poniedziałek, 28 listopada 2016

1. miejsce na trasie, co "najpierw daje, a potem odbiera", czyli lecę, bo chcę, a potem wspinam się albo inaczej: o radości z biegania podczas roztrenowania

Miało być tak, jak w sobotę, czyli "panuję nad sytuacją", ale... jakoś tak mi się poleciało. ;-)
Zapisałam się (za namową) dawno temu. Teraz pewnie bym się nie zdecydowała. A może jednak... tak, jak tydzień temu. No i jakoś tak bardziej mi się chciało jechać na te zawody, bo wiedziałam, że nie będę sama, jak na kilku ostatnich biegach. 

Nie było żadnego stresu ani napięcia przedstartowego. Spokojnie odebrałam pakiet i zdziwiłam się, bo okazało się, że zawierał dużo kosmetyków firmy Ziaja, a ja lubię i wspieram, bo przecież ta firma wspiera Parkrun. ;-) Była też koszulka. Dostałam w rozmiarze M, czyli bardziej szeroka niż długa. ;-) Ale nie ma co wybrzydzać, skoro to chyba mój najtańszy bieg. :-)

Start zaplanowano na 13.30, chociaż ta godzina podobno parę razy się zmieniała. Około 13.00 wyszłam się trochę rozruszać. Wtedy też zaproszono na oficjalną rozgrzewkę, którą prowadziła instruktorka z klubu fitness. Zapowiadała się dobrze, ale stacjonarna i z dużą liczbą skoków, więc zrezygnowałam i poszłam trochę potruchtać. Po kilkunastu minutach wróciłam ogrzać się trochę w środku i wtedy przyszedł pan z tubą nagłaśniającą, żeby specjalnie zaprosić na start osoby, które nie brały udziału w rozgrzewce.

Nie zwróciłam nawet uwagi na to, która rzeczywiście była godzina, bo po drodze spotkałam kolejnych znajomych, z którymi chwilę porozmawiałam. Życzenia powodzenia, odliczanie i syrena, która dała sygnał do startu. Pobiegłam za prowadzącymi parkrunowymi i przez dłuższy czas trzymałam się ich pleców, nie sprawdzając nawet, jak szybko biegnę. Spojrzałam na zegarek po około 700 metrach i okazało się, że lecę w  tempie 3.47, czyli tak szybko jak z Fraszką, chociaż bez niej. Drugi kilometr zaczęłam równie szybko, ale za plecami usłyszałam innego znajomego z Parkrunu, który właśnie mnie wyprzedzał. Pozwoliłam mu na to, ale tylko na chwilę, bo potem dogoniłam i przegoniłam, chociaż biegłam już znacznie wolniej.


Dopiero na końcu się okazało, że trasa na początku daje, a potem odbiera, dlatego chyba większość osób zaczęła tak szybko z górki. Nie byłam pewna, jak z moją wytrzymałością szybkościową, zwłaszcza po sobotnim biegu. I rzeczywiście na drugim kilometrze zwolniłam do 4.11, a kolejne były jeszcze wolniejsze. Na szczęście miałam ten zapas z początku i myślałam, że dobrze by było utrzymać średnie tempo 4.15, chociaż nikt mnie nie gonił. Przez pewien czas miałam wrażenie, że biegnę sama w lesie i momentami wydawało mi się, że przelatuję nad korzeniami drzew. Na ostatniej prostej zobaczyłam kilku biegaczy przed sobą. Jednego dogoniłam, więc zawołał: "Dawaj!".


Nie wiem, czy do mnie czy bardziej do siebie. ;-) Tak się dobrze startowało, że nie przyszło mi do głowy, że końcówka będzie taka trudna. Ale dałam radę. Wpadłam na metę, słysząc 20... i no właśnie, ile? Nie dosłyszałam. Garmin po zatrzymaniu pokazał mi 21.01 i dystans równe 5 km. Potem dojrzałam na komputerze oficjalny wynik netto 20 minut 58 sekund, czyli poniżej 21 minut! Dopiero niedawno ustanowiłam rekord indywidualny z 20 z przodu, a tu kolejny taki wynik i to na biegu przełajowym!

Za metą zaczęłam rozglądać się za chłopakami, którzy dobiegli przede mną, ale żadnego nie widziałam. Przykucnęłam więc z boku i zaczęłam wyplątywać chip ze sznurówki. Wtedy zobaczyłam, że biegacze parkrunowi pojawili się przy komputerze z wynikami i dostrzegli, że powinnam już być na mecie. "Ale gdzie ona jest? Ktoś przybiegł z Agnieszki chipem!" - usłyszałam, nadal pozostając niewidzialna. Dowiedziałam się potem, że "za nisko byłam" i dlatego mnie nie widzieli. Dopiero inny biegacz wskazał na mnie i się znaleźliśmy. 






Zdążyłam jeszcze spojrzeć w monitor, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i nagle lunął deszcz, więc uciekliśmy się schować. W środku drożdżówka, herbata i oczekiwanie na dekorację.

Przed biegiem zwróciłam uwagę, że puchary przyznawane były tylko za I miejsce, więc pomyślałam, że trzeba walczyć o jedynkę. Jakoś dziwnie dyskryminująco puchar dla kobiet był mniejszy niż ten dla mężczyzn. Ale w domu okazało się, że dzięki temu puchar mieści się na mojej półce. ;-)


Oprócz pucharu otrzymałam "złoty" medal z napisem 1 oraz głośnik bezprzewodowy. Nieco dziwny był system wyróżniania, bo nagradzano Open tylko 1. miejsca wśród mężczyzn i kobiet, a 1, 2 i 3 jedynie w kategoriach wiekowych.


Bieg kameralny, prawie tak jak Parkrun w Świnoujściu. Ukończyły go 53 osoby, a ja byłam ósma Open. Żeby wygrać wśród kobiet wystarczyłoby pobiec tak jak w Świnoujściu albo jeszcze wolniej, ale jakoś tak mi się dobrze leciało. Pewnie dlatego, że chciałam, a nie musiałam. Poza tym towarzystwo doborowe. Serdecznie dziękuję! Gratulacje dla chłopaków z Parkrunu, bo mnie trochę wyprzedzili. ;-)
Reakcje:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa