wtorek, 22 listopada 2016

Spontaniczny udział w IV Biegu "Agrobex Zalasewska Piątka"

Niby roztrenowanie i odpoczynek, ale nie mam takiej depresji i antypatii do biegania, jak po krakowskim maratonie, więc nadal mi chodzi po głowie startowanie. Zwłaszcza, że forma dobra, więc biega się przyjemnie bez większego wysiłku.

O zawodach w Zalasewie co nieco słyszałam, kiedy zaczęłam tam trenować. Poza tym jakoś informacje o tego typu biegach mi uciekają. Prawdopodobnie dlatego, że przygotowuję się zawsze do określonych startów, a inne zwykle w tych przygotowaniach przeszkadzają. Teraz mam wolne, więc... co szkodzi pobiec? A z treningów zapamiętałam, że trasa ciekawa. Chociaż my tam zwykle biegaliśmy w tempie 5.50, a w zawodach wypadałoby jednak ciut szybciej. ;-) 

Dojechałam szybko i sprawnie z jednym postojem. Na kontrolę. Ale nie antydopingową tylko antyalkoholową. Policyjną. :-)

Kiedy weszłam do szkoły, w której zorganizowane było biuro zawodów, od razu wpadłam na znajomych z Parkrunu, z którymi rozmawiałam przed biegiem i po nim. I brakowało mi tego, bo na ostatnich zawodach w Obornikach i w Krzyżu prawie żadnych znanych twarzy nie widziałam. A w Zalasewie mnóstwo. Poza tym miejsce bardzo blisko mnie, bez konieczności dojazdu do Poznania albo dalej. Wszystko szybko, sprawnie. Do tego kameralnie. Limit był 250 osób, wystartowało chyba 220 (może reszta została zatrzymana na tej kontroli przez panią policjantkę). Ze znajomych osób pojawił się też mój uczeń, który mnie oczywiście nie rozpoznał. ;-)

W pakiecie numer startowy i upominek od sponsorów, czyli... latarka czołowa. Kolejna. Chyba jakaś taka zmiana, bo kiedyś głównie koszulki, a teraz kubki i właśnie latarki. Jakby ktoś był zainteresowany, to oddam albo wymienię (na buffa albo frotkę ;-)). 






Start trochę wąski, ale jakoś udało się zmieścić. Gorzej było na dobiegu do lasu, na którym slalom po błocie między kałużami i myśl, że taki sam będzie finisz. Nie zaplanowałam dokładnie tempa, nie zamierzałam się ścigać specjalnie. Liczyłam raczej na to, że zacznę spokojnie, a później przyspieszę. Trudno stwierdzić, jak było, bo nie ufam już Garminowi, ale kilka osób wyprzedziłam. Mnie minął chyba tylko jeden biegacz. Widziałam, że startowałam na 5. pozycji wśród kobiet, jakoś po czwartym kilometrze przesunęłam się na 4. miejsce. Na tym błotnym dobiegu zobaczyłam przed sobą trzecią kobietę, ale nie było już szans jej dogonić. Zabrakło jakieś 12 sekund. Oficjalny czas 22 minuty 6 sekund.



Trasa znana, ale przy tej pogodzie trochę inna: mokra, śliska i korzenie bardziej niebezpieczne niż podczas suchego lata. 

Po biegu woda i drożdżówki, których nie zabrakło. :-) Znowu szybkie i sprawne wręczenie pucharów oraz losowanie nagród. I naprawdę tak mi się spodobało, że zapisuję się od razu na kolejny bieg z cyklu. Na szczęście to będzie dopiero 22 stycznia, bo trzeba jednak trochę odpocząć. ;-)
Reakcje:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa