niedziela, 26 marca 2017

Jak na bal, to trochę za bardzo bolało - 10. Poznań Półmaraton

Nie wiem, od czego zacząć. Przed biegiem miałam wymyślony tytuł, ale... zapomniałam. ;-) Zapomniałam też chyba, jak się biega, bo było jakoś... trudno dzisiaj.

Piątek i sobota - ostatnie dni przygotowań - bardziej organizacyjnych i mentalnych niż biegowych, bo ostatni trening zaliczyłam w czwartek. Było to tylko niecałe 5 km, ale jakieś takie bardzo męczące. Zrzuciłam to na karb diety białkowej i się nie przejęłam. W piątek bezproblemowo odebrałam pakiet i kupiłam Vitargo do ładowania węgli i elektrolitów. Do regeneracji nie kupiłam, bo pewien bardzo młodo wyglądający pan powiedział, że o trzecim rodzaju nie słyszał i nigdy takiego w sklepie nie mieli. Hmmm...

W sobotę przyjechałam na targi z okazji Targów Edukacyjnych. Zajrzałam jeszcze raz na Expo. Nie znalazłam ani Vitargo Gainers Gold, ani potem nie mogłam znaleźć drogi do wyjścia. Wszystko niby oznaczone, ale przejścia pozamykane. Przy bramach panowie ochroniarze stali chyba tylko po to, żeby mówić, że przejścia nie ma. Konkretnych informacji zaś udzielali sobie nawzajem biegacze. 

Dzisiaj było podobnie problematycznie, chociaż trochę inne przejścia były otwarte. Na szczęście spotkałam znajomych, dzięki którym udało mi się znaleźć drogę do wyjścia (właściwego) i dotrzeć na zdjęcie Parkrun Poznań. Trochę nas mało było (w porównaniu do zdjęcia przed Maniacką), pewnie dlatego, że parę osób się spóźniło, ale foto jest.


Ponad 11 tysięcy zapisanych biegaczy, więc ciasno, kolejki do toi-toiów i nie dało się rozgrzewać, chociaż temperatura do tego zachęcała. Poskakałam na tyle, na ile pozwalały warunki, skrywając się pod kocem termicznym i ogrzewając w strefie startowej, do której weszłam około 8.40 ze strachem, że zamykają o 8.50 i później mnie nie wpuszczą. ;-) Strach z tym czasem zresztą od samego rana, a właściwie od nocy, jak się budziłam i sprawdzałam zegarki, bo każdy pokazywał inną godzinę i nie wiedziałam, jaka jest właściwa i czy przypadkiem nie zaśpię. Jeszcze jakiś czas temu, kiedy było podobnie, myślałam sobie, że nie dotrę, nie pobiegnę i już. Dzisiaj jakoś szkoda by mi było. ;-)

Jeszcze w strefie startowej spotkałam kilku znajomych, dzięki którym było raźniej i przyjemniej się czekało na start. Biegliśmy ze strefy BB, czyli z drugiej fali, więc musieliśmy odczekać dodatkowo kilka minut.

Po starcie okazało się, że było dużo ciaśniej niż na Maniackiej. Start był na pewno węższy niż na tamtym biegu, a dodatkowo chyba dużo osób stanęło w niewłaściwej strefie. Słyszałam, jak ktoś rzucił taki komentarz mówiąc ironicznie: "chyba, że ktoś ma taką taktykę, że potem przyspieszy do 1.35". Ja nie zamierzałam przyspieszać, tylko utrzymać równe tempo, chociaż wiedziałam, że na podbiegach to na pewno się nie uda. Wyjątkowo prześledziłam wcześniej całą trasę i wiedziałam, co mnie czeka. Pamiętałam też zeszły rok, kiedy właśnie umierałam na górkach. 



Pobiegłam więc na początku trochę szybciej, co i tak było właściwie wolno - w porównaniu z ostatnimi biegami: tydzień temu na Logorun i dwa tygodnie temu na Maniackiej. Tymczasem czułam się bardzo słabo. Nie chciałam zwalniać, bo miałam wrażenie, że będzie jeszcze gorzej. Widziałam znajomych kibiców na pierwszych kilometrach. Wołałam do nich i uśmiechałam się, ale czułam, że nie jest ze mną dobrze. Tempo przeciętne, a tętno skakało do góry, jak szalone. 



Do 5. kilometra średnie tempo wynosiło poniżej 4.20, a potem coraz gorzej. Kibice wołali do innych biegaczy, że super biegną i dobrze wyglądają. Tamci z uśmiechem odpowiadali, że każdy tak wygląda na 6. kilometrze. Ale jeśli ja wyglądałam, jak się czułam, to raczej nie za dobrze... 

Tempo delikatnie spadało, ale z zapasem posuwałam się do przodu, myśląc że przede mną jeszcze te straszne podbiegi. W międzyczasie żel i punkty wodopojowe, ale jakoś nie mogłam się dziś napić z tych kubeczków. Niby było chłodno, ale słońce mnie raziło i bardzo przeszkadzało. A może tak po prostu się czułam, że przeszkadzało mi wszystko? 

Od pewnego momentu zaczęli mnie drażnić nawet kibice, zwłaszcza ci, którzy krzyczeli przy okazji rozdawania wody na 15. kilometrze, a ja przypomniałam sobie scenę z pewnej sztuki teatralnej, w której bohaterka ma dokończyć zdanie: "Boję się...skandującego tłumu". I wtedy też myślałam sobie: "Niech oni przestaną tak krzyczeć". To już było po podbiegach, więc trudno było formułować dłuższe myśli. Przypomniałam sobie, że mam jeszcze jeden żel, który powinnam wkrótce wziąć. Dobiegając do agrafki w okolicach 16. i 17. kilometra, zobaczyłam moje kibicki, które czekały na mnie z wodą, więc wygrzebałam żel i wciągnęłam. Teorie mogą być różne, ale na mnie kofeina naprawdę szybko działa i dużo lepiej się poczułam. Potem chwyciłam butelkę (wreszcie butelkę) z wodą, usłyszałam, że jestem wielka, odpowiedziałam: "Nie mam już siły" i poleciałam dalej. Na szczęście poziom wytrenowania na tyle duży, że udało mi się zmobilizować i biec, a nie tak jak parę lat temu, kiedy musiałam się zatrzymywać, żeby iść. 



Pozostały cztery ostatnie kilometry, które trzeba było doczłapać. I wystarczyło to zrobić w tempie 5.00, żeby uzyskać życiówkę. Oczywiście tak wolno nie biegłam. Przyspieszyłam na widok jednego z uczniów, który wyprzedził mnie kilometr wcześniej, witając się grzecznie i życząc powodzenia. Widząc, że go doganiam, odwrócił się i zaczął tłumaczyć, że złapał go skurcz, ponieważ teraz nie biega z powodu przygotowań do matury. Wysłuchałam i podreptałam dalej. Trudno to nazwać inaczej, bo nie mogłam zmusić się do wielkiego przyspieszenia. Usłyszałam jeszcze wołanie znajomej parkrunnerki, a potem zobaczyłam ją i znajomego także z Parkrunu, który dodał, że dobrze idzie, więc poszło dalej. 



Spojrzałam jeszcze na zegarek na ostatnim kilometrze i zostałam wtedy skrzyczana tym razem przez nieznajomego kibica, który stwierdził, że teraz już trzeba zapier***, a nie patrzeć na zegarek. W sumie to miał rację, ale co mu do tego, skoro on tam tylko stał? Co innego mężczyzna, który biegł obok mnie i już na 7. kilometrze przeklinał. Pewnie było mu tak ciężko, jak mnie i w sumie, to miałam ochotę się przyłączyć. ;-) Inny w tych okolicach chyba chciał się przyłączyć, ale do biegu ze mną, a nie przeklinania, bo zapytał, na jaki czas biegnę. Czułam się wtedy tak "średnio", że nie byłam w stanie odpowiedzieć, czy dobiegnę po 1 godzinie i 35 minutach, czy może będzie dużo gorzej. Musiał się jednak bardzo zdziwić, kiedy powiedziałam i później powtórzyłam, że nie wiem.



Tuż przed metą jak przed rokiem krzyki spikera, że jeszcze tylko parę metrów. Taaa, pic na wodę, fotomontaż. Na szczęście tym razem wbiegaliśmy we wcześniejszą bramę. Ale potem dalej do hali. No i... nie zgubić się, nie zgubić.... Meta na pewno będzie blisko, przecież hala nie może być tak duża... a jednak... biegnę i biegnę... Widzę zegar z jakimś dziwnym czasem 1.37... no tak, start falowy. Na mój już rzeczywiście nie patrzę. I w końcu jest meta... Co tam Garmin? 1.35... coś. Nie wiadomo, co. Potem przyszło oficjalne potwierdzenie ukończenia i czas 1.35.52, czyli bliżej 1.36 niż 1.35, ale ja tam nic nie łamię. Chociaż były plany, żeby znów poprawić życiówkę o 7 minut, a wtedy musiałoby być poniżej 1.35 Tymczasem wyszło o ponad 6 minut lepiej i to najwięcej, na co mnie było dzisiaj stać. Momentami czułam się słabo do tego stopnia, że zakładałam czas bliższy 1.39, więc jest dobrze. Dobrze, bardzo dobrze, chociaż jak na bal, to za bardzo bolało! ;-) Miejsce Open: 1400/10391, K Open: 67/2736 i K-30: 29/1137. 



Dziękuję moim fantastycznym Kibicom! Gratuluję Biegaczom! :-)


sobota, 18 marca 2017

Deszczowy Parkrun, a później "Kozacko" i zabawowo, czyli treningowe podium na I Biegu Logorun - wiosna

Termin półmaratonu zbliża się wielkimi krokami. Przez miniony tydzień dochodziłam do siebie po Maniackiej Dziesiątce. Pomału przyszła też pora na ostatnie mocne treningi, a potem już spokojnie. Akcent miałam zaplanowany na niedzielę, ale chciałam pobiec też coś w sobotę. Jednak na dzisiaj miałam zaplanowane dyrektorowanie na Parkrunie. Kombinowałam więc, co by pobiec "po Cytadeli" i tak się dobrze złożyło, że dostałam pakiet na dzisiejszy bieg Logorun. Zawody na dystansach 5,4 km oraz 10,8 km, co znaczyło tyle, że... nad Maltą. Malty nie lubię, nie znoszę nawet. Tzn. biegać tam nie lubię, bo wieje i do mety daleko. A do tego (w moim przypadku) teraz miały być dwa okrążenia. 
Uznałam jednak, że nie będzie tak źle, bo i tak pobiegnę treningowo. Nie ma co szaleć na nieco ponad tydzień przed półmaratonem. Doszłam do wniosku, że Malta Maltą, ale na zawodach łatwiej mi będzie zrobić mocniejszy akcent, więc przerzuciłam trening z niedzieli na dziś. 



I tak od rana - Parkrun w ulewie... Nie, ależ skąd! Padało przed i po, ale w trakcie przestało. Niemniej było zimno, mokro i wietrznie. Już w drodze na Cytadelę myślałam sobie, że jak będzie tak padało, to nad żadną Maltę nie jadę, tylko wracam wysuszyć się i ogrzać do domu. 
Podczas Parkrunu nastawienie trochę mi się poprawiło. Pogorszyło znów, kiedy musiałam prawie dwie godziny czekać na start (a przecież mogłam już być w domu albo pobiegać gdziekolwiek indziej!). Na szczęście nie byłam sama i dzięki temu tak bardzo się nie dłużyło. Czekaliśmy w biurze zawodów, gdzie było ciepło, sucho i przytulnie, a każdy mógł przed startem napić się soku, kawy i herbaty, a nawet poczęstować się kanapką.

Po 11.00 poszłam się przebrać. Po powrocie dowiedziałam się, że "kozacko" mam zaliczonych 100 Parkrunów (miałam koszulkę 100). Około 11.30 wyszłam na rozgrzewkę, która trwała i trwała, a wcale nie robiło mi się cieplej, chociaż przebiegłam ponad 3,5km. Chwilę przed startem zauważyłam tylko jedną osobę, która tak jak ja była w krótkim rękawku.



Po starcie jakoś szybciej się rozgrzałam. Chyba dlatego, że jednak dużo szybciej biegłam. Trochę mnie tłum znów poniósł, ale widziałam, że inne dziewczyny dużo bardziej. Wyprzedziłam je po kilkuset metrach, chociaż miałam wrażenie, że przede mną powinna być jeszcze jedna, której jednak nie widziałam. Tamte wyprzedzone dogoniły mnie, kiedy zwolniłam. Podobnie było z kilkoma panami, którzy po pewnym czasie musieli mieć już dosyć tego wzajemnego wyprzedzania. ;-) 


Pierwsze okrążenie skończyłam po nieco ponad 24 minutach. Z daleka słyszałam głos spikera, że biegnie pierwsza pani na dystansie 5 km. I zaczęłam myśleć gorączkowo, czy przypadkiem nie powinnam gdzieś skręcić, skoro chcę biec dalej. Przypomniałam też sobie, że dzisiaj treningowo pobiegłam jakieś 2 minuty szybciej niż na Ekidenie w zeszłym roku. Ile było szybciej od wyniku z mojego pierwszego biegu nad Maltą nawet nie liczyłam. ;-)



Spiker dalej swoje, a ja swoje, czyli ominęłam wolontariuszy z medalami i dalej na drugą pętlę.  Spiker musiał sprostować, że to jednak nie pierwsza pani. Ta właściwa pojawiła się prawdopodobnie po chwili (tak wynikało z wyników, które później widziałam), ale tego już nie słyszałam, bo pobiegłam dalej. Znowu wyprzedzanie i zwalnianie. No i trochę zaczęłam fantazjować na temat tego, czy to możliwe, że na dychę też jestem pierwsza. Zaplanowany trening się skończył, ale tak głupio było robić schłodzenie na ostatnich kilometrach. Utrzymałam więc (mniej więcej) planowane tempo półmaratońskie i do mety.



Poczułam się już trochę zmęczona. ;-) A tym razem zostałam zupełnie zignorowana, bo pan spiker był zajęty komentowaniem nagradzania najlepszych zawodników na krótszym dystansie. Przemknęłam zatem niezauważona, nie wiedząc, które miejsce zajęłam. Nie byłam też pewna, jaki czas uzyskałam, bo przez ustawienia treningu Garmin pokazywał jakieś dziwne rzeczy. Na zegarze przy mecie widziałam, że było coś powyżej 48 minut. 

Odebrałam medal i pobiegłam się przebrać. W międzyczasie dostałam sms z informacją, że jednak byłam drugą kobietą. I akurat zdążyłam wyjść z szatni, kiedy wywoływali mnie na podium po odbiór pucharu i nagrody. I dowiedziałam się też wtedy, że dziewczyną, która mnie wyprzedziła, była Hiszpanką. 



Po biegu już skończyły się kanapki, ale były kawa i herbata. Do tego kiełbasy z grilla. Parę osób wcześniej narzekało, że drogie pakiety, ale nie wiem, czy tak drogie. Poza tym organizacja bardzo dobra. No i mam już voucher na kolejny bieg. ;-) Zatem... oby nie padało :-)))))

niedziela, 12 marca 2017

Dycha tempem na piątkę, czyli o 13. Maniackiej Dziesiątce

Dziś od rana pozytywne nastawienie. Wczoraj było trochę gorzej, bo pojawił się jakiś rozstrój żołądkowy, który jednak mógł poskutkować jedynie tym, że się lżej pobiegnie. ;-) Rzeczywiście tak było, kiedy wszystko się poprawiło. Z nastrojem za to były problemy trochę wcześniej.

Główny cel tej wiosny, to Poznań Półmaraton. Wszystko inne, to w ramach treningu albo przy okazji. Tak też miało być z Maniacką Dziesiątką, na którą zapisałam się po raz pierwszy. Przez ostatnie dwa lata termin tego biegu, to był dzień na moje (z Fraszką) życiówki na Parkrunie. Tym razem postanowiłam inaczej, bo to był jedyny bieg na dystansie 10 km, który pasował mi w planie treningowym. Tyle, że - tak jak wspomniałam - plan dotyczył półmaratonu. Biegam zatem dosyć dużo, ale niespecjalnie szybko. Przynajmniej tak mi się wydawało, a zresztą trudno to było zweryfikować pośród lodu, błota i na biegach przełajowych, zwłaszcza z psem. 

Przed Maniacką mój rekord wynosił 43 minuty 37 sekund i udało mi się zbliżyć do niego jeden raz - na Biegu Walentynkowym, na którym byłam podwójnie ciągnięta, więc się nie liczy. ;-) Lepszy wynik wydawał mi się abstrakcyjny.

Nastawienie zmieniło się trochę po ostatnich treningach i przyspieszeniach w końcówce. Ponadto przekonało mnie kilka osób, tłumaczących racjonalnie, że to dzisiaj to nie przełaj, tylko asfalt: płasko, równo, szeroko i do tego zawody. No i wtedy zaczęłam kombinować: 43.37, to dobrze by było teraz 43 minuty złamać, czyli trzeba by biec tempem 4.15, ale zrobię jeśli dystans wyjdzie 200 metrów dłuższy jak ostatnio? No to 4.10... a średnio 4.12-4.13 mogłoby być. No dobrze...

Do południa utrzymała się miła atmosfera, bo towarzysko-wolontariacko wybrałam się na Cytadelę. Cel raczej ten pierwszy, bo nie czułam się specjalnie narobiona. ;-) a skorzystałam z okazji, żeby spotkać się ze znajomymi, którzy również startowali o 12.00.



Przed zawodami zobaczyliśmy się ponowne, żeby zrobić wspólne zdjęcie. Potem jeszcze kilka krótkich rozmów ze znajomymi, którzy nie biegli, a kibicowali i życzyli powodzenia, rozgrzewka w międzyczasie i przyszła pora na start.




Miało być na początku spokojnie, jak ostatnio, ale dziś rzeczywiście było twardo, płasko i... szeroko, to poleciałam, tłumacząc sobie, że z górki, to mogę szybciej.



Ale później także utrzymywałam średnie tempo w okolicach 4.05, przypominając sobie, że miałam biec 4.15, kiedy nagle odkrywałam, że przyspieszam do 3.50 i dopiero wtedy trochę zwalniałam. Biegłam jednak ze świadomością, że cały czas za szybko i czekałam na 6-7. kilometr z myślą, że wtedy zacznie się zabawa. Rzeczywiście na 6. się zaczęła, bo ten kilometr był najszybszy - 4.01, ale pewnie dlatego, że z górki. ;-) 



Oczywiście - jak to ja - nie prześledziłam dokładnie trasy i nie wiedziałam (a może zapomniałam?) że ostatnie 3 kilometry pobiegniemy wzdłuż Malty i później z jednej strony się ucieszyłam, że nie będzie już żadnych niespodziewanych zakrętów, a z drugiej obawiałam się trochę wiatru. Przy okazji też przypomniałam sobie Ekidena, którego biegłam umierając z gorąca, ale zaraz po tej myśli przyszło mi do głowy, jak to dobrze, że jest tak przyjemnie chłodno, a ja biegnę dużo szybciej niż wtedy, a przecież dystans niemal dwa razy dłuższy. 



Kilka razy spojrzałam na zegarek, upewniając się, że nie zwolniłam za bardzo. Miałam przecież zapas, to mogłam sobie odpocząć. ;-) Ale nie, nie chciałam wcale. Nie po to prawie wyrównałam indywidualną życiówkę na 5 km, żeby potem dogorywać. Skoro biegłam tak równo tyle kilometrów, to trzeba wytrzymać. Pomógł mi znajomy, który stał na trasie i krzyczał właśnie, żebym wytrzymała do końca. Pomógł też obraz mentalny, jak to się chłopaki dziwią, że tak szybko przybiegłam. ;-) Jeden biegacz chyba nie mógł przeżyć, że go doganiam i trochę mnie zablokował, ale i tak go wyprzedziłam. A na ostatnim kilometrze pozostawało tylko dociągnąć... Spojrzałam jeszcze raz na zegarek, myśląc sobie, ile to jeszcze minut przede mną. To chyba w ogóle była dobra strategia, którą przyjęłam od dziewczyny wołającej do nas przed Maltą: "Jeszcze tylko chwila". Nie myślałam o kilometrach, tylko, że jeszcze tylko 15 minut, a nawet mniej. ;-) Ostatni kilometr to w ogóle chwila. Chociaż wcale nieprawda, bo końcowe 1,5 kilometra ciągnęło się bardzo. W dodatku dystans wyszedł rzeczywiście dłuższy, więc Garmin zasygnalizował 10 km prawie 200 metrów wcześniej, czyli wtedy, kiedy przed oczami zaczął mi się majaczyć czas na oficjalnym zegarze. Co tam było? 41... coś, no właśnie i tak miało pozostać. Przyspieszyłam więc jak nigdy w tej końcówce i wpadłam na metę z tym czasem brutto poniżej 42 minut i dopiero wtedy spojrzałam na mojego Garmina, który pokazywał jakiś niesamowity wynik 41 minut 34 sekundy. Czas rzeczywiście nieprawdziwy, bo oficjalny okazał się wynik 41 minut 37 sekund, ale to jest i tak o równe 2 minuty lepiej od poprzedniej życiówki! 

To był jakiś kosmos. Teraz wiem, co mógł czuć Piotr Żyła po zdobyciu brązowego medalu na Mistrzostwach Świata (hehe). 

Po uspokojeniu, oficjalnie: 697 na 4585, 28 kobieta na 1331 i w kategorii 11/600.
Dziękuję za towarzystwo i wsparcie. Gratuluję sukcesów, bo padło dziś wiele życiówek. :-)

niedziela, 5 marca 2017

Jak Fraszka sobie radzi, żeby panią po błocie do mety doprowadzić - nasz ostatni bieg z cyklu City Trail

Po trzech biegach w cyklu przyzwyczaiłyśmy się już na tyle, że dzisiaj nie było stresu. Znajomych spotkałyśmy dzisiaj trochę mniej niż zwykle, ale za to więcej "nowych znajomych". Poza tym wczoraj odebrałam pakiet, więc dzisiaj nie trzeba było się tak spieszyć. Przynajmniej przed biegiem. ;-)



Na sam bieg miałam pewne założenia. Nie były one wygórowane, ale też na tej trasie nie mam wyśrubowanych wyników. Trudno powiedzieć, z czego to wynika. Większość biegów nad Rusałką zaliczyłam z Fraszką, a z nią zawsze szybciej. Wydawało mi się też, że jej lepiej się biega na takim podłożu niż na asfalcie. Poza tym trasa względnie płaska w przeciwieństwie do Cytadeli. Może jednak nie tak płaska? Poza tym, co ona ma poradzić, że się stara, a pancia nie daje rady i spowalnia? ;-)

Dzisiaj pierwszy raz po dłuższym czasie okolice Rusałki bez lodowiska, ale za to błoto... nie, nie pośniegowe, ale podeszczowe, to chyba jeszcze gorsze, bo praktycznie pływające. A żeby było zabawniej, to przed startem zrobiło się też bardzo ciepło. Jednego i drugiego się spodziewałam. Na błoto przygotowałam się psychicznie, na ciepło odzieżowo. Trudno jednak było nastawić Fraszkę. Ona zresztą sama od rana przygotowała się do tego, że dziś biegamy i to było najważniejsze.



Po truchcie na miejsce startu i zdjęciu ze znajomą grupą "Naramowice Biegają" (dobra grupa, bo z nimi Fraszka bardzo grzecznie pozowała ;)) widać było, że jednak Fraszka trochę się zagrzała (pomijając zwyczajowe zagrzewanie wszystkich do biegu). Żeby nie przeszkadzała, odeszłam z nią na bok, do jeziora. Podeszła niby, żeby się napić, ale wlazła cała i nie dość, że nie chciała wyjść, to się tak zaparła, że prawie wpadłam za nią. Na szczęście po chwili udało mi się ją wyciągnąć i poszłyśmy, a właściwie trochę "podjechałyśmy" na start, bo Fraszka znów tak pociągnęła, że się bardziej "rozjechałam" niż na lodzie. Udało się utrzymać w pionie - trochę równowagi jednak się ma. ;-) Ale skoro tak było przed startem, to co będzie później?



Na szczęście wszystko się rozluźniło, tzn. Fraszka rozluźniona pognała do przodu, oczywiście ciągnąc mnie za sobą. Do tego, że ostatnio wolniej startujemy też się już przyzwyczaiłam. Różne rzeczy przeszkadzają w szybkim rozpędzeniu: lód, ścisk, kałuże... a dzisiaj błoto. Nie przejmowałam się więc specjalnie tempem pierwszych kilkuset metrów. Przyspieszyłyśmy, kiedy już było "bardziej twardo". Niestety długo to nie trwało. Te dwa pierwsze kilometry były najszybsze, ale wcale nie dlatego, że pierwsze, lecz z tego powodu, że potem znów zaczęło się błoto. Inna sprawa jest taka, że startowałyśmy jak zawsze z początku drugiej fali, więc prowadziłyśmy ją spokojnie... do momentu aż zaczęłyśmy doganiać i wyprzedzać maruderów z pierwszej.




I niestety, wtedy oprócz błota było jeszcze ciasno i w wielu miejscach za wąsko, żeby się przeciskać. Chociaż Fraszka czasem nic sobie z tego nie robiła i wciskała się do środka, a kiedy już się wcisnęła, to i mnie wpuszczano. Taka cwaniara mała. :-) Niestety wiele to nie pomogło, bo ugrzęzłyśmy w błocie i zwolniłyśmy znacznie, zwłaszcza na czwartym kilometrze. Ciągnęłam ją trochę, bo tarzała się w błotku. Potem wróciła do przodu. Zbuntowała się na końcu i musiałam ją trochę podciągnąć. Zareagowała na motywacyjne okrzyki przed metą, ale nie udało się zejść poniżej 21 minut. Naszym najlepszym rezultatem na 5 km z Rusałki pozostaje wynik z grudniowego biegu: 21 minut 4 sekundy. A dzisiaj 21 minut 14 sekund. Miejsce K Open: 15/399 i K-20: 5.



Dziękuję za miłą atmosferę. W tę sobotę było bardzo kolorowo, dzięki mistrzostwom NR i harcerzom. Kibiców też na trasie było więcej. Dzieci zgromadziły się na wzdłuż odcinka asfaltowego i oprócz znajomego "Dawaj Fraszka", usłyszałam też: "Pani od pieska, przybij". Ale nie zdążyłam. ;-)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa