niedziela, 31 grudnia 2017

Bez pudła trafiając z formą na zawody tak, aby w rezultacie trafić na pudło - czyli podsumowanie Panci i mojego roku biegowego

Kiedy pomyślę o całym roku, to szczególnie szczęśliwie wspominam jego pierwszy kwartał. Z drugiej strony usłyszałam jednak, że "każdy chciałby tak dobrze kończyć sezon jak ja". Trochę zależy od priorytetów i punktu widzenia. ;-)



Od początku. Cele były podobne, jak zawsze - poprawić wyniki na wszystkich dystansach. I, o ile wcześniej się to udawało, tym razem niestety nie. Nie dlatego, że nie wyszło, tylko z powodu, że nie dane mi było wystartować na wszystkich planowanych dystansach. Konkretnie oczywiście w maratonie. Zamiast tego - dla odmiany od poprzednich dwóch lat - wzięłam udział w dwóch półmaratonach i w obu pobiegłam lepiej niż wcześniej. Zabawnie to pewnie wygląda - zwłaszcza dla tych, co biegają po dwie połówki w miesiącu. A ja tylko tyle przez cały rok. Ale chyba znana jestem z tego (przynajmniej od jakiegoś czasu ;-)), że starannie planuję starty docelowe. Potem skrupulatnie się do nich przygotowuję, a z efektami różnie bywa. :-)



Zatem jak było w tym roku? Główny cel na wiosnę to był Poznań Półmaraton. W tej części roku zrezygnowałam z maratonu, bo miał być spokojnie na jesień. Tymczasem pełna koncentracja na połówce, a po drodze starty treningowe: na 5 km w cyklu Agrobex, w Crossie Zimowym w Pobiedziskach na 10 km oraz bardzo treningowym biegu Logorun na 10,8 km.



Poza tym kontynuacja rozpoczętego w 2016 roku cyklu City Trail oraz start w parze w Biegu Walentynkowym, który ponownie zakończył się moim zbliżeniem do życiówki oraz ustanowieniem nowego PB na 10 km przez Fraszkę. :-)



City Trail natomiast traktuję jako osobistą porażkę wynikającą z z czwartego miejsca w kategorii, w której stać mnie było na podium, gdybym tylko lepiej zaplanowała udział w poszczególnych biegach i nie musiała ślizgać się na lodzie. I najważniejszy w tym okresie (i chyba całym roku pod względem prezencji wynikowej) - mój debiut w Maniackiej Dziesiątce, który miał być sprawdzianem przed półmaratonem, a właściwie to tego dnia obudziłam się rano z myślą, że wcale się do tego dystansu nie przygotowywałam i jakoś nawet nie mogłam się skoncentrować na tym, bo wybiegałam myślami do przodu - do półmaratonu właśnie - a mimo to - a może właśnie dlatego - tak dobrze mi się biegło i odważyłam się utrzymać tak szybkie tempo, które dociągnęłam do końca i osiągnęłam rezultat 41 minut 37 sekund, na dźwięk którego słyszę, że jestem talent wrodzony, a ja wiem, że to skutek ciężkiej zimowej pracy i przeklinania śniegu oraz lodu, i zastanawiam się, czy kiedykolwiek ten wynik poprawię...


No i wreszcie Poznań Półmaraton - poprawa wyniku sprzed roku o ponad 6 minut, więc zgodnie z planem, ale dużo trudniej niż mi się wydawało i z lękiem, czy wobec tego, jeszcze będę mogła szybciej biegać.

Na fali sukcesów po dyszce i połówce, pobiegłam w zawodach na torze Poznań na dystansie 5 km. I nie przeszkadzało mi nawet nagłe ocieplenie, bo bez problemu pokonałam wtedy moją ówczesną indywidualną życiówkę wynoszącą 20 minut 48 sekund, na 20 minut 35 sekund (haha). 

Kiedy ociepliło się na dobre, przestałam brać pod uwagę wyniki. Startowałam bardziej zabawowo, bo w kwietniu właściwie przypadało roztrenowanie, ale wzięłam udział w II biegu Agrobexu, a także w Nocnym Teście Coopera, z którego nie wynikło nic, bo lepszy wynik osiągam na zawodach na 5 km niż kręcąc kółka po stadionie przez 12 minut.



W maju zaczęłam więcej startować. Wzięłam udział w II Borówieckiej Zadyszce, VI Biegu Szpot Swarzędz. W czerwcu kolejne upalne zawody: dookoła Jeziora Brzostek oraz Bieg na Umultowie.



Tak się złożyło, że w tym czasie przypadło kilka biegów na krótszych dystansach - do 5 km maksymalnie, ale wyniki i tak były bez rewelacji ze względu na temperaturę. 



W tym czasie rozpoczęły się też przygotowania do jesiennego maratonu, więc wtedy najchętniej odpuściłabym starty. Z różnych innych względów wzięłam udział w Nocnej Botanicznej Piątce. Treningowo pobiegłam też (pewnie jedyny raz) Cytadelę by Night. Przed maratonem zaplanowałam trzy sprawdziany: Murowaną Dychę, Swarzędz Półmaraton i Półmaraton w Kaźmierzu. Pobiegła tylko w dwóch pierwszych. Do tego z sukcesem. Potem przyszła choroba i koniec marzeń o królewskim dystansie w tym roku.



Od września w ogóle kryzys wszelkiego rodzaju. Chyba wszystko razem się sprzysięgło przeciwko mnie, chociaż zapowiadało się dobrze, zwłaszcza po wakacyjnym obozie biegowym.



Na początku września jeszcze szybkie bieganie, a potem wszystko wzięło w łeb do tego stopnia, że truchtać ponownie zaczęłam dopiero pod koniec października. Zawody zaplanowane na listopad wypadły więc marnie, zwłaszcza że po Biegu Niepodległości wróciło przeziębienie, które jakoś tej jesieni nie może żyć beze mnie. Dlatego od grudnia trenuję tylko i wyłącznie bieg na samopoczucie - lepsze lub gorsze. Od stycznia - mam nadzieję - zacznę jakieś porządniejsze treningi, bo jak zawody zaplanowane, to i całe życie się jakoś lepiej układa. Mam kilka pomysłów, które jeszcze niedawno były zupełnie inne... Pewnie wkrótce będzie trzeba podjąć decyzje, a potem oficjalnie ogłosić i się trzymać. Chociaż po tym, jak mnie "siekło" w tym roku, to niczego już nie jestem pewna...



Nie wspomniałam o jednym ważnym elemencie, czyli Parkrunie. Z wiadomych powodów nie wymieniłam w kategorii zawody, ale oczywiście biegałam. Trochę zwiedzałam, chociaż ostatnio wyjątkowo mało.



Poza tym, zgodnie z tym, co zapowiedziałam - nadzwyczaj cieszyłam się ze złamania 20 minut na Cytadeli. Miała być większa radość  niż z 3.30 w maratonie, tego jednak nie dane mi było sprawdzić. Był to jednak niewątpliwie mój wielki sukces i szczęście niepojęte. Podobnie dwa tygodnie później, kiedy dobiegłam z czasem 20.01.



I kolejny - najważniejszy i najciekawszy aspekt mojego biegania - a przede wszystkim najsławniejszy, czyli Fraszkowanie. :-)
Otóż Fraszka - trenując i planując zawody ze swoim najlepszym trenerem (czyli ze mną) - wykonywała wszystkie ćwiczenia zgodnie z zaleceniami i bez pudła trafiała z formą w zawody tak, żeby w rezultacie trafić na pudło i to zwykle to najwyższe. :-) 
W tym roku główne starty były dwa - pierwszy tradycyjny Bieg z Łapką w Bydgoszczy, który wydawał mi się przetarciem przed głównym, a okazał się fantastyczny jak dla mnie Maniacka. Bieg docelowy natomiast zakończył się jedynym branym pod uwagę miejscem pierwszym ;-) jednak przyszło nam to z większym trudem. Potem trafiła się jeszcze wisienka na torcie albo kropka nad i, czyli zawody w Ostrowie, które zakończyły się zwycięstwem naszej żeńsko-żeńskiej pary. :-)



To jeszcze jak w ubiegłym roku - liczba startów na poszczególnych dystansach
4 km (i około): 2 - Bieg po Woli (miejsce K: 4, kat.: 3), Nocny Bieg Świętojański (miejsce K: 2);
5 km: 11 - City Trail Poznań - bieg IV, bieg V, bieg VI, II Bieg Agrobex Pobiedziska (miejsce K: 5), III Bieg Agrobex Pobiedziska (miejsce K: 4),  3. Bieg Formuła 1 (miejsce K: 1), V Bieg Grand Prix o Puchar Rady Osiedla Umultowo (miejsce K: 1), Nocna Botaniczna Piątka (miejsce K: 2), II Charytatywny Bieg Grand Prix im. A. Szozdy (miejsce K: 1), Bieg Niepodległości w Obornikach (miejsce K: 2), Ostrowska Jesień Biegowa - bieg z psem (miejsce K: 1);
8 km: 1 - Bieg z Łapką w Bydgoszczy (miejsce K: 1, biegacz z psem: 3)
10 km i około: 10 - III Bieg Walentynkowy - pary (miejsce 2), II Maxcess Zimowy Cross Pobiedziska (miejsce K: 2), 13. Maniacka Dziesiątka, Bieg Cztery Pory Roku LOGORUN - Wiosna (miejsce K: 2), II Borówiecka Zadyszka (miejsce K: 2, kat.: 1), VI Bieg Szpot Swarzędz, III Bieg Dookoła Jeziora Brzostek (miejsce K: 2), Cytadela by Night (miejsce K: 2), Murowana Dycha (miejsce K: 4, kat. 1), Pogoń za Wilkiem - bieg z psem (K: 1)
Półmaraton: 2 - Poznań Półmaraton, Swarzędz Szpot Półmaraton

Okazuje się, że tych startów znacznie więcej niż w roku ubiegłym.
Parkruny: 29
w tym Poznań: 17
inne lokalizacje: 12

To jeszcze liczba zawodów: 26 - czyli wyszła znacznie większa niż w poprzednim roku, a podobno ja dużo nie startuję. ;-)

Dla porównania: podsumowanie roku 2016: 2016 i 2015: 2015

Wybiegane kilometry:
2017: 1999
2016: 1770
2015: 2048

Na zakończenie dziękuję wszystkim Czytelnikom - tym lokalnym i mieszkających oraz biegających dalej ode mnie, a których zdarzyło mi się spotkać, szczególnie w różnych lokalizacjach Parkrun. Dziękuję za zainteresowanie i miłe słowo.
Wielkie podziękowania też dla Fotografów (w tym roku zwłaszcza jednego) za takie fantastyczne zdjęcia. Złapać Agnieszkę na uśmiechu w połowie półmaratonu to rzadkość ;-)
Znajomym, Przyjaciołom i Najbliższym dziękuję przede wszystkim za wsparcie mnie w trudnych chwilach, kiedy nie mogłam startować, trenować i w ogóle biegać.  Mam nadzieję, że w kolejnym roku będzie dużo lepiej, czego życzę Wam i sobie. A jakie plany na 2018 rok? O tym pewnie w kolejnych wpisach.

sobota, 30 grudnia 2017

Parkrun Głogów na zakończenie roku 2017

To ostatnia w tym roku odwiedzona lokalizacja, ostatni w ogóle w tym roku Parkrun i też najprawdopodobniej ostatni mój w tym roku bieg. Mam nadzieję, że tylko w tym roku. ;-) Sytuacja wygląda tak, że stopa wciąż pobolewa. W przyszłym roku więc będzie coś trzeba z tym zrobić, bo - jak widać - samo nie przejdzie. Tymczasem dzisiaj całkiem dałoby się znieść, ale... otarłam sobie drugą część stopy i to się raczej musi zagoić, więc jutro już nie pobiegam.



Wracając do Głogowa, to dotarliśmy sprawnie i szybko tak, że musieliśmy trochę poczekać na start. Dzisiaj chłodniej niż ostatnio, więc nie chciało się za bardzo wychodzić. Tzn. Fraszce oczywiście się chciało. ;-) Zatem w końcu wygrzebaliśmy się na małą rozgrzewkę. W parku, gdzie odbywał się bieg, niemal od razu zobaczyliśmy grupę biegaczy i wolontariuszy. Były już gotowe flagi i oznaczenia. Podeszliśmy się przywitać i dopytać o trasę. Nauczeni sytuacją ze Skierniewic byliśmy przygotowani, że i tu mogą być zmiany. No i rzeczywiście, okazało się, że trasa nie ma czterech pętli, lecz... pięć. Dziś była dodatkowa zmiana związana z zablokowaniem fragmentu ścieżki. 


Poszliśmy trochę przetruchtać i się rozgrzać, po czym wróciliśmy na miejsce zbiórki. Zostaliśmy oficjalnie powitani (wraz z gośćmi z Katowic) z podkreśleniem radości, że pierwszy raz na Parkrunie pobiegnie też pies. Pies nic sobie z tego nie robił, bo podczas komunikatów trwała jeszcze rozgrzewka i atmosfera była raczej luźna. Ale kiedy wszyscy zaczęli przygotowywać się do startu, to Fraszka również, co oczywiście musiała głośno oznajmić.

Wystartowaliśmy. Biegło mi się jak zawsze dobrze za Fraszką, ale obawiałam się tych okrążeń, bo ona trudno znosi kręcenie się w kółko. Na szczęście nie było aż tak dużo zakrętów. Najwięcej kłopotów sprawiał nam jeden odcinek - ostry skręt w prawo na mostek, a potem zaraz w lewo i pod górę. Ta druga część była fajna - taka cytadelowa, jak my z Fraszką lubimy. Niestety nawet na ostatniej pętli nie udało nam się "wcelować" w mostek tak, żeby nie zwolnić. ;-)

Pierwszy kilometr oczywiście był najszybszy, ale kolejne w miarę równe, tzn. wolniej na początku, przyspieszenie od mostka, a potem na maksa do mety, przy czym oczywiście zamiast do niej, skręcałyśmy na kolejną pętlę. I tego Fraszka za bardzo nie mogła przeboleć, dlatego znów zwalniała i tak w kółko (nomen omen ;)). 

Generalnie bardzo nam się podobało i jak na rozszarpaną stopę, to czas też był całkiem niezły. ;-) (21:09). A przez nowy ból, trochę zapomniałam o starym...

Na mecie banany, herbatka i szampan. Nie chciało mi się więcej biegać, więc porozmawiałam chwilę z biegaczami, którzy wypytywali oczywiście o bieganie z psem. Jeden pan wprost zapytał, czy to Fraszka i przyznał, że czytają mojego bloga. No i potem z Fraszką - celebrytką można było sobie zrobić zdjęcie.... ;-)



wtorek, 26 grudnia 2017

Kolejna wycieczka, czyli odwiedziny na Parkrunie w Skierniewicach

Tym razem wyszło przypadkowo i spontanicznie, bo miałam dziś raczej pozostać w Wielkopolsce... ale pojawiła się propozycja i okazja, z której idąc za parkrunowym ciosem, chętnie się zgodziłam. Jak wróciłam do turystyki, to już na całego. Poza tym wykorzystuję luźniejszy okres, czyli czas wolny od pracy. 



Takim to sposobem dziś po 8:00 znalazłam się w Skierniewicach przed Parkiem Miejskim, który zaskoczył mnie swoim schludnym wyglądem i nasunął myśl, że skoro jest taki "wypieszczony", a do tego pusty, to pewnie nie można wchodzić z psami. Potwierdzały to też osoby spacerujące z czworonogami wzdłuż bramy, a ostatecznie tabliczka z napisem: "Zakaz wprowadzania zwierząt". Fraszka z trudem przetrwała 2,5 godziny w samochodzie, nie było więc szans, żeby ją tam zostawić na czas Parkrunu, skoro ona przyjechała, żeby biegać i zaliczyć 74. bieg w 16 lokalizacji. Zdecydowałam się nie przejmować. Jeden raz już tak biegłyśmy nielegalnie w Jeleniej Górze. No i nic złego się nie stało. Tutaj na szczęście też nie. Po potrzebie porządnie posprzątałam. A że hałas robiła przed startem, to już normalne, jak w każdej lokalizacji... ;-)



Dotarliśmy na tyle wcześnie, żeby porządnie się rozgrzać, a przy okazji rozejrzeć i sprawdzić trasę. Na nic się to zdało, kiedy zjawili się wolontariusze i zaczęli stawiać oznaczenia w miejscach, które nijak nie pasowały do rysunku na mapie. 



Po kilkukilometrowym truchtaniu stawiliśmy się w miejscu zbiórki, gdzie wszyscy przychodzący podchodzili do nas, żeby się przywitać. Większość rzeczy mieliśmy w samochodzie, więc tylko bluzę i kurtkę zostawiliśmy na wieszakach <sic>. Kilka osób nas zagadnęło, skąd jesteśmy i czy specjalnie przyjechaliśmy, ale nasza obecność nie wzbudziła specjalnego zainteresowania. Może poza Fraszką, która zagłuszyła niemal całą odprawę, bo prowadzący nie miał megafonu (który by raczej niewiele pomógł, a raczej Fraszkę dodatkowo zdenerwował). 



W końcu ruszyliśmy. Fraszka wyciągnęła mnie początkowo na trzecią pozycję, więc mogłyśmy spokojnie gonić. Start był trudny, bo zaczynał się od twardej nawierzchni i bałam się rozpędzić ze względu na stopę. Dalej był szutr, więc już lepiej, ale i tak pierwszy kilometr wyszedł nam w tempie 4:03. Ostatnio tak szybko cały kilometr przebiegłam miesiąc temu na Umultowie. Dalej oczywiście zwolniłyśmy, pewnie trochę dlatego, że było bardziej miękko. To oczywiście dobrze dla mojej stopy, ale miejscami się ślizgałam, a Fraszka ciągnęła do kałuży. Na szczęście w czasie biegu nie trafiłyśmy na żadną wiewiórkę, które spotkaliśmy w trakcie rozgrzewki i schłodzenia, bo musiałabym chyba biegać z Fraszką po drzewach. ;-)



Trasa skojarzyła mi się z Kościanem, ale na szczęście było dużo mniej zakrętów, które dodatkowo miały łagodniejszy charakter. Po pierwszym okrążeniu okazało się jednak, że nie będzie jak w opisie na oficjalnej stronie: 2 razy 2200 plus 600 m, ponieważ pierwsze okrążenie wyszło jakieś 1650 metrów, co wskazywało na to, że będą po prostu trzy pętle. Takie też były oznaczenia i tak biegli panowie przed nami, których liczba wzrosła do sześciu i do końca tak się utrzymała, pomimo kryzysu na ostatnim okrążeniu. Fraszce już się trochę znudziło i zaczęła mi się pałętać między nogami. Szczęśliwie tylny pasek od pasa biegowego mi się rozpiął i odkryłam, że tak mi się dużo lepiej biegnie. Dzięki temu odparłam atak pana z tyłu, przyspieszyłam, co Fraszka na ten widok również uczyniła i zakończyłyśmy na 7. miejscu, a Garmin pokazał dystans 5,03 km i czas 21 min 42 sekundy, co było jednak gorszym rezultatem niż w Kościanie, ale cały czas testuję bieganie w starych butach, więc jeśli w końcu stopa przestanie boleć, to będzie szansa na ściganie.



Po biegu jeszcze herbatka, zdjęcie przy fladze i powrót do domu...

niedziela, 24 grudnia 2017

Przedświątecznie po przedświątecznym Parkrunie

Poprzedni weekend minął bez Parkrunu, bo zamiast tego byłam w pracy. Wczoraj natomiast bez problemu udało się dotrzeć na Cytadelę. Niestety końcówka roku nie sprzyja i znowu się źle biega. Na podsumowanie całości 2017 przyjdzie jeszcze czas, a teraz tylko kilka zdań niemiłych rozważań. Po perypetiach z chorobami układu oddechowego, w końcu udało się w miarę z nimi pogodzić lub też częściowo odegnać. W grudniu człapałam konsekwentnie swoje, czyli bez planu i przyspieszeń.


W zeszłą niedzielę wytruchtałam tak ponad 17 km i to nawet w całkiem dobrym tempie. Tyle, że wróciłam do domu z bólem stopy, który miał minąć nazajutrz, a nie chce opuścić mnie do dzisiaj. Najgorsze, że nie jest to nic takiego, że od razu byłoby wiadomo, że boli tak mocno, że coś poważnego i trzeba przestać biegać. Ot tak, co jakiś czas sobie kłuje i przypomina o sobie. A ja człapię dalej. Do tego jeszcze wolniej.



Wczoraj się jednak tak nie dało, no bo z Fraszką na Cytadeli, to trudno. Miło było, że wreszcie dotarłam. Spotkania z dawno niewidzianymi biegaczami. Fraszka zapoznała się z uroczą, aczkolwiek nieśmiałą Roksi, uznaną za daleką krewną, bo dość podobną, choć dużo drobniejszą i - na pewno - spokojniejszą. Fraszka oczywiście wyszczekała jej przed startem całą trasę i o co chodzi w tym Parkrunie. ;-) Ale nie rzuciła się na małą z kłami, co się rzadko zdarza. Roksi wciąż szuka dobrego domku, najlepiej takiego, w którym znajdą się aktywni ludzie chętnie z nią spacerujący i biegający.



Potem oczywiście szalony start z Fraszką. Dużo wolniejszy, bo moja stopa czuła każdy krok i odbicie po asfalcie. Z każdym kilometrem było niestety coraz gorzej, chociaż skończyłyśmy z dobrym czasem 21 minut 10 sekund. Wnioski takie, że nie można szybko biegać i na pewno nie po asfalcie. Nie wróży to dobrze, zwłaszcza że od stycznia zaplanowałam już treningi pod konkretne zawody. 



Tymczasem znowu wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Dzisiaj wyszłam na wybieganie, ale tym razem specjalnie po lesie i błocie, no i masakrycznie wolno... Założyłam też stare rozciągnięte buty. Było dużo lepiej, więc może jednak jest jakaś nadzieja. Ale ściganie po Cytadeli będzie trzeba na jakiś czas odpuścić. Chyba że spadnie śnieg. ;-)



Korzystając z okazji, że dzisiaj wigilia Bożego Narodzenia, życzę wszystkim czytelnikom, szczególnie biegaczom, miłych i radosnych Świąt - samych zdrowych kalorii, które będzie można zgubić po odejściu od stołu. :-)

niedziela, 10 grudnia 2017

"To jest ta słynna Fraszka", czyli powrót do turystyki parkrunowej - Parkrun Kościan

"Obraziłam się" na inne lokalizacje, kiedy pojawiło się ich tak dużo i w ramach buntu nie odwiedziłam żadnej z nowych, które otwierały się od sierpnia. "Złośliwie" wtedy aż trzy utworzono w okolicy, tzn.: w Kościanie, Gorzowie Wielkopolskim i najbliżej w Dąbrówce. Od inauguracji rozpoczęły się pielgrzymki i wizyty, a ja twardo trzymałam się Cytadeli, chyba że inne sprawy nie pozwoliły mi w ogóle biegać w tym czasie. Można powiedzieć, że straciłam najlepszy okres, bo wakacyjny, który zwykle wykorzystywałam na wycieczki biegowe. Od września dodatkowo miałam inne sprawy na głowie, ale to właśnie przez nie, a raczej dzięki nim zaczęłam przypominać sobie te wyprawy i myśleć, że czegoś brakuje. Na jesień był cel na Parkrunie w Poznaniu, kiedy powiedziałam sobie (i nie tylko), że "będę tak długo trzaskać Cytadelę, aż zejdę poniżej 20 minut". I to się udało. Potem na przeszkodzie stanęła choroba, później praca. I w końcu zdarzył się wreszcie wolny weekend, padła propozycja i oto spakowane z Fraszką jedziemy na Parkrun Kościan!



Droga niedaleka, więc na szczęście nie trzeba było zrywać się o świcie. Nie jechałam sama, więc zniknęło niebezpieczeństwo, że się zgubię. Pozostawało tylko to, że zabłądzę na trasie. ;-) Na miejsce zbiórki dotarliśmy około 8:30. Był już koordynator, więc nie musieliśmy szukać i zastanawiać się, czy jesteśmy tam, gdzie trzeba. Szybko przebraliśmy się w stroje biegowe, żeby zdążyć się porządnie rozgrzać, kiedy drugi raz podszedł do nas koordynator. Czy jesteśmy z Kościana? - Nie. Czy pierwszy raz biegniemy Parkrun? Nie. Jesteśmy z Poznania. A dlaczego przyjechaliśmy? Trudne pytanie dla maniaka parkrunowego. Odpowiedziałam wymijająco, że zwiedzam różne lokalizacje. 



Podczas rozgrzewki odkryliśmy miejsce startu, które było oznaczone tabliczką na drzewie. Zauważyliśmy też, że - na szczęście - na całej trasie znajdowały się strzałki określające kierunek biegu. Ucieszyliśmy się, że jest płasko, ale niestety także kręto, no i niestety w niektórych miejscach przymroziło, więc było trochę ślisko. 



Jeszcze przed startem dostaliśmy lokalne gadżety, a przy okazji odkryliśmy, że z poznańskiej lokalizacji oprócz nas przyjechali jeszcze dwaj inni znajomi biegacze. Koordynator wyraźnie się ucieszył, bo podobno zjawiliśmy się jako pierwsi goście od czasu inauguracji. Wtedy znowu się okazało, jaka to moja psina celebrytka i w kręgu Parkrun znana. ;-) Mieliśmy zostać oficjalnie powitani. Pewnie tak było, ale za bardzo nie słyszałam, bo Fraszka jak zwykle zagłuszała wszystko. Ostrzegłam o tym i na szczęście zostało to życzliwie przyjęte i padły jedynie miłe komentarze, że pies nie może doczekać się biegu. Hałasowała podczas komunikatów i zdjęcia przed startem, potem ucichła w drodze na start, ale maszerowała jako pierwsza, oglądając się i sprawdzając, czy wszyscy idą za nią. Kolejny koncert podczas odprawy przed startem. Wtedy odkryłam, że się przez te emocje poplątała, więc zaczęłam przepinać pas. I oczywiście wtedy nastąpił start. Ruszyłyśmy więc z dwusekundowym poślizgiem, ale Fraszka szybko ulokowała się na drugiej pozycji, próbując wcisnąć się na lewą stronę, żeby szybko pokonać pierwszy zakręt. 



Wydawało mi się, że jest szybko, jak zwykle, czyli w tempie 3.50, ale zegarek wskazywał 4.10. My tymczasem byłyśmy na prowadzeniu i Fraszka zaczęła zerkać za siebie, jakby pytała, o co chodzi. Ciągnęła, kiedy pierwszy mężczyzna był w pobliżu, bo było "jakieś zagrożenie". Pod koniec pierwszej pętli dogoniło nas jeszcze dwóch i przez dłuższy czas "siedzieli nam na plecach". Poczułyśmy z Fraszką ogromną dumę przez sekundę, zanim przyszło nam do głowy, że po drugiej pętli nas wyprzedzą i w tyle zostawią.



Proroctwo biegowe, a właściwie znajomość taktyki, niestety się sprawdziła. Z pierwszej lokaty, spadłyśmy na czwartą i nie udało się poprawić. Garmin zresztą wariował i pokazywał dziwnie wolne tempo, kiedy na początku piątego kilometra chwilowe tempo - według niego - wynosiło 5.20, stwierdziłam, że na pewno coś zgubił na tych zakrętach. Ja to bym zgubiła się na pewno, gdyby nie panowie i strzałki, ale trzeba było być czujnym, bo co chwila jakiś zakręt. Podobnie chyba jak w Opolu, w którym też pętle, ale tylko dwie. Z Fraszką na takiej trasie trudno się rozpędzić, ale do końca liczyłam na pobicie rekordu trasy kobiet. Popełniłam jednak dwa błędy - za późno włączyłam stoper na starcie (czyt. za późno wystartowałam) i... zapamiętałam, że rekord to 21.18. Mój zegarek na mecie pokazał 21.12, a oficjalny czas to jednak 21.15. Rekord natomiast pozostał 21.13... 



Ale myślę, że jako sukces możemy zaliczyć sobie, że pociągnęłyśmy panów na czas poniżej 21 minut.  ;-) Wszyscy bardzo sympatycznie przyszli podziękować za wspólny bieg. Potem razem zjedliśmy pierniki i wypiliśmy herbatę. Uczestników znacznie mniej niż w Poznaniu, ale coś jest w tych lokalizacjach, że mają swój klimat, a ja znowu mam powód, żeby kolejną lokalizację odwiedzić drugi raz. ;-)

niedziela, 26 listopada 2017

Nic dwa razy się nie zdarza, ale czasem trzy - o trzecim zwycięstwie na Umultowie

Dzisiaj bieg na zakończenie sezonu, czyli charytatywna piątka na Umultowie. Pierwszy raz biegłam rok temu i wspominam bardzo dobrze - trasa trudna, przełajowa, ale zakończyło się bardzo dobrze, bo ówcześnie niesamowitym wynikiem poniżej 21 minut i do tego pierwszym miejscem Open kobiet. W tym roku była druga piątka też w tych rejonach, ale po innej trasie. Forma moja wtedy wyglądała dużo gorzej, poza tym pogoda mało sprzyjająca do biegania na odkrytym terenie, gdzie odbywał się bieg. Zakończyło się więc także gorszym czasem, ale ponownie pierwszym miejscem Open kobiet. ;-)



Tegoroczna jesień, jak wiadomo, dla mnie dość trudna - choroba za chorobą i nie udaje się wrócić do formy. Ale zgodnie z wcześniejszymi planami, zapisałam się na parę krótkich biegów, które szczęśliwie pomyślnie "przebiegają". Mówią, że można pozazdrościć takiego pucharowego zakończenia sezonu. I rzeczywiście puchary cieszą, chociaż niedosyt wynikowy, zarówno dwa tygodnie temu w Obornikach, jak i tydzień temu w Ostrowie Wlkp.



Dzisiaj też wiedziałam, że nie uda się pobiec tak szybko, jak rok temu. Pocieszałam się myślą, że nie będzie trzeba bardzo szybko pobiec, żeby wygrać. Przez jednego z zawodników zostałam nawet powitana słowami: "Witam mistrzynię", no i miałam nadzieję, że jednak się uda przyspieszyć przynajmniej w porównaniu do ostatnich treningów. Wczoraj Parkrun miał być dość spokojnie. Wyszło około 22 minut, a tętno szalone, jakbym w granicach 20 pobiegła. A dzisiaj jednak przełaj... Trudno. Pomyślałam, że zaryzykuję. 


Na szczęście nastrój od rana dobry, chociaż trochę senny. Przed wyjazdem zjadłam ciastka, które już na miejscu popiłam kawą, więc się trochę rozbudziłam i rozweseliłam. Pomogło spotkanie ze znajomymi i wspólne oczekiwanie na start - zdjęcia i rozgrzewka. Czas szybko minął i nawet nie zdążyłam się zdenerwować. ;-)



Powiedziałam, że będę biegła wolno, chyba że mnie ktoś zechce wyprzedzić. Żadna pani się nie odważyła. ;-) Ja wyprzedziłam paru mężczyzn po pierwszym kilometrze, a potem... już nic się nie działo.  Tzn. nikogo nie spotkałam, poza wolontariuszami i fotografem. Nudno i trochę niebezpiecznie, bo mokro i ślisko. Pierwszy kilometr z górki, więc był bardzo szybki. Również tempo drugiego mnie zadowoliło. Z zeszłego roku pamiętałam, że bardzo dobrze biegło mi się następne odcinki po lesie. W tym roku jakoś nogi nie chciały się odbijać. Zamiast tego ślizgały się po błocie i korzeniach, co poskutkowało wykręcaniem się na boki. Przestałam więc zerkać na zegarek i skupiłam się na drodze. Pomimo tego, że zwolniłam, trasa mijała szybko i ze zdziwieniem odkryłam, że już wybiegam z lasu. To znaczyło, że pozostało jakieś 1,5 kilometra do mety. Przede mną oczywiście górka ze startu, ale też się nie ciągnęła. Wlepiłam wzrok w pana w niebieskiej koszulce przede mną i tak biegłam do momentu, kiedy ukazał się pomarańczowy baner oznaczający metę. Przez pierwsze dwa kilometry łudziłam się, że wynik będzie lepszy, ostatecznie 21 minut 38 sekund, czyli nie tak bardzo źle, a tętno znowu szalone. ;-) 

Ukończyłam jako pierwsza kobieta, ale tym razem nie było nagród w klasyfikacji generalnej, tylko w kategoriach wiekowych i puchary - wyjątkowo "niegiganty" - ale za to worki pełne nagród, a na mecie dla wszystkich pączki. Do tego kawa już we własnym zakresie i można było chwilę poświętować radosne zakończenie sezonu. :-) Byle naprawdę szczęśliwe, bo coś jedna noga pobolewa i zastanawiam się, czy to nie skręcenie kostki... także po raz trzeci... :-(

wtorek, 21 listopada 2017

Zwycięstwo w biegu z psem podczas 4. Ostrowskiej Jesieni Biegowej

Na ten bieg pojechałyśmy do Ostrowa Wielkopolskiego na zaproszenie zwycięzcy Pogoni za Wilkiem. W przeciwnym razie, pewnie nigdy byśmy się tam nie wybrały, bo... prawdopodobnie byśmy się o tych zawodach w ogóle nie dowiedziały. A tak, przyszła informacja o biegu, który odbywał się aż na trzech dystansach: 5, 10 i 15 km, a osobną kategorią był bieg z psem na 5 km. Głównym dystansem było 15 km, stąd wybrało go najwięcej osób. Poza tym, w tym biegu nagradzano również w kategoriach wiekowych. Mniej popularna była dycha, jeszcze mniej piątka, a "tylko" 19 osób zdecydowało wystartować się z psem. Nie wiem, czy rzeczywiście tylko. Często w przypadku takich imprez specjalnie ogranicza się liczbę czworonogów, bo inaczej trudno nad nimi zapanować. W Pogoni za Wilkiem ustalono limit 25 duetów. W Biegu z Łapką w Bydgoszczy maksymalnie może zapisać się 100 osób, z psami biegnie zwykle połowa albo nawet 1/3.



W Pogoni z limitem zawodników z psami wiązał się też system nagród - tzn. dekorowano tylko pierwszą panią i pierwszego pana biegnących z psami. Tutaj, pomimo mniejszej liczby czworonogów, nagradzano pierwsze trójki.


Z powodu powrotu moich problemów zdrowotnych, mogę szybko biegać tylko i wyłącznie z Fraszką, więc liczyłam na dobry wynik. Inaczej bym pewnie nie jechała specjalnie do Ostrowa. ;-) Fraszka niestety zestresowana w obcym miejscu pośród nieznajomych ludzi, a przede wszystkim psów. Z tego powodu też dobrze, że tych psów nie było aż tak dużo. Może nie stanowiłoby to też wielkiego problemu, gdybyśmy zaraz po przyjeździe mogły wystartować. Tymczasem odbiór pakietu, potem godzinne oczekiwanie na start, a po biegu kolejne na dekorację. No właśnie, bo dekoracja była. :-)


Start zaplanowano na 11:50, czyli 10 minut przed rozpoczęciem wszystkich innych biegów. Była to świetna decyzja, bo dzięki temu nie musieliśmy wyprzedzać kilkudziesięciu osób, jak to było podczas Pogoni. Zresztą w tym wypadku chyba łatwiej było tak zaplanować, bo bieg z psem był tylko na 5 km, więc można było założyć, że większości osób z czworonogami też nie będzie trzeba dublować. Na pewno nie kilku pierwszych. ;-)

Tuż przed startem Fraszka była już w swoim żywiole, tzn. zaczęła szczekać donośnie. Najpierw sama, ale wkrótce inne psy zaczęły jej wtórować.

 



Ona jednak pozostawała najgłośniejsza. W końcu ledwo słyszalne odliczanie i ruszyliśmy. Fraszka zaczęła jako druga, ale szybko się okazało, że tym razem nie mamy szans w walce o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej. Od razu wyprzedziło nas kilku panów, co nam nie przeszkadzało, bo Fraszka chętnie ich goniła. Niestety ją też. Przez kilkadziesiąt metrów dobiegał do niej pewien biszkoptowy labrador, przez co skutecznie blokując mi drogę. Na szczęście właściciel wziął go na bok i do tyłu, dzięki temu mogłyśmy kontynuować bieg. Pierwszy kilometr więc trochę slalomem i po lesie, ale tempo 4.01. Myślałam, że Z Fraszki determinacją uda się to utrzymać, ale nie dzisiaj. Chyba ja byłam jednak za słaba. Fraszka ciągnęła dzielnie, ale ja dzisiaj po prostu podczepiona pod nią. ;-) Szczęśliwie nikt z pań nas nie gonił, więc tempem z wczorajszego Parkrunu dobiegłyśmy do końca. Chociaż dzisiaj czułam się dużo bardziej zmęczona.



Może przez to, że trasa trochę po lesie, przy lesie, a w końcu pod wiatr. Ostatecznie na mecie zjawiłyśmy się jako pierwsza para damsko-damska z czasem 21 minut 14 sekund. Spiker poprosił nas o krótką wypowiedź, ale ja jak zawsze po biegu raczej bełkoczę niż mówię, a Fraszka też bardziej rozmowna przed biegiem niż po nim. ;-)



Żeby znowu nie zmarznąć, od razu udałam się do samochodu, żeby się przebrać. Dopiero potem wróciłam na posiłek. Na szczęście wszystko było bardzo dobrze zorganizowane. Można było zjeść i wypić w restauracji, gdzie było ciepło i przytulnie.




Dwie godziny później dekoracja. I też szczęśliwie, bo zaczęła się od biegu z psem. Fraszka miała już dosyć tych oczekiwań, ale wskoczyła na podium, a potem obładowane pucharem i zapasem karmy udałyśmy się do samochodu. 
Dziękuję za kibicowanie, wspieranie i trzymanie kciuków. Świetny bieg, bardzo dobra organizacja i przepyszna grochówka (chyba najlepsza, jaką jadłam po biegu).

sobota, 11 listopada 2017

Kolejne podium na Biegu Niepodległości w Obornikach

Miało być zupełnie inaczej. Ten bieg zaplanowałam jako zwieńczenie sezonu i przyspieszenie po człapaniu maratońskim. Tyle, że maratonu nie było. Pozostało człapanie... Cel był konkretny i wygórowany: złamać 20 minut - na trasie z atestem. Jeszcze pod koniec września, kiedy na Parkrunie biegałam w okolicach tego wyniku, czas wydawał się jak najbardziej realny. Dwa lata temu 21.40 VI Bieg Niepodległości w Obornikach, rok temu 20.48 VII Bieg Niepodległości w Obornikach, no i w tym roku miało być więc 19.XX. Tymczasem przez miesięczną chorobę wszystko wzięło w łeb. Wiem, że już któryś raz to powtarzam i pewnie jeszcze przez długi czas będę się tym tłumaczyć, ale... to po prostu dowód na to, że formę trzeba wypracować, długo i ciężko wypracować. A jeśli ktoś nie trenuje, a szybko biega na zawodach, tzn. że albo ściemnia (z tym nietrenowaniem) albo jest talentem urodzonym i gdyby trochę poćwiczył, to biegałby szybciej, ale widocznie ma inne priorytety albo po prostu mu się nie chce. Mnie się chce bardzo, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę, od razu nie przyspieszę, a przede wszystkim nie obniżę tego szalonego tętna.



Napisałam na fanpage'u, że wynik najgorszy w historii, bo miałam jakieś dziwne wrażenie, że dwa lata temu pobiegłam 21.11, a jednak 21.40. Dzisiaj 21.30, więc może nie aż tak źle? ;-) Szczerze, to zgodnie z planem... tym ostatecznym. I odpowiednim do poziomu tych zawodów - pobiec poniżej 21 minut, żeby wygrać, poniżej 22, żeby zająć drugie miejsce. Wynik 22.XX dawał w tym roku trzecie miejsce. Musiałam zrewidować moje nastawienie i myśl o dobrym wyniku zmienić na chęć znalezienia się w pierwszej trójce. Wszak podium też trochę pomaga psychicznie. Ale dzisiaj tak naprawdę tego podium nie było. Biegłam w krótkim rękawku, więc po minięciu mety, zgarnięciu medalu i posiłku, udałam się do biura zawodów, żeby się przebrać i ogrzać. Tam zastał mnie deszcz, który jakoś nie chciał przestać padać. Czekałam spokojnie i cierpliwie, bo dekoracje zaplanowano na 12:30. Wyszłam około 12:00. Z daleka słyszę, że już wręczają nagrody, a spotkani znajomi poinformowali mnie, że byłam kilkakrotnie wywoływana. Poszłam więc do organizatorów i w zaciszu odebrałam puchar i nagrody. Chyba, żeby wstydu nie było. ;-)



Dziękuję za wsparcie i wiarę w to, w co ja sama nie wierzyłam. Wracam niestety bardzo powoli. Chociaż udaje mi się pobiec szybciej, to tylko z Fraszką na Cytadeli. Sama, jak widać, jestem bardzo słaba, co widać po tym, że ani jednego kilometra nie byłam w stanie pobiec poniżej 4:00... Na szczęście za tydzień na zawodach rządzi Fraszka. Powinno więc być dużo lepiej. :-)


czwartek, 2 listopada 2017

Mój Parkrun - moje bieganie

Nieco ponad rok temu po raz 100. pobiegłam w biegu z cyklu Parkrun. Napisałam wtedy obszerny tekst na temat mojego biegania na Parkrunie i.... wszystko się skasowało. Nigdy więcej nie podjęłam się dokonania takiego opisu. Aż do teraz. Trochę zbiegło się to z rocznicą setki, no bo jeśli chodzi o mój pierwszy bieg, to od tego czasu minęły już ponad trzy lata. Od tego czasu pojawiam się na Cytadeli z różną częstotliwością, ale zwykle wracam tam z wielką radością, a wyjeżdżam naładowana pozytywnymi emocjami na kolejne dni. Jaki był początek?



Mój Parkrun = moje bieganie i trenowanie

Chyba już sporo osób wie, że moje bieganie rozpoczęło się od udziału w półmaratonie, a właściwie kilku. Wcześniej pobiegłam jakieś krótsze dystanse, ale tylko dlatego, żeby sprawdzić, czy w ogóle dam radę cokolwiek przebiec. A potem...połówka za połówką, korona półmaratonów, dwa epizody z dystansem 10 km i znowu połówka... i w końcu... pierwsza wzmianka o Parkrunie. Kiedy i gdzie? Na blogu Biegacza Amatora, przy okazji informacji na temat wspólnego wyjazdu na półmaraton do Grodziska Wlkp. w 2014 roku. Jeśli chodzi o wychwalanie i zachęcanie do udziału w Parkrunie w tamtym czasie, to chyba nie mogłam lepiej trafić. ;-) Ale nie, nie przyszłam wtedy na Cytadelę. Pomimo tego, że rzeczywiście mogłam przyjść albo przybiec, bo w tamtym czasie mieszkałam w Poznaniu. Ale nie będę przecież jeździć na Cytadelę, żeby przebiec 5 km, skoro nad Rusałką biegam 15! Tak, tak - moje słowa. Wtedy. :-) Tak się jednak złożyło, że już po wyjeździe do Grodziska, w końcu dotarłam również na Parkrun.



Trudne biegu początki

Podczas pierwszego biegu na Cytadeli myślałam, że umrę i zastanawiałam się, co tam robię, po co biegam i w ogóle, dlaczego muszę biec tak szybko. Podsumowując: najlepiej będzie wrócić do spokojnego człapania półmaratonów. Jakieś szczęście, że nie mam zdjęcia z tego pierwszego "umierania na Parkrunie" i przeklinania Cytadeli. Do mety dotarłam po 27 minutach 37 sekundach. ;-)

Parkrunowa integracja

Nie wiem, dlaczego, ale dużo osób śmieje się ze mnie, kiedy to opowiadam. Biegać zaczęłam sama. Później rzeczywiście ktoś namówił mnie do startu w zawodach, ale już wtedy, chociaż proponował towarzystwo, postanowiłam, że pobiegnę bez niego. I tak było przez dłuższy czas. Próbowałam jakiejś integracji z innymi biegaczami, ale jakoś niespecjalnie to wychodziło. Nawet, kiedy wybrałam się na bieg noworoczny, nikogo nie poznałam, chociaż jak się później okazało, było tam kilka osób, które teraz bardzo dobrze znam...z Parkrunu. Druga próba integracji, to był wyjazd do Grodziska. No i podczas niego spędziłam czas z paroma osobami, dzięki którym trafiłam wreszcie na Cytadelę. Dopiero tam podczas regularnych wizyt zaczęły nawiązywać się nowe trwałe znajomości biegowe i nie tylko.



Ściganie na Parkrunie

Przez pierwsze miesiące bieganie na Cytadeli wciąż nie było przyjemne, chociaż przez jakiś czas systematycznie poprawiałam PB. Do teraz pamiętam niesamowitą radość z ustanowienia wyniku 25 minut 27 sekund, bo nie mogłam pobić go aż przez trzy miesiące, do dnia, kiedy zrobiłam to z Fraszką. Ta ostatnia też nie od razu pokazała, co naprawdę potrafi. Zresztą ze mnie też był ciężki materiał biegowy, a ona miała niecały rok, więc uczyłyśmy się wspólnie biegania i ścigania po Cytadeli. Fraszka też nauczyła się dodatkowo, że trzeba robić hałas i informować przed startem, że zaraz będzie biegła. ;-) Forma wybuchła w lutym 2015 roku, kiedy ustanowiłyśmy z Fraszką rekordy zarówno na Parkrunie, jak i na Biegu Walentynkowym na 10 km. Od tego czasu do końca marca zeszłyśmy do 20 minut 24 sekund na Cytadeli. Kolejne życiówki nie były już tak spektakularne, ale ich poprawianie szczególnie na tej trasie sprawia wciąż wielką radość.

Rodzinnie, sentymentalnie, naturalnie

Od pierwszych biegów zaczęło się poznawanie i zaprzyjaźnianie. Potem ciastka i herbatka dla najbliższych współbiegaczy. Potem tych najbliższych zrobiło się tak wielu, że nie wystarczało pudełko babeczek i trzeba było zacząć piec całe blachy placków. Było świętowanie jubileuszy związanych z Parkrunem, takich jak urodziny, czy okrągła liczba biegów, ale też urodzin biegaczy, Sylwestra itp. Zresztą już po moim pierwszym Parkrunie hucznie świętowałam awans zawodowy. Hucznie, ale w małym gronie, teraz na pewno więcej osób byłoby zaproszonych. ;-)

Podróżowanie po Parkrunie

A właściwie po Parkrunach. Chociaż na dobre zaczęło się po jednym poznańskim Parkrunie. Po tym, na którym odebrałam drzewko - mój pierwszy pucharek. Jeden z najcenniejszych. Dlatego, że pierwszy i dlatego, że z cyfrą 1, ale też dlatego, że dzięki niemu odkryłam, jak ważne w bieganiu są systematyczność i wytrwałość. Pomimo tego, że jest wiele szybszych ode mnie biegaczek (a wtedy było jeszcze więcej), to ja "wygrałam" w tamtym sezonie. Głównie dlatego, że miałam najwięcej biegów, a nie dlatego, że biegałam najszybciej. Wtedy trochę zmieniły się moje priorytety i zaczęłam odwiedzać inne lokalizacje Parkrun.


Celebrowanie na Parkrunie

Podróżowanie i blogowanie sprawiły, że ja i Fraszka stałyśmy się dość znane w środowisku. Fraszka chyba bardziej, bo zwraca uwagę hałasowaniem przed startem, ale też wyprzedzaniem w trakcie biegu. Myślę, że ona nigdy nie zrozumie że Parkrun jest biegiem towarzyskim, bo dla niej to właśnie okazja do ścigania. Nie zgodzi się też z punktem regulaminu mówiącym, że powinna startować z końca. A może bardziej ja się nie zgodzę, bo jej to wszystko jedno, jak wyprzedza, ja to gorzej znoszę. ;-) Także wytykanie nas palcami jako tych zagłuszających spokój jest trudne, ale ostatnio dużo częściej zdarzają się miłe powitania nawet w innych lokalizacjach, gdzie nas znają i podziwiają. Miło wspominam wielu biegaczy i koordynatorów z innych miast, a jako przykład biegowych spotkań podaję zawsze, jak poznałam jednego biegacza na Parkrunie w Jeleniej Górze, a po tygodniu biegłam z nim na Parkrunie w Rumi.



Różne działanie na Parkrunie

Oprócz biegania na Parkrunie dostępne też inne funkcje okołobiegowe. Mnie się zdarzyło trochę powolontariuszować, ale zawsze tak jakoś brakowało biegowej radości i atmosfery, która w pełni oddziaływała tylko, jak się było w środku wydarzenia, a nie tylko na początku czy na końcu. I też bieg przed albo po nie miał tej właściwości, jedynie o tej porze z wszystkimi innymi. Może jeszcze podobnie cieszyło fotografowanie, ale jak jest porządny fotograf, to nie ma się co w to bawić. ;-)


...............na Parkrunie

Od roku podczas większości zawodów, w których startuję, mam na sobie koszulkę z napisem parkrun Poznań albo inną oficjalnie parkrunową. W zakładce klub również wpisuję Parkrun Poznań, chociaż oficjalnie nie jest to żadna drużyna.





Można by powiedzieć, że nic nas nie łączy - w Poznaniu jesteśmy grupą kilkuset przypadkowych ludzi, którzy przypadkiem biegną razem o tej samej porze. Bo przecież nie jest to wspólny trening, a jednak widocznie jakaś forma doskonalenia - biegowego czy też jakiegokolwiek innego. Biegniemy z pomiarem czasu, co czemuś służy - można się ścigać, sprawdzać, rywalizować z kimś albo tylko ze sobą. Przyznam, że kilka razy próbowałam pobiec towarzysko, ale nigdy mi to specjalnie nie wyszło, zwłaszcza z Fraszką. Chętnie rozmawiam z innymi przed biegiem i po nim, ale w trakcie lubię pośmigać. Oczywiście w zależności od warunków i okoliczności. Dzięki powtarzalności biegów, mogę porównywać, planować i analizować. Mogę też ryzykować i albo później świętować albo coś modyfikować. Towarzystwo i trasa dodatkowo mobilizuje - zawsze ktoś pomoże, pozającuje albo zdopinguje.
.
 

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa