poniedziałek, 30 stycznia 2017

Ślizganie także w Rzeszowie na Parkrunie

Parkrun Rzeszów to druga lokalizacja, którą odwiedziłam już w dzień inauguracji. Do miasta dotarłam dzień wcześniej, więc w sobotę rano byłam wypoczęta i gotowa do biegania. Ponieważ zima w pełni (zwłaszcza na południu), zamiast startówek, chociaż trasa asfaltowa, wzięłam buty trailowe i nakładki antypoślizgowe. Wydawało mi się, że po ostatnich biegach nad Rusałką i w Pobiedziskach opracowałam już technikę mocowania ich w taki sposób, żeby nie zgubić po drodze.
 
Na miejsce startu dotarłam około 8.30. Z daleka widać już było żółte kamizelki wolontariuszy rozkładających flagi i oznaczających trasę. Przywitałam się z koordynatorką Kamilą i innymi biegaczami, którzy pomału zaczęli się schodzić. Jak na niemal każdej inauguracji było kilka osób z innych lokalizacji, m.in. Basia Brzezińska, która przyjechała aż z Gdyni, a dodatkowo specjalnie dla uczestników biegu przygotowała ciasteczka.



Już dzień wcześniej widziałam na zdjęciach, że trasa jest bardzo biała. Kiedy biegłam w Kaliszu też taka była, jednak wtedy tam spowodowane to było głównie śniegiem, teraz w Rzeszowie praktycznie całą trasę pokrywał lód. Do tego nie biegłam z Fraszką, która pociągnęłaby mnie nie zważając na ślizgawkę (po to przecież hoduje pazury, żeby nie musiała się martwić nakładkami jak ja ;)) więc nie nastawiałam się na jakiś spektakularny wynik. Ale liczyłam na to, że mogę zapisać się w historii lokalizacji Parkrun Rzeszów (podobnie jak kiedyś Parkrun Toruń) jako pierwsza kobieta w pierwszym biegu.



Przed startem koordynatorka radośnie powitała wszystkich uczestników, przypominając o najważniejszych zasadach, które wcześniej pojawiły się już na fanpage’u Parkrun Rzeszów. Słowo na sobotę wygłosił też Grzegorz odpowiedzialny za nowe lokalizacje. Później odbyło się wspólne odliczanie i punktualnie o 9.00 wystartowaliśmy.



Zaczęłam umiarkowanie szybko, bo tempem 4.11, do końca pierwszego kilometra zwolniłam do 4.13 i już wtedy – nie wiedzieć czemu – poczułam się zmęczona. Może zabrakło wspomagania Fraszki albo dały o sobie znać treningi tygodniowe. Ostatnio nie ćwiczę specjalnie dużych przyspieszeń, ale jednak powinnam wytrzymać takie tempo dłużej niż 1 kilometr, zwłaszcza że na CT i Agrobeksie biegłam szybciej, a zwolnienia spowodowane były jedynie trudnymi warunkami na trasie. W Rzeszowie miałam nakładki z kolcami i czułam się w miarę pewnie, a jednak byłam zmęczona. Z tego powodu zwolniłam na kolejnych kilometrach. Trasa okazała się jednak nie taka łatwa, bo zakręty, zbiegi i podbiegi męczyły mnie jeszcze bardziej. Może jednak bym się zmotywowała i jakoś utrzymała tempo 4.20, ale okazało się, że mocowanie nakładek tym razem zawiodło i zaczęły się zsuwać. Po kolejnym zatrzymaniu i poprawieniu zapięcia przestałam się zastanawiać, w jakim tempie biegnę i po jakim czasie dotrę do mety. 



Trasa oznaczona była strzałkami, a w miejscach strategicznych, czyli przy zakrętach i nawrotce, stali wolontariusze, co pozwoliło mi się nie zgubić. Przez te moje zatrzymywania dużo osób mnie wyprzedzało. Kilku później udało mi się dogonić, ale i tak byłam pod wrażeniem tempa niektórych, bo nie w każdej nowej lokalizacji jest tak dużo szybkobiegaczy.

Po nawrotce zrobiło się trochę zamieszania, bo część zawracających osób kontynuowało bieg lewą stroną, a część prawą. Ten problem pojawił się prawdopodobnie z tego powodu, że przed biegiem pojawiła się informacja, że obowiązuje ruch lewostronny (tak zresztą zostały oznaczone start i meta), a zwyczajowo jednak biegacze jak kierowcy stosują się do zasad ruchu prawostronnego. Dodatkowo też mijanki z różnych stron spowodowane były pewnie chęcią uniknięcia bardziej śliskich fragmentów trasy. Koordynatorka przyznała, że następnym razem rzeczywiście lepiej będzie zastosować ruch prawostronny, no a może wkrótce nie będzie już takich problemów ze ślizgawką.



Metę usytuowaną pod mostem widać było z daleka, co pozwalało na orientacyjne określenie odległości i większe zmotywowanie do przyspieszenia. Mnie próbował zachęcić też inny biegacz, który mniej więcej kilkaset metrów przed końcem zrównał się ze mną. Niestety ja wtedy miałam już dość zatrzymywania się i zbierania nakładek (bez których niestety wyraźnie się ślizgałam), a wiedziałam, że im szybciej biegnę, tym większe jest prawdopodobieństwo, że spadną, więc odpuściłam. 



Bliżej mostu było już słychać dopingującą koordynatorkę, która każdego zachęcała do walki z własnymi słabościami i przyspieszenia przed metą. Ja usłyszałam, że jestem pierwszą kobietą na mecie (o czym powiedziała mi też wolontariuszka w miejscu nawrotki) oraz że biegacze powinni mnie za to na rękach nosić. Nikt jednak tego nie uczynił. ;-) Zresztą jak na mnie, to czas słaby 22 minuty 43 sekundy, więc nie należała się nagroda. Ale po rozciąganiu dostałam gorącą herbatę i ciasteczko tak smaczne, że poszłam zapytać o przepis i może kiedyś będzie okazja upiec i poczęstować biegaczy na Parkrun Poznań.

niedziela, 22 stycznia 2017

Ślizgania ciąg dalszy, czyli II Agrobex Piastowska Piątka w Pobiedziskach

W ostatnim czasie zapisałam się na dwa cykle biegowe. Oba w zawodach na dystansie 5 km. Są to: City Trail i Agrobex.Tak się złożyło (albo zaplanowało), że dwa drugie (dla mnie) biegi w obu cyklach "zbiegły się" w ten sam weekend. Zatem ostatnio dawno żadnych zawodów nie było, a teraz od razu dwa. Wczoraj City Trail z Fraszką (i skoro na lodzie nam się udało, to mam nadzieję, że już do końca dociągniemy razem), a dziś w Pobiedziskach sama. Może i bym się zastanawiała, czy Fraszkę zabrać, ale jeszcze przed pierwszym biegu z tego cyklu przeczytałam, że "ze względów bezpieczeństwa zabroniony jest udział osób poruszających się na rowerach, wrotkach, rolkach, deskorolkach i wózkach oraz ze zwierzętami". Zgodnie z powszechną interpretacją i pomimo osobistego przywiązania, uznałam, że Fraszka to pies i że skoro w regulaminie jest zakaz biegania z psem, a "uczestnik zobowiązany jest do przestrzegania wszelkich zasad i przepisów, które mają zastosowanie do uczestnictwa, w szczególności zasad Fair Play oraz niniejszego Regulaminu", to pobiegłam sama, postanawiając że po prostu raz na jakiś czas dobrze mi zrobi, jak wezmę udział w zawodach bez wspomagania.



Po wczorajszym biegu byłam bardziej optymistycznie nastawiona do pogody, bo nie wiedziałam, co mnie czeka. Trasy nad Rusałką nie da się jednak porównać do tej dzisiejszej w okolicach grodu w Pobiedziskach. Podejrzewam, że i w innych warunkach, byłaby dużo trudniejsza: zbiegi, podbiegi, zakręty, a dziś dodatkowo mnóstwo lodu, a jakby tego było mało, to jeszcze kałuże. Śniegu było niewiele i to tak udeptanego, że można uznać za lód. Na trasę składały się dwie pętle, które wprawdzie posypano piaskiem, ale jednak niewiele go było, a po pierwszym okrążeniu zmieszał się z lodem, więc prawie wcale. 



Założyłam kolce, tak jak wczoraj. Dzisiaj solidniej zamocowałam, żeby nie zgubić i przynajmniej tym się nie musiałam martwić. Kawałek po starcie była jednak taka ślizgawka, że i tak bałam się rozpędzić. Potem wyglądało to już trochę lepiej, bo kilkadziesiąt biegaczy trochę ten lód rozdeptało, więc - podobnie jak wczoraj - trochę się rozpędziłam.



Biegło się jednak nieporównywalnie gorzej. Po pierwsze, trochę jednak byłam zmęczona po wczorajszych zawodach, a też od rana dokuczał mi ból kolana oraz kostki, po drugie nie było Fraszki, po trzecie trasa, o której już wspomniałam. 



Dwie pętle zwykle mnie demotywują, a dzisiaj to już w ogóle, bo wiedziałam, że będzie ślizgawka razy dwa. Po każdej pętli mocny podbieg.



Słyszałam z daleka, że Przemek krzyczy, żeby pracować rękami na podbiegu, więc trzeba było się zmusić i pociągnąć. Po moim wolniejszym starcie później dużo osób wyprzedzałam, chociaż trudno było, bo czasem brakowało miejsca: na przykład już chcę wyprzedzać, bo widzę, że lewa wolna, a tam kałuża. Kilka osób też tak ślizgało się przede mną, że obawiałam się, że jak się przewrócą, to pociągną mnie za sobą. 






Wiedziałam, że szału wynikowego dziś nie będzie, więc biegłam spokojnym równym tempem, bardziej pod dychę albo półmaraton, nie zerkając specjalnie na Garmina. Po pierwszym okrążeniu na zegarze zobaczyłam czas 11.33, więc pomyślałam, że dobrze by było jednak poniżej 23 minut pobiec. No i się udało, więc jakiś taki negative split mi wyszedł. 


Ostatecznie czas netto 22 min 50 s. Miejsce K-5 na 52, Open 39 na 161, czyli bez szału, ale forma się robi na inne zawody.

Podsumowując wczorajszy i dzisiejszy bieg nie można nie zwrócić uwagi na wielką liczbę fotografów. Wystarczy zatem czasem pobiec jakąś piątkę, żeby zyskać tuzin zdjęć, z czego przynajmniej kilka ładnych się trafi.

Nad Rusałką ślizgać się już z Fraszką nauczyłyśmy, więc jakby co, to w lutym sobie poradzimy. A następny bieg z cyklu Agrobex ma być dopiero wiosną, więc chyba nie będzie już takich problemów. I - zgodnie z regulaminem (chyba że się coś zmieni) - pobiegnę bez Fraszki. 

sobota, 21 stycznia 2017

Zawsze chciałam jeździć na lodzie, czyli nasz drugi City Trail

Ostatnio sceptycznie podchodziłam do biegania. Zwłaszcza po zeszłotygodniowym "chodzonym" na Parkrunie. Potem było trochę kombinowanych treningów, tzn. jakby tu pobiec, żeby się nie poślizgnąć i nie przewrócić. Męczyło mnie to trochę i poskutkowało tym, że udało mi się znaleźć aż cztery kilometry odśnieżonej i odlodzonej przestrzeni biegowej (dzięki wielkie!), a pod koniec tygodnia dorobiłam się dwóch par nakładek antypoślizgowych (za to też dzięki!). Trochę bardziej przygotowana i psychicznie podbudowana udałam się dzisiaj nad Rusałkę na kolejny bieg z cyklu City Trail.

Kiedy się zapisałam ze świadomością, że odpuszczę dwa pierwsze biegi, jakoś tak zapomniało mi się, że później oprócz tego, że zimą będzie zimno (czyli dobrze), może też być ślisko. Do końca właściwie miałam nadzieję, że jakoś zima łagodniej obejdzie się z okolicami Rusałki niż z Cytadelą. A tu dzisiaj okazało się, że na Cytadeli odwilż, a nad Rusałką lód został. Mnie zatem pozostało uzbroić się w kolce, Fraszce w pazury (na szczęście cały czas gotowe ;-)) i pobiec. 

Byłam trochę bardziej pozytywnie nastawiona niż za pierwszym razem, ale Fraszka nadal się stresowała. W końcu na Cytadeli to jest u siebie, a nad Rusałką niezupełnie. W tym drugim miejscu też więcej obcych psów, a ona tak oswojona, że woli człowieków od innych zwierzaków i większość spotkań z czworonogami kończy się jeżeniem i kłami. Taka suka. 





Kręciłyśmy się w okolicach biura zawodów i mety od 10.00, bo musiałam odebrać numer startowy. Fraszka przy okazji zatańczyła i pozaczepiała człowieków w biurze zawodów, bo przecież musiała zajrzeć i zobaczyć, co rozdają, a ponieważ blat wysoki, to trochę poskakała i na dwóch łapach jak surykatka pospacerowała.

Około 10.30 pobiegłyśmy w okolice startu, ale ponieważ zostało jeszcze trochę czasu do 11.00, kontynuowałyśmy rozgrzewkę na bocznej dróżce. Przyjemnie się biegło. Trochę śniegu i bez lodu, no ale na trasie tak dobrze być nie miało. Tyle, że kolce mnie dodawały trochę pewności, a Fraszka to w ogóle nic sobie z lodu nie robiła. Raczej cieszyła się, że jest taka niska temperatura. Pozostawała jedynie obawa, że coś ją w śniegu zainteresuje i zaryje, jak w Kaliszu. 

Tym razem jednak takiego numeru nie zrobiła. Chwilę przed startem pierwszej fali zrozumiała, że startujemy (wcześniej myślała, że uda jej się pobiec z dziećmi w kategorii D-2 ;-)). Puściłyśmy ścigaczy i stanęłyśmy w drugiej fali (chociaż rano myślałam, że dziś to raczej bezpieczniej z ostatniej). Czekałyśmy chwilę, w trakcie której zdążyłam usłyszeć komentarze, że pies chciał pobiec z pierwszą falą, itp. i poleciałyśmy.






Na początku spokojnie, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście z kolcami tak bezpiecznie i rozpędziłyśmy się dopiero przed końcem pierwszego kilometra.



Tam spotkałyśmy znajomych z poprzedniego biegu: pana i psa, którzy już się zatrzymali, bo jak wyjaśnił biegacz: "Dzisiaj nie chce biec".



Kolejny kilometr w naszym wykonaniu był ciut szybszy, trzeci wolniejszy, ale generalnie w miarę równo. Trudno było wcześniej przewidywać, jaki uda nam się uzyskać wynik, więc planowałam na bieżąco. I kiedy już na czwartym kilometrze się bardzo dobrze nastawiłam na finisz, bo pamiętałam, że tam trasa posypana piaskiem, poczułam, że zsunęła mi się nakładka antypoślizgowa. Niestety bałam się biec bez niej, więc zawróciłam. 




Trochę mi to pewnie czasu zajęło, ale też próbowałam go nadrobić, więc myślę, że znacznie przyspieszyłam. Zabawne to było, bo mijałam kilka znajomych osób, które po chwili wyprzedzałam ponownie. Jeden z biegaczy zażartował nawet, że drugie kółko robię. Niestety wszystkich nie udało już mi się dogonić, bo przed metą jeszcze raz nakładka się zsunęła. Zabrałam ją i już nie zakładałam, tylko pognałam do mety.



Ostatecznie ukończyłam bieg w czasie 21 minut 47 sekund, co uznaję za wielki sukces w sytuacji gonienia nakładek. ;-)


A wczoraj to w ogóle brałabym taki wynik w ciemno. W pierwszym biegu zajęłam 14. miejsce K Open i 4. w kategorii, a dziś odpowiednio 17. i 7. 


niedziela, 15 stycznia 2017

Z pamiętnika Fraszki: OŚLIZŁA CYTADELA

W końcu dzisiaj na Cytadeli - pierwszy raz w tym roku. Droga była męcząca, bo Pancia jakoś gwałtownie hamowała i dwa razy spadłam. :-( W ogóle jakoś gorzej się bez mojego domku jeździ. Ale najważniejsze, że na PARKRUNA. Pancia też się cieszyła, ale potem jakoś przestała. Nie wiedziałam, dlaczego, bo przecież były wszystkie znajome człowieki (te fajne i te, co mnie wyzywają że hałasam też). 

Powiedziała, że idziemy na rozgrzewkę, ale nie przyspieszyła wcale tylko normalnie szła... i to jeszcze tak powoli. Pacze na nią i pytam, o co chodzi. A ona na to, że oślizła. Przynajmniej tak zrozumiałam. Nigdy Cytadela nie była oślizła, to nie wiem, dlaczego dzisiaj. 

Ja tam miałam ochotę pobiegać jak zawsze, a Pancia jakoś wolno wystartowała (tzn. zawsze wolno startuje i ja ją ciągnę, ale dzisiaj wyjątkowo się zaparła). Biegłyśmy jakoś bokiem. Jakby inną trasą. Nie po tym oślizłym, tylko tym drugim białym. Ale wszyscy byli przed nami. Pacze na Pancie i sugeruję, żeby przyspieszyć, a ona nic. Jeszcze coś mruczy, że w ogóle chyba nie pobiegniemy. To jej mówię: za co medal mamy (bo przed startem mi zawiesiła nowiutki medal, taki zielony "Cała jesień na parkrun", bo wybiegałyśmy. Wprawdzie Pancia mówi, że mnie się nie należy, bo wolontariatu nie zrobiłam. Jak nie jak tak, skoro zawsze ciastki sprzątam, to chyba charytatywnie, co?). 



Myślałam, że będzie lepiej, a tu coraz gorzej. Parę osób wprawdzie wyprzedziłyśmy. Ale ile psów było przed nami! Tylko Marcela dogoniłyśmy (jaki wstyd). Przyspieszyłyśmy na ostatniej prostej, bo wg Panci tam nie było oślizło. Ja już nie czułam, bo wcześniej wykąpałam się w kałuży - coś trzeba było robić, skoro biegać się nie dało. 

Pancia jeszcze po starcie chodziła i pokazywała TOKENA z 117 miejscem, a ja ze wstydu tylko ciastki jadłam, co mi Maciej dawał...

sobota, 7 stycznia 2017

Sławna dzięki Fraszce, czyli na Parkrunie w Kaliszu

Nowy rok się zaczął, więc pora wrócić do turystyki parkrunowej, zwłaszcza że dawno (czyt. ponad miesiąc) nigdzie nie byłam. Na dłuższe wyjazdy na razie nie ma czasu, a dalszym pogoda nie sprzyja, więc zdecydowałam się na odwiedzenie najbliższej lokalizacji, w której jeszcze nie byłam, czyli Parkrun Kalisz. 

Spakowałam Fraszkę i - wcale nie tak wcześnie - bo przed 7.00 wyruszyłyśmy w drogę. Całe szczęście, że miałyśmy trochę zapasu czasowego, bo... nie, nie zgubiłam się ;-) ale po około 60 km okazało się, że tylko w moich okolicach zima taka piękna mroźna, a dalej więcej śniegu i... lodu. Trzeba więc było trochę zwolnić, ale i tak około 8.35 dotarłam w okolice Aquaparku, który znajduje się tuż przy miejscu startu (a właściwie to chyba odwrotnie ;-)), koło którego zaparkowałam.

Fraszka nie mogła już wytrzymać w aucie i prawie wyskoczyła z niego. Okrążyłam budynek pływalni, ale cicho i głucho dokoła. Wreszcie zobaczyłam dwóch biegaczy, za którymi się udałam, ale oni pobiegli... a Parkrunu ani widu ani słychu. Zawróciłam i dotarłam na właściwe miejsce, o czym przekonałam się z daleka widząc, jak ktoś rozkłada flagę Parkrun. Ta osoba też mnie z daleka rozpoznała, bo przerwała tę czynność i spoglądała na mnie przez chwilę, po czym zapytała: "Agnieszka?", kiedy potwierdziłam, wyjaśniła, że po psie poznała. A ja wtedy: "Alina?" i też potwierdziła, bo to była koordynatorka Parkrun Kalisz. 




Porozmawiałyśmy przez chwilę na temat pogody w Poznaniu i Kaliszu (bo Alina miała z wczoraj wieści, że w Poznaniu śnieg nie pada). Potem zaczęli zjawiać się inni biegacze. W większości jednak na ostatnią chwilę, bo z powodu mrozu nikomu nie chciało się stać i czekać na start. Zapytałam jeszcze Alinę o trasę, chociaż widziałam, że jest w miarę prosta. Wyjaśniła mi więc tylko miejsce nawrotki: miało być duże drzewo z kapliczką, dalej brak drzew i w końcu małe drzewka, a przy czwartym nawrotka: "chociaż może będzie jakiś mężczyzna przed tobą, bo pewnie będziesz pierwszą kobietą na mecie". ;-)



Przed startem było trochę ogłoszeń, które jak zwykle zagłuszała Fraszka. Troszkę dosłyszałam, że Parkrunnerzy planują m.in. wspólną imprezę karnawałową. Potem mieliśmy już startować, ale okazało się, że nie ma fotografa (a w Kaliszu wspólne zdjęcie jest przed startem), więc jeszcze chwilkę czekaliśmy. Później szybkie zdjęcie (Fraszka oczywiście w pierwszym rzędzie) i... ruszamy! Ręce miałam tak zmarznięte, że trudno było mi start w Garminie wcisnąć, ale trzeba było, bo Fraszka poleciała.



Wystrzeliła jak z procy, mimo że trasa ośnieżona i oblodzona tak, że gdybym sama była, to pewnie na palcach bym biegła (co w sumie nie takim złym ćwiczeniem by było ;-)) a tak tylko trochę na śródstopiu, bo w zasadzie to leciałam za Fraszką - jako druga, bo nikogo nie było przed nami. Musiałyśmy więc poczekać, bo jeszcze byśmy się zgubiły. ;-) I właściwie to wcale nie było tak szybko, bo 1 km w tempie 3.59, ale przez to, że trasa taka równiutka i płaściutka na drugim zamiast zwolnić, przyspieszyłyśmy do 3.54, na trzecim zwolniłyśmy tylko trochę i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta nawrotka. Policzyłam do czwartego drzewa i wszystko się zgadzało, bo czterej mężczyźni, którzy prowadzili, w tym momencie równo zawrócili. Zatem my za nimi. Rzuciłam okiem na zegarek: równo 2,5 km, czyli nie było co liczyć na to, że trasa jest krótsza, tylko trzeba było śmigać dalej. Niestety mnie i Fraszkę takie nawrotki wytrącają z równowagi. Nie było nawet pachołka, a co dopiero wolontariusza (dzisiaj się nie dziwię, bo komu by się chciało stać jako słupek i marznąć). Ja zwolniłam, a Fraszka jakoś zapał straciła i w śnieg zaryła zamiast ciągnąć za panami, którzy coraz bardziej się oddalali.



3. kilometr wyszedł zatem w tempie 4.00, ale potem już gorzej, bo jeszcze po drodze jakiegoś pieska spotkałyśmy, a niestety był na bocznej drodze, więc Fraszka troszkę nie w tę stronę pociągnęła. Przed samą metą przyspieszyłyśmy, ale wyszło znowu jak ostatnio, czyli dwa tygodnie temu na Cytadeli, czyli coś około 20 minut 13 sekund. Wpadłam na mecie i Garmin pokazał równe 5 km. Myślę, że na Cytadeli mogło być dziś lepiej, bo tam znana trasa, bez nawrotek i podobno czarna a nie ośnieżona. ;-) Ale dzisiaj miałyśmy wycieczkę, odwiedziłyśmy kolejną lokalizację i pobiegłyśmy po nowej trasie.

Po biegu gorąca herbatka i krótkie rozmowy, że "pies ładnie ci nadawał tempo" i wróciłam do domu, bo wciąż zimno było. ;-)

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Bieg noworoczny i początek planowania

Wczoraj, tradycyjnie od trzech lat, czyli po raz czwarty, wzięłam udział w biegu noworocznym organizowanym przez klub Maratończyk Poznań nad Rusałką.




Bieg miał być towarzyski, ale Fraszka jak zwykle tego nie zrozumiała, więc mnie przeciągnęła dookoła jeziora i wpadłyśmy na metę, jako pierwsze, jakby to jakie zawody były. ;-)





Ponieważ tłumy za nami jeszcze biegły, poleciałyśmy jeszcze jedno kółko, bo po pierwszym nawet niektórzy fotografowie nas nie złapali. ;-)



Po biegu jak zwykle: herbatka, ciasteczka i rozmowy ze znajomymi biegaczami, żeby można było kontynuować rok na biegowo. ;-) W tym roku - o dziwo - nie było szampana. Ale pewnie dlatego, że więcej go było w sobotę na sylwestrowym Parkrunie. ;-)



Początek roku, więc... zgodnie z postem, na który natrafiłam w pewnej dużej grupie biegowej już w listopadzie, "Rok 2017 już powinien być ogarnięty"... No i w sumie... chyba jest. Przynajmniej tak wynika z tego, co już mam zaplanowane. A mianowicie:

21 stycznia kolejny bieg w ramach City Trail Poznań
22 stycznia II Bieg Agrobex Piastowska Piątka Pobiedziska
18 lutego Bieg Walentynkowy nad Rusałką
11 marca Maniacka Dziesiątka
26 marca Poznań Półmaraton

Na wszystkie powyższe biegi jestem już zapisana i "opłacona". A jest jeszcze kilka, które mam w planach, ale jeszcze się nie zdecydowałam albo się zdecydowałam, ale zapisy jeszcze się nie rozpoczęły, np.:

25 lutego Zimowy Cross w Pobiedziskach
14 maja Galopada Braci Mniejszych (lub Bieg Instalatora)


To chyba tyle do połowy roku. Oczywiście pomiędzy tym: treningi, treningi i jeszcze raz Parkrun. :-)
W drugiej połowie roku najważniejszy będzie maraton, żeby zmyć wrażenie niezadowolenia z roku ubiegłego. 

A co mi jeszcze przyjdzie do głowy? To się okaże w międzyczasie... ;-) W każdym będąc maksymalistką zakładam poprawę czasu na wszystkich dystansach - sama i z Fraszką, bo ona też musi się trochę postarać i panią pociągnąć. Wciąż jest mało biegów, w których mogłybyśmy razem oficjalnie wystartować, ale może znajdziemy coś ciekawego, np. takiego, żeby Fraszka też mogła  przebiec półmaraton oficjalnie, a nie tylko na treningu.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa