... Dobra, drugi raz się zdarzyło. Ładnie potem wygląda. Czas 20 minut 38 sekund, czyli na zbiegach i podbiegach Cytadeli o 3 sekundy wolniej niż na torze o "łagodnych zakrętach". Pozostałe rekordy poprawione. :-)

niedziela, 2 kwietnia 2017

Nawet w upale życiówka czasem się udaje

Może przesada z tym upałem, ale w porównaniu z temperaturą w ostatnim czasie, wczoraj i dzisiaj było bardzo ciepło. Z jednej strony dobrze, bo można było się rozebrać i nie zmarznąć przed startem, ale jednak słoneczka trochę się obawiałam.



Dzisiaj ostatnie zawody zaplanowane w cyklu wiosennym: dycha-półmaraton-piątka. Wyniki na dwóch pierwszych dystansach udało się sporo poprawić. Przyszła pora na trzeci, który... dość wyśrubowany. Wprawdzie nieatestowo i z Fraszką, więc się nie liczy, ale... marzyło się poprawić chociaż indywidualny wynik. W końcu niewiele zabrakło i to  podczas biegu na 10 km. ;-)

Dzisiaj zawody na Torze Poznań, więc trasa zapowiadała się równa, płaska i podobno z "łagodnymi" zakrętami. Trochę to słońce przerażało (brak cienia) no i ewentualny wiatr. Byłam jednak dość mocno zmotywowana i obiecałam sobie nie umierać po pierwszym kilometrze z powodu gorąca. 

Przed startem spotkałam mnóstwo znajomych, usłyszałam wiele miłych słów wsparcia, więc było towarzysko i bezstresowo. Start oddalony był o około kilometr od mety, więc można było potruchtać i się rozgrzać (mimo tego, że i tak było ciepło).



Wystartowaliśmy po 11.00. Nie stałam w pierwszej linii, więc wydawało mi się, że muszę się przepychać i przez to start wyszedł mi w tempie 3.40. Trzeba więc było trochę zwolnić. Ale tylko trochę... do 3.50 i takie tempo utrzymałam przez pierwszy kilometr. Poniżej 4.00/km biegłam też drugi kilometr. Słońce trochę przeszkadzało, ale wiatr chłodził i wydawało mi się, że pomaga. Poza tym miałam tętno jak na półmaratonie, a biegłam przecież znacznie szybciej.



Na kolejnych kilometrach niestety zwolniłam, a poza tym spostrzegłam, że dystans wychodzi mi dłuższy niż na oznaczeniach. To potwierdziło się przed metą, którą Garmin oznajmił prawie 200 metrów wcześniej. A na zegarze widziałam już czas 20 minut. Pozostawało tylko przyspieszyć. Finisz prawie jak na Maniackiej, czyli 3.44 i dzięki temu czas 20 min 35 sekund. Do rekordu z Fraszką na Cytadeli dużo zabrakło, ale indywidualny wynik poprawiony o 12 sekund. Poza tym szybkie rozejrzenie się dookoła pozwoliło mi zorientować się, że na mecie nie ma żadnej kobiety oprócz mnie. Te dwie, które mnie wyprzedziły, ruszyły dalej na rowerze. 



Potwierdzenie I miejsca przyszło po kilkunastu minutach smsem. Pozostawało więc poczekać godzinę na zakończenie duathlonu, po którym miało być wręczenie nagród. I znów towarzyszyli mi znajomi, więc ten czas spędziliśmy na rozmowach... o bieganiu. ;-)



Potem dekoracja: kolejny puchar do kolekcji, talon i niebieski buff.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa