niedziela, 13 listopada 2016

Na zakończenie sezonu startowego: 3. miejsce na znienawidzonym dystansie

Szczyt i zakończenie sezonu zaplanowałam na początku albo nawet bardziej w połowie listopada, czyli podczas biegów nazywanych Biegami Niepodległości. Ostatni miał być 13 listopada w Krzyżu. Ustaliłam, że to podczas tych zawodów będę walczyć z życiówką na znienawidzonym przeze mnie dystansie 10 km. Ta myśl potwierdziła się po biegu w Kaliszu, w czasie którego do wyrównania rekordu zabrakło mi 6 sekund. Dlatego zmieniłam i uzupełniłam treningi, co poskutkowało zaskoczeniem nawet dla mnie, czyli czasem 43 minuty 37 sekund na biegu w Ostrowie Wielkopolskim. Może mniej by mnie to zdziwiło, gdyby udało mi się osiągnąć taki wynik po dłuższym czasie, czyli właśnie w listopadzie. Forma przyszła znacznie wcześniej, a dzięki temu, że ustaliłam nowy wynik na 10 km, skupiłam się później na poprawieniu czasu na 5 km, co też się udało. 

Do biegu w Krzyżu przystąpiłam więc z mniejszymi oczekiwaniami. Oczywiście korciła myśl o kolejnej życiówce, ale... po pierwsze: nie wypoczęłam do końca po zawodach na 5 km - przynajmniej w moim przypadku potrzebne są dwa dni. A na pewno w tym konkretnym przypadku, bo nie czułam się zupełnie dobrze. Druga sprawa była taka, że pamiętałam z regulaminu, że bieg ma odbywać się po: asfalcie, polbruku, kostce brukowej, a nawet szutrze. I nie było napisane, jak w przypadku niektórych zawodów, że ten szutr czy kostka stanowią 5 albo 10 procent, zatem mogło być go dużo więcej.



Wystartowałam zatem ze spokojem i wiarą w swoje możliwości.Chociaż wcześniej długo się rozgrzewałam, śledząc potencjalną konkurencję. ;-) Zaczęłam w tempie 4.15 i myśląc, że jeśli jednak trasa będzie sprzyjać, to to tempo utrzymam. Jednak jeszcze na tym kilometrze zaczął się piach, czyli ów "szutr", a można powiedzieć nawet, że błoto, czy jak nazywali niektórzy: bieg przełajowy, a w zasadzie także: z przeszkodami, bo na skrzyżowaniu z rozkopaną drogą trzeba było niemal skakać. Dziwne oznaczenia, bo po 1 km znalazła się tabliczka z napisem 6 km, a dalej 8... czyli...dwie pętle? Tak to jest, jak się wcześniej nie zna trasy. Rozmawiałam po biegu z kilkoma zawodnikami. Mówili, że zapoznali się z trasą. Nie wiem tylko, kiedy. Ja też się zapoznałam: dzisiaj rano zobaczyłam mapkę, która nie mówiła mi kompletnie nic. I nawet nie wyczytałam z niej, że są pętle i to nie dwie, ale trzy. Dotarło to do mnie, kiedy drugi raz dobiegłam do mety, nie będącej wtedy wcale metą, tylko czymś więcej niż półmetkiem. ;-) Ale od 1/3 mety wiedziałam, że jestem trzecia i widziałam też, że od tej pory żadna z kobiet mnie nie wyprzedzała. Przez pierwszych 5 km trzymałam się za znajomym z Parkrunu. Jakoś zniechęcił mnie ten przełaj i nie walczyłam za bardzo na piaszczystych odcinkach, bo wiedziałam, że to może skutkować tylko większym zmęczeniem później. Trzymaliśmy tempo w granicach 4.22. Na 5. kilometrze zwolniliśmy oboje, ale ja mniej, więc go wyprzedziłam. Pozostała motywacja, żeby utrzymać trzecie miejsce i czas poniżej 45 minut. Prowadzące dziewczyny też musiały zwolnić, bo dogoniłam je na tyle, że pojawiły się w zasięgu mojego wzroku. Wciąż jednak dużo przede mną. Zmęczyły mnie te pętle i odcinki, na których zmieniała się nawierzchnia, co zmuszało mnie do zmian tempa a także nadrabiania trasy, np. poprzez przechodzenie z kostki na chodnik albo na piaszczystą, ale ubitą drogę. 



Bieg ukończyłam z czasem 44 minuty 11 sekund, czyli wiceżyciówką i gdyby nie wynik z Ostrowa, to byłabym bardzo szczęśliwa, że poprawiłam się o tak dużo.



A po Ostrowie i tak się cieszę, bo dzisiejsza trasa nie była na życiówki, a mój czas jest 34 sekundy gorszy od PB i może do drugiej dziewczyny, która uzyskała czas 43 minuty 48 minut, byłabym w stanie się zbliżyć, jednak z pierwszą (43 minuty 20 sekund) nie miałam dziś szans. Tradycyjnie jednak motywuje mnie to do dalszych treningów i zwiększania szybkości. :-)






Ale... już nie dzisiaj, nie teraz... nie w najbliższym czasie. Dzisiaj się cieszę z pierwszego podium po biegu na dystansie 10 km, czyli na tym dystansie, którego nienawidziłam, a do którego teraz podchodzę bez lęku. No i ponieważ jestem pamiętliwa, to przypomnę, że dwa lata temu ktoś wypomniał mi, że to nie sztuka znaleźć się na podium w biegu na 5 km, "spróbuj dostać wyróżnienie na 10 km albo półmaratonie". No to jest. :-)



Statuetka i... pierwsze moje zawody z kopertą. :-D



Organizacja też w porządku: opłata startowa w wysokości 30 zł, a w pakiecie kubek, breloczek i opaska odblaskowa. Na mecie medal z plexi. Później ciasto, gorące kawa i herbata oraz makaron z sosem bolońskim albo pieczarkowym. Nawalił chyba tylko sprzęt grający z hymnem, bo prawie nikt go nie słyszał. Do mnie dotarło tylko: "Po hymnie". Problem był też z pomiarem czasu. I to od samego początku, kiedy okazało się, że numer startowy jest zwrotny. Cóż... ja mój i tak musiałam podziurkować i to nie agrafkami, tylko czymś większym, żeby pasek przyczepić. Ale chyba nie chodziło o sam numer, tylko bardziej o gąbkę. Po biegu pomieszały się kategorie wiekowe. Otrzymałam wyniki w kategorii K-30 i pomyślałam, że to widocznie już ta pora i ten wiek, ale po kilkunastu minutach dotarł kolejny sms z poprawioną kategorią. I okazało się, że dużo osób miało podobnie. Przez to zmieniły się ich miejsca w kategorii. U mnie pozostało bez zmian, bo ja klasyfikowana w Open, nie zostałam sklasyfikowana w kategorii wiekowej.Być może też z tego powodu opóźniała się dekoracja. Poza tym konferansjer przedłużał jakoś wszystko. Niby fajnie, że indywidualnie każdego wywoływał, czasem coś dodawał i każdy dekorowany mógł sobie dość długo na podium postać, ale... jednak dobrze by było też w miarę szybko wrócić do domu.

Cieszę się bardzo z ostatnich wyników. Konkretnie z trzech: 20.02 na Cytadeli oraz z I miejsca w Obornikach i podium w Krzyżu. Przygotowując się do tych startów znacznie zmniejszyłam kilometraż, ale interwały, tempówki i przyspieszenia mocno dały mi w kość, więc już trochę czekałam na to, co teraz nastąpi, czyli... roztrenowanie. Mam wrażenie, że mój organizm też się cieszy na myśl o tym. A ja cieszę się dodatkowo, bo okazuje się, że pozostał tylko jeden znienawidzony dystans, z którym znowu przyjdzie powalczyć...

Bardzo dziękuję za wsparcie: życzliwość, rady i porady związane z treningami i startami, gratulacje... Na świeżo dziękuję też nowym znajomym z Drezdenka, ale przede wszystkim tym "starym", którzy cały czas pomagają. :-)
Reakcje:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa