środa, 26 lipca 2017

Chatka Górzystów, chatka babci Czerwonego Kapturka oraz Mistrzostwa Wszechświata na 3 km na zakończenie obozu w Szklarskiej Porębie

Ostatnia wycieczka ponownie w niższych górach, czyli znowu niebezpieczeństwo, że będzie trzeba dużo biegać. ;-) Ponadto tym razem jechaliśmy samochodami do Jakuszyc i z powrotem, więc jeszcze trzeba było swojego kierowcy pilnować. ;-) Mieliśmy pięć tras do wyboru: od 9 do 32 kilometrów, chociaż od drugiej wycieczki inwencja uczestników sprawiała, że było ich zwykle więcej niż tych wcześniej zaplanowanych. Nie zamierzałam kombinować, ale tak dla odmiany, zrezygnowałam z ponownego wyboru najdłuższej trasy - no bo ile razy można najdłuższą biegać. ;-) Wcale nie chodziło o to, że miała powyżej 30 km. ;-)  Zdecydowałam się na około 26. I tak zmęczyłam się bieganiem, bo - jak przypuszczałam - było względnie płasko, więc od razu można było truchtać. Tylko dlaczego pod górę? Pewnie dlatego, że w górach. Zaczęłam z chłopakami, ale mnie zostawili i 9 km człapałam sama, więc wynudziłam się strasznie. Poczekali przy Chatce Górzystów, gdzie spotkaliśmy jeszcze kilka osób, które tam zaplanowało przerwę i powrót. Otrzymałam błogosławieństwo od trenera: "Trenuj z chłopakami, żebyś potem mogła ścigać się z dziewczynami" i poleciałam. Na początku było dość przyjemnie: rozmowy o bieganiu, ale też ciekawostki historyczne, a nawet bajka o Czerwonym Kapturku, ponieważ towarzyszył nam syn trenera. Zawróciliśmy, kiedy Garmin pokazywał dystans powyżej 12 km (od początku wycieczki). Zatrzymaliśmy się w Chatce na colę i ciasto. Potem ruszyliśmy dalej. Nie wiem, czy przez to ciasto czy ogólne zmęczenie, ale złapał mnie taki kryzys, że chłopacy polecieli, a ja tylko patrzyłam, jak się oddalają. Prawdopodobnie podziałała też uspokajająca myśl, że droga prosta i ta sama, więc nie powinnam się zgubić, dlatego nawet nie miałam specjalnej motywacji, żeby ich gonić. Próbowałam natomiast chociaż trochę biec, ale było z tym tak słabo jak na maratonie w Krakowie. Przesąd jakiś pewnie, ale miałam tę samą koszulkę i może dlatego. Po drodze spotkaliśmy indywidualistę z naszego obozu, który zaplanował sobie trasę na 10 km, ale wyszło mu jakieś 20. Porozmawiałam z nim chwilę, bo zagadnął, że jestem faworytką w sobotnich zawodach i to dobrze, że sobie odpocznę, idąc. Może coś w tym było, ale jednak chciałam się przemóc i jakoś doczłapałam do parkingu.



Z radością przyjęłam propozycję popołudniowej regeneracji w Termach Cieplickich zamiast kolejnego rozciągania i rolowania. W Cieplicach spędziliśmy dwie godziny, z czego większość przesiedziałam w saunie, grocie śnieżnej, jacuzzi lub leżąc na leżaku, ale zapowiedziałam wcześniej, że nie zamierzam się ruszać, czyli w basenie nie byłam w ogóle. 

Relaks chyba pomógł, bo w sobotę rano nogi jakoś zaczęły lepiej chodzić, a nawet schodzić. Ucieszyłam się bardzo, ponieważ to oznaczało, że jest szansa na jakąkolwiek większą prędkość na zawodach. W piątek wieczorem ustaliliśmy planowany czas, żeby ustawić handicapy na - mniej więcej - wspólny finisz. Miałam oczywiście wielkie ambicje, ale wiedziałam, że połowa trasy jest pod górę, a poza tym trening obozowy na tym etapie raczej nie przyczyni się do wzrostu formy obniżonej o tej porze roku przez wysokie temperatury. Zgodziłam się więc na założenie, że pobiegnę 12 minut 40 sekund, czyli że wystartuję z dwójką biegaczy o podobnych celach. 



Przyjechaliśmy na miejsce startu jakieś 45 minut wcześniej. Starczyło na przebiegnięcie całej trasy i solidną rozgrzewkę, chociaż temperatura wynosiła już jakieś 19 stopni. Startowałam w grupie trzeciej od końca, ale jakoś szybko to mijało i również my pobiegliśmy. Ja jak zwykle poleciałam dość szybko, bo nie zgodziłam się na propozycję współbiegaczy, żeby ruszyć w tempie 4.25.



Zaczęłam więc od 4.07, ale stopniowo zwalniałam i średnie tempo pierwszego kilometra właśnie takie mi wyszło. Połowa drugiego pewnie jeszcze gorsza, ale nie sprawdzałam, tylko czekałam na nawrotkę i pociagnęłam. Przyspieszyłam do 4.17, Trzeci zaczęłam od 4.10, ale średnio wyszło 3.57 i ostatecznie na mecie po 12 minutach i 47 sekundach.



Wszyscy - łącznie z trenerami - pod wrażeniem, tylko ja oczywiście nie do końca zadowolona, więc przypominam sobie, że jestem po ciężkim obozie i przed maratonem, na którym - na szczęście - nie mam zamiaru biec w tempie 4.00, a i tak podobno mogę już trenować prawie profesjonalnie i mam dzwonić/pisać w razie "dramatów treningowych". Dramat to może być dopiero w październiku, wcześniej to i tak nic nie będzie wiadomo. ;-)



Obóz zakończyłam w dobrym humorze, zadowolona z towarzystwa i treningów z mnóstwem nowych informacji, inspiracji i przemyśleń oraz wniosków odnośnie do moich treningów. Cały czas poprawiać trzeba: technikę, dynamikę, do tego rozciąganie pleców i pośladków. No i ostatni wniosek: będzie kolejny obóz. :-)

wtorek, 25 lipca 2017

Wysokie góry i bieg ciągły, czyli dzień IV i V

Druga wycieczka startowała w Harrachowie, tzn. był dojazd busami do tej miejscowości, ale... musiałam uważać, bo w razie zagubienia użycie opcji "Wróć do startu" wiele by mi nie pomogło. ;-)




Trzymałam się więc ponownie z chłopakami, którzy także zaplanowali najdłuższą trasę. Tym razem jednak trochę mądrzej zamiast butelki z wodą, do plecaka wrzuciłam bukłak z wężykiem, z którego często korzystałam też dlatego, że dzień był ciepły bez opadów.



Poza tym nastawiłam się na to, że w górach dużo się chodzi, a tu już od początku bieganie, do tego po asfalcie i w dodatku pod górę. ;-)



Później było jednak na tyle pod górę, że można było iść (czytaj: odpocząć).



Chłopaki rozgadali się podczas tej wycieczki, a mnie serce rosło, że jednak ludzie książki czytają, bo na ten temat były rozmowy.



Dzięki temu, że się tak zagadali, nie byłam ostatnia, ale jak przyspieszyli, to jednak zostałam i dopiero na szczycie się spotkaliśmy. Tam doładowanie, czyli trochę coli i kawałek banana i można było kontynuować.



Dalej znowu z góry i chociaż byłam zmęczona, to jednak dałam radę biec, nawet dość szybko. Mam nadzieję, że organizm zapamięta i wykorzysta na maratonie doświadczenie z biegania na zmęczeniu. Tym razem niespodzianka, bo trasa zamiast 27 kilometrów miała tylko około 24.



Po południu znowu rozciąganie i rolowanie i ponownie słabo, ale przynajmniej utrwaliłam kilka ćwiczeń, które mogę wykonywać przez następny rok na zmianę z core stability. ;-)



W czwartek uda ani trochę nie odpuściły i zaczęłam większą uwagę zwracać na schody, zwłaszcza w dół.



Rano był krótki rozruch, a po śniadaniu wykład na temat planów treningowych, które dostaliśmy wcześniej mailem. Jak to ja analizowałam je sobie dokładnie i przyznaję, że bardziej mi odpowiadają niż te, z których wcześniej korzystałam. Z paru propozycji treningów na pewno skorzystam i mam nadzieję, że lepiej na tym wyjdę niż na poprzednim maratonie. 



Po wykładzie mieliśmy biegać BC2 5-6 km. Nie czułam się na siłach, żeby biegać drugi zakres wyliczony na podstawie wyników z początku roku, zwłaszcza po reglach, więc ostatecznie po dwukilometrowym truchcie pobiegłam trzy szybkie kilometry, potem kilometr przerwy w truchcie i przyspieszenie na końcu.  



Po południu niespodzianka, czyli obwód stacyjny z kilkunastoma różnymi ćwiczeniami - oczywiście do inspiracji poobozowej. Część z nich już wykonuję, ale parę będzie trzeba dodać. Szczególnie spodobała mi się drabinka koordynacyjna i skipy z gumą, chociaż widok dość przerażający - muszę sobie zamontować na ogródku. ;-)




poniedziałek, 24 lipca 2017

Z elitą na szlakach, przy śniadaniu, a nawet w saunie, czyli relacji z pobytu w Szklarskiej Porębie ciąg dalszy

To, że na obozie będzie elita trenerska, było wiadomo od początku, ale że Szklarska Poręba jest rzeczywiście "Mekką dla biegaczy" ściągającą do siebie czołówkę zawodników, dowiedziałam się dopiero na miejscu, kiedy natykałam się na zawodowców, którzy najzwyczajniej w świecie jedli z nami posiłki, biegali wołając "cześć" na powitanie, albo po prostu wyprowadzali czy też wynosili psa na spacer. ;-) W tym roku bardziej świadoma biegowo - ciut lepiej biegam i bardziej rozpoznaję elitę, nie to co w Krościenku, kiedy nie miałam pojęcia, z jaką gwiazdą przyszło mi trenować. ;-)



Kolejnego dnia już integracja pełna, bo wycieczka biegowa, czyli kilka godzin spędzonych razem w trudach i znoju. Zaczęło się od spokojnego spaceru - pamiętam przecież, że w górach podbieg nazywa się podejściem, tzn. że się nie tylko biega, ale i chodzi. ;-) Wcześniej otrzymaliśmy mapy dwóch tras do wyboru. Ponieważ znam się na mapie tak bardzo... jak wszyscy wiedzą ;-) po prostu zdecydowałam się na dłuższą. A co tam, skoro już jestem w górach, to muszę korzystać, bo jak sama pojadę, to i tak nic z tego nie wybiegnie ani nawet nie wyjdzie, bo zgubię się po prostu. 



Tymczasem ruszyliśmy w Izery. Przede mną i wąską grupą 27 kilometrów, które można było skrócić do 21 albo jeszcze bardziej, zawracając w dowolnym momencie. Na to ostatnie w ogóle nie miałam ochoty, ponieważ było tak stromo pod górę, że pewnie w dół też bym szła zamiast biec. Po kilkunastu minutach zaczęło delikatnie padać. Później deszcz przestał być delikatny i zaczął ostro zacinać. Ubrana byłam w spodenki i koszulkę, a kurtce było ciepło i sucho w plecaku, którego nie zdejmowałam, żeby nie musieć później mokrego zakładać. ;-) Taktyka nie do końca dobra, bo w plecaku miałam też butelkę z wodą i niestety rzadko ją wyjmowałam. Wkrótce przestało padać i zrobiło się całkiem przyjemnie, tylko niestety ubrania pozostały mokre. Rozdzieliliśmy się i pobiegłam dalej z pięcioma chłopakami i trenerem. 



Trasa zgodnie z profilem po kilku kilometrach wspinaczki prowadziła w dół i to tak, że nawet ja mogłam się rozpędzić, chociaż zastanawiałam się, dlaczego biegniemy po 4.30, skoro to wycieczka. 
Kiedy dotarliśmy ponownie do Szklarskiej Poręby, zrobiło się ciepło i słonecznie, a o deszczu przypominały tylko liczne kałuże. Przypomniałam sobie, co to znaczy złachać się na takim dystansie - ostatecznie Garmin wyliczył 28 kilometrów. 

Po południu "tylko" rozciąganie i rolowanie. Wałek wprawdzie stoi u mnie na półce, ale pożytku z niego nie ma żadnego. No i okazało się, że z rozciąganiem też są problemy.


Dla relaksu wieczorem sauna i tam właśnie spotkanie z reprezentacją Polski, która akurat wchodziła, a my wychodziliśmy. Ufff.

Wtorek po wycieczce biegowej był trudny. Uda bolały mnie tak mocno, że ostatnio tak się czułam chyba po półmaratonach, które biegałam bez przygotowania. Nie było rozruchu, ale trzeba było wstać i się ogarnąć, bo na 9.00 mieliśmy już zaplanowany trening na stadionie. Trochę się bałam, bo jakoś nie najlepiej wspominam zeszłoroczne interwały. Tym razem jednak nie mieliśmy biegać odcinków 400 m, tylko 100 m. Nie została jednak określona liczba powtórzeń, tylko czas trwania: ćwiczyliśmy od 30 do 40 minut. Kiedyś biegałam dwadzieścia setek i wydawało mi się, że to dużo. Teraz zapowiadało się jeszcze więcej. Na szczęście biegałam z dobrą ekipą, więc się nie dłużyło tak bardzo, chociaż w końcówce zaczęliśmy jakoś bardzo wydłużać odpoczynek. ;-)


Po treningu szybko wskoczyłam jeszcze do potoku - żartowałam, tylko zamoczyłam nogi. ;-) Planowałam w piątek się wykąpać, ale jakoś nie wyszło. Potem szybko coś zjadłam, bo było dopiero po 11.00, czyli do obiadu pozostały ponad dwie godziny! Później mieliśmy wykład z analizą techniki biegowej. Nie pamiętałam wielu uwag z zeszłego roku. Widocznie tak słabo wtedy biegałam, że nikt się tym nie przejmował. Tym razem dowiedziałam się, że może i szybko biegam, ale jest dużo do poprawy - technicznie, ale też dynamicznie.  Trochę przykro po tych uwagach, ale w sumie przecież kiedyś powiedziałam sobie, że im więcej do poprawiania, tym lepiej, bo nowe bodźce treningowe dają lepsze efekty. 

Po południu moje ulubione, wyczekane ćwiczenia core stability. :-)

Cdn.

niedziela, 23 lipca 2017

"Talent" i "biegacz z perspektywą", czyli zapoznanie oraz początki obozowych zmagań

Do hotelu Górnicza Strzecha w Szklarskiej Porębie dotarłam parę minut po 15.00, czyli zgodnie z programem. Po drodze zatrzymałam się w markecie, żeby wyposażyć się w rzeczy pierwszej potrzeby dla biegacza, czyli wodę, orzechy i czekoladę - na głód i sytuacje kryzysowe. ;-) Po podróży i wczesnym wstawaniu związanym z poranną wizytą na Parkrunie w Żarach, miałam nadzieję na kąpiel i krótką drzemkę przed kolacją. Na szczęście moja współlokatorka, która jechała samochodem aż ze Szczecina, miała podobne plany, więc udało nam się je zrealizować (zaraz po rozpakowaniu, zastanawianiu i ustalaniu, jak będzie korzystała z szafy, która stoi pod ścianą przy moim łóżku).

Około 18.00 zeszłyśmy na kolację, nie znając nikogo i mając wrażenie, że wszyscy inni znają się bardzo dobrze. Po posiłku nastąpiło spotkanie "Anonimowych Biegaczy", którzy dzięki temu stali się mniej anonimowi. Nie wiem, czy coś takiego miało miejsce w zeszłym roku, bo dotarłam dzień później, w każdym razie mnie ominęło. Nigdy nie lubiłam takiego przedstawiania, chociaż odkąd zostałam biegaczem <sic!> oczywiście chętnie opowiadam o wszystkich biegach, zawodach, życiówkach itp. itd., podejrzewałam więc, że podobnie będzie w przypadku innych. Pozostawał więc problem, kto tego będzie słuchał? ;-) Zwłaszcza, że ja wypowiadałam się jako druga od końca. Później okazało się, że wiele osób jednak słuchało i nawet zapamiętało, przede wszystkim to, że zostałam uznana za talent, bo co do szczegółów, to już mniej. Mnie interesowały wyniki innych, bo chciałam dowiedzieć się, jak będziemy biegali, tzn. jak dużo i jak szybko i w której grupie mogę się odnaleźć. Pierwsza informacja, jaką uzyskałam była taka, że żaden ze mnie talent, tylko po prostu uczestnicy to głównie osoby biegające dla przyjemności i trenujące mniej regularnie niż ja, m.in. z powodu dzieci, które licznie towarzyszyły uczestnikom obozu. 

Pierwsze spotkanie było dość krótkie i też jeszcze sztywne, zwłaszcza dla nowych osób. Rozkręciło się drugiego dnia i to już od rana, bo przecież był rozruch. :-) Potem śniadanie i wykład, a właściwie kolejne powitanie, bo dojechał drugi trener, którego przynajmniej znałam i pamiętałam z pierwszego obozu. Dostaliśmy koszulki obozowe i ustaliliśmy plan dnia. Wyglądałam podobno na zaspaną i zestresowaną. Może jakiś taki odruch i reakcja jak na dawne lekcje wychowania fizycznego, chociaż dużo się od tego czasu zmieniło i przecież wiedziałam, czego się spodziewać, a nawet przyjechałam z konkretnymi oczekiwaniami, a nie tak jak rok temu ze znakami zapytania. 



Pierwszy trening to spokojne rozbieganie na reglach, które miało pewnie dać jakiś obraz o poziomie biegowym. Stres chyba minął albo rozładował się w biegu. Ruszyłam spokojnie i bieganie sprawiło mi dużo radości (co się rzadko zdarza ;-)). W moim odczuciu biegłam wolno, ale jednak zostawiłam w tyle większość osób. Przede mną było chyba trzech chłopaków. Mieliśmy pobiec maksymalnie 30 minut w jedną stronę i zawrócić. Tuptałam sobie spokojnie po 5.15 za biegaczem w koszulce z maratonu krakowskiego. Jemu znudziło się samemu i zaczekał na mnie, więc go zagadałam o ten maraton i tak razem dotruchtaliśmy jeszcze kawałek, a potem z powrotem. Na szczęście znał drogę do hotelu, bo ja bym się zgubiła nawet ostatniego dnia. ;-)



Po południu dopiero nastąpiło to, czego się tak obawiałam, czyli trening "na płotkach". Na ich widok łzy do oczu napływają, jak w liceum na wf-ie na widok skrzyni. Wcześniej jednak rozgrzewka i parę innych ćwiczeń, których z zeszłego roku nie pamiętałam, a teraz starannie odnotowałam w pamięci, żeby wykonywać różne rodzaje skipów i wymachów z grzebnięciem oraz defilady.



Potem przebieżki do wideoanalizy no i w końcu te tragiczne płotki... Opuściłam kilka kolejek... nie przyznam, ile. Ale jak przez przypadek usłyszałam, że jestem osobą z perspektywą, to parę razy przeskoczyłam... znaczy przebiegłam i przeżyłam... :-)

Cdn.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Najdłuższy ostatni kilometr, czyli Parkrun Żary

Do Żar dotarłam w drodze na obóz biegowy w Szklarskiej Porębie. Przypomniały mi się poranne samotne wyprawy, które na jakiś czas zarzuciłam, bo zwykle czułam się niewyspana i ogólnie zmęczona. Tym razem okazało się, że nie było tak źle, bo nie aż tak wcześnie, tzn. wyjeżdżałam po 5.00, a nie po 3.00, jak też czasem bywało, a poza tym samochodem a nie pociągiem. Nie wiem, czy przez to lepiej czy gorzej. Nie mogłam się już zdrzemnąć po drodze, ale przynajmniej byłam bardziej rozbudzona, kiedy dotarłam na miejsce. I w sumie nie jechało się źle głównie dlatego, że o tej porze roku wcześnie jest jasno. Dziwnie było tylko z tego powodu, że chociaż autem, to bez Fraszki, czyli zupełnie sama. Z trudem udało mi się dotrzeć, do części miasta, gdzie zlokalizowany jest Parkrun (miasto rozkopane i dużo objazdów), ale kiedy dotarłam do basenu, od razu zobaczyłam kilkoro biegaczy i wiedziałam, że przynajmniej miejsca zbiórki nie będę musiała szukać. 




Zostałam oczywiście natychmiast namierzona i odkryta, że pierwszy raz i przyznałam, że w Żarach to rzeczywiście wcześniej nie biegłam. Poszłam potem trochę zbadać trasę i ucieszyłam się przede wszystkim z oznaczeń kilometrów i strzałek wskazujących kierunek. 



Kiedy wróciłam z rozgrzewki, już zaczęła się odprawa - słyszalna z daleka, bo prowadzona przez mikrofon. Było przypomnienie idei Parkrun, wskazanie liczby lokalizacji w Polsce obecnie i w planach, wymienienie sponsorów, zaproszenie na 200. Parkrun Żary, który odbędzie się za tydzień, powitanie debiutantów i gości. Potem wspólne zdjęcie i spacerek na start.



Dzięki temu, że startowaliśmy z innego miejsca, nie zaczynaliśmy od podbiegu. ;-) Tam już tylko informacja, żeby uważać, odliczanie i start. 



Nie zaczęłam jakoś mocno, bo raczej zaczynam zmniejszać tempo, zwłaszcza na początku, i staram się utrzymywać albo przyspieszać. Trasa leśna z podbiegami i zbiegami, więc planowałam spokojnie i pomału się rozkręcić. Rzeczywiście mi się to udało, bo drugi kilometr był szybszy niż pierwszy. Zdziwiłam się tylko, że wg oznaczenia 2. kilometry przebiegłam w momencie, kiedy Garmin zmierzył tylko jakieś 1,8 km. Potem rozbieżność była jeszcze większa. Moje tempo też dziwnie spadało i pomyślałam, że może gubi się zasięg w lesie. A kiedy po 3,6 km (wg Garmina) zobaczyłam tabliczkę z 4, uznałam, że jest szansa na życiówkę. ;-)

Szansa była tylko teoretyczna i trzeba było wcześniej zapytać, czy te oznaczenia są w dobrych miejscach. Dowiedziałam się tylko, że start i meta są przesuwane, z powodu zmian w Zielonym Lesie, gdzie odbywa się Parkrun, ale nie dopytałam, jak z innymi tabliczkami. No i walczyłam, próbując przyspieszyć na tym niby ostatnim kilometrze, chociaż zmęczona już byłam poprzednimi, na których dużo kamieni niby kocich łbów, jakby tam jakiś trakt prowadził i teraz trudno się biegało, a ten ostatni kilometr ciągnie się i ciągnie. Jak później sprawdziłam, to zamiast 1000 metrów, było jakieś 1300, więc - rzecz jasna - żadnego rekordu nie zrobiłam. ;-) Oficjalny wynik to 21.38, miejsce K-1 i Open - 8/51.



Nie spieszyło mi się specjalnie dalej, więc porozmawiałam z kilkoma biegaczami, m.in. z bratem chłopaka, który biega czasem na Parkrunie w Poznaniu. Dowiedziałam się, przy okazji, że ktoś z Poznania organizował tego dnia bieg koleżeński w Żarach. Potem jeszcze krótka wycieczka po mieście i udałam się w dalszą drogę.

środa, 12 lipca 2017

Sfrustrowana po biegach na "krótkich" dystansach

Skończyła się moja seria krótkich biegów, więc postanowiłam zrobić małe podsumowanie i… przejście do następnego etapu. ;-) Przypominając, biegłam ostatnio:

Bieg na Woli po hipodromie – dystans 4 km
Umultowo – dystans 5 km
Nocny Bieg Świętojański – dystans 4,3 km
Botaniczna Piątka – edycja nocna – dystans 5 km

W międzyczasie oczywiście Parkruny również na „krótkim” dystansie. Starty te pozostawiają pewien niedosyt. Pewnie wynika on też z tego, że od stycznia tego roku nie zbliżyłam się do życiówki z listopada. Zrzucam trochę na Fraszkę, że wolniej biega i mi nie pomaga, ale do swojego rekordu z kwietnia też się ostatnio nie mogę zbliżyć. Ustanowiłam w tym roku indywidualny rezultat (bez wspomagania) 20 min 35 s, potwierdzony na Cytadeli (20 min 38 s, ale podbiegi wiadomo. ;-)) Potem jeszcze trzy razy na Parkrunie poniżej 21 minut – dwa razy w Poznaniu 20.58 (jeden raz sama, drugi raz z Fraszką) i jeden raz w Katowicach 20.40. A od czerwca… kryzys totalny, katastrofa.
Jakby dziwnie spadek formy przyszedł dopiero miesiąc po roztrenowaniu, kiedy to cały maj już solidnie przebiegałam, w przeciwieństwie do kwietnia, który raczej przebimbałam…



Może jakaś wakacyjna klątwa. W zeszłym roku o tej porze wszystkie wyniki biegów na piątkę kręciły się w okolicach 22.30, a w tym roku oscylują w granicach 21.15 (albo gorzej, bo 21.30).
A naprawdę przykro patrzeć, jak tempo zawodów na 4 km wynosi średnio 4.30 (patrz hipodrom), jak w tym tempie biegłam półmaraton…



Oczywiście jest wielka złość sportowa i też motywacja do poprawy, ale… niestety już nie pora na to, bo dawno zaplanowane było, że teraz przerzucam się na długie dystanse. Odchorowałam już start w krakowskim maratonie. Oj, długo chorowałam! ;-) Ale w końcu mogę zabrać się za trenowanie. Tak jak wspominałam w innym wpisie, planu takiego jak ostatnio nie ma. Tzn. jest, ale nieużywany. Po zapoznaniu z różnymi rozpiskami i programami, opracowałam na razie ogólny zarys, żeby wiedzieć, co robić. Zresztą podobnie było podczas przygotowań do mojego pierwszego maratonu, kiedy opierałam się głównie na długich wybieganiach, które robiłam co tydzień coraz dłuższe, a w międzyczasie cokolwiek, tzn. wtedy było zwykle dwa razy w tygodniu 10 km – jeden raz z Fraszką, drugi raz sama – czasem z podbiegami, czasem jakieś bnp. Czwarty bieg to był oczywiście Parkrun.
Teraz planuję podobnie skoncentrować się na jednym treningu, który będzie docelową podstawą, nie planuję jednak zwykłego wydłużanego wybiegania, ale wybieganie z BNP. 



W zeszłym roku zrobiłam wszystkie długie treningi w równym wolnym tempie i dało mi to tyle, że po 25. kilometrze maratonu zaczęłam umierać, bo organizm nie nauczył się ani tempa docelowego, ani przyspieszania. W moim przypadku przyspieszanie jest zresztą piętą achillesową na każdym dystansie, więc w żadnym razie nie zaszkodzi. ;-) Próbowałam już trzy razy zrobić taki trening. No właśnie – próbowałam – to jest odpowiednie słowo, bo niestety pierwszy raz nie udało mi się biec założonym tempem. Wyszło lepiej po modyfikacji. Będę pewnie dalej doskonalić, dopasowując tempo i dystans. Prawdopodobnie też pozostałe treningi dostosuję do samopoczucia po tym dniu. Planuję też nadal uzupełniać bieganie innymi elementami, ale muszę uważać, bo po ostatnich ćwiczeniach siłowych miałam bardzo ciężkie nogi, więc powinnam chyba inaczej to rozplanować. Jeśli chodzi o mocne treningi, to mam zamiar nadal robić fartleki, które bardzo pomogły mi przed półmaratonem na wiosnę. Myślę,że przydadzą się też o tyle, że również na jesień chciałabym pobiec w półmaratonie. Będzie też jeden dzień na „klepanie kilometrów”, bo kiedyś trzeba odpocząć i może z Fraszką pobiegać, no i też Parkrun, ale będę musiała przestać myśleć o tym, że mogłabym już szybciej biegać. Chodzą mi jeszcze po głowie wybiegania w drugim zakresie, ale chyba nie będzie, gdzie tego wcisnąć, żeby mieć czas i siły przede wszystkim… 




To taki ogólny plan. Jak wyjdzie z jego realizacją? Pewnie za jakiś czas coś napiszę. A potem jeszcze, czy dał jakieś efekty. Jako starty kontrolne zaplanowałam dwa półmaratony: jeden w Swarzędzu, a drugi w Kaźmierzu – ten drugi mniej na ściganie, bardziej na ćwiczenie tempa w trudnym terenie. W tym celu szukam też czegoś przełajowego na koniec sierpnia. A jak się wszystko dobrze uda, to znów będę mogła porzucić maratony na czas jakiś i wrócić do szybkiego biegania. :-) :-) :-)

niedziela, 9 lipca 2017

O bieganiu nad jeziorem i uciekającym kościele, czyli z wizytą na Parkrunie w Ełku

W sobotę w zacnym gronie kilkunastu osób wzięłam udział w Parkrunie w Ełku. Dawno temu postanowiłam sobie, że w okresie wakacyjnym wybiorę się do najbardziej oddalonych lokalizacji. Na początku planowałam pojechać do Augustowa, czyli jeszcze dalej ode mnie, ale zniechęciło mnie kilka rzeczy. To, że jest dalej oczywiście nie, bo przecież chciałam pojechać daleko. Gorzej było z usytuowaniem Parkrunu w tym mieście, który jest na tyle daleko od centrum, że w opisie na stronie zachęca się, aby na start... udać się taksówką. Mogłam oczywiście pobiec tam i z powrotem, a potem jeszcze z hotelu na dworzec, bo tam wszędzie wydawało się daleko, ale po tym, jak skróciłam wyjazd do dwóch dni, zdecydowałam się jednak na Ełk. Tu dla odmiany wszędzie blisko. Z dworca do hotelu 1 km, a z hotelu na start też mniej więcej tyle. Do tego bardzo ładne usytuowanie nad samym jeziorem Ełckim.




Ponieważ było tak blisko, nie musiałam się spieszyć. W piątek wieczorem już sprawdziłam, gdzie dokładnie jest miejsce zbiórki, więc w sobotę nie miałam problemu, żeby trafić. Nie przejęłam się też zbytnio, kiedy około 8.45 nie dostrzegłam jeszcze żadnych oficjalnych oznak Parkrunu. Spotkałam za to biegacza, który również czekał na bieg i wyjaśnił, że wszyscy schodzą się zwykle chwilę przed 9.00. I rzeczywiście po paru minutach pojawili się organizatorzy. Ustawili jednak flagi w innym miejscu, bo w ten weekend na plaży odbywała się jakaś impreza muzyczna i dojście na tradycyjne miejsce startu było zablokowane. 

Taki początek i finisz



Oprócz nas doszło jeszcze kilka osób, łącznie z turystami z Krakowa i Warszawy. Koordynator wspomniał, że miał już dzień wcześniej jechać na triathlon do Bydgoszczy, ale w związku z tym przesunięciem początku trasy, został do soboty.



Wyjaśnił nam szczegółowo przebieg całego dystansu. Wskazał kościół, za którym są schody i oznaczenie nawrotki. Potem stwierdził, że właściwie to on pójdzie po rower i tam podjedzie, żeby nas kierować. 

Podbieg niby niewielki, ale trzeba było uważać


Tak też zrobił, a my w międzyczasie wystartowaliśmy.



Pamiętałam z relacji facebookowych, że jeden z panów biega w okolicach 20 minut, więc liczyłam, że będę mogła się podczepić, żeby - w razie czego - się nie zgubić. ;-) Rzeczywiście ktoś w takim tempie wystartował, więc ja za nim. Tempo około 4.03, ale do końca pierwszego kilometra zwolniłam do 4.08. Średnio mi się to podobało i nie zapowiadało tak szybkiego biegu, jak oczekiwałam, bo ja przecież nie umiem utrzymywać równego tempa, a już na pewno nie przyspieszać! Potem rzeczywiście jeszcze zwolniłam, a prowadzący stawkę coraz bardziej się oddalał. Chociaż mijający mnie właśnie koordynator na rowerze, rzucił: "Dobrze idziesz", to wiedziałam, że dobrze nie jest. A przynajmniej nie tak, jak chciałam.


Tu widać kościół


Kościół wskazywany podczas odprawy z tamtego miejsca wydawał się blisko, na trasie okazało się, że jest za zakrętem, więc jednak daleko. Droga względnie prosta, ale z "oszukanymi" podbiegami. Przestrzeń odsłonięta, więc wydawało mi się, że biegnę i biegnę... 



W końcu nawrotka, po której trochę przyspieszyłam i na trzecim kilometrze utrzymałam tempo z drugiego. Czwarty to jednak była męka. A myślałam, że skoro w tamtą stronę tak źle się biegło, to może powrót będzie szybszy. ;-) Tymczasem jeszcze słyszę kroki za sobą. Tak ciągnęły się chyba przez kilometr i chłopak, z którym rozmawiałam przed startem, ze spokojem mnie wyprzedził. W końcówce przypomniało mi się, że się wyprzedza, ale ostatni odcinek był po piasku, więc średnio się zmobilizowałam.


A gdybym się tego nauczyła, to piąty kilometr pobiegłabym w tempie 4.00 i nie musiałabym potem narzekać, że znowu powyżej 21 minut.



Tymczasem właśnie 21.13, ale podobno nowy rekord trasy i jeśli dużo się nie zmieni, to chwilowo będę rekordzistką trzech tras: w Kutnie, Grodzisku Mazowieckim i w Ełku. ;-) No i trzecie miejsce Open!

 

A gdybym trochę bardziej się zmusiła, to jeszcze bym tego drugiego mężczyznę wyprzedziła, bo był lepszy o 6 sekund i według wyników dzisiaj PB zrobił, może trochę dzięki mnie. ;-)




Zapytana o wrażenia, odparłam, że trasa bardzo ładna, tylko to słońce... Bo rzeczywiście niby niepozornie, ale świeciło i od rana bardzo ciepło się zrobiło...

czwartek, 6 lipca 2017

O nieprzyjaznej czołówce, nocnych lękach i bieganiu po ogrodzie, czyli Nocna Botaniczna Piątka

Kolejny bieg na "krótkim" dystansie dla mnie był bardzo nietypowy, ponieważ miał miejsce o takiej porze, o której zwykle śpię. Tymczasem trzeba było pozostać skoncentrowanym i do tego bardzo aktywnym. Wykorzystałam różne porady, żeby przed wieczornymi zawodami zdrzemnąć się trochę i po drzemce zjeść coś w rodzaju śniadania. Za wcześnie ta drzemka chyba była, bo wstałam już o 16.00, ale bałam się, że jak później zasnę, to się obudzę w środku nocy. ;-)



Dojechałam około 21.30, ale zanim dotarłam na miejsce startu, minęło trochę czasu, bo sporo krążyłam i ostatecznie dotarłam do biura zawodów podążając "za tłumem". Pora już była na rozgrzewkę, a ja jeszcze nie odebrałam pakietu startowego. Szybko dołączyłam więc do kolejki po numer. Potem lekkie roztruchtanie i już przyszedł czas, żeby ustawić się na linii startu, a właściwie bardziej za, bo sama linia już zajęta, ponieważ bardzo krótka (czyt. wąsko było ;-)). Robiło się już coraz bardziej ciemno, więc mocowałam się z latarką czołową, do której kompletnie nie jestem przyzwyczajona i pewnie dlatego nie lubimy się zbytnio. Używałam jej parę lat temu, jak chodziłam na nocne treningi po Cytadeli, potem też trochę biegając o zmroku po moich lasach. Wszystko jednak nie na zawodach, więc raczej wolno, chyba że z Fraszką, a wtedy dodatkowo niebezpiecznie. Jedyne moje całkowicie nocne ściganie było na Parkrunie w Lesznie. 100. Parkrun Leszno Potem definitywnie rozstałam się z czołówką, wybierając oświetlone trasy na bieganie po zmroku. I nie zmieniłam zdania nawet, kiedy w pakietach otrzymałam jeszcze dwie tego typu latarki. 



Trudno - myślałam, jak mnie będzie czołówka denerwowała, to najwyżej wyrzucę po którymś okrążeniu. Wciąż byłam w euforii po niedzielnych zawodach Bieg z Łapką w Bydgoszczy, ale wiedziałam, że ciemność będzie mnie blokowała i - tak czy siak - pobiegnę asekuracyjnie. To było widać już po pierwszym kilometrze, który zamiast w tempie około 4.00, wyszedł 4.09. Wystartowałam jak na mnie bardzo wolno i przede mną było chyba z pięć kobiet, które pomału wyprzedzałam. Jedna utrzymała się przede mną jakoś do drugiego kilometra. Po jej wyprzedzeniu jakoś straciłam zapał, poza tym tempo sprawdzałam tylko co kilometr, bo bałam się, że jak się zapatrzę na zegarek, to na coś wpadnę, więc jakoś nie mogłam się zmotywować, żeby przyspieszyć. Zakrętów dużo, trochę dziur i... pewnie ładny ogród, tylko szkoda, że nic nie widać. Może pobiegnę kiedyś jak będzie jasno? Słyszałam, że komuś ostatnio słońce przeszkadzało i dlatego zorganizowano nocną edycję. ;-) Drugi kilometr pobiegłam w podobnym tempie. Później przypomniało mi się, że wciąż mnie bolą nogi po ostatnich treningach. Poza tym moja czołówka zaczęła trochę pływać. Było więc prawdopodobne, że biegnę na rekord świata, niestety okazało się, że zwolniłam do tempa 4.34. Ale jak?! Nigdy nie zwalniam na trzecim kilometrze. Co w takim razie będzie na czwartym? Okazało się, było dużo lepiej. I dowiedziałam się też potem, że ten odcinek był z górki, a trzeci kilometr pod górę. Czyli mogę się jakoś dodatkowo wytłumaczyć, oczywiście oprócz tego, że boję się ciemności. Na ostatnim kilometrze nagle zaczęło przede mną wyrastać bardzo dużo ludzi, których wcześniej nie było. Pierwsze dwie pętle biegłam starając się przykleić do kogoś, żeby za nim pobiec do mety (czyt. nie zgubić się). I ten ktoś mi nagle zniknął, bo zostaliśmy rozdzieleni przez innych, którzy prawdopodobnie mieli na koncie jedno kółko mniej ode mnie i raczej do mety by mnie wtedy nie doprowadzili. Było więc trochę mijanek i wyprzedzania. Fajnie wyglądały wszystkie odblaski i oznaczenia. W końcu dotarłam do miejsca, gdzie powinnam znaleźć metę i... zobaczyłam światło. Wbrew słowom: "Nie idź w stronę światła", właśnie tam się skierowałam, zwłaszcza, że światło po słowach: "Finisz tutaj", rozstąpiło się, robiąc mi miejsce. I wtedy, wiedząc, że będzie prosty odcinek, bez zakrętów i innych niebezpieczeństw, w końcu się rozpędziłam, co rzadko mi się zdarza. Po drodze jeszcze usłyszałam: "To mężczyzna" (mogę to uznać za komplement?), a potem dla odmiany: "Jesteś pierwsza" i zatrzymałam się kawałek za metą. 

Czas bez szału 21 minut 20 sekund. Jakoś ostatnio wciąż kręcę się dookoła tego wyniku, zamiast wrócić do rezultatów poniżej 21 minut. Ale dla mnie to nie były warunki do ścigania, a już na pewno nie, żeby życiówki robić, a prędzej kostkę skręcić, ale dwie już skręciłam, a trzeciej nie ma, to trzeba uważać. ;-)

Było już sporo po 22.00, ale wciąż nie chciało mi się spać. Poszłam się tylko przebrać, bo zrobiło się bardzo zimno. Zbliżał się start drugiej fali. Zapowiadało się ciekawie. Wrażenia i emocje jak podczas półfinałów na igrzyskach olimpijskich. Oni biegali, a ja czekałam. Dowiedziałam się wcześniej, że o 23.00 pobiegnie dziewczyna, która ma lepsze czasy ode mnie, więc pewnie wygra, bo jej ciemność nie będzie przeszkadzała. I rzeczywiście tak się stało. Pojawiła się na mecie po 20 minutach i 32 sekundach, czyli szybciej niż mój rekord wynosi, więc wczoraj nie miałam z nią szans. Dziwne, że chwilę po niej pojawiła się inna, która jednak wbiegła na metę dość wolno, jak na osobę, która pokonuje 5 km w 21 minut. Później okazało się, że rzeczywiście zabłądziła i wróciła na trzecie okrążenie.



Ostatecznie więc zajęłam drugie miejsce wśród kobiet i otrzymałam kolejny pucharek do kolekcji. :-)
Trasa fantastyczna, do zajechania i nawet mi się specjalnie nie nudziło. ;-) Chętnie pobiegnę jeszcze raz, jak będzie jasno, ale bez słońca. ;-)

poniedziałek, 3 lipca 2017

Puchary dwa - dla biegacza i dla psa na VI Biegu z Łapką w Bydgoszczy

Niesamowite, ale dzisiaj - w porównaniu z tym, co zwykle - nie mogę narzekać. Radość prawie tak wielka jak po maratonie. ;-) Ale nie... to coś w rodzaju półmaratonu, maraton dopiero za niecały miesiąc. ;-) A radość tym większa, że podwójna. Piszę więc natychmiast, dopóki jakiegoś powodu do niezadowolenia nie znajdę.

Przechodząc zatem do rzeczy - dzisiaj wreszcie wyczekiwany i wytrenowany Bieg z Łapką. Jest to jeden z nielicznych cyklicznych biegów, w którym oficjalnie można (a prawie trzeba) pobiec z psem. O imprezie dowiedziałam się niecałe cztery lata temu i od tego czasu ma ona stałe miejsce w moim i Fraszki kalendarzu biegowym. Bo inne dogtrekkingi i canicrossy pojawiają się i znikają, a Bieg z Łapką w Bydgoszczy jest i to już szósty raz. 

Nasz udział zaczynał się spokojnie i niepewnie - Fraszka młoda i ja trochę też, a i tak udało nam się zdobyć wyróżnienie dla Fraszki. Nasz pierwszy Bieg z Łapką cz. 1 cz. 2 W zeszłym roku Fraszka na nagrodę się nie załapała, za to dla mnie wybiegała trzecie miejsce w klasyfikacji Kobiet. Nasz drugi Bieg z Łapką Apetyt rośnie w miarę jedzenia (zwłaszcza, jeśli mowa o psach, żeby nie było, że o mnie ;-)) więc w tym roku ambicje były jeszcze większe. 

Przygotowywałyśmy się starannie od ponad miesiąca, zwłaszcza że - ja wiecznie niezadowolona - uznałam, że nie mam formy, a Fraszka... nie ma odpowiedniej wagi. Rozpoczęłyśmy więc eksperymentalne treningi z rowerem - to znaczy ja jechałam na rowerze, a Fraszka biegła. Dzięki temu mogłam ćwiczyć osobno ją i siebie. Najpierw było trochę strachu przed rowerem, ale później dzika radość na jego widok, więc kilka takich treningów udało nam się przeprowadzić. A jaki efekt? Tego do dzisiaj nie było wiadomo. Jak z moją formą też nie, bo chociaż wczoraj dobrze się biegło, to jednak liczyłam na więcej.




Wycieczka do Bydgoszczy bardzo przyjemna - odległość dosyć duża, ale trasa prosta i szybka. Na miejscu zastałyśmy już biegaczy i inne pieseczki. Fraszka niby obyta na zawodach, ale głównie na Parkrunie, inne czworonogi peszą ją i straszą, więc wtedy okazuje się, że jednak z pancią najbezpieczniej. Szybko więc odebrałyśmy pakiet i poszłyśmy schować się przed towarzystwem, żeby nie robić zamieszania. Z okazji akcji "Koty" miałyśmy też przygotowany strój, ale okazało się, że nie dało się w nim pobiec, więc tylko dałyśmy się sfotografować (jak pies z kotem), a potem ze stroju zostały jedynie ogon i kokardka. ;-)



Nadszedł moment udania się na start. Na sygnał Fraszka oczywiście zaczęła ujadać. Przez chwilę robiła to sama, ale już po chwili inne psy zaczęły jej wtórować i zrobił się ogromny hałas - dużo większy niż na Cytadeli, kiedy podobno jedna mała Fraszka zagłusza wszystko. Szczekanie trwało kilka minut, ale tylko Fraszka rwała się do startu. Reszta czworonogów poszczekiwała raczej w bezruchu. Tego, że zaczynamy odliczanie, domyślaliśmy się tylko z ruchu warg organizatora. Tym razem start miałyśmy szeroki, ponieważ stanęłyśmy w drugim rzędzie zaraz za harpaganami, a przez moją dzikuskę nikt nie odważył się ustawić obok.

W zeszłym roku zaczęłam trochę asekuracyjnie. Tym razem postanowiłam dać się ponieść Fraszce, a później będziemy się martwić. ;-) Przed nami zobaczyłam dziewczynę z dużym psem, którzy wygrali z nami w zeszłym roku i wydawało się, że i tym razem będą unosić się w powietrzu, bo ruszyli prowadząc całą stawkę. Ale Fraszka nie dawała za wygraną i pognała za nimi tak, że bałam się spojrzeć na zegarek. Po kilkuset metrach wyprzedził nas pan z  czarnym psem równie dużym jak ten pierwszy, a do tego dość zaczepnym, bo pokąsały się z Fraszką trochę, ale na szczęście pobiegł dalej, a Fraszka szybko się ogarnęła. Czarny zaczepił również psa dziewczyny prowadzącej i skorzystałyśmy z okazji, żeby ich wyprzedzić. Garmin oznajmił, że pierwszy kilometr pobiegłyśmy w czasie 3.43. To chyba nie był nasz rekord, ale poczułam tempo, które ma na myśli Warszawski Biegacz, kiedy pisze "zacząłem spokojnie". ;-)  Utrzymałyśmy jeszcze takie tempo przez kilkaset metrów, potem zwolniłyśmy, ale nie tak mocno, bo drugi kilometr wyszedł w tempie 4.03. Gorzej zrobiło się później, ale co najważniejsze - Fraszka cały czas pozostawała z przodu.

Po sobotnim Parkrunie byłam bardzo zmęczona, od rana też bolały mnie nogi. Może dlatego mówi się, że przed ważnymi zawodami powinno się odpuścić, ale... przez to, że wczorajszy bieg był taki pozytywny, czułam się dodatkowo zmotywowana, a przecież też ciągnięta bezpośrednio przez Fraszkę. Trudno rozpoznać jej formę na treningu, bo ona tak genialnie biega tylko na takich zawodach. I ja nawet nie muszę jej specjalnie dopingować i motywować. Zresztą zwykle nie mam siły, żeby cokolwiek jej mówić. ;-) Rzadko co ją rozprasza. Ciągnęła wprawdzie trochę w kierunku kanału, ale kiedy jej nie pozwoliłam, wiedziała że nie wolno. Jak zawody, to zawody, więc biegniemy, gonimy i wyprzedzamy. Czytałam kiedyś, że psy pod tym względem są gorsze niż ludzie i Fraszka to rzeczywiście taka mała wredota, bo jak jakiś pies jest za nami, to zwalnia do niego, ale jak dogonimy jakiegoś przed sobą, to raczej ogląda się z satysfakcją, że go wyprzedziłyśmy.

Bardzo szybko zostawiłyśmy w tyle pierwszą dziewczynę. Wyprzedzali nas głównie panowie bez psów, później parę czworonogów jednak nas dogoniło. Czarny pojawiał się i znikał - w kanale albo w krzakach. Mijał nas też pan ze smyczą w ręce i dopiero po chwili okazało się, że pies biegnie za nim. Przez jakiś czas nie mogliśmy się minąć, bo ten pies luzem był wciąż za nami albo przed nami. Ostatecznie nas wyprzedził, doganiając pana. Wtedy dobiegła do nas jeszcze jedna psia para, pod którą trochę się podczepiłyśmy. 

Fraszka tradycyjnie zwolniła w okolicach startu/mety i też końca pierwszego okrążenia. Nie przejęłam się tym, wiedząc że zaraz przyspieszy, co też uczyniła i ten piąty kilometr był bardzo szybki, jakby myślała, że znów start. Rzuciłam tylko okiem na czas. Zegar pokazywał niecałe 16 minut, czyli bardzo dobrze. Pomyślałam, że po tych dwóch bardzo szybkich kilometrach, prawie byśmy rekord na 5 km zrobiły, ale oczywiście później zwolniłyśmy. Zresztą nie miałoby to wielkiego sensu. Z ciekawości spojrzałam na Garmina i okazało się, że pobiegłyśmy w 20 minut 49 sekund. Pozostawało nie zwolnić za bardzo. 

Fraszce spodobało się chyba gonienie pana z psem przed nami, więc tak leciałyśmy. Ani razu nie przeszła do marszu, ja za to czułam że słabnę, ale człapałam widząc jej radość i zapał. Na trasie były dwie wielkie kałuże, które stanowiły dla niej wodopój na pierwszym i drugim kółku i pozwoliły śmigać dalej. 


Kiedy Garmin poinformował, że to już siedem kilometrów, przypomniałam sobie, że w zeszłym roku trasa wyszła mi krótsza niż 8 km i tak starałam się dodatkowo zmotywować. Kilkaset metrów przed metą z krzaków wyskoczył Czarny ze swoim panem. Wystartowali tempem startowym i nie miałyśmy szans, żeby ich dogonić. Na metę wbiegli więc przed nami. Straciłam już rachubę, które mamy miejsce, tzn. które z Fraszką, bo wiedziałam, że jestem pierwszą kobietą, co też zostało od razu potwierdzone. Z psami było gorzej, bo przez to pojawianie się i znikanie, trudno było mi się doliczyć.



Pan, pod którego się podczepiłyśmy, przyszedł mi pogratulować i oznajmił, że powiedziano mu, że jest pierwszy. Zastanawiałam się, co w takim razie z tym panem, który biegł z psem bez smyczy. 

Wszystko wyjaśniło się podczas dekoracji, która nastąpiła dziwnie szybko. A może mnie się mniej dłużyło? Bo w międzyczasie poszłam się wykąpać i przebrać, cały czas przeżywając niesamowity bieg. Ostatecznie przebiegłyśmy w czasie 33 minuty 6 sekund, czyli prawie o 2 minuty szybciej niż rok temu. Tempo porównywalne z wczorajszym, ale dystans dłuższy. Zmęczenie bardziej porównywalne z tym po Maniackiej, chociaż tam tylko płaski asfalt, a nad kanałem niby twarda nawierzchnia, a jednak ślizgałam się kilka razy, no i podbiegi na mostek były mordercze. Dobrze, że Fraszka dzielnie pomagała. :-)




Dekoracja i puchar za 1. miejsce w kategorii Kobiet i... 3. miejsce w kategorii Biegacz z Psem, czyli też w zasadzie 1. miejsce w kategorii Kobiety z Psem, ale takowej nie było.



Radość za to ogromna, jak pisałam na początku, bo bardziej mi zależało, żeby Fraszka się załapała na podium niż ja.



W końcu po to razem ćwiczyłyśmy. I udało się!




Natomiast, jak się okazało, pan, który biegł z psem bez smyczy, przyznał, że pomylił trasę i skrócił dystans. Zamiast pucharu dostał więc nagrodę fair play za przyznanie tego faktu. 



Fraszka natomiast obłowiła się w karmę, smaczki i dostała nowy amortyzator, który pancia od zeszłego roku jej obiecywała i jakoś nie mogła kupić. ;-) Z losowania dostałam jeszcze koszulkę i pora była zbierać się do domu. Odwołuję wszystko, co mówiłam, że Fraszka gruba, a ja wolę wyżła. ;-) Co z tego, że gruba? Stwierdziłam, kupując sobie lody przed odjazdem, skoro kocha tak, że ciągnie ile sił, żeby tylko panci sprawić przyjemność. I nie mogę też jednoznacznie powiedzieć, że biegam szybciej od Fraszki, bo dzisiaj sama raczej tak szybko bym nie dała rady.

Dziękuję Organizatorowi. Bieg fantastyczny, jak co roku. Niesamowita atmosfera, mnóstwo nagród i dobra zabawa - dla dzieciaków, biegaczy i psiaków. Jest już dostępny film z biegu - Film z VI Biegu z Łapką

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa