niedziela, 20 listopada 2016

Wkręta Garmina i nowa indywidualna życiówka na Parkrunie (ale na wyjeździe podobno się nie liczy ;)) czyli Parkrun Warszawa-Praga

Teoretycznie rozpoczął się okres roztrenowania, na który podobno tak bardzo czekałam. Z tej okazji w  tygodniu przebiegłam tylko 7 km i to w tempie żółwio-ślimaczym, bo z dodatkowymi ćwiczeniami. Jedyny prawdziwy bieg zaplanowałam na sobotę - miał to być kolejny Parkrun wyjazdowy, tym razem Warszawa-Praga. 

Po ostatnich dobrych wynikach, wiedząc że jest forma oraz to, że przecież nic nie muszę... nie muszę, ale mogę, to zachciało mi się. :-) Chociaż może nie do końca...

Miałam bardzo blisko do Parku Skaryszewskiego, gdzie odbywał się bieg. Dotarłam tam około 8.20 i jeszcze zdążyłam trochę pospacerować. Później zauważyłam wolontariuszy rozkładających sprzęt i już po kilku minutach wszystkie flagi i meta były gotowe. 

Podeszłam do ławki zostawić rzeczy i przywitałam się ogólnie ze wszystkimi, tym razem nie zaczepiając nikogo. Nikt też mną się nie zainteresował i nie zwrócił uwagi na koszulkę Parkrun Poznań. 


Gdzieś wyczytałam, że przed startem jest rozgrzewka, ale oficjalnie nic nie było, więc sama potruchtałam w okolicy zbiórki. Około 8.55 padł komunikat, aby przejść na linię startu, do której było kilkaset metrów. Tam przyjazna atmosfera, chociaż dużo krzyczenia, bo nie było nagłośnienia. Prowadzący za to oficjalnie powitał wszystkich, osobno debiutantów, wyczytał sponsorów, poinformował o różnych akcjach charytatywnych, takich jak zbieranie nakrętek czy odzieży. Jeden z biegaczy z okazji 180. rocznicy, przybliżył postać Ignacego Paderewskiego, przypominając, że park, w którym odbywa się Parkrun Warszawa-Praga nosi jego imię. Trochę to trwało, więc wystartowaliśmy około 9.05. 



Biegłam niby luźno, ale szybko. Aż tak bardzo szybko nie chciałam, więc zwolniłam do 4.10. To było na pierwszym kilometrze. Kolejne wg Garmina znacznie wolniejsze, a ja czułam że aż tak nie zwolniłam, zwłaszcza że dużo osób wyprzedzałam po drodze. Trasa płaska, ale nierówna, asfalt dość stary, mokry i miałam wrażenie, że się klei do butów. Inne osoby też mówiły, że ślisko. 



Biegłam cały czas jako pierwsza kobieta i nudziło mnie to trochę, ale też denerwowało to, że tak źle mi się biegnie, tzn. tak wolno. Na ostatnim kilometrze rzuciłam okiem na zegarek, wg którego miałam tempo 4.20, czyli była szansa, że dobiegnę poniżej 22 minut, no to nie tak źle. Tradycyjnie przyspieszyłam na dobiegu do mety, nie sprawdzając, ile metrów jeszcze przede mną. Dopiero za metą spojrzałam kolejny raz na Garmina, a tam: dystans: 4.83, czas: 20 min 56 sekund.



Zapytałam później drugą kobietę, czy mają krótszą trasę. Ona na to, że może 5 metrów. Hmmm... 170 metrów to jednak by było dużo za krótka, więc chyba jednak Garmin zażartował sobie, żebym przyspieszała. Dzięki temu uzyskałam najlepszy wynik na Parkrunie bez Fraszki. Miejsce 18 na 87 biegaczy i pierwsze wśród kobiet.



Po biegu wspólne zdjęcie i powrót.
Reakcje:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa