sobota, 31 grudnia 2016

Biegowe podsumowanie roku 2016

Zaczynając statystycznie, czyli tak, jak ostatnio nie lubię, bo coraz mniej do mnie cyferki przemawiają, w tym roku przebiegniętych kilometrów było na pewno znacznie mniej niż w poprzednim. Jest to jasne i oczywiste, skoro wiadomo, że biegłam tylko w jednym maratonie. Świadczą też o tym moje - w całkiem dobrym stanie - buty. Tak dobrze wyglądają tylko dlatego, że żadnego maratonu jeszcze nie biegły. :-) I także z tego powodu, że do żadnego się nie przygotowywały. ;-)

Tak skrótowo od początku. Zaczęło się od kilkutygodniowego odpoczynku w styczniu, spowodowanego dręczącym bólem kolan, co poskutkowało wizytą u specjalisty, zakupem wkładek ortopedycznych i... poprawą na krótki czas, dzięki temu mogłam pobiegać trochę w górach oraz nad morzem, gdzie wzięłyśmy z Fraszką udział w pierwszym dogtrekkingu.

W lutym pierwszy raz stanęłam na szczycie podium, ale nie sama, tylko w parze, a do tego z psem. ;-) Fraszka znakomicie sobie poradziła, ale do teraz nie miała okazji poprawić ówczesnej życiówki 48.49 na 10 km. Potem zaczął się mały kryzys, bo szybko się męczyła i w biegu Tropem Wilczym zajęłyśmy dopiero trzecie miejsce. Ja sama na crossie w Pobiedziskach wypadłam jeszcze gorzej, bo byłam dopiero szósta. Ale to wtedy po raz kolejny pojawiło się rozważanie nad bieganiem przełajowym. Na wiosnę zaplanowałam udział w maratonie w Krakowie i trzeba było rozpocząć przygotowania.

Marzec to zawsze najlepszy dla nas miesiąc, więc po niemal roku udało się poprawić życiówkę na Cytadeli. Nie powiodła się jednak próba łamania 20 minut. Później skończyło się ściganie, więc z kolejnym podejściem trzeba było czekać... myślałam, że do przyszłego roku, ale plany się trochę zmieniły. W tym miesiącu zajęłyśmy też z Fraszką drugie miejsce na zawodach dogtrekkingu na Dziewiczej Górze.

Po marcu nadszedł fantastyczny kwiecień, czyli poprawa wyniku w półmaratonie o 7 minut. Radość była wielka, bo pomimo oczekiwań, do końca nie wierzyłam, że jestem w stanie tak szybko biec przez tyle kilometrów. Osiągnięty rezultat napawał optymizmem przed docelowym startem w maratonie, zwłaszcza że jeszcze przed połówką wybrałam się na badania, które potwierdziły, że z sercem wszystko w porządku i mogę dalej biegać.

W maju wszystko nadal wyglądało dobrze, tylko dla mnie było zbyt gorąco. Z tego powodu zamiast rekordu na dychę w Swarzędzu, skończyło się na wyniku powyżej 47 minut, który i tak dawał miejsce nagradzane w kategorii wiekowej. Start w maratonie krakowskim był dla mnie ówcześnie wielką porażką i na miesiąc zupełnie zniechęcił do biegania.

W czerwcu zaczęłam szukać zastępczych tematów biegowych, m.in. wzięłam udział w Drużynowych Mistrzostwach na Parkrunie, a później zaplanowałam i dopilnowałam realizacji Śniadania po Parkrunie. W ramach przełamania wzięłyśmy z Fraszką udział w Biegu Świętojańskim.

W lipcu biegowe nastawienie trochę się poprawiło. Najpierw dzięki wyprawie do Bydgoszczy i udziale w Biegu z Łapką (z Fraszką się zawsze poprawia :-)), a później na obozie biegowym. Zaczęłam też uczęszczać na treningi w Zalasewie, które mi dużo dały. W tym miesiącu rozpoczęłam też przygotowania do maratonu, ale po skręceniu kostki (prawie jak rok wcześniej), podjęłam decyzję o odpuszczeniu. Po czasie myślę, że to była dobra decyzja, bo nie byłam dobrze nastawiona do kolejnego biegu na tym dystansie.

Prawie cały sierpień spędziłam w rozjazdach - w Hiszpanii, gdzie nauczyłam się biegać w upale, a później odwiedzając lokalizacje Parkrun na Ursynowie w Warszawie oraz w Kołobrzegu.

We wrześniu kontynuowałam turystykę parkrunową. Miałam też z Fraszką wziąć udział w zawodach canicrossu we Wrocławiu, ale... nie udało nam się dotrzeć. Nie rezygnujemy i jeśli tylko w przyszłym roku będą takie biegi, na pewno się wybierzemy. No i przyszła pora, żeby się ogarnąć i zacząć przygotowywać do jesieni. Po decyzji o odpuszczeniu jesiennego maratonu, zaplanowałam poprawę wyników na 5 i 10 km.

Pierwsza próba pobicia rekordu na dychę miała miejsce już na początku października, jednak zakończyła się wielką klęską, co tylko bardziej zdeterminowało mnie do dalszych przygotowań i w drugim podejściu ustanowiłam nową życiówkę: 43 minuty i 37 sekund. A miałam tylko złamać 45 minut! ;-) 

Pozostawało jeszcze poprawić wynik na 5 km, co udało się na początku listopada, kiedy uzyskałyśmy z Fraszką rezultat 20 minut 2 sekundy. Szkoda trochę tych sekund, bo mogło być 19 z przodu... Później poprawa indywidualnego rezultatu na 5 km i kolejny wynik poniżej 45 minut na dychę. Na zakończenie ponownie znalazłam się na szczycie podium, tym razem w biegu przełajowym, podczas którego naprawdę zaczęłam poważnie myśleć, że lubię ścigać się po lesie. ;-) Może jednak ten listopad lepszy niż marzec? :-)

No i  w końcu odpoczynek. Miał być już od połowy listopada i w sumie w tygodniu odpoczywałam, a w weekendy startowałam i forma przez jakiś czas się jeszcze utrzymywała. Potem spadła, ale już pomału pora, żeby wrócić do biegania...m.in. trzeba było w końcu pojawić się na City Trail, na który to cykl się zapisałam...



Rok sukcesów i porażek. Sukcesów zdecydowanie więcej. Za porażkę uznaję cały czas wynik w maratonie, zwłaszcza że po pierwszych dwóch biegach na królewskim dystansie zapowiadało się, że to może stać się mój ulubiony dystans. Okazuje się jednak, że to nie zależy od dystansu, tylko od treningu i dlatego na jesień moim ulubionym dystansem zostało... 10 km. :-) 

Oprócz medali w tym roku przybyło sporo pucharów i parę dodatkowych nagród, które dodały radości do samego biegania i poprawy wyników. 
Poza bieganiem też większa integracją z rodziną biegową - do tego stopnia, że zostałam okrzyknięta Matką Parkrun Poznań. :-)



O ile wyklepane kilometry mniej ważne, to policzyłam udział w zawodach (chociażby po to, żeby porównać z zeszłym rokiem). Nie liczę na razie wydanej na zawody kasy... ;-)



Zawody, w których brałam udział:
5 km: 6 -Tropem Wilczym (3. miejsce K Open), Bieg Niepodległości w Obornikach (1. miejsce K Open), Zalasewska Piątka (4. miejsce K Open), Bieg Charytatywny im. A. Szozdy (1. miejsce K Open), Bieg Papieski (1. miejsce K Open), City Trail (jeden bieg )
10 km: 5 - Zimowy Cross w Pobiedziskach, Szpot Swarzędz (5. miejsce w kategorii), Międzynarodowy Bieg Ptolemeusza w Kaliszu, Bieg Republiki Ostrowskiej, Bieg Niepodległości w Krzyżu (3. miejsce K Open)
półmaraton: 1 - Poznań Półmaraton
maraton: 1 - Cracovia Maraton
inne: 3 - Nocny Bieg Świętojański (3. miejsce K Open), Bieg z Łapką (3. miejsce K Open), XLPL Ekiden (4. miejsce drużyny mieszane)

Liczba Parkrunów: 34
w tym Poznań: 19
inne lokalizacje: 15

(w porównaniu z zeszłym rokiem więcej było Parkrunów wyjazdowych).

Parkrunem sylwestrowym, czyli na biegowo kończy się ten rok, a już jutro dalsze bieganie na biegu noworocznym. I teraz nie ma już czasu na odpoczynek, bo starty zaplanowane niemal do połowy 2017 roku. Ale o tym może później.
Tymczasem życzę wszystkim udanego roku: wiele radości z udziału w zawodach i z samego biegania, poprawy rezultatów na wszystkich dystansach oraz braku kontuzji! Szczęśliwego Nowego Roku!



sobota, 10 grudnia 2016

Piątka nad Rusałką, czyli Fraszka podbija City Trail

Udział w tym cyklu, jak zwykle, zaplanowałam dawno temu. Później plany trochę się zmieniły. A może nie tyle plany, co priorytety biegowe i jakoś tak wyglądało, że starty będą mi kolidowały z innymi zawodami. Później poczytałam jednak jeszcze parę razy regulamin i zdecydowałam, że jednak mogę się zapisać, zwłaszcza że przy rejestracji na cały cykl będę miała 20 procent zniżki. No i zapisałam się. Też dawno temu. Nie pojawiłam się jednak: na pierwszym biegu, ponieważ "odpoczywałam" przed dychą w Ostrowie Wielkopolskim (i to wyszło mi na bardzo dobre, a konkretnie na rekord na tę dychę - 43 minuty 37 sekund); na drugim biegu, ponieważ wtedy biegłam Parkrun w Warszawie, który również wspominam bardzo dobrze, bo uzyskałam na nim najlepszy parkrunowy rezultat, czyli 20 minut 55 sekund. 

Czas na debiut w City Trail też nie przypadł dobry, bo po czterech tygodniach bez trenowania. Ale w końcu, skoro zapisana do drużyny Parkrun Poznań, to - opuszczając Parkrun - pobiegłam nad Rusałką. Trochę było znów zastanawiania, czy sama, czy z Fraszką i z której fali. Po konsultacjach (wewnętrznych i zewnętrznych), zdecydowałam, że z Fraszką i z drugiej fali. 

Przed 10.00 zjawiłam się zatem z Fraszką, żeby odebrać pakiet - cały pakiet, bo wcześniej nie biegłam i koszulki oraz chusty jeszcze nie miałam. Na dzień dobry niemiła niespodzianka, bo okazało się, że mojego numeru nie ma. Trochę było przy tym zamieszania (i skakania Fraszki), dostałam "numer zastępczy", ale dane miały być moje...Na szczęście tak rzeczywiście było. Odebrałam też koszulkę w biurze, a chustę w depozycie (dziwnie jakoś rozstrzelone to było, nie wspominając o strzałce wskazującej, że biuro jest zupełnie z innej strony). Przynajmniej dowiedziałam się, że jest depozyt. I dobrze, bo samochód zostawiłam "na końcu świata". Taki urok startowania w biegu z takim tłumem. Długo nie mogłam też nikogo znajomego spotkać. Niby zjawiłam się wcześniej, ale jakoś tak nie mogłam się ogarnąć. Pewnie dlatego, że Fraszka była dość zdenerwowana, kręciła się i wszystkich zaczepiała. 

Nie wiedziałam, że na start jest tak daleko, ale na szczęście zdążyłam. Zresztą, skoro miałam czekać na drugą falę, to miałam trochę więcej czasu. Po drodze spostrzegłam, że było dużo psów, które miały biec. Ucieszyłam się więc, że nikt nie będzie miał pretensji, że ja startuję z dopingiem. 

Przy starcie Fraszka dalej hałasowała, więc jeszcze kilka znajomych osób podeszło się przywitać i zapytać, z której strefy startujemy. Pierwsza była do 22 minut, ale zostawiłam ją dla ścigaczy. Ustawiłyśmy się z Fraszką zaraz, jak ci pierwsi polecieli, i wtedy zaczął się koncert. Trwał na szczęście tylko kilkadziesiąt sekund, chociaż spiker zdążył zauważyć, że go jakiś pies zagłusza.  ;-)



Poleciałyśmy jak zawsze na maksa, ale trasa błotna (a nie leśna wcale), więc szybko się zmęczyłam. W przeciwieństwie do Fraszki, która ciągnęła jak zwykle, a kilka osób skomentowało, że "ogień" i nawet poleciło, żebym ją z pierwszą falą puściła.





No cóż, nadawałaby się. I tak dogoniłyśmy tych maruderów, co wystartowali wcześniej i musiałyśmy ich wyprzedzać. 



Fraszka - inaczej niż na poznańskim Parkrunie - utrzymała tempo przez 1,5 kilometra, a nie przez 1, jak na Cytadeli. Potem jednak było gorzej, może bardziej przeze mnie albo przez nas obie, bo nie biegamy i nie trenujemy ostatnio. Na trzecim kilometrze zaczęło robić się ciasno, ja już byłam zmęczona bieganiem, a co dopiero wyprzedzaniem. Fraszka też zwolniła trochę, ale zaraz zaczęła się przeciskać i pociągnęła mnie za sobą.



Kilometr przed metą spotkałyśmy pana z chartem, więc po koncercie, zaczął się taniec. Nie było tylko wiadomo, kto prowadzi, bo raz Logan z przodu, a raz Fraszka. ;-) Ostatecznie - dżentelmeńsko - panowie nas przepuścili, ale na metę wpadliśmy jakoś równo we czwórkę. 

Trudno mi cały cykl po jednym biegu oceniać. Coś ten bieg w sobie ma, skoro biegło w nim dzisiaj 1109 osób. Ja byłam 184 (i wynik rzeczywiście przypisany dobrze do mojego właściwego numeru). Wśród kobiet miejsce 14 na 415 i 4 w kategorii K-20. Wniosek z tego taki, że poziom bardzo wysoki i jak się chce dobrze wypaść, to pora kończyć to roztrenowanie i brać się za bieganie. Zwłaszcza, że straszą jakąś rywalizacją w biegu walentynkowym. ;-)

niedziela, 4 grudnia 2016

(Nawet moja) forma nie trwa wiecznie

Dzisiaj po dwutygodniowej nieobecności pojawiłam się na Cytadeli. Mnie nie było dwa razy, a Fraszki jeszcze więcej. Ja w tygodniu nie biegam (trenuję biegania) wcale już od trzech tygodniu. Ale zdarzyło mi się wystartować w zawodach zarówno tydzień, jak i dwa tygodnie temu. Fraszka za to ma totalne roztrenowanie - lepsze niż ja. ;-) Wydawało się jednak, że podczas takiej zimnej pogody jak dzisiaj ma więcej energii. No i chyba miała, ale wytrzymałość gdzieś zgubiła, przez to, że pani ostatnio tylko na spacery ją zabierała. 



Dobrze było się spotkać z jakiś czas niewidzianymi znajomymi biegaczami. A atmosfera wyjątkowo świąteczna i mikołajkowa. Dużo osób założyło czapeczki, a niektórzy pełen strój św. Mikołaja. Z okazji Mikołajek zbierano też dary dla domu dziecka.


Coś mi tam chodziło po głowie o łamaniu 20 minut, zwłaszcza po ostatnich dobrych wynikach w biegach bez Fraszki. No i gdyby Fraszka dzisiaj była w formie, to jeszcze można by się o to pokusić, no ale nie była, ja już też coraz mniej, bo ćwiczenia core stability, bieganie z kijem oraz skakanka dają może lepszą technikę, ale ćwiczeń szybkościowych nie zastąpią. Poza tym po tych ćwiczeniach to jakoś lepiej w terenie mi się biega, a nie po asfalcie, to na Cytadeli dziś liści i korzeni zabrakło. ;-)

Wystartowałyśmy tradycyjnie dość szybko. Fraszka niecierpliwiła się bardzo, bo dziś długo trwała odprawa. ;-) Jeszcze usłyszałam od jednego z biegaczy: "Oszukuje się jak można", bo stałyśmy znowu w kącie. Jakoś nie miałam motywacji i nastawienia psychicznego do walki, bo niestety dzisiaj to by było znowu "muszę" a nie "chcę", a jak miało nie wyjść to szkoda się męczyć. No i po 500 metrach doszłam do wniosku, że za szybko i za bardzo zmęczona jestem. Fraszka ciągnęła, ale nie tak bardzo, żebym musiała za nią lecieć. 1 km wyszedł w tempie 3.55, czyli dużo za wolno, bo wiadomo było, że następne będą jeszcze gorsze. No i pewnie bym odpuściła zupełnie, ale jakoś tak ciągnięta utrzymałam takie tempo, żeby wynik był poniżej 21 minut. Zmęczyłam się jednak dużo bardziej niż tydzień temu na przełaju, więc chyba jednak Cytadela zabija podbiegami, zbiegami i zakrętami. Albo jednak brak treningów daje się we znaki. ;-)




Do pełni nieszczęścia wyprzedziła mnie dziewczynka w wieku pomiędzy 11 a 14 lat. Minęła mnie na drugiej pętli, jakby dopiero zaczynała, więc myślałam, że to jej pierwsze okrążenie, ale szybkość i technika nie wskazywały na to. Porozmawiałam z nią po biegu, bo przyszła mi pogratulować (chociaż nie wiem, czego), a mnie raczej wstyd było. ;-) Ale może to talent wrodzony, niech rozwija. :-) Później okazało się, że regularnie biega na Parkrunie w Kołobrzegu i ma tam rekord... 20.01. 

Wniosek tak, że po prostu trzeba odpuścić i się nie spinać na wyniki, kiedy jest roztrenowanie. Bo to tylko niepotrzebnie rozstraja. Teraz zatem trochę prawdziwej przerwy, chociaż znowu nie do końca, bo za tydzień City Trail. A później może udałoby się trochę naprawdę odpocząć, bo 17 grudnia mam zaplanowany wolontariat na Parkrunie, ale wtedy to już pomału będzie trzeba rozpoczynać treningi. Ale tym razem nie tak szybkie, bo w planach głównie półmaraton, a reszta może... przy okazji... ;-)



Po Parkrunie, w parkrunowym gronie, kawa u Brismanów i narobiliśmy dziś takiego zamieszania, że aż jeden z klientów zagranicznych podszedł do nas i zapytał, czy my z Parkrunu. ;-) No, ale trudno się dziwić, skoro w parkrunowej koszulce (będącej prezentem od św. Mikołaja) robiłam za reklamę Parkrun. :-)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa