niedziela, 17 września 2017

Łamanie nie zawsze się udaje, czyli kolejny dowód na to, że Fraszka biega szybciej ode mnie ;-)

Dzisiaj kolejne podejście albo raczej próba szybkiego biegania czy też inaczej: ostatnia zabawa przed maratonem. ;-) Kto mnie zna, ten wie lub domyśla się, o co chodzi. W razie czego wyjaśniam: dzisiaj było ostatnie ściganie na Parkrunie, tzn. ostatnie przed maratonem. Wcześniej planowałam takie trzy dni, kiedy mogę szybciej pobiec. Dzisiaj był ten drugi, a trzeciego nie będzie, bo nie wiem, czy w ogóle wtedy zjawię się na Cytadeli, a jeśli tak, to już nie planuję szybkiego biegania. 



Dziś od rana zimno, więc idealna pogoda dla biegaczy - dwunożnych i czworonożnych, bo Fraszka też szalała. Niestety postanowiłam, że drugie podejście wykonam sama. Wyniki z nią i bez niej były bardzo rozbieżne: 20.02 oraz 20.35. Rozbieżności wynikały też z daty, kiedy te rekordy zostały ustanowione. Dwa tygodnie temu gładko poszło nam poniżej 20 minut, no ale od 20.02 to niewiele brakowało. Dzisiaj postawiłam sobie bardziej wymagające wyzwanie, bo musiałabym się poprawić o dużo więcej, chcąc pobiec 19.XX. Wyzwanie jeszcze większe, bo na Cytadeli sama najszybciej pobiegłam 20.38, czyli trzeba byłoby pobiec lepiej o jakieś 40 sekund! W Swarzędzu na dystansie półmaratonu poprawiłam się o 56 sekund. A teraz dystans dużo krótszy, a do poprawy... znacząca liczba sekund. ;-) 



Nastawiłam się jednak bojowo, jak to mnie się rzadko zdarza, ale na piątkę jednak czasami, i wystartowałam z pierwszej linii. Zbieg i podbieg, tempo 3.54 spadło do 4.00 i... już mi się odechciało... Oczywiście się nie poddałam, tylko w myślach nakrzyczałam na siebie, że znowu zbyt słabo się rozgrzałam i dlatego nie mogę wejść od razu w tempo. Biegłam dalej.




Koniec pierwszego kilometra z górki, więc przyspieszyłam i ostatecznie 3.57. Dalej też nie weszłam w tempo, które spadło do 4.27. Pomyślałam, że to żart, który robi mi Garmin zawsze w tym miejscu, więc poleciałam dalej. No i rzeczywiście bez dalszych dowcipów, pobiegłam ten kilometr w 4.10, chociaż coś mi się przywidziało, że to było 4.00. :-) Średnie tempo mi jakoś nie pasowało, ale łudząc się, że to prawda, zmotywowałam się do dalszego szybkiego biegu. Tym razem rzeczywiście tak było, bo Garmin zmierzył 4.02.



Zatem jak zwykle pozostało utrzymać to przy czołgach - udało się 4.08, a potem pocisnąć końcówkę. Przestałam w końcu patrzeć na tempo i spojrzałam na czas. To było jakoś przed ostatnim zakrętem - 18.41. Wydawało mi się, że ponad minutę, to dużo. Przyspieszyłam i ten kilometr pobiegłam w tempie 3.58... co nic nie dało, bo na mecie okazało się, że było już powyżej 20 minut, tzn. 20 minut i 1 sekunda. :-) 



Oficjalnie 20 minut złamane dwa tygodnie temu, więc dzisiaj nie trzeba nic łamać. Cieszę się, że sama też potrafię tak szybko biegać. Myślę już trochę o tym, jak miło będzie pościgać się po maratonie. Tymczasem wydaje mi się, że z Fraszką dzisiaj mogło być jakieś 19.30. ;-)

wtorek, 12 września 2017

Pod górkę, w deszczu i pod wiatr, a jednak jest życiówka na 2. Półmaratonie w Swarzędzu

Od pewnego czasu zaczął mi się już śnić maraton. Tzn. takie pomieszanie maratonu z półmaratonem i innymi startami. W tych snach generalnie to same tragedie: buty się rozpadają, Garmin nie działa, a ja spóźniam się na start, bo nie zdążam oddać rzeczy do depozytu. ;-)

W takiej atmosferze przyszła pora na - drugi po dyszce w Murowanej Goślinie - sprawdzian przed maratonem. Połówka jako test to niby takie normalne, ale ja od paru lat półmaraton biegam tylko na wiosnę. Do tego jedynie w Poznaniu. Dlatego nie mogłam się jakoś odpowiednio nastawić. Poza tym przed poznańską połówką trenowałam tylko i wyłącznie pod ten dystans. Teraz koncentruję się przede wszystkim na maratonie, a że przypadkiem wpada też rekord na 5 km, to w porządku. Ale piątka jest krótka, więc żaden problem. Co innego półmaraton. Skoro nie trenuję biegów w tempie półmaratońskim, to nie wiem nawet, jakie ono obecnie jest. W Murowanej biegłam średnio po 4.20 na kilometr, a teraz miałam przyjąć, że dam radę pobiec 21 km po 4.25 żeby poprawić rekord z Poznania?

Oczywiście, że tak przyjęłam. :-) A to m.in. dlatego, że w ostatnich dniach pogoda zaczęła bardziej sprzyjać - przynajmniej mnie - tętno było niższe, a mnie się lepiej biegało. Niestety w tym tygodniu - też w związku z tą pogodą - pojawiły się problemy ze zdrowiem. Nie jakieś ciężkie, ale stan przeziębieniowy trwał właściwie cały czas. Może trzeba było sobie odpuścić jeden trening albo np. nie pobiec w sobotę na Cytadeli, ale ponieważ swarzędzki półmaraton nie był startem docelowym, uznałam, że nie muszę być tak bardzo wypoczęta. Poskutkowało to jednak tym, że dzisiaj obudziłam się bardzo zmęczona. Ponadto od wczoraj bolały mnie plecy. Dlatego dzień zaczęłam od rozciągania i rolowania. Dopiero potem było lekkie śniadanie. A kiedy nadal lekko zaspana zaczęłam zbierać się do wyjścia, pomyślałam, że - inaczej niż zwykle - wypiję jeszcze kawę. Nie wiem, czy kawa czy może jeszcze zdjęcia z wczorajszego Parkrunu, które przy okazji obejrzałam, ale coś z tych rzeczy sprawiło, że dużo lepiej mi się wychodziło z domu. Poza tym w odpowiedzi na sen o butach, wyjęłam moje stare, "lekko" już podziurawione Asicsy. Od paru miesięcy biegam już w nowszym modelu i wydawało się, że dawno je już rozbiegałam, a jednak na Murowanej na końcu mnie cisnęły. Tam była dycha, więc pomyślałam, że lepiej nie ryzykować na dystansie dwa razy dłuższym. Od razu po założeniu tych starych poczułam się lepiej. Raz, że bardziej rozbiegane, a dwa, że wydaje mi się, że ten starszy model był rzeczywiście szerzy. Wszystko wskazuje na to, że również te stare doczekają się maratonu. ;-)

Tymczasem czekała mnie połówka. Po wyjściu z domu jeszcze jedna rzecz poprawiła mi humor - padający deszcz. :-) Teraz przeklinajcie mnie wszyscy, którzy lubicie biegać, jak jest ciepło i słonecznie. ;-) Otóż ja nie lubię. :-) Motywacja i nastrój były więc coraz lepsze, co utrzymało się po dojeździe na miejsce i spotkaniu ze znajomymi biegaczami. Odebrałam pakiet, w którym nie było nic poza informatorem, numerem startowym i puszką piwa bezalkoholowego, i poszłam przygotować się do startu. Przy okazji odkryłam, że znów na biegu pojawiły się "Polskie Kenijki", których jeszcze kilka dni temu nie było na listach startowych. No cóż, nagrody finansowe przyciągają. Ja też, chociaż ostatnio wspominałam, że puchary już tak nie cieszą, myślałam o możliwości załapania się na podium, ponieważ... za półmaraton pucharu jeszcze nie mam. ;-) 

Rozgrzewka pokazała, że plecy nie przeszkadzają w biegu. Nie mogę tylko się za bardzo skręcać, a to dobrze, bo mam taką niedobrą tendencję, którą może dzięki temu uda się wyeliminować. W drodze na start powtarzałam sobie, że nie mogę pozwolić na zbyt luźne podejście, tzn. ponownie bez nastawienia na konkretny wynik, lecz muszę postawić sobie jasny cel. Oczywiście w głowie odzywał się drugi głos, który mówił, że to sprawdzian, więc nie trzeba biec na maksa i poprawiać życiówki. A dlaczego nie poprawić? Skoro pogoda taka idealna? ;-)

Wypowiedziałam głośno cel - poniżej 1 godz 35 min, więc poczułam się zobowiązana, żeby go zrealizować. Na szczęście znajomi, którzy o tym usłyszeli, odpowiedzieli bardzo pozytywnie, że dam radę. Przy okazji dodali parę informacji na temat trasy, która miała być płaska i generalnie bardzo przyjemna. A jak było naprawdę...


Zaczęło się oczywiście tak przyjemnie, bo co to za tempo 4.25 przez parę kilometrów. Nogi poniosły mnie więc znacznie szybciej. A i tak usłyszałam za sobą: "Gonię cię Aguś", a po chwili już przed sobą, więc zostałam wyprzedzona, chociaż biegłam szybciej niż zamierzałam. Trzeba było się stopować, bo chociaż bal już trwał, zabawa miała się dopiero zacząć... przypuszczałam, że tak około 15. kilometra. A na początku podbiegi. Jeden.... dwa... tempo trochę spada, ale nadrabiam z górki - jest dobrze. Bardzo dobrze. Za dobrze. Trzeba zwolnić.



Fotograf na 5. kilometrze - chyba jeszcze wyglądałam też dobrze. ;-) Trzeci podbieg - nie pamiętam, żeby był w planach, ale spoko. Byle do połowy. Potem przecież obiecali, że z górki będzie. ;-)




Sprawdzałam tempo, żeby za bardzo sobie nie pofolgować podczas zwalniania i wtedy jeden z biegaczy zagadnął mnie o to. Tak sobie wbijałam do głowy to 4.25, że zamiast odpowiedzieć, jakim tempem biegniemy, powiedziałam właśnie: "4,25". Wymieniliśmy jeszcze parę słów na temat celów. Powiedział, że w Poznaniu pobiegł nieco ponad 1 godz 36 minut i chciałby teraz lepiej. Odparłam, że ja podobnie na jakąś godzinę 35 minut. Stwierdził, że będzie obserwował. Biegł chwilę przede mną, a potem puścił mnie przodem.



Cały czas nie zapowiadało się na tę część z górki, bo potem wbiegliśmy na odcinek przy trasie szybkiego ruchu, gdzie podobno było minimalnie - ale niezmiennie - pod górę. Do tego asfalt, który kleił się do butów i nijak nie mogłam utrzymać planowanego tempa. Chwilę biegłam z innym biegaczem, który w końcu nie wytrzymał i zapytał, czy biegnę na jakiś konkretny czas. Powiedziałam, że na 1 godz 35 minut, a on na to, że za szybko. Wiadomo, że za szybko. Ale wiadomo też było, że potem zwolnię. Tzn. ja wiedziałam. ;-) Dodał coś jeszcze, że mam płytki oddech i że mam głębiej oddychać, to szybciej nabiorę sił. Rzeczywiście pomogło, ale na chwilę, bo chyba jednak nie umiem tak oddychać. Powiedział, że on biegnie treningowo do 14. kilometra, a potem zobaczy. Nie wytrzymał jednak ze mną (pewnie to sapanie mu przeszkadzało), bo przyspieszył, chociaż to był dopiero 9. kilometr. 

Nieprzyjemny odcinek wreszcie się skończył. Na 10. kilometrze: żel, wodopój, kolejne spotkanie z fotografem i dogonienie jednej z moich młodszych rywalek, czyli same miłe rzeczy. To wyprzedzenie okazało się jednak tylko chwilowe. Chyba większość osób zaplanowała sobie przyspieszanie po połowie, bo dużo osób zaczęło mnie wtedy mijać. Myślałam, że się ogarnę po tym człapaniu, a tymczasem było jeszcze gorzej, ponieważ wybiegliśmy ze Swarzędza i kontynuowaliśmy wśród wiejskich pól Paczkowa. Pamiętam, że rozmawiałam z kolegą o tym, że będzie wiało, ale nie przejęłam się tym. Dużo osób narzekało na wiatr w Poznaniu na Hetmańskiej, a ja nawet nie zwróciłam na niego uwagi. Już zapomniałam o takich polnych półmaratonach, jak na przykład Szamotuły. Ucieszyłam się na widok znaku: Teren zabudowany, bo pomyślałam, ze pola się skończą. Przecież kiedyś muszą! Chyba powinniśmy już biec w stronę mety. Tymczasem kolejne oznaczenie: Koniec terenu zabudowanego i dalej pola urokliwych miejscowości, takich jak Łowęcin i Sarbinowo. Nie dość, że wiatr, to jeszcze pod górę. A już miało być z górki! A ten kolega mówił, że w którąś stronę będziemy mieli wiatr w plecy... Walczyłam i się męczyłam, ale na szczęście dzięki temu kilometry mijały subiektywnie szybko. Podobnie jak spadało tempo...

Wyraźnie słabłam, więc w głowie znowu zaczęły pojawiać się myśli, że to sprawdzian i nie muszę pobijać rekordu, że nie dzisiaj, nie na tej trasie, że zrobię to sobie spokojnie na wiosnę w Poznaniu. 15. kilometr i wodopój - wypiłam trzy łyki wody i trochę mi się poprawiło. Na ostatnie cztery kilometry miałam przygotowany żel z kofeiną, tylko że nie sprawdziłam wcześniej, czy tam gdzieś jeszcze będzie punkt odżywczy, żebym mogła go popić. Oczywiście do mety już nic nie było. Biegłam więc, tradycyjnie korzystając z zapasu sekund, który się kurczył, ale zaplanowałam z nadwyżką. Poza tym odkąd biegam z nowym zegarkiem, jest niewielka różnica między Garminem a oznaczeniami na trasie, więc cały czas była szansa na życiówkę, a nawet na bieg poniżej 1 godz 35 minut. Wreszcie upragniony znak: Swarzędz i teren zabudowany. Hurra! W końcu koniec dzikich pól. Dwa kilometry przed metą wiedziałam już dokładnie, że tylko jakaś nieoczekiwana tragedia pozbawi mnie PB. Kilka kobiet natomiast pozbawiło mnie wyróżnienia w kategorii wiekowej. Oprócz nich wyprzedził mnie też ten biegacz, który jak ja poprawiał wynik z Poznania.

Minęło 21 kilometrów. Kawałek przed metą zobaczyłam dopingującą Anię, więc zmusiłam się do przyspieszenia. Wreszcie to obiecane "z górki". ;-) Na zegarze widać było 1:34:XX i wbiegłam już powyżej 1:35, ale to brutto, a przecież nie startowałam z pierwszej linii, więc netto 1 godz 34 minuty i 56 sekund. Poniżej 1 godziny i 35 minut. Wynik z Poznania poprawiony o 56 sekund. Test zaliczony i to lepiej niż dycha w Murowanej Goślinie, bo dzisiaj przebiegłam 10 km - mając przed sobą jeszcze drugie tyle - w takim czasie, jak ukończyłam na tamtych zawodach. 



I tak jak to zwykle u mnie bywa - zadowolona jestem albo z czasu, albo z miejsca, rzadko kiedy z jednego i drugiego. No więc dzisiaj rekord, więc dobrze, a miejsce K Open: 16, K-30: 10, więc ekstremalnie słabo... Cóż... jak to mówią, wszyscy się poprawiają i coraz szybciej biegają. Widocznie ja muszę jeszcze bardziej.

sobota, 2 września 2017

Jak złamać 20 minut na 5 km bez ćwiczenia interwałów?

Tytuł kontrowersyjny i oczywiście miał taki być. ;-) Na początku krótka historia tego "łamania", a także  planów i przygotowań.

Cały sierpień grzecznie biegałam Parkrun na Cytadeli, żeby znów przypomnieć sobie trasę i móc biegać z zamkniętymi oczami. Dwa razy wzięłam udział z Fraszką i dwa razy sama. Zawiesiłam także turystykę parkrunową, byle tylko pojawić się na Cytadeli. Powiedziałam nawet tu i ówdzie, że zamierzam "trzaskać Cytadelę" dopóki, dopóty nie złamię 20 minut - sama albo z Fraszką - w zależności od okoliczności. Z psem biegałam, kiedy planowałam się ścigać. Sama bardziej kombinowałam - ćwiczyłam równe tempo albo bnp. W sierpniu było jeszcze trochę za ciepło, a moja forma za słaba. Biegałam jednak i analizowałam - to, o czym pisałam po dyszce w Murowanej, czyli jakie powinno być tempo - konkretne tempo.

(Zdjęcia z poprzednich Parkunów)


Dużo oczekiwałam po wrześniu - o tym pisałam w jednym z poprzednich wpisów, chociaż nie wprost - że jest parę takich sobót, kiedy mogę powalczyć o wynik i to może być również ta sobota. 

Od rana zapowiadało dobrze. Jeszcze kilka dni temu rozważałam, czy zabrać Fraszkę czy wystartować sama, ale prognozy przepowiadające dość niską temperaturę, a nawet deszcz przeważyły. A dziś jeszcze jedno: szalona Fraszka biegająca przed domem i myśl na jej widok: "Będzie rekord". :-)

Potem przyjazd na Cytadelę i ponowne ożywienie Fraszki w reakcji na to miejsce - podekscytowanie przed bieganiem. Do mnie dopiero wtedy dotarło, że rzeczywiście zaplanowałam ostre ściganie (głównie sama ze sobą). W ostatnich dniach pochłonęły mnie zupełnie inne sprawy. I może to dobrze, bo nie myślałam. Ba, nawet nie biegałam. Czułam więc trochę głód biegania (w przeciwności do głodu jedzenia, bo ledwie wmusiłam w siebie połowę zaplanowanego śniadania). 

Po wdrapaniu na górę tradycyjne powitania, chociaż dzisiaj trochę mniej, bo przynajmniej kilkanaście osób wybrało się na inaugurację Parkrunu w Dąbrówce. A ja na przekór chyba, zaplanowałam rekord właśnie na dziś. Tak jak kiedyś, gdy większość ścigała się na Maniackiej, ja ustanawiałam nowe PB na Cytadeli. Szkoda tylko, że również fotograf wybrał wycieczkę zamiast Parkrun Poznań.

Po rozgrzewce, podczas której nawet przez kilkadziesiąt sekund popadał deszcz, przyszła pora udać się na start. Zobaczyłam znajomego szybkobiegacza i spontanicznie, bez zastanowienia zapytałam, czy pociągnie nas (mnie i Fraszkę) na 20 minut. Zgodził się od razu, ale często tak odpowiada, więc do końca nie byłam pewna. Nie pamiętałam wtedy także, że kiedyś mnie prowadził na 22 minuty i wyszło jakieś 22.20. ;-) Powiedziałam, że musimy z Fraszką zostać "w kącie" na czas odprawy, więc poszedł ustawić się na starcie. Nie wiedziałam jednak, czy potem nas znajdzie.

Znalazł i na początku sapał za nami, bo Fraszka oczywiście pognała. Uruchomiłam za wcześnie stoper i zegarek pokazywał bardzo wolne tempo jak na nas, bo około 3.57. Nie wiem, jakie było w rzeczywistości, ale wszyscy mówili, że pognałyśmy, więc pewnie jak zwykle. Chociaż może nie... Nie czułam się tak bardzo zmęczona, a może psychika działała. Działała też w drugą stronę - skoro ten pierwszy kilometr był taki wolny, to nie mamy zapasu, jeśli zwolnimy za bardzo na drugim... 
Nasz zajączek wysunął się na prowadzenie, więc można było obserwować, czy biegniemy w dobrym tempie. Ja zresztą też co jakiś czas sprawdzałam i średnie tempo oscylowało w granicach 4.01. Biegając wiele razy Parkrun w Poznaniu (do dzisiaj 90 razy), wiedziałam, że aby dobiec po 20 minutach wystarczy średnie tempo 4.05, było więc dobrze. Zwłaszcza że na tym drugim kilometrze tempo pozostawało w tych granicach. Drugi i czwarty kilometr zwykle były dla mnie najwolniejsze, więc powinnam rozpędzić się na trzecim. Tak też zrobiłam, przyspieszając aż do 4.02. Różnice były więc niewielkie. Bałam się czwartego kilometra, ale zaczął się dobrze. Paradoksalnie nie zwalniam na podbiegu przy czołgach, tylko zaraz po nim. Tak też stało się tym razem, ale tylko do 4.09. Zając był wciąż na wyciągnięcie ręki, a zegarek także pokazywał, że jeśli przypomnę sobie finisze ćwiczone nie gdzie indziej tylko właśnie na Cytadeli - na Parkrunie i podczas CBN, to naprawdę mi się uda. Bo jeśli nie dzisiaj, to kiedy znowu? Nie byłam tak bardzo zmęczona - nie, to nie był tzw. "bieg do porzygu", raczej byłam czujna, skoncentowana, ale nie: tempo, tętno... tempo, Fraszka, czyli pilnowanie momentów i biegnięcie w taki sposób, żeby bez "tańczenia" mogła się napić. Dzięki temu biegła ładnie z przodu. Chociaż była też chwila grozy, kiedy szarpnęła na bok do jakiegoś psa. Na szczęście szybko się ogarnęła. Jeśli chodzi o tętno, to było niższe niż tydzień temu. Widocznie temperatura robi swoje. Nie chodziło więc tyle o zmęczenie, co ten stres - czy się uda. Nie chciałam ponownie tego przerabiać... już niedługo. ;-)


Wreszcie ostatni kilometr. Przyśpieszam nieświadomie. Albo już z przyzwyczajenia. A może dlatego, że zając przyspiesza. Szutr i zakręty. Jeszcze kilkaset metrów. Sprawdzam tempo: poniżej 4.00 - jest dobrze. Myślę jak bardzo już mi się nie chce i w tych myślach mówię do Fraszki (na głos oczywiście nie mam siły), żeby ciągnęła. Ostatnia prosta. Zając wyrywa do przodu. Nie ma dzisiaj zegara, więc nie widzę, ile sekund brakuje. Psy na mecie zaczynają strasznie ujadać (podobno słychać je było przy czołgach i niektórzy myśleli, że to Fraszka już na mecie), więc Fraszka przyspiesza. Doganiamy zająca. Ja przyspieszam już tylko ze strachu, że zabraknie paru sekund. Ostatecznie muszę jednak wciągać Fraszkę, bo tradycyjnie przepuściła mnie przed metą. Wbiegając usłyszałam, że jest poniżej 20 minut i życiówka, jakby ktoś śledził moje wyniki i wiedział. Nie patrząc zatrzymuję stoper. Odbieram token z nr 16 i sprawdzam czas: 19 minut 50 sekund. Cieszę się, chociaż do końca nie wierzę. Boję się, że rzeczywiście coś źle kliknęłam na początku i wcale tak szybko nie pobiegłam.



Upewniłam się i uspokoiłam dopiero, kiedy przyszedł oficjalny mail z wynikiem: 19.49. Wygląda lepiej niż 19.50. :-) Chociaż wcześniej już przyjmowałam gratulacje i nawet słowa, że dzisiaj to chyba wolno biegłyśmy, bo kogoś nie wyprzedzałyśmy. Myślałam, że to żart, a jednak prawda. Bo my od początku tak szybko. :-)


Tydzień temu - po biegu w Murowanej Goślinie - powiedziałam, że dużo bardziej będę się cieszyć, jak złamię 20 minut na Parkrunie. Na Cytadeli. I cieszę się. :-)

A teraz odpowiedź na pytanie. Krótko i konkretnie - trzeba trenować do... maratonu! :-) Tak poważnie, to myślę, że ten trening dużo mi dał. Podobnie było zresztą podczas przygotowań do poprzednich maratonów czy półmaratonów - wtedy też poprawiałam wyniki na krótszych dystansach. Wydaje mi się, że pomaga zwiększenie kilometrażu, ale także trening progowy i długie biegi na wysokim tętnie. 



W moim dzisiejszym przypadku było też parę czynników sprzyjających:
1. Kilkudniowy odpoczynek od biegania (także od myślenia o bieganiu) - trochę wymuszony, a trochę zaplanowany i wykorzystany. .
2. Odpowiedni dzień w miesiącu - dotyczy tylko kobiet w przeciwieństwie do większości czynników biologicznych, które sprzyjają mężczyznom.
3. Fraszka - dotyczy tylko mnie ;-) ale może sprzyjać albo nie sprzyjać - dzisiaj na plus, bo były kałuże na trasie.
4. Zając - pomaga w zależności od tego, co kto lubi. Mnie trudno biegać z pacemakerem, jeśli startuję z Fraszką. Mało kto rozumie, że zaczynamy wtedy szybko, a potem wyrównujemy tempo. Mój dzisiejszy pejs zna Fraszkę i ona zna jego, to też mogło pomóc. Poza tym biegł bardzo równo i nic nie mówił. :-)
5. Wolny pierwszy kilometr - myślę, że jednak dzisiaj był wolniejszy, więc zadziałała zasada odwrotna do tej, o której wspominałam po poprzednim Parkrunie z Fraszką.
6. Starannie zaplanowane tempo - jeśli już nie na poszczególnych kilometrach, to przynajmniej średnie tempo - zaplanowane+zrealizowane = (musi) planowany rezultat

To chyba tyle. Kolejnych prób na razie nie będzie. "Odpoczywam" do maratonu. :D

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Murowana Dycha, czyli pierwszy sprawdzian przed maratonem

To był pierwszy - i najkrótszy - sprawdzian przed Poznańskim Maratonem, czyli Murowana Dycha w Murowanej Goślinie. 



Kiedy zaczęłam przygotowania do maratonu, zaplanowałam też kilka takich testowych zawodów, które pojawiły się w bardzo elastycznym - tym razem - planie treningowym. W ostatnią niedzielę sierpnia chciałam pobiec dychę i taka się znalazła. I kto by pomyślał, że ja, która tak nie lubię startować latem, zdecyduję się na to, żeby się zapisać! ;-) No tak, ale to treningowo, a do tego najpierw miało być po lesie. Nic takiego nie znalazłam, a do Murowanej mam sentyment. Chociaż nigdy nie biegłam. ;-) Ale byłam dwa lata temu. Bardzo mi się podobało. Żałowałam, że nie mogę, a tym razem się udało. 

Pogoda nie była taka zła. W ostatnich dniach, kiedy biegłam, było nawet przyjemnie. No tak, ale rano to mogło być 12 stopni, o 11.00 zapowiadało się raczej cieplej. Trudno - trzeba walczyć ze słabościami, nawet jeśli to są upały. I tak prognozy mówiły o wyższych temperaturach. Na szczęście nie było słońca, które tak mnie zmęczyło w sobotę na Parkrunie. Zamiast tego niestety panowała duchota, na którą wszyscy narzekali. Ja pocieszałam się chłodzącym wiatrem.

Przyjechałam sporo przed czasem. Na szczęście na miejscu spotkałam dużo znajomych - z różnych źródeł. ;-) Można więc było porozmawiać i wspólnie przygotować się do startu. Nie zaplanowałam konkretnie, jak chcę pobiec - i to był błąd. Wolę chyba jednak takie zawody z konkretnym planem startu, kiedy mam wcześniej ustalone, jak np. na Półmaratonie Poznańskim, że mam pobiec w czasie 1 godziny 35 minut (przynajmniej około), czyli tempem 4.25 i tak biegnę. Albo trochę zwalniam. ;-) ale generalnie zmuszam się, bo tak było zaplanowane, wytrenowane i tak trzeba. To naprawdę bardzo pomaga. Co innego, jeśli biegnie mi się lepiej niż planowałam, to wtedy można kombinować - albo zwalniać albo ryzykować.

Tymczasem w Murowanej były założenia: gdzieś pomiędzy 43 minuty a 45. To drugie jeśli będzie bardzo gorąco. No i straszono mnie też trasą, że jest dużo podbiegów. Ale optymistycznie zakładałam, że pobiegnę tempem 4.15 i bardzo chciałam skończyć z czasem poniżej 44 minut, jak w Ostrowie. Wtedy oczywiście było inaczej, bo przygotowywałam się do dychy. Warunki atmosferyczne też bardziej mi sprzyjały, ale przyjęłam, że teraz jestem na innym poziomie biegowym, więc, mimo wszystko, mogę sobie stawiać takie wymagania. To "wszystko" to przede wszystkim fakt, że jestem w treningu maratońskim, a nie szybkościowym. Inna sprawa jest taka, że przed Maniacką też nie trenowałam szybkości, ale trening do półmaratonu jednak szybszy niż do maratonu.



Po rozgrzewce przyszła pora, żeby ustawić się na starcie. Jeszcze ostatnie rozmowy i pytania, kto "jak biegnie", tzn. jakim tempem. Moje towarzystwo planowało zgodnie po 4.20. Ja chciałam spróbować po 4.15, a jak nie utrzymam, to trudno. Bo mogło się tak zdarzyć, że się jeszcze spotkamy, jak mnie dogonią. Tymczasem każdy ruszył po swojemu - czyli inaczej niż planował. ;-) Jeden w tempie 4.20 przede mną, dwoje za mną. Oczywiście wcale nie było 4.20, bo mnie pierwszy kilometr wyszedł 4.06 i zaraz zaczęłam tracić na kolejnych. Potem chyba zaczęły się te górki, bo było jeszcze wolniej. Na szczęście nadrobiłam na piątym kilometrze z górki i jakoś przyspieszyłam na widok fotografów. Poza tym pojawiło się dziwne złudzenie, że to już finisz i może trochę żalu, że jeszcze nie koniec. ;-)


Pierwszą pętlę przebiegłam w 21 minut i 33 sekundy, czyli na czas poniżej 43 minut już nie miałam co liczyć. Natomiast byłam już psychicznie bardziej spokojna, bo trasa nie okazała się aż tak straszna. Wydaje mi się, że podbiegi w Swarzędzu są dużo gorsze. Tymczasem w Murowanej było dużo kurtyn wodnych, które najpierw omijałam, a potem z nich korzystałam, a także punktów wodopojowych - jeden też prawie ominęłam, ale mnie zawrócono. Na drugiej pętli zrobiło się jakoś luźniej. Na 6. kilometrze dowiedziałam się, że jestem trzecią kobietą. Po problemach z wodopojem spadłam na czwarte miejsce, ale biegłam blisko trzeciej pani tak, że w punkcie kibica "Wesoły rower" zostało to odczytane jako "ściganie" i obie zostałyśmy "zaproszone" na arbuza, jak będziemy miały "trochę wolnego czasu". Ponieważ się ścigałyśmy, to oczywiście nie miałyśmy i poleciałyśmy dalej. 



Potem oczywiście wylazł ze mnie brak ambicji zawodowej - u mnie działa tylko treningowa ;-) - więc trzecia pani spokojnie się oddaliła, a ja spokojnie człapałam... Tempo spadało na łeb na szyję, ale wciąż było poniżej 4.20. Na ósmym kilometrze wyprzedził mnie ten z ekipy po 4.20, co najpierw był przede mną, a potem za mną. Teraz on chciał pociągnąć, ale ja nie dałam rady się podczepić. Od siódmego kilometra tętno skoczyło do 185 i nie było szans, żeby spadło. Kiedy dotarłam do oznaczenia 9. kilometra i już myślałam, że spokojnie sobie doczłapię ostatni, to zobaczyłam przy nim jakiś dodatkowy "element" i zastanawiałam się, czy to kolejna atrakcja organizatorów, że każdy widzi jakiegoś swojego prywatnego motywatora tudzież innego dobrego ducha, kiedy mój duch powiedział coś do mnie i zaczął ciągnąć (i nie była to Fraszka). I musiałam przyspieszyć - ojej, jak przyspieszyłam - na szczęście było z górki - a potem już trochę gorzej, ale i tak dużo szybciej niż poprzednie kilometry. Jeszcze jedno oznaczenie - 500 m i gnam dalej. Fotograf podobno był nadal (jest nawet dowód w postaci zdjęcia), ale ja już nie widziałam. Zobaczyłam tylko zegar 43.XX i jak nieubłaganie zbliża się do 44, a ja jestem jeszcze tak daleko. I zmusiłam się jak na Maniackiej, kiedy było fantastyczne 41XX i właściwie mogłam sobie odpuścić, ale teraz czas płynął znacznie szybciej albo ja biegłam znacznie wolniej. Ale się udało - przynajmniej netto 43.54. ufff. Tętno maksymalne 190 - od wieków takiego nie było.

Co do wyniku, jak wspomniałam wcześniej, musiałam przemyśleć, czy jestem zadowolona, czy nie. Testuję ostatnio kalkulator biegowy zgodnie z zasadą, że można przeliczać wyniki z różnych dystansów na dystans maratoński, jeśli jest się w treningu maratońskim. Wynik po przeliczeniu Murowanej Dychy wypadł zadowalająco, ale chyba bardziej wiążące będą przeliczenia z półmaratonu, więc wtedy może napiszę o tym coś więcej.

Po biegu spacer do biura na ciacho i lody. Nie było niestety żadnego "konkreta", chociaż pamiętam bardzo fajne jedzonko sprzed dwóch lat. Potem oczekiwanie na dekorację i puchary - 1. miejsce w kategorii K-30 oraz 2. miejsce wśród kobiet w powiecie poznańskim. Dodatkowa radość ze zwycięstwa drużyny parkrun Poznań na 10 km i myśl, że gdybym trochę szybciej pobiegła, to bym się może do tej drużyny załapała. ;-) Jest motywacja.



Z Murowanej Gośliny kolejne fajne wspomnienia i możecie się ze mnie śmiać, ale ja najbardziej cieszę się z koszulki. Bo nie jest jedną z kilkudziesięciu, bo jest naprawdę ładna i wygodna - idealna na lato. 




Tymczasem trzeba wracać do zwykłych treningów. Dzisiaj trochę na zmęczeniu, ale takie też się przydadzą - zawsze wtedy powtarzam sobie, że na maratonie będę cały czas się tak czuć. :-)


sobota, 19 sierpnia 2017

Cytadela w noc, Cytadela w dzień, czyli w sobotę Parkrun, w czwartek CBN

Wybrałam się w końcu na bieg z cyklu Cytadela by Night, o którym wcześniej tylko słuchałam i czytałam, a raczej mi nie przyszło do głowy, żeby na niego dotrzeć. Tzn. przyszło, że wybiorę się właśnie latem. Bo to dla mnie późna pora i zwykle ciemno, a w wakacje istniała szansa, że jednak będzie jasno i uda się jakoś odespać. Niestety okazało się, że w sierpniu to i tak już ciemno.

Ale trochę modyfikowałam tygodniowy plan biegowy i wyszło na to, że bieg w czwartek bardzo mi pasuje. Kolejny argument był taki, że zmęczona (zwłaszcza psychicznie), długimi wybieganiami, potrzebowałam jakiegoś treningu z ludźmi. Do tego dochodziła fajna znajoma trasa (nadrabiam nieobecności na Parkrunie ;-)) no i szansa trochę dłuższego rozbiegania butów, które z założenia mają być startowe na maraton, a jednak są mało zakładane, bo po polach i lasach w nich nie biegam.

Nastawiłam się odpowiednio - to znaczy tak, żeby za wcześnie nie zachciało mi się spać i dotarłam na Cytadelę już po 20.00. Miałam się trochę rozgrzać i doklepać, a właściwie chyba odklepać, skoro wcześniej ;-) trochę kilometrów, żeby potem skupić się na prędkości. Trochę się zagadałam, ale udało się pobiec 2 kaemy zwłaszcza, kiedy odkryłam, że prawie wcale znajomych nie ma, bo to zupełnie inna ekipa niż na Parkrunie, ale nic dziwnego, skoro na wspomnienie, że można pobiec tą trasą w sobotę o 9.00, odpowiedziały zbolałe jęki, jakby wszyscy w weekend spali do 11.00. ;-)

Minus niestety taki, że musiałam biec z czołówką. Na początku w tłumie dosyć jasno, ale potem się rozciągnęliśmy. Zresztą to treningowo, nie tak niebezpiecznie jak na Botaniku. Stanęłam chyba za bardzo z tyłu, bo potem musiałam przeciskać się do przodu, ponieważ chyba dużo osób planowało pobiec spokojnie. Zaplanowałam pobiec pierwsze okrążenie w tempie maratonu, a drugie szybciej. Wyszło wszystko zgodnie z planem, a najlepiej finiszowy kilometr.

W piątek niestety się okazało, że szybkie bieganie po asfalcie nie do końca mi służy, bo odezwały się dawno niesłyszane kolana. A ściganie przecież miało być dopiero w sobotę. 


 

Dziś od rana niewyspana, więc w średniej formie do pomocy zabrałam Fraszkę. Zapowiadała się pogoda podobna do tej sprzed tygodnia, a jednak okazało się, że było cieplej. Odczułam to już na pierwszym kilometrze, który - pomimo zmiany początku trasy (biegliśmy w drugą stronę i potem przez metę) - wyszedł nam szybciej niż ostatnio.

 

Fraszka od początku szukała wody na trasie, a poza tym szybki pierwszy kilometr zwiastuje tylko trudy na kolejnych. ;-) U nas to się doskonale sprawdza. Niestety. Od drugiego kilometra rozpoczął się taniec z Fraszką i koniec marzeń o szybkim dobiegnięciu do mety. Było więc popijanie i chlapanie - w ostatniej kałuży kąpiel na całego - oczywiście Fraszki, nie moja, chociaż trochę mi się pewnie oberwało. A tak serio to mi się oberwało za to zasłanianie się nią i niepróbowanie. Ale cóż... 



Ostatnio mało zdradzam z planów wynikowych, chociaż wnikliwi analizatorzy sami obstawiają mój czas np. w maratonie. Nie ogłaszam bicia rekordów na Parkrunie, bo jak ostatnio ogłosiłam, to czekałam siedem miesięcy, a planowany wynik i tak był gorszy o 3 sekundy od zamierzanego. Ale może trzeba mieć odwagę konkretnie zaplanować, żeby się bardziej zmotywować? ;)  



Na razie napiszę wymijająco, że za tydzień nie, bo w niedzielę dycha w Murowanej, za trzy też nie, bo półmaraton w Swarzędzu, za pięć nie, bo bieg w Kaźmierzu. ;-)

czwartek, 17 sierpnia 2017

Co mi dały badania wydolnościowe?

Wpis spóźniony o jakieś cztery miesiące, ale zamieszczony w odpowiednim czasie, czyli po tegorocznym półmaratonie oraz przed maratonem. A w ostatnich dniach zostałam jakoś dodatkowo zmotywowana. ;-) Dlaczego teraz? Dzięki drugiemu miejscu na Crossie Zimowym w Pobiedziskach wygrałam voucher na badania wydolnościowe (zmierz-nie-szacuj.pl). Wcześniej myślałam, żeby takie zrobić, ale czekałam... no właśnie może na taką nagrodę. ;-) Voucher nie gwarantował bezpłatnych badań, dawał jednak zniżkę, która dodatkowo wzrosła dzięki przedpłacie i ostatecznie wyszła całkiem przyzwoicie niższa. 



W marcu, czyli zaraz po wygranej, było już trochę za blisko półmaratonu, żeby kombinować i przekładać treningi albo z nich rezygnować, w celu przeprowadzenia tych badań. Inaczej sprawa wyglądała rok temu, kiedy przed półmaratonem zapisałam się na badania do I-KARA, które przebiegały nieco inaczej. Moje badania w I-KARZE 2016



Tym razem na badania zdecydowałam się wybrać zaraz po udziale w półmaratonie. Po dokonaniu rejestracji i wpłaty, należało się przygotować. W tym celu skorzystałam z porad zamieszczonych na stronie:

Osoba badana powinna być zdrowa i wypoczęta (sprawdź przeciwwskazania do wykonywania próby wysiłkowej). Zaleca się, aby sportowcy nie wykonywali intensywniejszych treningów na dwa dni przed badaniem. W przypadku zmęczenia treningiem wyniki testu mogą być niemiarodajne.
Do badania nie należy przystępować na czczo. Najlepiej jest spożyć lekki węglowodanowy posiłek na około 2,5-3 godziny przed testem i do czasu przeprowadzenia badania nie przyjmować żadnych węglowodanów ani nie pić płynów, z wyjątkiem wody. Palenie papierosów, kawa oraz mocna herbata w dniu badania również są niewskazane, mogą znacząco zaburzyć wyniki.

Badania zaplanowałam na czwartek, więc rzeczywiście we wtorek i w środę nie wykonywałam żadnych ćwiczeń. Zjadłam też lekkie śniadanie i przed 10.00 zgłosiłam się zwarta i gotowa, chociaż dość wystraszona, bo rzadko biegam na bieżni i nie wiedziałam, jak sobie poradzę.

Badania miały dwie części. Najpierw tzw. test profilaktyczny, czyli analiza tkanki tłuszczowej, BMI, masy mięśni oraz zawartości wody. Ta część była dla mnie szczególnie ciekawa, ponieważ podobnej byłam poddana rok wcześniej i mogłam porównać wynik, które w większości się nie zmieniły. Ale tylko w większości. ;-) Waga trochę mniejsza, więc dobrze, ale tkanki tłuszczowej nadal nieco za dużo. W zeszłym roku usłyszałam, że to pani biega, więc pani powinna wiedzieć, czy to dobrze czy źle. Tym razem nic tak pocieszającego nie padło. ;-) Myślałam, że mięśni będzie trochę więcej (po coś w końcu jest ta siłownia), ale nic z tego. Na zakończenie tej części dowiedziałam się jeszcze, że mój wiek metaboliczny wzrósł przez rok aż o 6 lat! Starzeję się więc w zatrważająco szybkim tempie. Tym razem jednak otrzymałam pocieszenie, że to prawdopodobnie ze względu na małą zawartość wody. To się od zeszłego roku nie zmieniło. Nie wiem, jak się mogę bardziej nawodnić, bo im więcej piję, tym więcej przeze mnie przelatuje. ;-)

Tak czy siak, to była przyjemniejsza część. Potem przypinanie elementów pomiarowych, okablowanie, do tego okropna gumowa maska i pora wchodzić na bieżnię. Już po tym niezbyt miła informacja, że kiedy uznam, że już nie dam rady dłużej biec, to nie mogę wyłączyć bieżni, tylko mam zeskoczyć. 

Ponieważ oprócz ustalenia stref wysiłkowych, miałam mieć pomiar stężenia mleczanu we krwi, zaczęłam od bardzo wolnej prędkości, która zmieniała się co trzy minuty. Wtedy też - według mnie w najgorszym momencie - dokonywano pobrania krwi. W praktyce wyglądało to tak: w momencie, w którym musiałam przyspieszyć, musiałam też podać rękę do nakłucia. Oczywiście w zasadzie i tak nie powinnam się trzymać rękami podczas biegu, bo to mogłoby przeinaczyć wyniki, ale bardzo utrudniało to sprawę. Dodam jeszcze, że od początku było mi gorąco i duszno, niesamowicie pociłam się też w masce. W pomieszczeniu było niby 20 stopni, czyli za ciepło nawet jak na normalne bieganie, nie pomagał wiatraczek ani uchylone okno. Może też zresztą źle się nastawiłam. Podobno profesjonaliści przychodzą na takie badania zmotywowani jak na zawody. Mnie dużo do tego brakowało.

Zaczęło się od wolnego tempa, ale przynajmniej był to bieg (na poprzednich badaniach cały czas był to marsz), szybko jednak poczułam się zmęczona, chociaż tętno wcale nie wzrastało. Pamiętałam, że na zawodach osiągnęłam kiedyś HRmax 196, ale wciąż było do tego daleko. Kręciło się w granicach 160-170, więc wciąż za mało, a mnie się wydawało że biegnę nie wiadomo jak szybko, chociaż tak w rzeczywistości też nie było. Skończyłam na prędkości poniżej 12 km/h, czyli dużo wolniej niż ostatnio biegam na znacznie dłuższych treningach niż te kilkanaście minut. Jestem pewna, że 182, które osiągnęłam, to nie jest moje tętno maksymalne, chociaż usłyszałam, że może tak być, bo przecież "starzejemy się", a tętno wtedy spada.

Poza tym, na badaniach udało mi się ustalić kilka rzeczy. Dowiedziałam się, jakie mam strefy tętna.
I - do 145 i w takiej powinnam robić długie wybiegania. Dla mnie będzie to prędkość 7,6 km/h do maksymalnie 9 km/h, czego oczywiście nie robię, bo jak wspominałam kiedyś - tętno wzrasta mi do 143 po wejściu na Cytadelę. ;-)
II - od 145 do 170 
III - powyżej 170 i to się chyba zgadza. Przynajmniej tak też pokazuje Garmin.
Zmierzone na badaniach VO2max wynosi 54 i pokrywa się z tym, co uzyskałam na później przeprowadzonym Teście Coopera. Jest natomiast wyższy od prognozowanego na podstawie czasu uzyskanego w biegu na 10 km (41 min 37 s). Według różnych tabel dla kobiet w moim wieku jest to wynik bardzo dobry lub wręcz "wspaniały". Z miłych rzeczy dowiedziałam się jeszcze, że oddechowo bardzo dobrze, bo organizm długo korzysta z wolnych kwasów tłuszczowych. No, ale... mógłby jeszcze dłużej. Niestety trzeba to ćwiczyć na długich wybieganiach, tzn. wolnych wybieganiach - najlepiej z prędkością 7,6 km/h. 

Teoria jest bowiem taka, że im więcej biegów w I zakresie, tym bardziej ta strefa będzie się poszerzać, a najważniejsze jest dążenie do tego, żeby była ona jak najszersza, najmniejszy zaś drugi zakres. A ponieważ ja w ostatnim czasie ćwicząc tempo startowe - do półmaratonu, maratonu czy dychy - to wszystko jedno, mieszam sobie te zakresy przyspieszając i zwalniając na zmianę. Z tego też powodu, jeśli już próbuję zrobić wolne wybieganie, to wychodzi ono u mnie w tętnie powyżej 160.

Druga teoria, o której czytałam, jest taka, że aby poszerzyć I zakres, trzeba wykonywać jak najwięcej biegów progowych, czyli zupełnie odwrotnie.

Pierwsza teoria o tych wolnych wybieganiach kończy się stwierdzeniem, że nie powinno się mieszać stref na treningu aż do... momentu, kiedy zaczyna się ćwiczyć tempo startowe. Czyli kiedy? No właśnie teraz, a właściwie dla biegaczy nieprofesjonalnych to cały czas. No bo zawsze jest jakiś start, do którego się przygotowuję. Teraz maraton, potem może parę tygodni odpoczynku i znowu kolejne miesiące treningów do następnych zawodów, więc ponownie ćwiczenie tempa startowego... No chyba, że ktoś rzeczywiście tak biega: tylko pierwsza strefa albo tylko trzecia. Byle nie mieszać.



Tyle na podstawie badań, ale ponieważ wyniki i ich analiza nie do końca mnie przekonują, korzystam jeszcze z innych środków, takich jak kalkulatory biegowe. Oczywiście nie tych, które po Maniackiej wyliczyły mi, że maraton pobiegnę w 3 godziny i 15 minut, tylko takich... bardziej realnych. Zresztą a propos takiego prostego liczenia, to jakiś czas temu usłyszałam argument, który mnie przekonał, że jednak na te kalkulatory można "liczyć", a mianowicie: Nie należy na podstawie najszybszej dychy prognozować czasu w maratonie, ale można na przykład to robić na podstawie dychy, którą biegnie się będąc w toku przygotowań maratońskich. Zatem jak za tydzień (o zgrozo!) pobiegnę dychę, to wiem na pewno, że nawet nie zbliżę się do mojej życiówki z marca, ponieważ nie robię żadnych akcentów w tempie szybszym niż półmaratońskim.... (dobra, dobra, przed Maniacką też nie robiłam ;)) to po niej mogę już sobie trochę gdybać, chociaż myślę, że więcej będzie wynikało z półmaratonu pobiegniętego w trakcie takich przygotowań. Rzecz jasna, w tym roku, bo w zeszłym roku w trakcie przygotowań maratońskich pobiegłam dobrze półmaraton i nijak się to nie przełożyło. Ale uważam po prostu, że w tamtym treningu coś było nie tak i mam ogromną nadzieję, że tym razem wyjdzie to znacznie lepiej.

Rozpisałam się zdradzając przy okazji plany, o których wcześniej już też napomknęłam. O treningach na razie nie będę za dużo wspominać, jeśli przyniosą zamierzony skutek, to się nimi podzielę. Na razie ponosi mnie fantazja, więc nie ma co. ;-) 

Wracając do badań, a właściwie do ich celu, czyli ustalenia stref tętna, w których powinnam biegać, to ponieważ jest dla mnie niemożliwe robienie wybiegań w tak niskim tętnie, skorzystałam z dość rozbudowanego kalkulatora treningowego kalkulator treningowy, który poza czasami z kosmosu prognozowanymi na zawody, podaje też tempa do różnych treningów. O ile jednak tempa tutaj są dla mnie bardziej sensownie dopasowane, np. tempo wybiegania od 5.06 do 5.20, to tętno jest zupełnie niemożliwe, bo na pewno nie będzie u mnie wtedy wynosiło poniżej 137. 



Poza wszystkim warto więc chyba jeszcze liczyć na siebie. :-)
 

niedziela, 13 sierpnia 2017

Sercem i ciałem na Cytadeli ;-)

Po ostatnich powrotach na Cytadelę przypomniałam sobie czasy, kiedy Parkrun Poznań to był rytual niemal niezmienny i - pomimo że - w planach było kontynuowanie turystyki biegowej, zdecydowałam jednak pojechać do Poznania.



Zostałam wynagrodzona radością Fraszki, która ucieszyła się na widok ulubionego miejsca biegowego, jeszcze zanim wysiadła z auta. Potem to już szczęście niepojęte. ;-) Jeszcze zanim poszłam na miejsce zbiórki, zobaczyłam dziewczynę, która wydała mi się znajoma. Oczywiście pewna nie byłam, bo skoro rzadko ostatnio się zjawiam, to nie wszystkich kojarzę, a często - ze względu na Fraszkę - więcej osób mnie rozpoznaje niż ja ich. Ale ta dziewczyna powiedziała na dzień dobry, że jest pierwszy raz i zapytała o drogę. Wskazałam jej i osobom, które jej towarzyszyły i dalej zakładałam pas, spiesząc się, żeby Fraszka nie wybiła szyby w samochodzie. Dwójka tamtych dziwiła się, że można z psem biec, dziewczyna wyjaśniła, że można i poszli. Ja kawałek za nimi. Parę przerw technicznych i dogoniłam ich dopiero na górze, wołając, żeby poszli w prawo, a nie w lewo, jak się kierowali. Usłyszałam, jak biegaczka pytająca wcześniej o drogę mówiła coś: "U nas...", więc skojarzyłam, że pewnie pierwszy raz w Poznaniu, ale gdzieś już Parkrun biega, więc zapytałam, gdzie. Odpowiedziała, że w Grodzisku. Zaśmiałam się i odparłam, że przecież byłam u nich na otwarciu. "No tak, oczywiście, z Grzegorzem!" - przypomniała sobie - "no tak, wydawało mi się, że znajoma twarz, ale z psem, to nie poznałam"... Czasem więc pies pomaga w rozpoznawaniu, a czasem nie. ;-)

Tymczasem dotarliśmy do osób, które rozpoznają mnie tak czy inaczej. Znowu więc powitania, rozmowy, próba rozgrzewki, z przerwą na rozmowy... i w końcu. Czas na start!

Ponieważ z Fraszką, więc znowu z kąta. Niewiele słyszałam, jak wystartowali, to zobaczyłam i dołączyłam. Uwielbiam ten moment lekkiego dołączania się do grupy, kiedy tempo wynosi z pewnością poniżej 4.00. ;-) Na początku uplasowałyśmy się na piątej pozycji, wyprzedzając półnagich mężczyzn, m.in. jednego znajomego, którego spotkałam tydzień temu na finiszu, więc zawołałam do niego, że dzisiaj mam wspomaganie. Rozpoznał mnie i odpowiedział: "To chyba dużo poniżej 21 minut będzie". Pamiętał, że tydzień temu wspominałam, że warto by znowu zacząć tak biegać. Odpowiedziałam jednak, że nie, bo potem się zmieniamy i to ja będę ciągnąć.

Zostawiłam ekipę na chwilę tylko, bo pochłonęła nas na zbiegu przed końcem pierwszego kilometra. Było ich tylu, że z piątego miejsca zrobiło się chyba jakieś dwudzieste. Zapytałam, jak biegną. Dowiedziałam się, że pierwszy kilometr w tempie 3.57, a potem cisną. I tak naprawdę oficjalnie było tylko dwóch biegnących za zającem, ale jakaś chmara się jeszcze podczepiła, żeby skorzystać. 



Ja leciałam ze swoim pejsem, który nie krzyczał (skończył to robić przed startem ;-)), ale dziwnie się czuł w samotnym biegu, bo po wyprzedzeniu większości, oglądał się co chwilę, gdzie tamci. Na tych facetów się zapatrzyła chyba. ;-) Kiedy jednak nas wyprzedzili, to tak bardzo nie goniła za nimi, chociaż biegła ładnie z przodu, ściągając trochę na boki - na trawę albo do kałuży. Te drugie mamy już na szczęście obcykane, więc spokojnie chłeptała w biegu. Ja spokojnie kontrolowałam czas, po pierwszym kilometrze w 3.53 można było zwolnić do 4.15. Dalej Rosarium, to koniecznie trzeba przyspieszyć (zwłaszcza, że moc przyszła z góry, znaczy od Roberta, który biegł na mostku), zatem na luzaku 4.05, na czwartym kilometrze niestety zaczęły się schody, a raczej kocie łby. ;-) I nie było tak dobrze jak tydzień temu, bo tylko 4.20. Średnia za to wciąż ładna, więc wystarczyło utrzymać do końca. Fraszka przestała już ciągnąć, ale też nie została z tyłu, więc spokojnie dotarłyśmy do mety w czasie 20 minut 25 sekund. Czyli plan wykonany - poniżej 21 minut. 



Fraszka padła, a wtedy zaczęła się moja radość. ;-) Oczywiście na Cytadeli zwykle mam radość z biegania, zwłaszcza jak lecę razem z Fraszką. Tym razem szczególnie doceniłam ochocze powitanie na mecie. Może mi się zdawało, a może tak było, że dużo znajomych nas dopingowało na tych ostatnich metrach. Pewnie Fraszce, bo to zawsze atrakcja, jak piesek tak szybko biegnie. ;-)



Ponieważ ostatnio na Cytadeli biegałam raczej nieregularnie, wyniki porównuję do poprzednich sezonów, uwzględniając oczywiście porę roku. No i wczoraj było dużo lepiej, ale też pogoda sprzyjała. Było chłodno - więc dobrze dla mnie i kałuże - dla Fraszki. :-) A dobre tradycje trzeba kontynuować. ;-)


niedziela, 6 sierpnia 2017

Powrót biegaczki marnotrawnej na Cytadelę

Rzadko biegam ostatnio na Cytadeli, ale prawie dwa miesiące nieobecności na Parkrunie w Poznaniu to nawet jak na mnie gruba przesada. Zjawiłam się więc w końcu grzecznie i taka stęskniona, że przyjechałam już o 8.20, kiedy to oprócz mnie, zastałam na miejscu tylko dwie osoby. Więcej zaczęło później schodzić się z wolna. Trochę gadania, ale przyszła wreszcie pora na bieganie, które dzisiaj stało pod znakiem... nie, nie zapytania, raczej niezdecydowania. Po ostatnim podwójnym treningu trochę się rozchorowałam i nadal nie najlepiej się czuję. Postanowiłam jednak, że muszę dotrzeć na Cytadelę, ale jak pobiec... to już była kwestia do... wewnętrznej dyskusji. 



Od powrotu z obozu minęły dwa tygodnie. Zapowiadało się, że dziś da się szybko pobiec. Gdyby nie to gardło, głowa itp., itd. Fraszkę zatem można by zabrać, no ale jak ona zwolni po trzech kilometrach, to się zmęczę ciągnięciem jej dużo bardziej niż sama. Jeśli odpadały te dwie opcje: bieg na maksa i bieg na samopoczucie Fraszki, pozostawały jeszcze dwie: bieg na moje samopoczucie i to, co od dawna planowałam przetestować nie tylko na treningu, ale i na Parkrunie, czyli bnp. Tutaj jednak też wszystko zależało od tego, jak się będę czuła, tzn. czy dam radę przyspieszyć zgodnie z założeniami. 

Chociaż bnp zakłada wolny start, poszłam jednak się rozgrzać. Może bardziej dlatego, żeby się rozruszać, poza tym, jak ktoś zauważył - przyzwyczajenie obozowe, że trzeba się rozgrzewać. Po rozgrzewce frekwencja zwiększyła się chyba trzykrotnie. Zatem jeszcze parę powitań i "idziemy na start". Dzisiaj bez hałasującego czworonoga, ale tak się zagadałam, że tak samo nic nie słyszałam. ;-) Bezstresowo gdzieś ze środka i powoli...



Plan bnp też miał dwie wersje. Spokojniejsza zakładała następujące tempa kolejnych kilometrów: 5.15, 5.00, 4.45, 4.30 i 4.15. Pomyślałam jednak, że wtedy wynik bardzo słaby wyjdzie, a poza tym na Parkrunie jest atmosfera do ścigania, więc powinno być łatwiej przyspieszyć niż na treningu. Oprócz tego... jaka jest szansa, że ja wystartuję w tempie 5.15? ;-) Kilkaset metrów chyba się udało po 5.17, ale potem było już tylko szybciej, zwłaszcza po górce. No więc, niestety, pierwszy kilometr dużo za szybki. Kara jest jak zawsze tylko jedna, czyli też kolejny musi być szybszy, bo przecież to ma być bnp. No i zabawnie tak przyspieszać na drugim km, bo to podobno najtrudniejszy, chociaż bardziej się bałam, czy dam radę pobiec w planowanym tempie przy czołgach, tymczasem... trzeci - miał być po 4.30, a tu 4.20. Chyba znowu dużo z górki. Chociaż nie, to Rosarium przecież, więc też musiał być podbieg. Śmignęłam dziwnie szybko. Co to za górki? ;-) No i dalej ten czwarty. Zaczęłam od 4.02 z myślą, że trzeba mieć zapas na podbieg, ale oczywiście wyprzedzałam wtedy, więc utrzymałam do 4.10, a ostatecznie wyszedł w 4.14. No to pozostawał szutr i finisz. Znowu znajomi przed oczami. Dlaczego oni tak wolno biegną? Mijam jednego w tempie 3.58 i pytam o to. A on odpowiada, że dzisiaj rekreacyjnie i każe mi cisnąć. Odpowiadam coś jeszcze, ale rzeczywiście lecę dalej, chociaż tempo spada do 4.00, a on dogania mnie i mówi: "Skoro możesz rozmawiać, to znaczy, że za wolno biegniesz" i pociągnął mnie w końcówce nie pozwalając patrzeć na zegarek, każąc wyprzedzać i strasząc, że ktoś mnie goni. Gonił i przegonił, a tamtego z przodu nie wyprzedziłam, ale tempo według Garmina 3.56, według Endo 3.57.



Tak czy siak, poniżej 4.00 - wow i wynik 21 minut 54 sekundy, czyli wcale nie spektakularny, ale gdybym ruszyła na maksa, pewnie dużo szybciej bym nie pobiegła, a na pewno byłoby mniej radości, bo to inni mnie by wyprzedzali, a tak ja mogłam powyprzedzać i przyspieszać z poczuciem zapasu, bo średnie tętno 169, a maksymalne tylko 180. I wcale nie było mi gorąco. ;-) Cytadela jednak zawsze łaskawa. :-)

piątek, 4 sierpnia 2017

Najciekawsze nagrody wybiegane na zawodach

Zaczyna się od biegania dla przyjemności. Tak mówią wszyscy. No dobra, większość. Ja nie. ;-) Tup, tup, tup - najważniejsze, że nie byłam/byłem ostatnia/ostatni. Nie, wcale mi nie zależy na miejscu, tylko nie chciałabym, żeby ktoś na mnie czekał... czytaj: żeby dogonił mnie samochód z napisem: "Koniec biegu" tudzież inny "Zamykający stawkę". Ale z czasem, nawet najbardziej zapaleni "truchtacze" i "tuptacze" poznają smak życiówki, którą pobijają regularnie, chociaż ich treningi polegają głównie na zwiększaniu kilometrażu, nie zaś na ćwiczeniach typu interwały czy podbiegi. Ale regularnym człapaniem też można zasłużyć na nagrodę za systematyczność i wytrwałość - patrz Parkrun.



A kiedy już zaczyna się trochę szybsze bieganie... przychodzi myśl o tych miejscach, co wcześniej nie były ważne. I jeśli jest się kobietą albo plasuje się w odpowiedniej kategorii wiekowej - a najlepiej jedno i drugie - to to "trochę szybsze" bieganie wystarczy nawet na podiumy. I chociaż na początku trzeba trochę pokombinować, bo np.: 14 czerwca bieg na dystansie 5 km: czas 23 min 50 s - miejsce 26, a 20 czerwca bieg na dystansie 5 km: czas 23 min 26 s - miejsce 2, to potem.... dalej trzeba kombinować, ale już z większą wprawą. ;-)



Jest wiele biegów na różnych dystansach i w różnych terminach. Trzeba tylko trafić na odpowiedni. Ale dodatkowo sprawdzić aktualną listę startową i nie łudzić się, że w tym roku wystartuje tylko 60 osób, jak rok temu, jeśli ogłoszono, że będą wysokie nagrody finansowe. No, ale przecież nie o to tu chodzi. Liczą się: prestiż i... puchary. Tak naprawdę, to wystarczyłyby oczywiście dożywotnie: gloria, sława i chwała, ale kto by o tym pamiętał, gdyby nie te puchary. :-) 




Zatem wpadają puchary: z III, II, a czasem trafi się też I. Można pokazać, pochwalić się i gdzieś postawić. Bo małe, bo niewiele... Ale ponieważ z biegomanii zrobiła się pucharomania, to puchary jakieś większe i upchnąć nie ma gdzie. Najpierw kombinowanie, jak zdobyć puchara, a potem rozkminianie, gdzie go postawić. Zawsze więc można stworzyć sobie półkę chwały (tudzież inną szafę). Problem mają zresztą nie tylko "zdobywcy pucharów", lecz także wszyscy medaliści, zwłaszcza że jest tak jak w poniższej anegdocie:
- Biegłeś maraton? I co, dostałeś medal? Złoty, srebrny?
- Taki, jak wszyscy.
- ????
No właśnie, więc oprócz półki/szafy potrzebna jest też ściana chwały, np. w sypialni nad łóżkiem. Tylko, że wtedy pozostaje obawa, że pewnej nocy te wszystkie medale spadną i na miejscu zabiją człowieka. Innym rozwiązaniem jest ściana w łazience i wtedy takie niebezpieczeństwo będzie groziło w odmiennych okolicznościach.



Od nadmiaru medali i pucharów aż zaczyna się żałować, że puchary nie są przechodnie, jak kiedyś. Pozostaje nadzieja, że stanie się tak słynnym biegaczem, że będzie można oddać parę medali i pucharów na aukcje charytatywne.



Tymczasem można oddać parę innych rzeczy - dodatków do pucharów. Puchary są bez pokrywki, więc czasem organizatorzy coś do nich wkładają - dosłownie i w przenośni. Jeśli nie wkładają, to można samemu taki puchar bardziej lub mniej praktycznie wykorzystać.

Jeśli zaś chodzi o to dawanie, to wcale nie najlepsze są te wielkie pudła i torby wypchane książkami, których nikt nie chce czytać, paczkami kawy rozpuszczalnej, płytami z pieśniami patriotycznymi czy filmem promocyjnym gminy Suchy Las (aczkolwiek duże torby dobrze się prezentują na zdjęciach z podium). W zasadzie najlepiej, żeby te dodatki pakowane były w koperty. I rzeczywiście takie opakowania są bardzo częste. Nieczęsto jednak znajduje się w nich to, czego się oczekuje (mnie się raz jeden zdarzyło). Można natomiast otrzymać zestaw usług: scaling, polishing, piaskowanie, lakowanie (zainteresowanych odsyłam do Google'a pod hasłem: "Usługi dentystyczne") - ale nie ma się co cieszyć, bo zwykle małym druczkiem jest dopisek, że usługa gratis po wykonaniu jakiejkolwiek innej - rzecz jasna - droższej. Zdarza się też niestety, że osoba bez samochodu wygrywa voucher na wymianę opon, a ktoś, kto nie słucha muzyki podczas biegania - słuchawki bezprzewodowe. Zawsze wtedy można wydać, sprzedać lub wymienić... jeśli ktoś oczywiście będzie chętny. Zwykle jest to konieczne, jeśli nawet wygra się coś tak fajnego, jak voucher (prawdziwy) do fryzjera, ale w Bydgoszczy, bo akurat tam zupełnie przypadkiem i przejazdem pobiegło się w jakichś zawodach.



Bieganie i wygrywanie jest bardzo praktyczne, bo po kilku startach można skompletować miniwyprawkę: poduszkę, pojemniki, ręczniki, koc, wyciskarkę do soków oraz inne urządzenia RTV AGD... Najczęściej tzw. "małe AGD". Dużo łatwiej jest z kompletowaniem garderoby, ale to głównie przy okazji pakietów startowych, a nie nagród głównych.

Być może najbezpieczniejszą nagrodą jest jedzenie (poza oczywiście voucherem na zestaw Light Box, który trzeba odebrać poza miejscowością zamieszkania). Cały czas pamiętam, że na biegu przed Bożym Narodzeniem, od pucharu bardziej ucieszyło mnie pudełko pierników. :-)



Z tą teorią też zgadza się Fraszka, która jest zadowolona ze wszystkich psich nagród, takich jak: karma sucha, karma mokra, pudełko karmy, paczka karmy, worek karmy, karma luzem....itp. itd. :-) :-) :-)

WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO OSÓB I ZDARZEŃ SĄ PRZYPADKOWE.... ;-)

 




niedziela, 30 lipca 2017

Fraszka trochę ciągnie, trochę pcha, czyli gonimy wilka! - o naszej pierwszej wspólnej Pogoni za Wilkiem

Zacznę nudno, czyli od historii, jeśli ktoś aż tak bardzo interesuje się dziejami mojego biegania, to wspomnę, że Pogoń za Wilkiem była moim pierwszym biegiem na dystansie 10 km. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pierwszy półmaraton pobiegłam w 2010 roku, a pierwszą dychę... no właśnie, w 2013. No tak, ale oczywiście, ponieważ zostałam ogarnięta polską modą na człapanie, do tego czasu warte uczestnictwa były dla mnie jedynie dystanse powyżej 20 km, bo jak mawiałam, dychy były za szybkie. ;-) A dzięki temu nie trafiła mi się żadna, którą ukończyłam po czasie ponad godziny. Do tej pory...



I Pogoń za Wilkiem była moją pierwszą dziesiątką, a potem nie uczestniczyłam w żadnej kolejnej aż do wczoraj. Tym razem nie miał to być jednak zwykły terenowy bieg. Układając kalendarz na drugą część sezonu, czyli po roztrenowaniu popółmaratońskim, zaplanowałam nie tylko swoje zawody, ale też wyścigi z Fraszką. Było to trochę w ramach programu "Rozbieganie Fraszki", który powstał w odpowiedzi na sugestie, jakoby po zimie przytyła. ;-) Tradycyjnie zapisałam się z nią na Bieg z Łapką, ale głównym biegiem miała być właśnie Pogoń za Wilkiem w kategorii Bieg z Psem. Głównym chyba przede wszystkim ze względu na dystans 10 km - dużo trudniejszy niż 8, który uznawałam jedynie za "przedłużoną piątkę". Z pogonią było trochę zamieszania, bo bardzo chciałam wziąć udział, ale cena zbliżona do opłaty za mój udział w maratonie niespecjalnie zachęcała. Poza tym pierwszy raz tam startowałam z psem. W zeszłym roku z czworonogiem biegło tylko parę osób, a teraz po kilku dniach został osiągnięty limit 25 ludzko-zwięrzęcych drużyn. Jeszcze po zapisie przerażał mnie regulamin, w którym zaznaczono, że podczas weryfikacji pies przejdzie kontrolę behawiorysty, a poza tym powinno się okazać zaświadczenie o chipowaniu psa. Później na szczęście zniknął zapis o chipie, a pozostała informacja o konieczności posiadania wpisu o szczepieniu psa przeciw wściekliźnie. 

W okolicy mało jest zawodów z psami, więc nie znałam nikogo z listy startowej, trudno było określić, jak szybcy są zawodnicy i jakie psy. W Bydgoszczy poszło mi z Fraszką niesamowicie dobrze, ale obawiałam się, że to taki efekt Maniackiej - przetarcie przed biegiem głównym, które okazało się lepsze od niego. A to właśnie Pogoń za Wilkiem była startem docelowym, do którego trenowałyśmy, włączając w plan przygotowań nawet bikejoring, podczas którego Fraszka osiągnęła życiówkę na 5 km poniżej 20 minut. ;-) 

Od rana byłam zmotywowana, ale oczywiście też zdenerwowana. Fraszka po prostu rozemocjonowana wspólnym wyjazdem i prawdopodobieństwem biegania. Na szczęście kontrolę przedstartową przeszła pomyślnie i szybko otrzymałyśmy pakiet startowy z numerem, chipem, koszulką, słodyczami oraz psimi smaczkami.Na miejscu spotkałyśmy wielu znajomych, którzy biegli bez psów i żartowali, że pewnie ich dogonimy, chociaż start biegu z psem zaplanowano 15 minut później niż biegu głównego. Obawiałam się, że będę musiała długo czekać, ale jakoś szybko zleciało. Po odebraniu pakietu poszłam się przebrać i przygotować. Miałam ze sobą jedzenie i wodę dla Fraszki. Ważna była przede wszystkim ta druga, ale chyba w odpowiedzi na moją obawę o brak kałuż na trasie, cały tydzień padało, więc nie planowałam zabierać własnych zapasów na drogę. Jeszcze przed startem można było zaobserwować fragmenty mocno nawodnionej trasy.


Chwilę przed startem biegu głównego, poszłyśmy się schować, żeby Fraszka nie rozpaczała, że "człowieki biegną", a my jeszcze nie. Przez to przegapiłyśmy pokaz tresury, ale dotarł do nas niesamowity dźwięk, jaki wydawały psy biorące w nim udział. Chwilę po 10.00 wróciłyśmy na linię startu. Przed nami było jeszcze prawie 15 minut oczekiwania, a ponieważ pozostało tylko dwadzieścia parę osób i psów, mogliśmy poczuć się jak gwiazdy - obfotografowane i obkamerowane. Spiker rozgrzewał psy, każąc im dać głos. Najgłośniej oczywiście odzywała się Fraszka, ale kilka innych psów jej wtórowało. Padła propozycja, aby osoby doświadczone w biegach z psem ruszyły wcześniej, a reszta za nimi tak, aby psy nie wpadały na siebie. Była to dobra opcja - doskonale pamiętam start w Biegu  z Łapką i te zderzenia z innymi zwierzakami -  nie chciałam jednak biec pierwsza, bo obawiałam się, że Fraszka mogłaby się odwracać za resztą. Wolałam, żeby miała kilka psów do gonienia. Tak też się stało. Poleciałyśmy za panem z Ostrowa, który startował prawdopodobnie z wyżłem. Wyprzedził nas też inny mężczyzna i dopóki przed nami byli tylko panowie, nie przejmowałam się miejscem. Słychać było jednak, że gonią nas również kobiety. Fraszka nie wystartowała z jakąś szaleńczą prędkością, ale po pierwszym kilometrze czułam się już dość zmęczona i myślałam, że mamy tempo poniżej 4.00. Tymczasem Garmin pokazał 4.30. No tak - pomyślałam - początek to był slalom między kałużami - tzn. ja starałam się je omijać i robić to w taki sposób, żeby Fraszka mogła przebiec przez ich środek. Oczywiście nie udało się tego połączyć i w końcu wylądowałam w jednej, na szczęście tylko jedną nogą. Potem było już bardziej sucho i mogłyśmy się rozpędzić. Wyszłyśmy wtedy na drugą pozycję i dalej goniłyśmy pana z wyżłem. 



Po jakimś czasie zaczęłam trochę żałować braku kałuży, bo Fraszka nie miała, czego się napić, a podłoże i tak nie było tak twarde, jak w Bydgoszczy, żeby się rozpędzić. Wyglądało na to, że będzie to dużo wolniejszy bieg. 



Po czwartym kilometrze znajdował się punkt wodopojowy. Chwyciłam kubek, żeby chociaż przepłukać gardło, ale słabo mi się to udało. Wyżeł wyprzedził nas już tak bardzo, że Fraszka straciła jego zapach, a tym samym zapał. Pomyślałam, że byłoby dobrze, gdyby wyprzedził nas jakiś pan z innym psem, ale trudno było ryzykować, czekając, bo przecież mogła to być też kobieta, a wtedy zrobiłoby się dużo trudniej. Tak czy siak, za nami nie było nikogo, bo jednak przez pierwsze pięć kilometrów trochę się rozpędziłyśmy. Przed nami natomiast zamiast pana z wyżłem, zaczęły jawić się inne postacie - aha - jęknęłam w duchu - zaczyna się - maruderzy z pierwszej fali. Na początku trochę mi to pomogło psychicznie, bo mijałyśmy znajomych. Wyprzedzając jednak drugą ekipę z Parkrunu i słuchając, jak jej członkowie ubolewają, że Fraszka zwalnia, sama zaczęłam ubolewać, bo zostało nami jakieś pięć kilometrów i zapowiadało się, że teraz ja będę musiała ciągnąć. Czekał nas zaś nie tylko slalom między kałużami, ale też między "człowiekami".



Zwalnianie zaczęło się od szóstego kilometra. Oczywiście wciąż wyprzedzałyśmy, bo niektórzy przed nami truchtali albo spacerowali. Wiele osób kibicowało Fraszce, będąc świadomym, że psy startowały później. Inne osoby dopytywały i upewniały się, że ruszyłyśmy piętnaście minut po nich. Fraszka na szczęście biegła z boku, a nie zostawała z tyłu, więc dawałam radę ją troszkę wspomagać, ale mnie przez to biegło się dużo gorzej. Słyszałyśmy od kibiców kilka razy, że jesteśmy drugie, ale nie miałam informacji, jak duża jest nasza przewaga. Na szczęście wydawało się, że jeśli nawet to ja będę ciągnąć Fraszkę, uda nam się zachować średnie tempo 4.45. Niestety po tych obliczeniach moim oczom ukazał się ogromny podbieg, który po obozie biegowym wyglądał na dający się zakwalifikować do takich, które właściwie są podejściem a nie podbiegiem. Postanowiłam więc z wieloma człapiącymi przede mną, uczynić podobnie, co zostało skwitowane komentarzem: "Nawet pies już ma dosyć". Fraszka jednak nawet się ożywiła i chętnie by pociągnęła pod górę. Ale dzięki temu zwolnieniu (straciłyśmy pewnie z 15 sekund, bo tempo kilometra spadło do 5.20), udało mi się przyspieszyć zaraz po tej górce. Fraszka też odzyskała trochę sił, chociaż nadal to ja jej pomagałam i dlatego jeden z biegaczy powiedział, kiedy go mijałyśmy: "Ja nie wiem, kto się nad kim znęca". Inny zaś zapytał: "On cię ciągnie czy pcha?" Odpowiedziałam, że różnie. Na drugim wodopoju stanęłam i pociągnęłam duży łyk wody. Po uświadomieniu sobie, że jeszcze tylko dwa kilometry, przybyło mi sił. Trasa prowadziła jakby z górki, trochę powiało i Fraszka zaczęła przebierać nogami. Minęło 9 kilometrów. Zatem jeszcze tylko jeden - lecimy. Jakiś strach i przypomnienie, że pewnie wyjdzie więcej niż 10 km. Miałam jednak nadzieję, że nie 10,7 jak w Pobiedziskach. Było już tak dobrze i tak szybko, kiedy... znowu podbieg. Miałam ochotę się rozpłakać. Ale nie zrobiłam tego. Nie zwolniłam nawet do marszu, bo zobaczyłam, że ktoś nas w końcu wyprzedza. I któż to był? Pan z kamerą. Rozpoznałam, bo kręcił Fraszkę też przed startem. A co teraz? Chyba już uznał, że będę pierwszą kobietą i towarzyszył nam podczas tego podbiegu, kręcąc jak Fraszka dzielnie się wspina, więc i ja musiałam. Zostawił nas dopiero na finiszu, przed którym ktoś krzyknął: "Meta za zakrętem!". I całe szczęście - pomyślałam, bo Garmin już wibrował, oznajmiając, że 10 km minęło. Pora kończyć. Zegar na mecie pokazywał czas ponad godzinę. Finiszujemy! Fraszka jednak nie chciała, jak zwykle speszona tłumem, więc biegłam, przedzierając się przez błoto i ciągnąc ją za sobą. Ktoś krzyknął: "Wyprzedzisz tego psa!". Odwróciłam się zdenerwowana, że może ktoś z innym psem nas goni, ale nie, to biegacze, których my wyprzedzałyśmy, żartowali do siebie. Poza zegarem zobaczyłam, że na mecie pojawiła się taśma, w jaką zwykle wpadają zwycięzcy i sekundy dzieliły mnie od tego momentu. Musiałam tylko jeszcze zmusić Fraszkę do ostatnich kroków. I jest! Udało się! Moja próżność została uhonorowana. ;-) Przekroczyłam metę, jako zwyciężczyni w kategorii Bieg z Psem. Natychmiast otrzymałam medal, a potem obie z Fraszką dostałyśmy wodę - ja w butelce, a ona w ogromnej miseczce. Byłyśmy jednak na początku tak zmęczone, że wystarczyło się zatrzymać. Pić dopiero później. :-)



Wynik nie był powalający, bo dobiegłyśmy po 48 minutach i 1 sekundzie. Tempo więc dużo gorsze niż na Biegu z Łapką. Trasa jednak i warunki nieporównywalne. Poza tym reszta psów została tak mocno w tyle, że Fraszka utraciła ducha rywalizacji, którego miała w Bydgoszczy, kiedy zapachy rywalizacji towarzyszyły nam cały czas. Kolejną osobą z psem był mężczyzna, który przybiegł jakieś 1,5 minuty za nami. Ta kobieta, której tak się obawiałyśmy, przekroczyła linię mety jakieś 6 minut po nas. Zatem wygrałyśmy bezapelacyjnie. 

Po biegu dorosłych, były jeszcze biegi dziecięce, więc na dekorację czekałyśmy prawie dwie godziny, ale był to czas na picie, jedzenie i regenerację. W międzyczasie też spotkania ze znajomymi biegaczami i kibicami. Spotkałyśmy też zwycięzcę, którego zagadnęłam na wynik. Nasze psy się niespecjalnie polubiły, więc na podium odbieraliśmy puchary oddzielnie.



No to Fraszka swój "maraton" ma już za sobą. Mogę się więc skupić na przygotowaniach do mojego... ;-)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa