sobota, 12 listopada 2016

Podium w Obornikach po raz drugi

W tym roku - podobnie jak w poprzednim, ale inaczej niż większość biegających mieszkańców Poznania i okolic - pobiegłam w Biegu Niepodległości w Obornikach. Wybrałam te zawody z różnych powodów. Jeden z nich był taki, że na jesień zaplanowałam poprawę wyników na dystansach 5 i 10 km. Ta poprawa miała nastąpić właśnie w listopadzie. Dawno temu zapisałam się na bieg w Poznaniu, który został odwołany. Zaczęłam więc szukać czegoś innego. W Luboniu i na innym biegu w Poznaniu także można było pobiec tylko na 10 km. Ale w tej pierwszej miejscowości biegłam już dwa razy. W Poznaniu zaś odstraszały mnie tłumy i myśl, że "będą tam wszyscy". Dobrze wspominałam zawody w Obornikach, gdzie w zeszłym roku zajęłam drugie miejsce na dystansie 5 km. Myślałam, żeby pobiec tam w tym roku na 10 km, ale później znalazłam inne zawody na tym dłuższym dystansie, które zaplanowano na niedzielę. Uznałam więc, że dobrze będzie dwa dni wcześniej pobiec 5 km. Później okazało się, że pomiędzy tymi dwoma Biegami Niepodległości mam poprowadzić Parkrun. Wszystko więc "zaczęło zgrywać".

Ostatnie wyniki nastrajały optymistycznie. Zwłaszcza zeszłotygodniowy Parkrun pozwalał mieć nadzieję na dobry czas w Obornikach. Słyszę zewsząd, że Cytadela trudna, z podbiegami, teraz z dwiema pętlami, to wszędzie indziej powinno być lepiej. Widocznie jednak do niektórych nie dociera, że: na Cytadeli z Fraszką szybciej, a poza tym mojemu Garminowi zawsze trasa cytadelowa krócej wychodzi. I - nawet, jeśli taka nie jest - u mnie wygląda, że tak, więc na ostatnim kilometrze następuje "gwałtowne przyspieszenie", które znacznie poprawia cały wynik. 

Ponieważ w Obornikach bez Fraszki, nastawiałam się nie na życiówkę, lecz na poprawę mojego rezultatu z zeszłego roku i ewentualnie wyników uzyskanych indywidualnie na Parkrunie (bez Fraszki), czyli 21.11 w Poznaniu oraz 21.07 w Pabianicach. No i świetnie by było, gdyby udało się cokolwiek poniżej 21 minut. 



Troszkę może mnie poniosła wyobraźnia i myślałam, że coś bliżej 20 niż 21 minut się uda, ale cóż... Miałam zacząć w tempie 4.00. Wystartowałam wolno, bo nie mogłam się przepchać, więc potem przyspieszyłam do 3.50. Było za szybko, więc zwolniłam, ale znów za mocno, bo do 4.03. Trochę więc za dużo zmian tempa już na pierwszym kilometrze, który ostatecznie wg Endomondo wyszedł w 3.59. Potem zatem wolniej: 4.06. Przede mną widziałam dużo dziewczyn, które chyba poleciały z tłumem, bo powoli je doganiałam i wyprzedzałam. Na drugim kilometrze pan biegnący obok mnie spojrzał na zegarek, a po chwili zapytał, czy na 20.30 biegnę. Odparłam, że dobrze by było. Miałam jeszcze siły mówić, ale nadzieję, że będzie czas w okolicach 20 minut, już utraciłam. On na to: "To może pomogę". I wybiegł przede mnie. Ładnie mnie prowadził, chociaż przez chwilę byłam zblokowana przez dwójkę biegaczy. Z trudem zebrałam siły, żeby ich wyprzedzić. Trzeci kilometr w czasie: 4.04. "Ładnie" - powiedział mój towarzysz - "jeszcze tylko dwójka". Czyli zaczął się najgorszy kilometr - pomyślałam. Na początku dobrze się trzymałam. Miałam motywację, bo mój prywatny zając biegł przede mną i odwracał się co chwilę, sprawdzając, czy jestem w pobliżu. Osłabłam niestety na tym czwartym kilometrze. Trochę mniej niż na Cytadeli, bo do 4.10. Mój pacemaker powiedział wtedy, że jeszcze jest szansa, więc przyspieszyłam, ale na kostce brukowej na rynku wiele już nie zrobiłam i wyszło ostatecznie 20.48. Sama wbiegłam na metę, bo mój towarzysz poleciał dalej, pewno na dychę w granicach 42 minut. Nie zdążyłam mu nawet podziękować, a nie znam nawet jego numeru startowego... W każdym razie jestem wdzięczna, bo taki wynik to mój indywidualny sukces: rezultat z zeszłego roku poprawiony o ponad 50 sekund. Czas lepszy też o prawie 20 sekund od tego z Pabianic. 

Wprawdzie, kiedy dobiegałam do mety, jeden pan krzyczał, że witamy pierwszą panią, ale na oficjalne potwierdzenie przyszło długo czekać... Wyniki miały być przywieszone na rynku na tablicy, ale... nie było ich przez ponad godzinę. Zbliżał się już czas dekoracji, a nadal nie było wiadomo, kto będzie nagrodzony. W końcu pojawiły się wydruki czasów na 5 km i zobaczyłam siebie na 12. miejscu Open i 1 w klasyfikacji kobiet. Potem czekaliśmy jeszcze na wyniki na 10 km i dopiero później nastąpiła dekoracja - opóźniona o jakieś 1,5 godziny. Późno i zimno, ale w końcu. :-) 



Puchar podobny do tego z zeszłego roku, ale jednak inny, bo za I, a nie II miejsce. Dodatkowo niespodzianka, bo w tym roku oprócz trofeów sportowych były też nagrody. I tak otrzymałam voucher do restauracji. Restauracja mieści się w Obornikach, ale może się wybiorę. ;-)


Ostatecznie oficjalnie: K Open: 1/197, Open: 12/324.

Reakcje:

1 komentarz:

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa