sobota, 11 listopada 2017

Kolejne podium na Biegu Niepodległości w Obornikach

Miało być zupełnie inaczej. Ten bieg zaplanowałam jako zwieńczenie sezonu i przyspieszenie po człapaniu maratońskim. Tyle, że maratonu nie było. Pozostało człapanie... Cel był konkretny i wygórowany: złamać 20 minut - na trasie z atestem. Jeszcze pod koniec września, kiedy na Parkrunie biegałam w okolicach tego wyniku, czas wydawał się jak najbardziej realny. Dwa lata temu 21.40 VI Bieg Niepodległości w Obornikach, rok temu 20.48 VII Bieg Niepodległości w Obornikach, no i w tym roku miało być więc 19.XX. Tymczasem przez miesięczną chorobę wszystko wzięło w łeb. Wiem, że już któryś raz to powtarzam i pewnie jeszcze przez długi czas będę się tym tłumaczyć, ale... to po prostu dowód na to, że formę trzeba wypracować, długo i ciężko wypracować. A jeśli ktoś nie trenuje, a szybko biega na zawodach, tzn. że albo ściemnia (z tym nietrenowaniem) albo jest talentem urodzonym i gdyby trochę poćwiczył, to biegałby szybciej, ale widocznie ma inne priorytety albo po prostu mu się nie chce. Mnie się chce bardzo, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę, od razu nie przyspieszę, a przede wszystkim nie obniżę tego szalonego tętna.



Napisałam na fanpage'u, że wynik najgorszy w historii, bo miałam jakieś dziwne wrażenie, że dwa lata temu pobiegłam 21.11, a jednak 21.40. Dzisiaj 21.30, więc może nie aż tak źle? ;-) Szczerze, to zgodnie z planem... tym ostatecznym. I odpowiednim do poziomu tych zawodów - pobiec poniżej 21 minut, żeby wygrać, poniżej 22, żeby zająć drugie miejsce. Wynik 22.XX dawał w tym roku trzecie miejsce. Musiałam zrewidować moje nastawienie i myśl o dobrym wyniku zmienić na chęć znalezienia się w pierwszej trójce. Wszak podium też trochę pomaga psychicznie. Ale dzisiaj tak naprawdę tego podium nie było. Biegłam w krótkim rękawku, więc po minięciu mety, zgarnięciu medalu i posiłku, udałam się do biura zawodów, żeby się przebrać i ogrzać. Tam zastał mnie deszcz, który jakoś nie chciał przestać padać. Czekałam spokojnie i cierpliwie, bo dekoracje zaplanowano na 12:30. Wyszłam około 12:00. Z daleka słyszę, że już wręczają nagrody, a spotkani znajomi poinformowali mnie, że byłam kilkakrotnie wywoływana. Poszłam więc do organizatorów i w zaciszu odebrałam puchar i nagrody. Chyba, żeby wstydu nie było. ;-)



Dziękuję za wsparcie i wiarę w to, w co ja sama nie wierzyłam. Wracam niestety bardzo powoli. Chociaż udaje mi się pobiec szybciej, to tylko z Fraszką na Cytadeli. Sama, jak widać, jestem bardzo słaba, co widać po tym, że ani jednego kilometra nie byłam w stanie pobiec poniżej 4:00... Na szczęście za tydzień na zawodach rządzi Fraszka. Powinno więc być dużo lepiej. :-)


czwartek, 2 listopada 2017

Mój Parkrun - moje bieganie

Nieco ponad rok temu po raz 100. pobiegłam w biegu z cyklu Parkrun. Napisałam wtedy obszerny tekst na temat mojego biegania na Parkrunie i.... wszystko się skasowało. Nigdy więcej nie podjęłam się dokonania takiego opisu. Aż do teraz. Trochę zbiegło się to z rocznicą setki, no bo jeśli chodzi o mój pierwszy bieg, to od tego czasu minęły już ponad trzy lata. Od tego czasu pojawiam się na Cytadeli z różną częstotliwością, ale zwykle wracam tam z wielką radością, a wyjeżdżam naładowana pozytywnymi emocjami na kolejne dni. Jaki był początek?



Mój Parkrun = moje bieganie i trenowanie

Chyba już sporo osób wie, że moje bieganie rozpoczęło się od udziału w półmaratonie, a właściwie kilku. Wcześniej pobiegłam jakieś krótsze dystanse, ale tylko dlatego, żeby sprawdzić, czy w ogóle dam radę cokolwiek przebiec. A potem...połówka za połówką, korona półmaratonów, dwa epizody z dystansem 10 km i znowu połówka... i w końcu... pierwsza wzmianka o Parkrunie. Kiedy i gdzie? Na blogu Biegacza Amatora, przy okazji informacji na temat wspólnego wyjazdu na półmaraton do Grodziska Wlkp. w 2014 roku. Jeśli chodzi o wychwalanie i zachęcanie do udziału w Parkrunie w tamtym czasie, to chyba nie mogłam lepiej trafić. ;-) Ale nie, nie przyszłam wtedy na Cytadelę. Pomimo tego, że rzeczywiście mogłam przyjść albo przybiec, bo w tamtym czasie mieszkałam w Poznaniu. Ale nie będę przecież jeździć na Cytadelę, żeby przebiec 5 km, skoro nad Rusałką biegam 15! Tak, tak - moje słowa. Wtedy. :-) Tak się jednak złożyło, że już po wyjeździe do Grodziska, w końcu dotarłam również na Parkrun.



Trudne biegu początki

Podczas pierwszego biegu na Cytadeli myślałam, że umrę i zastanawiałam się, co tam robię, po co biegam i w ogóle, dlaczego muszę biec tak szybko. Podsumowując: najlepiej będzie wrócić do spokojnego człapania półmaratonów. Jakieś szczęście, że nie mam zdjęcia z tego pierwszego "umierania na Parkrunie" i przeklinania Cytadeli. Do mety dotarłam po 27 minutach 37 sekundach. ;-)

Parkrunowa integracja

Nie wiem, dlaczego, ale dużo osób śmieje się ze mnie, kiedy to opowiadam. Biegać zaczęłam sama. Później rzeczywiście ktoś namówił mnie do startu w zawodach, ale już wtedy, chociaż proponował towarzystwo, postanowiłam, że pobiegnę bez niego. I tak było przez dłuższy czas. Próbowałam jakiejś integracji z innymi biegaczami, ale jakoś niespecjalnie to wychodziło. Nawet, kiedy wybrałam się na bieg noworoczny, nikogo nie poznałam, chociaż jak się później okazało, było tam kilka osób, które teraz bardzo dobrze znam...z Parkrunu. Druga próba integracji, to był wyjazd do Grodziska. No i podczas niego spędziłam czas z paroma osobami, dzięki którym trafiłam wreszcie na Cytadelę. Dopiero tam podczas regularnych wizyt zaczęły nawiązywać się nowe trwałe znajomości biegowe i nie tylko.



Ściganie na Parkrunie

Przez pierwsze miesiące bieganie na Cytadeli wciąż nie było przyjemne, chociaż przez jakiś czas systematycznie poprawiałam PB. Do teraz pamiętam niesamowitą radość z ustanowienia wyniku 25 minut 27 sekund, bo nie mogłam pobić go aż przez trzy miesiące, do dnia, kiedy zrobiłam to z Fraszką. Ta ostatnia też nie od razu pokazała, co naprawdę potrafi. Zresztą ze mnie też był ciężki materiał biegowy, a ona miała niecały rok, więc uczyłyśmy się wspólnie biegania i ścigania po Cytadeli. Fraszka też nauczyła się dodatkowo, że trzeba robić hałas i informować przed startem, że zaraz będzie biegła. ;-) Forma wybuchła w lutym 2015 roku, kiedy ustanowiłyśmy z Fraszką rekordy zarówno na Parkrunie, jak i na Biegu Walentynkowym na 10 km. Od tego czasu do końca marca zeszłyśmy do 20 minut 24 sekund na Cytadeli. Kolejne życiówki nie były już tak spektakularne, ale ich poprawianie szczególnie na tej trasie sprawia wciąż wielką radość.

Rodzinnie, sentymentalnie, naturalnie

Od pierwszych biegów zaczęło się poznawanie i zaprzyjaźnianie. Potem ciastka i herbatka dla najbliższych współbiegaczy. Potem tych najbliższych zrobiło się tak wielu, że nie wystarczało pudełko babeczek i trzeba było zacząć piec całe blachy placków. Było świętowanie jubileuszy związanych z Parkrunem, takich jak urodziny, czy okrągła liczba biegów, ale też urodzin biegaczy, Sylwestra itp. Zresztą już po moim pierwszym Parkrunie hucznie świętowałam awans zawodowy. Hucznie, ale w małym gronie, teraz na pewno więcej osób byłoby zaproszonych. ;-)

Podróżowanie po Parkrunie

A właściwie po Parkrunach. Chociaż na dobre zaczęło się po jednym poznańskim Parkrunie. Po tym, na którym odebrałam drzewko - mój pierwszy pucharek. Jeden z najcenniejszych. Dlatego, że pierwszy i dlatego, że z cyfrą 1, ale też dlatego, że dzięki niemu odkryłam, jak ważne w bieganiu są systematyczność i wytrwałość. Pomimo tego, że jest wiele szybszych ode mnie biegaczek (a wtedy było jeszcze więcej), to ja "wygrałam" w tamtym sezonie. Głównie dlatego, że miałam najwięcej biegów, a nie dlatego, że biegałam najszybciej. Wtedy trochę zmieniły się moje priorytety i zaczęłam odwiedzać inne lokalizacje Parkrun.


Celebrowanie na Parkrunie

Podróżowanie i blogowanie sprawiły, że ja i Fraszka stałyśmy się dość znane w środowisku. Fraszka chyba bardziej, bo zwraca uwagę hałasowaniem przed startem, ale też wyprzedzaniem w trakcie biegu. Myślę, że ona nigdy nie zrozumie że Parkrun jest biegiem towarzyskim, bo dla niej to właśnie okazja do ścigania. Nie zgodzi się też z punktem regulaminu mówiącym, że powinna startować z końca. A może bardziej ja się nie zgodzę, bo jej to wszystko jedno, jak wyprzedza, ja to gorzej znoszę. ;-) Także wytykanie nas palcami jako tych zagłuszających spokój jest trudne, ale ostatnio dużo częściej zdarzają się miłe powitania nawet w innych lokalizacjach, gdzie nas znają i podziwiają. Miło wspominam wielu biegaczy i koordynatorów z innych miast, a jako przykład biegowych spotkań podaję zawsze, jak poznałam jednego biegacza na Parkrunie w Jeleniej Górze, a po tygodniu biegłam z nim na Parkrunie w Rumi.



Różne działanie na Parkrunie

Oprócz biegania na Parkrunie dostępne też inne funkcje okołobiegowe. Mnie się zdarzyło trochę powolontariuszować, ale zawsze tak jakoś brakowało biegowej radości i atmosfery, która w pełni oddziaływała tylko, jak się było w środku wydarzenia, a nie tylko na początku czy na końcu. I też bieg przed albo po nie miał tej właściwości, jedynie o tej porze z wszystkimi innymi. Może jeszcze podobnie cieszyło fotografowanie, ale jak jest porządny fotograf, to nie ma się co w to bawić. ;-)


...............na Parkrunie

Od roku podczas większości zawodów, w których startuję, mam na sobie koszulkę z napisem parkrun Poznań albo inną oficjalnie parkrunową. W zakładce klub również wpisuję Parkrun Poznań, chociaż oficjalnie nie jest to żadna drużyna.





Można by powiedzieć, że nic nas nie łączy - w Poznaniu jesteśmy grupą kilkuset przypadkowych ludzi, którzy przypadkiem biegną razem o tej samej porze. Bo przecież nie jest to wspólny trening, a jednak widocznie jakaś forma doskonalenia - biegowego czy też jakiegokolwiek innego. Biegniemy z pomiarem czasu, co czemuś służy - można się ścigać, sprawdzać, rywalizować z kimś albo tylko ze sobą. Przyznam, że kilka razy próbowałam pobiec towarzysko, ale nigdy mi to specjalnie nie wyszło, zwłaszcza z Fraszką. Chętnie rozmawiam z innymi przed biegiem i po nim, ale w trakcie lubię pośmigać. Oczywiście w zależności od warunków i okoliczności. Dzięki powtarzalności biegów, mogę porównywać, planować i analizować. Mogę też ryzykować i albo później świętować albo coś modyfikować. Towarzystwo i trasa dodatkowo mobilizuje - zawsze ktoś pomoże, pozającuje albo zdopinguje.
.
 

poniedziałek, 30 października 2017

... i innych biegach, czyli Cytadela jak zwykle łaskawa ;-)

Po czterech tygodniach szczęśliwie wróciłam do biegania. Na początku to było właściwie do truchtania, człapania... jak zwał, tak zwał. Tempo marne, a tętno szalone. Samopoczucie zaś fatalne. Po asfalcie źle, po lesie jeszcze gorzej. Nie pomagała nawet Fraszka, która z nudów zamiast ciągnąć, rozbiegała się na boki. Nie zapowiadało się na szybką poprawę. Tak mijały wieczory i poranki - pierwszy tydzień po przymusowym roztrenowaniu.




Podczas niebiegania nie odczuwałam jakiejś wielkiej chęci do biegania. Wydawało mi się, że korzystam z możliwości odpoczynku. Tyle, że atmosfera jakaś taka bardzo nerwowa, a ja sama trudno znośna dla otoczenia, a nawet dla siebie. Pechowo kiedy już wyzdrowiałam, nie mogłam wziąć udziału w Parkrunie, a samotne człapanie nadal nie poprawiało humoru. 


W końcu mogłam zjawić się na Cytadeli na Parkrunie numer 273. Zabrałam Fraszkę, coby mi pomogła - na Parkrunie ściganie, to nie będzie się nudziła. I rzeczywiście. Radość była ogromna - jej i moja, a także najbliższych biegaczy, którzy przywitali nas brawami może nie tylko dlatego, że obiecałam przynieść rogaliki. ;-)



Krótka rozgrzewka i już nadeszła pora, żeby ustawić się w naszym kącie przedstartowym. Ruszamy prawie jak zawsze i jak zwykle nie patrzę na zegarek. Boję się, że będzie za szybko. Pierwszy kilometr w tempie 4.10, więc jak na Fraszkę to wolno, a jak na mnie po chorobie, to za szybko. 



Odbiło się to oczywiście na drugim kilometrze, kiedy też nie chciałam patrzeć na zegarek, bo bałam się zobaczyć jak zwolniłyśmy oraz jak tętno wzrosło. Tak niestety było. Ale to początek drugiego kilometra jest trudny, przed Rosarium znów przyspieszyłyśmy. Nie wiem, jak to się udało, bo pod koniec drugiego kilometra poczułam, jak mi gorąco i postanowiłam zrzucić bluzę, którą wcześniej zostawiłam, bo przecież zimno... Rozbierałam się więc niby w biegu, ale bez pośpiechu.



A okazało się, że ten drugi kilometr wyszedł w tempie 4.26, czyli nie tak fatalnie. Tętno za to wzrosło już do 180, więc bałam się, co będzie dalej. Starałam się biec szybko, ale nie na maksa, bo to mi teraz nie było do niczego potrzebne. Tymczasem odkryłam, że przyspieszamy i trzeci kilometr przebiegłyśmy po 4.15. Tętno po podbiegu przy Rosarium wzrosło do 186, ale potem spadło do 182, co wciąż było dużo, ale nie czułam, że zaraz padnę, więc gnałam dalej za Fraszką. Dzielnie pomogła przy czołgach, wcześniej wpadając jak niedźwiedź w ogromną kałużę. Czwarty kilometr oczywiście wolniejszy, ale o dziwo szybszy niż drugi, bo w tempie 4.24.



I wtedy już naprawdę byłam zmęczona, ale pomyślałam, że najwyżej doczłapię do mety, czego oczywiście nie zrobiłam, bo jak się człowiek nauczy przyspieszać, to zwłaszcza jeśli nauczy też psa, to ostatni kilometr wychodzi szybszy i chociaż nie najszybszy z wszystkich, to jednak przyspieszyłam i uciekłyśmy tym, którzy nas gonili, co się rzadko zdarza w końcówce. Wynik 21.10 okazał się dużo lepszy niż planowałam i o którym śmiałam marzyć w takiej sytuacji.




Tętno za to okropnie wysokie i teraz pytanie, czy biegać tak szybko i czekać aż spadnie czy biegać wolno...i czekać aż spadnie? ;-)
Wynik w każdym razie nastraja optymistycznie przed zawodami w listopadzie, ale w tym roku już tylko na dystansie 5 km. ;-)

niedziela, 29 października 2017

O moim czwartym maratonie...

Dawno nie pisałam, ale nie bardzo było, o czym. Ostatni wpis przed przerwą dotyczył planów na maraton poznański, w którym nie wzięłam udziału. A wierzyłam... do ostatniej chwili może nie, ale tydzień przed jeszcze miałam nadzieję. Niestety, złapała mnie tak paskudna infekcja, że męczyłam się z nią cztery tygodnie, a przez ten czas biegałam tylko raz - bo skoro niebieganie nie pomogło, to może bieganie pomoże? Niestety. Chociaż po dwóch tygodniach choroby i tak biegałam szybciej niż teraz. Nie pamiętam tak długiej przerwy od biegania i w ogóle jakichkolwiek aktywności. Jak skręciłam kostkę, to chociaż nie biegałam, mogłam wykonywać inne ćwiczenia. Poza tym byłam w stanie jakoś normalnie funkcjonować. Tym razem przez cały okres choroby czułam się źle tak, że większość czasu spędzałam w domu. Wychodziłam tylko jak musiałam i trochę spacerowałam z Fraszką. Spadek formy jest więc wynikiem braku aktywności, ale też oczywiście osłabienia organizmu przez chorobę, a także antybiotyki, którymi się leczyłam, przez długi czas bezskutecznie. 






Trzy tygodnie przed maratonem wydawało mi się, że mam mnóstwo czasu, żeby wyzdrowieć. Kiedy jednak nic nie pomagało, przestałam planować termin wyzdrowienia. Zaczęłam za to myśleć o innym maratonie. Wydawało mi się, że jeśli wydobrzeję tydzień przed poznańskim maratonem to, chociaż w nim nie wystartuję, będę w stanie wrócić do formy przez następne dwa tygodnie i pobiec, gdzie indziej. Wtedy okazało się, że Poznań Maraton nie jest, jak wcześniej mi się wydawało, ostatnim w sezonie maratonem w Polsce. Aż trzy zaplanowano na dwa tygodnie później. I właśnie te wchodziły w grę: Toruń, Koszalin i Tczew. O tym ostatnim myślałam z zachowaniem ostrożności ponieważ to pierwsza edycja i chociaż ambasadorem jest Arkadiusz Gardzielewski, to nic praktycznego nie wiadomo na temat trasy i organizacji. Koszalin, czyli Nocna Ściema, to nocny maraton. Rzadko biegam o tej porze, więc raczej musiałabym go potraktować zabawowo. Najbardziej poważnie myślałam o Toruniu. 


Niestety, kiedy nadszedł termin Poznań Maraton, a ja nadal czułam się fatalnie, również te myśli musiałam porzucić. W sobotę pojechałam odebrać pakiet, ale w niedzielę już nie pojawiłam się na trasie. Nie było sensu, bo przez problemy z układem oddechowym nie byłabym w stanie nawet dopingować. Wsparcie dla zawodników było więc tylko wirtualne i duchowe. Sama się zdziwiłam, że mam tylu znajomych, którzy startują w maratonie, bo nie nadążałam sprawdzać międzyczasów  w aplikacji. Emocje się zmieniały, kiedy zaczęłam obserwować zwolnione tempo wielu osób i domyślać się kryzysów na trasie. Informacje potwierdziły się dużo później i zostały wzbogacone opowieściami przeżyć wewnętrznych podczas biegu oraz zilustrowane na transmisji, na której było widać, jak wiele osób padało tuż za linią mety. Takiego widoku nie pamiętam z żadnego z moich trzech maratonów. 



Przypomniało mi się, jak, kiedy jeszcze nie biegałam, maratończycy budzili we mnie uczucie przerażenia przed tym dystansem. Po moich dwóch pierwszych startach wydawało mi się, że udało się ten dystans oswoić, a później okazało się, że nie. I jest to ciągła zagadka i niewiadoma. Zwłaszcza, że ludzie z odpowiednim - jak się wydawało - przygotowaniem, padali jak muchy, a inni biegli jak natchnieni ciesząc się piękną pogodą.


 

A ja? Cóż mogę napisać. Chyba cieszę się, że nie pobiegłam. Jeszcze kiedy trenowałam, miałam wielki moment kryzysu i myśli, że nie dam rady, że może lepiej zrezygnuję i zamiast tego pobiegnę jakąś dychę... tylko nie maraton. A myślę, że ta pogoda jeszcze by mnie dobiła i pewnie umierałabym jak wielu innych. Dlatego może lepiej? Chyba łatwiej się podnieść po chorobie niż po nieudanym starcie.



Wiele osób wyrażało żal, że po tygodniach przygotowań nie mogłam pobiec. Mnie też było szkoda. Przygotowań chyba jednak nie. Dzięki tym treningom poprawiłam wynik w półmaratonie i osiągnęłam upragniony czas na Parkrunie. Oczywiście to nie były główne cele... Żal mi, że w tym roku udało się poprawić wyniki na wszystkich dystansach, tylko nie miałam szansy rozprawić się z wynikiem maratońskim. A deklarowałam, że to będzie na jakiś czas ostatni maraton. A teraz? Przyznam szczerze, że tak mnie drażni ten wynik 3.54, że nie mogę odpuścić dopóki nie potrafię go chociaż trochę. ;-) W tym roku się nie uda, więc kombinuję już, gdzie pobiec w przyszłym. Poznań dopiero jesienią, więc może spróbować znów na wiosnę. Na razie nie znalazłam jeszcze biegu, który pasowałby mi pod względem miejsca i terminu. Próbuję to oczywiście zgrać z poznańskim półmaratonem, który w 2018 roku został zaplanowany tak fatalnie, że spodziewam się jak najgorszej pogody, a gdyby po nim pobiec jeszcze maraton, to musiałoby się to skończyć klapą jak w Krakowie. Dlatego decyzja jeszcze nie zapadła. Może na wiosnę skoncentruję się na półmaratonie, a maraton przerzucę jednak na jesień. Nie ukrywam, że zamierzam w przyszłym roku zaatakować 1 godzinę 30 minut, a do tego będzie potrzebna znaczna poprawa szybkości, więc też pewnie wyniku na dychę.

czwartek, 28 września 2017

3 i pół godziny - więcej albo mniej, a potem rozstajemy się ;-)

Jak już pojawiło się we wpisach na fanpage'u - u mnie nastrój typowo przedmaratoński, a właściwie bardziej międzymaratoński, bo między maratonem w Warszawie a maratonem w Poznaniu. Rzecz jasna, że nie biegłam w Warszawie, ale po transmisji na żywo jakoś bardzo wczułam się w atmosferę. A pech chciał, że zamiast skupić się na ostatnich treningach utrzymujących formę, siedzę w domu, śledzę różne posty po- i przedmaratońskie, no i myślę. Na razie sny o zawodach się skończyły, ale dużo rzeczy siedzi w głowie. 



Może zresztą to nie pech, tylko reakcja organizmu? Podobno dużo osób choruje kilka tygodni przed maratonem. Organizm nie wytrzymuje intensywnych treningów, do tego ta pogoda... A poza tym, jakiś czas temu narzekałam, że nie wiem, jak trenować, żeby nie zepsuć tego, co wypracowałam przez ostatnie tygodnie. No, ale rok temu po połówce przed maratonem w Krakowie też tak miałam - półmaraton wyszedł idealnie zgodnie z planem, więc zapowiadało się równie dobrze w maratonie. Tymczasem... wiadomo, jak było.

A tym razem... na szczęście, jest zupełnie inaczej. ;-) Chyba czasem jestem trochę przesądna. Skoro w przygotowaniach do mojego trzeciego maratonu wszystko było idealnie, a start okazał się dla mnie wielką klapą, to jak próba generalna w teatrze, która zwiastuje nieudaną premierę. To może lepiej, że teraz jest trochę problemów, jak np. przed maratonem dwa lata temu, kiedy skręciłam kostkę i nie trenowałam przez miesiąc. Tyle, że wtedy ogólnie się trochę lepiej czułam i mogłam ćwiczyć cokolwiek innego.



Inna sprawa jest taka, że po obejrzeniu transmisji i przeczytaniu paru relacji odkryłam (tak, dopiero teraz), że ta moja "klapa" w Krakowie, to nie była taka totalna masakra, skoro pobiegłam wolniej o 10 minut, a czołówce zdarza się brakować do planowanego wyniku 5 minut, a jak coś się posypie, to dużo więcej. No więc ani wtedy, ani teraz nie powinnam się tym przejmować.

Ale... cel od początku przygotowań był jeden - 3 godziny 30 minut. O sekundy nie chodzi. Tym razem nie muszę niczego łamać - może być 3.29, a może być 3.30.15 albo nawet 3.31. Tylko tym razem bez umierania... Pod tym względem najlepiej przeżyłam pierwszy maraton, bo biegłam niepewnie, asekuracyjnie i prawdopodobnie wolniej niż byłam w stanie. Ściana po 34. kilometrze informowała tylko o tym, że pobiłam rekord przebiegniętych jednorazowo kilometrów. Również Poznań dwa lata temu przeżyłam dość bezboleśnie, bo kryzys, chociaż nie zniknął, jak ten w Warszawie, pojawił się dopiero na 35. kilometrze. A w Krakowie czułam się źle już od 25. kilometra. Dlatego ten bieg wspominam jako umieranie.

Teraz więc nastawiam się na to, że może być ciężko, ale mam nadzieję, że dopiero długo po 30. kilometrze i że będzie lepiej niż w Krakowie, bo to Poznań, bo szykują się strefy kibiców i dlatego wszystkich moich znajomych, którzy proponują wspieranie i kibicowanie, zachęcam, żeby pojawili się raczej po 35. kilometrze, a od tego momentu to już najlepiej o częstotliwości co kilometr. :-) 

Dwa lata temu strefy kibiców (większe czy mniejsze) odmierzały i skracały mi trasę, dlatego zmotywowana ciągnęłam do 32. kilometra. Gorzej, że potem znajomi mieli pojawić się dopiero na mecie. Było ciężko. Okazuje się, że nie tylko ja oczekuję takiej "minimety" na 34-35. kilometrze, tylko trochę z innego powodu. Ja wolę czekać na kibiców niż szukać ściany. Ale jak napisał zdobywca 7. miejsca w Maratonie Warszawskim: po 35. kilometrze trzeba sprawdzić, czy wszystko dobrze działa i jeśli działa, to można przyspieszyć, a jeśli nie działa, to też trzeba przyspieszyć, żeby się nie okazało, że się zwalnia... ;-)



Podczas pierwszego maratonu miałam czas na punktach żywieniowych, żeby dolewać wodę do bidonu i odbierać telefony, ale teraz nie zapowiada się tak dobrze. ;-) Mam nadzieję, że tak nie będzie, ponieważ pobiegnę dużo szybciej niż w Warszawie i zakończę zgodnie z planem. Inny biegacz z polskiej czołówki przedstawił przykład jakby o mnie: Jak zaplanowałeś pobiec 3.30, to nie myśl, może jednak 3.40, bo wtedy to się nie uda. No to nie myślę. Zgadzam się na wynik 3 godziny 31 minut, ale na 3 godziny 40 minut już nie. ;-)

A potem koniec. Maraton to nie jest mój ulubiony dystans, jak wcześniej myślałam. Przynajmniej odkąd muszę biegać go szybciej ;-) Można by biegać tyle fajnych rzeczy, gdyby nie ten maraton... Mam już parę pomysłów, ale wszystko na "po maratonie". Poza tym boję się, że jakkolwiek ten maraton wyjdzie, to tak mnie zmasakruje, że nie będę w stanie szybko biegać przez najbliższy miesiąc. Trudno. Tej jesieni to główne zawody, ale treningi dały mi w kość i pokazały, że start łatwy nie będzie. Zatem szybkie bieganie w przyszłym roku. I wtedy jak bohater reklamy: "Wszystko zrobię inaczej. No, prawie"... ;-)

niedziela, 17 września 2017

Łamanie nie zawsze się udaje, czyli kolejny dowód na to, że Fraszka biega szybciej ode mnie ;-)

Dzisiaj kolejne podejście albo raczej próba szybkiego biegania czy też inaczej: ostatnia zabawa przed maratonem. ;-) Kto mnie zna, ten wie lub domyśla się, o co chodzi. W razie czego wyjaśniam: dzisiaj było ostatnie ściganie na Parkrunie, tzn. ostatnie przed maratonem. Wcześniej planowałam takie trzy dni, kiedy mogę szybciej pobiec. Dzisiaj był ten drugi, a trzeciego nie będzie, bo nie wiem, czy w ogóle wtedy zjawię się na Cytadeli, a jeśli tak, to już nie planuję szybkiego biegania. 



Dziś od rana zimno, więc idealna pogoda dla biegaczy - dwunożnych i czworonożnych, bo Fraszka też szalała. Niestety postanowiłam, że drugie podejście wykonam sama. Wyniki z nią i bez niej były bardzo rozbieżne: 20.02 oraz 20.35. Rozbieżności wynikały też z daty, kiedy te rekordy zostały ustanowione. Dwa tygodnie temu gładko poszło nam poniżej 20 minut, no ale od 20.02 to niewiele brakowało. Dzisiaj postawiłam sobie bardziej wymagające wyzwanie, bo musiałabym się poprawić o dużo więcej, chcąc pobiec 19.XX. Wyzwanie jeszcze większe, bo na Cytadeli sama najszybciej pobiegłam 20.38, czyli trzeba byłoby pobiec lepiej o jakieś 40 sekund! W Swarzędzu na dystansie półmaratonu poprawiłam się o 56 sekund. A teraz dystans dużo krótszy, a do poprawy... znacząca liczba sekund. ;-) 



Nastawiłam się jednak bojowo, jak to mnie się rzadko zdarza, ale na piątkę jednak czasami, i wystartowałam z pierwszej linii. Zbieg i podbieg, tempo 3.54 spadło do 4.00 i... już mi się odechciało... Oczywiście się nie poddałam, tylko w myślach nakrzyczałam na siebie, że znowu zbyt słabo się rozgrzałam i dlatego nie mogę wejść od razu w tempo. Biegłam dalej.




Koniec pierwszego kilometra z górki, więc przyspieszyłam i ostatecznie 3.57. Dalej też nie weszłam w tempo, które spadło do 4.27. Pomyślałam, że to żart, który robi mi Garmin zawsze w tym miejscu, więc poleciałam dalej. No i rzeczywiście bez dalszych dowcipów, pobiegłam ten kilometr w 4.10, chociaż coś mi się przywidziało, że to było 4.00. :-) Średnie tempo mi jakoś nie pasowało, ale łudząc się, że to prawda, zmotywowałam się do dalszego szybkiego biegu. Tym razem rzeczywiście tak było, bo Garmin zmierzył 4.02.



Zatem jak zwykle pozostało utrzymać to przy czołgach - udało się 4.08, a potem pocisnąć końcówkę. Przestałam w końcu patrzeć na tempo i spojrzałam na czas. To było jakoś przed ostatnim zakrętem - 18.41. Wydawało mi się, że ponad minutę, to dużo. Przyspieszyłam i ten kilometr pobiegłam w tempie 3.58... co nic nie dało, bo na mecie okazało się, że było już powyżej 20 minut, tzn. 20 minut i 1 sekunda. :-) 



Oficjalnie 20 minut złamane dwa tygodnie temu, więc dzisiaj nie trzeba nic łamać. Cieszę się, że sama też potrafię tak szybko biegać. Myślę już trochę o tym, jak miło będzie pościgać się po maratonie. Tymczasem wydaje mi się, że z Fraszką dzisiaj mogło być jakieś 19.30. ;-)

wtorek, 12 września 2017

Pod górkę, w deszczu i pod wiatr, a jednak jest życiówka na 2. Półmaratonie w Swarzędzu

Od pewnego czasu zaczął mi się już śnić maraton. Tzn. takie pomieszanie maratonu z półmaratonem i innymi startami. W tych snach generalnie to same tragedie: buty się rozpadają, Garmin nie działa, a ja spóźniam się na start, bo nie zdążam oddać rzeczy do depozytu. ;-)

W takiej atmosferze przyszła pora na - drugi po dyszce w Murowanej Goślinie - sprawdzian przed maratonem. Połówka jako test to niby takie normalne, ale ja od paru lat półmaraton biegam tylko na wiosnę. Do tego jedynie w Poznaniu. Dlatego nie mogłam się jakoś odpowiednio nastawić. Poza tym przed poznańską połówką trenowałam tylko i wyłącznie pod ten dystans. Teraz koncentruję się przede wszystkim na maratonie, a że przypadkiem wpada też rekord na 5 km, to w porządku. Ale piątka jest krótka, więc żaden problem. Co innego półmaraton. Skoro nie trenuję biegów w tempie półmaratońskim, to nie wiem nawet, jakie ono obecnie jest. W Murowanej biegłam średnio po 4.20 na kilometr, a teraz miałam przyjąć, że dam radę pobiec 21 km po 4.25 żeby poprawić rekord z Poznania?

Oczywiście, że tak przyjęłam. :-) A to m.in. dlatego, że w ostatnich dniach pogoda zaczęła bardziej sprzyjać - przynajmniej mnie - tętno było niższe, a mnie się lepiej biegało. Niestety w tym tygodniu - też w związku z tą pogodą - pojawiły się problemy ze zdrowiem. Nie jakieś ciężkie, ale stan przeziębieniowy trwał właściwie cały czas. Może trzeba było sobie odpuścić jeden trening albo np. nie pobiec w sobotę na Cytadeli, ale ponieważ swarzędzki półmaraton nie był startem docelowym, uznałam, że nie muszę być tak bardzo wypoczęta. Poskutkowało to jednak tym, że dzisiaj obudziłam się bardzo zmęczona. Ponadto od wczoraj bolały mnie plecy. Dlatego dzień zaczęłam od rozciągania i rolowania. Dopiero potem było lekkie śniadanie. A kiedy nadal lekko zaspana zaczęłam zbierać się do wyjścia, pomyślałam, że - inaczej niż zwykle - wypiję jeszcze kawę. Nie wiem, czy kawa czy może jeszcze zdjęcia z wczorajszego Parkrunu, które przy okazji obejrzałam, ale coś z tych rzeczy sprawiło, że dużo lepiej mi się wychodziło z domu. Poza tym w odpowiedzi na sen o butach, wyjęłam moje stare, "lekko" już podziurawione Asicsy. Od paru miesięcy biegam już w nowszym modelu i wydawało się, że dawno je już rozbiegałam, a jednak na Murowanej na końcu mnie cisnęły. Tam była dycha, więc pomyślałam, że lepiej nie ryzykować na dystansie dwa razy dłuższym. Od razu po założeniu tych starych poczułam się lepiej. Raz, że bardziej rozbiegane, a dwa, że wydaje mi się, że ten starszy model był rzeczywiście szerzy. Wszystko wskazuje na to, że również te stare doczekają się maratonu. ;-)

Tymczasem czekała mnie połówka. Po wyjściu z domu jeszcze jedna rzecz poprawiła mi humor - padający deszcz. :-) Teraz przeklinajcie mnie wszyscy, którzy lubicie biegać, jak jest ciepło i słonecznie. ;-) Otóż ja nie lubię. :-) Motywacja i nastrój były więc coraz lepsze, co utrzymało się po dojeździe na miejsce i spotkaniu ze znajomymi biegaczami. Odebrałam pakiet, w którym nie było nic poza informatorem, numerem startowym i puszką piwa bezalkoholowego, i poszłam przygotować się do startu. Przy okazji odkryłam, że znów na biegu pojawiły się "Polskie Kenijki", których jeszcze kilka dni temu nie było na listach startowych. No cóż, nagrody finansowe przyciągają. Ja też, chociaż ostatnio wspominałam, że puchary już tak nie cieszą, myślałam o możliwości załapania się na podium, ponieważ... za półmaraton pucharu jeszcze nie mam. ;-) 

Rozgrzewka pokazała, że plecy nie przeszkadzają w biegu. Nie mogę tylko się za bardzo skręcać, a to dobrze, bo mam taką niedobrą tendencję, którą może dzięki temu uda się wyeliminować. W drodze na start powtarzałam sobie, że nie mogę pozwolić na zbyt luźne podejście, tzn. ponownie bez nastawienia na konkretny wynik, lecz muszę postawić sobie jasny cel. Oczywiście w głowie odzywał się drugi głos, który mówił, że to sprawdzian, więc nie trzeba biec na maksa i poprawiać życiówki. A dlaczego nie poprawić? Skoro pogoda taka idealna? ;-)

Wypowiedziałam głośno cel - poniżej 1 godz 35 min, więc poczułam się zobowiązana, żeby go zrealizować. Na szczęście znajomi, którzy o tym usłyszeli, odpowiedzieli bardzo pozytywnie, że dam radę. Przy okazji dodali parę informacji na temat trasy, która miała być płaska i generalnie bardzo przyjemna. A jak było naprawdę...


Zaczęło się oczywiście tak przyjemnie, bo co to za tempo 4.25 przez parę kilometrów. Nogi poniosły mnie więc znacznie szybciej. A i tak usłyszałam za sobą: "Gonię cię Aguś", a po chwili już przed sobą, więc zostałam wyprzedzona, chociaż biegłam szybciej niż zamierzałam. Trzeba było się stopować, bo chociaż bal już trwał, zabawa miała się dopiero zacząć... przypuszczałam, że tak około 15. kilometra. A na początku podbiegi. Jeden.... dwa... tempo trochę spada, ale nadrabiam z górki - jest dobrze. Bardzo dobrze. Za dobrze. Trzeba zwolnić.



Fotograf na 5. kilometrze - chyba jeszcze wyglądałam też dobrze. ;-) Trzeci podbieg - nie pamiętam, żeby był w planach, ale spoko. Byle do połowy. Potem przecież obiecali, że z górki będzie. ;-)




Sprawdzałam tempo, żeby za bardzo sobie nie pofolgować podczas zwalniania i wtedy jeden z biegaczy zagadnął mnie o to. Tak sobie wbijałam do głowy to 4.25, że zamiast odpowiedzieć, jakim tempem biegniemy, powiedziałam właśnie: "4,25". Wymieniliśmy jeszcze parę słów na temat celów. Powiedział, że w Poznaniu pobiegł nieco ponad 1 godz 36 minut i chciałby teraz lepiej. Odparłam, że ja podobnie na jakąś godzinę 35 minut. Stwierdził, że będzie obserwował. Biegł chwilę przede mną, a potem puścił mnie przodem.



Cały czas nie zapowiadało się na tę część z górki, bo potem wbiegliśmy na odcinek przy trasie szybkiego ruchu, gdzie podobno było minimalnie - ale niezmiennie - pod górę. Do tego asfalt, który kleił się do butów i nijak nie mogłam utrzymać planowanego tempa. Chwilę biegłam z innym biegaczem, który w końcu nie wytrzymał i zapytał, czy biegnę na jakiś konkretny czas. Powiedziałam, że na 1 godz 35 minut, a on na to, że za szybko. Wiadomo, że za szybko. Ale wiadomo też było, że potem zwolnię. Tzn. ja wiedziałam. ;-) Dodał coś jeszcze, że mam płytki oddech i że mam głębiej oddychać, to szybciej nabiorę sił. Rzeczywiście pomogło, ale na chwilę, bo chyba jednak nie umiem tak oddychać. Powiedział, że on biegnie treningowo do 14. kilometra, a potem zobaczy. Nie wytrzymał jednak ze mną (pewnie to sapanie mu przeszkadzało), bo przyspieszył, chociaż to był dopiero 9. kilometr. 

Nieprzyjemny odcinek wreszcie się skończył. Na 10. kilometrze: żel, wodopój, kolejne spotkanie z fotografem i dogonienie jednej z moich młodszych rywalek, czyli same miłe rzeczy. To wyprzedzenie okazało się jednak tylko chwilowe. Chyba większość osób zaplanowała sobie przyspieszanie po połowie, bo dużo osób zaczęło mnie wtedy mijać. Myślałam, że się ogarnę po tym człapaniu, a tymczasem było jeszcze gorzej, ponieważ wybiegliśmy ze Swarzędza i kontynuowaliśmy wśród wiejskich pól Paczkowa. Pamiętam, że rozmawiałam z kolegą o tym, że będzie wiało, ale nie przejęłam się tym. Dużo osób narzekało na wiatr w Poznaniu na Hetmańskiej, a ja nawet nie zwróciłam na niego uwagi. Już zapomniałam o takich polnych półmaratonach, jak na przykład Szamotuły. Ucieszyłam się na widok znaku: Teren zabudowany, bo pomyślałam, ze pola się skończą. Przecież kiedyś muszą! Chyba powinniśmy już biec w stronę mety. Tymczasem kolejne oznaczenie: Koniec terenu zabudowanego i dalej pola urokliwych miejscowości, takich jak Łowęcin i Sarbinowo. Nie dość, że wiatr, to jeszcze pod górę. A już miało być z górki! A ten kolega mówił, że w którąś stronę będziemy mieli wiatr w plecy... Walczyłam i się męczyłam, ale na szczęście dzięki temu kilometry mijały subiektywnie szybko. Podobnie jak spadało tempo...

Wyraźnie słabłam, więc w głowie znowu zaczęły pojawiać się myśli, że to sprawdzian i nie muszę pobijać rekordu, że nie dzisiaj, nie na tej trasie, że zrobię to sobie spokojnie na wiosnę w Poznaniu. 15. kilometr i wodopój - wypiłam trzy łyki wody i trochę mi się poprawiło. Na ostatnie cztery kilometry miałam przygotowany żel z kofeiną, tylko że nie sprawdziłam wcześniej, czy tam gdzieś jeszcze będzie punkt odżywczy, żebym mogła go popić. Oczywiście do mety już nic nie było. Biegłam więc, tradycyjnie korzystając z zapasu sekund, który się kurczył, ale zaplanowałam z nadwyżką. Poza tym odkąd biegam z nowym zegarkiem, jest niewielka różnica między Garminem a oznaczeniami na trasie, więc cały czas była szansa na życiówkę, a nawet na bieg poniżej 1 godz 35 minut. Wreszcie upragniony znak: Swarzędz i teren zabudowany. Hurra! W końcu koniec dzikich pól. Dwa kilometry przed metą wiedziałam już dokładnie, że tylko jakaś nieoczekiwana tragedia pozbawi mnie PB. Kilka kobiet natomiast pozbawiło mnie wyróżnienia w kategorii wiekowej. Oprócz nich wyprzedził mnie też ten biegacz, który jak ja poprawiał wynik z Poznania.

Minęło 21 kilometrów. Kawałek przed metą zobaczyłam dopingującą Anię, więc zmusiłam się do przyspieszenia. Wreszcie to obiecane "z górki". ;-) Na zegarze widać było 1:34:XX i wbiegłam już powyżej 1:35, ale to brutto, a przecież nie startowałam z pierwszej linii, więc netto 1 godz 34 minuty i 56 sekund. Poniżej 1 godziny i 35 minut. Wynik z Poznania poprawiony o 56 sekund. Test zaliczony i to lepiej niż dycha w Murowanej Goślinie, bo dzisiaj przebiegłam 10 km - mając przed sobą jeszcze drugie tyle - w takim czasie, jak ukończyłam na tamtych zawodach. 



I tak jak to zwykle u mnie bywa - zadowolona jestem albo z czasu, albo z miejsca, rzadko kiedy z jednego i drugiego. No więc dzisiaj rekord, więc dobrze, a miejsce K Open: 16, K-30: 10, więc ekstremalnie słabo... Cóż... jak to mówią, wszyscy się poprawiają i coraz szybciej biegają. Widocznie ja muszę jeszcze bardziej.

sobota, 2 września 2017

Jak złamać 20 minut na 5 km bez ćwiczenia interwałów?

Tytuł kontrowersyjny i oczywiście miał taki być. ;-) Na początku krótka historia tego "łamania", a także  planów i przygotowań.

Cały sierpień grzecznie biegałam Parkrun na Cytadeli, żeby znów przypomnieć sobie trasę i móc biegać z zamkniętymi oczami. Dwa razy wzięłam udział z Fraszką i dwa razy sama. Zawiesiłam także turystykę parkrunową, byle tylko pojawić się na Cytadeli. Powiedziałam nawet tu i ówdzie, że zamierzam "trzaskać Cytadelę" dopóki, dopóty nie złamię 20 minut - sama albo z Fraszką - w zależności od okoliczności. Z psem biegałam, kiedy planowałam się ścigać. Sama bardziej kombinowałam - ćwiczyłam równe tempo albo bnp. W sierpniu było jeszcze trochę za ciepło, a moja forma za słaba. Biegałam jednak i analizowałam - to, o czym pisałam po dyszce w Murowanej, czyli jakie powinno być tempo - konkretne tempo.

(Zdjęcia z poprzednich Parkunów)


Dużo oczekiwałam po wrześniu - o tym pisałam w jednym z poprzednich wpisów, chociaż nie wprost - że jest parę takich sobót, kiedy mogę powalczyć o wynik i to może być również ta sobota. 

Od rana zapowiadało dobrze. Jeszcze kilka dni temu rozważałam, czy zabrać Fraszkę czy wystartować sama, ale prognozy przepowiadające dość niską temperaturę, a nawet deszcz przeważyły. A dziś jeszcze jedno: szalona Fraszka biegająca przed domem i myśl na jej widok: "Będzie rekord". :-)

Potem przyjazd na Cytadelę i ponowne ożywienie Fraszki w reakcji na to miejsce - podekscytowanie przed bieganiem. Do mnie dopiero wtedy dotarło, że rzeczywiście zaplanowałam ostre ściganie (głównie sama ze sobą). W ostatnich dniach pochłonęły mnie zupełnie inne sprawy. I może to dobrze, bo nie myślałam. Ba, nawet nie biegałam. Czułam więc trochę głód biegania (w przeciwności do głodu jedzenia, bo ledwie wmusiłam w siebie połowę zaplanowanego śniadania). 

Po wdrapaniu na górę tradycyjne powitania, chociaż dzisiaj trochę mniej, bo przynajmniej kilkanaście osób wybrało się na inaugurację Parkrunu w Dąbrówce. A ja na przekór chyba, zaplanowałam rekord właśnie na dziś. Tak jak kiedyś, gdy większość ścigała się na Maniackiej, ja ustanawiałam nowe PB na Cytadeli. Szkoda tylko, że również fotograf wybrał wycieczkę zamiast Parkrun Poznań.

Po rozgrzewce, podczas której nawet przez kilkadziesiąt sekund popadał deszcz, przyszła pora udać się na start. Zobaczyłam znajomego szybkobiegacza i spontanicznie, bez zastanowienia zapytałam, czy pociągnie nas (mnie i Fraszkę) na 20 minut. Zgodził się od razu, ale często tak odpowiada, więc do końca nie byłam pewna. Nie pamiętałam wtedy także, że kiedyś mnie prowadził na 22 minuty i wyszło jakieś 22.20. ;-) Powiedziałam, że musimy z Fraszką zostać "w kącie" na czas odprawy, więc poszedł ustawić się na starcie. Nie wiedziałam jednak, czy potem nas znajdzie.

Znalazł i na początku sapał za nami, bo Fraszka oczywiście pognała. Uruchomiłam za wcześnie stoper i zegarek pokazywał bardzo wolne tempo jak na nas, bo około 3.57. Nie wiem, jakie było w rzeczywistości, ale wszyscy mówili, że pognałyśmy, więc pewnie jak zwykle. Chociaż może nie... Nie czułam się tak bardzo zmęczona, a może psychika działała. Działała też w drugą stronę - skoro ten pierwszy kilometr był taki wolny, to nie mamy zapasu, jeśli zwolnimy za bardzo na drugim... 
Nasz zajączek wysunął się na prowadzenie, więc można było obserwować, czy biegniemy w dobrym tempie. Ja zresztą też co jakiś czas sprawdzałam i średnie tempo oscylowało w granicach 4.01. Biegając wiele razy Parkrun w Poznaniu (do dzisiaj 90 razy), wiedziałam, że aby dobiec po 20 minutach wystarczy średnie tempo 4.05, było więc dobrze. Zwłaszcza że na tym drugim kilometrze tempo pozostawało w tych granicach. Drugi i czwarty kilometr zwykle były dla mnie najwolniejsze, więc powinnam rozpędzić się na trzecim. Tak też zrobiłam, przyspieszając aż do 4.02. Różnice były więc niewielkie. Bałam się czwartego kilometra, ale zaczął się dobrze. Paradoksalnie nie zwalniam na podbiegu przy czołgach, tylko zaraz po nim. Tak też stało się tym razem, ale tylko do 4.09. Zając był wciąż na wyciągnięcie ręki, a zegarek także pokazywał, że jeśli przypomnę sobie finisze ćwiczone nie gdzie indziej tylko właśnie na Cytadeli - na Parkrunie i podczas CBN, to naprawdę mi się uda. Bo jeśli nie dzisiaj, to kiedy znowu? Nie byłam tak bardzo zmęczona - nie, to nie był tzw. "bieg do porzygu", raczej byłam czujna, skoncentowana, ale nie: tempo, tętno... tempo, Fraszka, czyli pilnowanie momentów i biegnięcie w taki sposób, żeby bez "tańczenia" mogła się napić. Dzięki temu biegła ładnie z przodu. Chociaż była też chwila grozy, kiedy szarpnęła na bok do jakiegoś psa. Na szczęście szybko się ogarnęła. Jeśli chodzi o tętno, to było niższe niż tydzień temu. Widocznie temperatura robi swoje. Nie chodziło więc tyle o zmęczenie, co ten stres - czy się uda. Nie chciałam ponownie tego przerabiać... już niedługo. ;-)


Wreszcie ostatni kilometr. Przyśpieszam nieświadomie. Albo już z przyzwyczajenia. A może dlatego, że zając przyspiesza. Szutr i zakręty. Jeszcze kilkaset metrów. Sprawdzam tempo: poniżej 4.00 - jest dobrze. Myślę jak bardzo już mi się nie chce i w tych myślach mówię do Fraszki (na głos oczywiście nie mam siły), żeby ciągnęła. Ostatnia prosta. Zając wyrywa do przodu. Nie ma dzisiaj zegara, więc nie widzę, ile sekund brakuje. Psy na mecie zaczynają strasznie ujadać (podobno słychać je było przy czołgach i niektórzy myśleli, że to Fraszka już na mecie), więc Fraszka przyspiesza. Doganiamy zająca. Ja przyspieszam już tylko ze strachu, że zabraknie paru sekund. Ostatecznie muszę jednak wciągać Fraszkę, bo tradycyjnie przepuściła mnie przed metą. Wbiegając usłyszałam, że jest poniżej 20 minut i życiówka, jakby ktoś śledził moje wyniki i wiedział. Nie patrząc zatrzymuję stoper. Odbieram token z nr 16 i sprawdzam czas: 19 minut 50 sekund. Cieszę się, chociaż do końca nie wierzę. Boję się, że rzeczywiście coś źle kliknęłam na początku i wcale tak szybko nie pobiegłam.



Upewniłam się i uspokoiłam dopiero, kiedy przyszedł oficjalny mail z wynikiem: 19.49. Wygląda lepiej niż 19.50. :-) Chociaż wcześniej już przyjmowałam gratulacje i nawet słowa, że dzisiaj to chyba wolno biegłyśmy, bo kogoś nie wyprzedzałyśmy. Myślałam, że to żart, a jednak prawda. Bo my od początku tak szybko. :-)


Tydzień temu - po biegu w Murowanej Goślinie - powiedziałam, że dużo bardziej będę się cieszyć, jak złamię 20 minut na Parkrunie. Na Cytadeli. I cieszę się. :-)

A teraz odpowiedź na pytanie. Krótko i konkretnie - trzeba trenować do... maratonu! :-) Tak poważnie, to myślę, że ten trening dużo mi dał. Podobnie było zresztą podczas przygotowań do poprzednich maratonów czy półmaratonów - wtedy też poprawiałam wyniki na krótszych dystansach. Wydaje mi się, że pomaga zwiększenie kilometrażu, ale także trening progowy i długie biegi na wysokim tętnie. 



W moim dzisiejszym przypadku było też parę czynników sprzyjających:
1. Kilkudniowy odpoczynek od biegania (także od myślenia o bieganiu) - trochę wymuszony, a trochę zaplanowany i wykorzystany. .
2. Odpowiedni dzień w miesiącu - dotyczy tylko kobiet w przeciwieństwie do większości czynników biologicznych, które sprzyjają mężczyznom.
3. Fraszka - dotyczy tylko mnie ;-) ale może sprzyjać albo nie sprzyjać - dzisiaj na plus, bo były kałuże na trasie.
4. Zając - pomaga w zależności od tego, co kto lubi. Mnie trudno biegać z pacemakerem, jeśli startuję z Fraszką. Mało kto rozumie, że zaczynamy wtedy szybko, a potem wyrównujemy tempo. Mój dzisiejszy pejs zna Fraszkę i ona zna jego, to też mogło pomóc. Poza tym biegł bardzo równo i nic nie mówił. :-)
5. Wolny pierwszy kilometr - myślę, że jednak dzisiaj był wolniejszy, więc zadziałała zasada odwrotna do tej, o której wspominałam po poprzednim Parkrunie z Fraszką.
6. Starannie zaplanowane tempo - jeśli już nie na poszczególnych kilometrach, to przynajmniej średnie tempo - zaplanowane+zrealizowane = (musi) planowany rezultat

To chyba tyle. Kolejnych prób na razie nie będzie. "Odpoczywam" do maratonu. :D

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Murowana Dycha, czyli pierwszy sprawdzian przed maratonem

To był pierwszy - i najkrótszy - sprawdzian przed Poznańskim Maratonem, czyli Murowana Dycha w Murowanej Goślinie. 



Kiedy zaczęłam przygotowania do maratonu, zaplanowałam też kilka takich testowych zawodów, które pojawiły się w bardzo elastycznym - tym razem - planie treningowym. W ostatnią niedzielę sierpnia chciałam pobiec dychę i taka się znalazła. I kto by pomyślał, że ja, która tak nie lubię startować latem, zdecyduję się na to, żeby się zapisać! ;-) No tak, ale to treningowo, a do tego najpierw miało być po lesie. Nic takiego nie znalazłam, a do Murowanej mam sentyment. Chociaż nigdy nie biegłam. ;-) Ale byłam dwa lata temu. Bardzo mi się podobało. Żałowałam, że nie mogę, a tym razem się udało. 

Pogoda nie była taka zła. W ostatnich dniach, kiedy biegłam, było nawet przyjemnie. No tak, ale rano to mogło być 12 stopni, o 11.00 zapowiadało się raczej cieplej. Trudno - trzeba walczyć ze słabościami, nawet jeśli to są upały. I tak prognozy mówiły o wyższych temperaturach. Na szczęście nie było słońca, które tak mnie zmęczyło w sobotę na Parkrunie. Zamiast tego niestety panowała duchota, na którą wszyscy narzekali. Ja pocieszałam się chłodzącym wiatrem.

Przyjechałam sporo przed czasem. Na szczęście na miejscu spotkałam dużo znajomych - z różnych źródeł. ;-) Można więc było porozmawiać i wspólnie przygotować się do startu. Nie zaplanowałam konkretnie, jak chcę pobiec - i to był błąd. Wolę chyba jednak takie zawody z konkretnym planem startu, kiedy mam wcześniej ustalone, jak np. na Półmaratonie Poznańskim, że mam pobiec w czasie 1 godziny 35 minut (przynajmniej około), czyli tempem 4.25 i tak biegnę. Albo trochę zwalniam. ;-) ale generalnie zmuszam się, bo tak było zaplanowane, wytrenowane i tak trzeba. To naprawdę bardzo pomaga. Co innego, jeśli biegnie mi się lepiej niż planowałam, to wtedy można kombinować - albo zwalniać albo ryzykować.

Tymczasem w Murowanej były założenia: gdzieś pomiędzy 43 minuty a 45. To drugie jeśli będzie bardzo gorąco. No i straszono mnie też trasą, że jest dużo podbiegów. Ale optymistycznie zakładałam, że pobiegnę tempem 4.15 i bardzo chciałam skończyć z czasem poniżej 44 minut, jak w Ostrowie. Wtedy oczywiście było inaczej, bo przygotowywałam się do dychy. Warunki atmosferyczne też bardziej mi sprzyjały, ale przyjęłam, że teraz jestem na innym poziomie biegowym, więc, mimo wszystko, mogę sobie stawiać takie wymagania. To "wszystko" to przede wszystkim fakt, że jestem w treningu maratońskim, a nie szybkościowym. Inna sprawa jest taka, że przed Maniacką też nie trenowałam szybkości, ale trening do półmaratonu jednak szybszy niż do maratonu.



Po rozgrzewce przyszła pora, żeby ustawić się na starcie. Jeszcze ostatnie rozmowy i pytania, kto "jak biegnie", tzn. jakim tempem. Moje towarzystwo planowało zgodnie po 4.20. Ja chciałam spróbować po 4.15, a jak nie utrzymam, to trudno. Bo mogło się tak zdarzyć, że się jeszcze spotkamy, jak mnie dogonią. Tymczasem każdy ruszył po swojemu - czyli inaczej niż planował. ;-) Jeden w tempie 4.20 przede mną, dwoje za mną. Oczywiście wcale nie było 4.20, bo mnie pierwszy kilometr wyszedł 4.06 i zaraz zaczęłam tracić na kolejnych. Potem chyba zaczęły się te górki, bo było jeszcze wolniej. Na szczęście nadrobiłam na piątym kilometrze z górki i jakoś przyspieszyłam na widok fotografów. Poza tym pojawiło się dziwne złudzenie, że to już finisz i może trochę żalu, że jeszcze nie koniec. ;-)


Pierwszą pętlę przebiegłam w 21 minut i 33 sekundy, czyli na czas poniżej 43 minut już nie miałam co liczyć. Natomiast byłam już psychicznie bardziej spokojna, bo trasa nie okazała się aż tak straszna. Wydaje mi się, że podbiegi w Swarzędzu są dużo gorsze. Tymczasem w Murowanej było dużo kurtyn wodnych, które najpierw omijałam, a potem z nich korzystałam, a także punktów wodopojowych - jeden też prawie ominęłam, ale mnie zawrócono. Na drugiej pętli zrobiło się jakoś luźniej. Na 6. kilometrze dowiedziałam się, że jestem trzecią kobietą. Po problemach z wodopojem spadłam na czwarte miejsce, ale biegłam blisko trzeciej pani tak, że w punkcie kibica "Wesoły rower" zostało to odczytane jako "ściganie" i obie zostałyśmy "zaproszone" na arbuza, jak będziemy miały "trochę wolnego czasu". Ponieważ się ścigałyśmy, to oczywiście nie miałyśmy i poleciałyśmy dalej. 



Potem oczywiście wylazł ze mnie brak ambicji zawodowej - u mnie działa tylko treningowa ;-) - więc trzecia pani spokojnie się oddaliła, a ja spokojnie człapałam... Tempo spadało na łeb na szyję, ale wciąż było poniżej 4.20. Na ósmym kilometrze wyprzedził mnie ten z ekipy po 4.20, co najpierw był przede mną, a potem za mną. Teraz on chciał pociągnąć, ale ja nie dałam rady się podczepić. Od siódmego kilometra tętno skoczyło do 185 i nie było szans, żeby spadło. Kiedy dotarłam do oznaczenia 9. kilometra i już myślałam, że spokojnie sobie doczłapię ostatni, to zobaczyłam przy nim jakiś dodatkowy "element" i zastanawiałam się, czy to kolejna atrakcja organizatorów, że każdy widzi jakiegoś swojego prywatnego motywatora tudzież innego dobrego ducha, kiedy mój duch powiedział coś do mnie i zaczął ciągnąć (i nie była to Fraszka). I musiałam przyspieszyć - ojej, jak przyspieszyłam - na szczęście było z górki - a potem już trochę gorzej, ale i tak dużo szybciej niż poprzednie kilometry. Jeszcze jedno oznaczenie - 500 m i gnam dalej. Fotograf podobno był nadal (jest nawet dowód w postaci zdjęcia), ale ja już nie widziałam. Zobaczyłam tylko zegar 43.XX i jak nieubłaganie zbliża się do 44, a ja jestem jeszcze tak daleko. I zmusiłam się jak na Maniackiej, kiedy było fantastyczne 41XX i właściwie mogłam sobie odpuścić, ale teraz czas płynął znacznie szybciej albo ja biegłam znacznie wolniej. Ale się udało - przynajmniej netto 43.54. ufff. Tętno maksymalne 190 - od wieków takiego nie było.

Co do wyniku, jak wspomniałam wcześniej, musiałam przemyśleć, czy jestem zadowolona, czy nie. Testuję ostatnio kalkulator biegowy zgodnie z zasadą, że można przeliczać wyniki z różnych dystansów na dystans maratoński, jeśli jest się w treningu maratońskim. Wynik po przeliczeniu Murowanej Dychy wypadł zadowalająco, ale chyba bardziej wiążące będą przeliczenia z półmaratonu, więc wtedy może napiszę o tym coś więcej.

Po biegu spacer do biura na ciacho i lody. Nie było niestety żadnego "konkreta", chociaż pamiętam bardzo fajne jedzonko sprzed dwóch lat. Potem oczekiwanie na dekorację i puchary - 1. miejsce w kategorii K-30 oraz 2. miejsce wśród kobiet w powiecie poznańskim. Dodatkowa radość ze zwycięstwa drużyny parkrun Poznań na 10 km i myśl, że gdybym trochę szybciej pobiegła, to bym się może do tej drużyny załapała. ;-) Jest motywacja.



Z Murowanej Gośliny kolejne fajne wspomnienia i możecie się ze mnie śmiać, ale ja najbardziej cieszę się z koszulki. Bo nie jest jedną z kilkudziesięciu, bo jest naprawdę ładna i wygodna - idealna na lato. 




Tymczasem trzeba wracać do zwykłych treningów. Dzisiaj trochę na zmęczeniu, ale takie też się przydadzą - zawsze wtedy powtarzam sobie, że na maratonie będę cały czas się tak czuć. :-)


MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa