sobota, 5 listopada 2016

Pogoda prawie zimowa, więc życiówka na Parkrunie...prawie odlotowa

Taki był termin, a właściwie przedtermin: przed 11 listopada, czyli: przed Biegiem Niepodległości zrobić życiówkę na Cytadeli. Sprzyjało właściwie wszystko: pogoda, ostatnie wyniki i mocne treningi pokazujące, że jest forma oraz Fraszka tak nastawiona na ciągnięcie, że mogłam dziś biec na jednej nodze. :-) Ważne też chyba było moje nastawienie. Przyznam, że ostatnio mi się nie chciało - ani wstawać, ani jechać. A wczoraj poszłam spać tak wcześnie, że aż wstyd, ale dzięki temu od rana byłam zwarta i gotowa na to, że życiówka będzie nowa.:-)

Nadal mamy trochę trudny dojazd na Cytadelę, ale pomału się przyzwyczajamy. Ja i Fraszka też, dlatego nie jest zmęczona samą podróżą.



Przed startem spotkanie ze znajomymi biegaczami, widzianymi co tydzień i tymi niewidzianymi tydzień temu, którzy dopiero mieli okazję pogratulować "setki". Miło zobaczyć wszystkich, ale nie sposób z wszystkimi porozmawiać czy choćby się przywitać. Od czasu kiedy frekwencja tak wzrosła, to nawet trudno niektórych wypatrzeć.;-)

Jak wspomniałam, dzisiaj zimno, więc trzeba było szybko się przebrać i zdążyć choć trochę rozgrzać. Fraszka wybitnie ciągnęła do startu i za bardzo nie pozwalała biec gdzie indziej, ale udało mi się trochę rozruszać. 

Potem tradycyjne oczekiwanie w kącie i w końcu start ku uciesze Fraszki, która pognała, ile sił w łapach. Leciałyśmy w tempie 3.42, ale tym razem nie udało się poprowadzić wyścigu, czego nie żałuję, bo i tak bałam się, że mnie Fraszka zbyt mocno na tym pierwszym kilometrze zmęczy.



Ale było dobrze. Ciut przed nami biegacze, którzy zwykle mocno nas wyprzedzali. Dziś długo się utrzymałyśmy w pobliżu. Niektórzy nawet, których zwykle plecy śledzimy, dziś nas nie dogonili. W zeszłym tygodniu wg Endomondo było: 3.48, 4.10, 4.07, 4.30 oraz 3.47. W tym tygodniu - zgodnie z moim planem (i życzeniem) - miał być dużo szybszy 4. kilometr, a 2. i 3. ciut szybszy. Wyszło tak: 3.50, 4.04, 4.06, 4.16 i 3.46. Czwarty kilometr kryzysowy, jak w zeszłym tygodniu, chociaż dzisiaj żadnego psa tam nie było. Pies był za to wcześniej i Fraszka się z nim zderzyła, ale potem pociągnęła dalej i tradycyjnie kilometr przed metą poczułam się strasznie słabo i nawet pomyślałam przez chwilę, po co mi to wszystko, bo tak bardzo mi się nie chciało.



Ale ogarnęłam się jakoś w końcówce, chociaż trochę za mało. A może za późno? Na ostatniej prostej widziałam czas na Garminie 19.24, a dobiegając do mety na zegarze 19.5... no właśnie, ile? Za metą słyszę: 20.01. Garmin pokazuje 20.03 i potem okazało się, że oficjalnie 20.02. Czyli życiówka nowa - jak najbardziej. Poprawa o 8 sekund. A od zeszłego tygodnia poprawiłyśmy się o sekund 20. :-) Miejsce 21 na 221 osób oraz 1 na 67 kobiet.



Do klubu kobiet poniżej 20 minut nie trafiłam jeszcze, ale wierzę, że jest to możliwe. :-) I dzisiaj, jak dobiegłam, to byłam w stanie mówić. A pamiętam, że tydzień temu stanęłam i musiałam 30 sekund odczekać, zanim cokolwiek do kogoś powiedziałam. 



Atmosfera dziś na biegu szczególnie przyjemna. Miło szczególnie, bo oprócz radości z wyniku na mecie otrzymałam jeszcze od młodego dżentelmena różyczkę. :-) Potem wspólne zajadanie, bo dziś dużo smakołyków na Cytadeli: i tych słodszych i tych trochę mniej cukrowych. Ktoś mnie zapytał, z jakiej okazji rogaliki, a ja na to, że z okazji życiówki oczywiście. :-) Jak już kiedyś pisałam: kocham bieganie, jak wychodzi zgodnie z planem. :-)
Reakcje:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa