sobota, 29 października 2016

Mój 100. Parkrun po zmienionej trasie

Dziś przy moich wynikach pojawiła się koszulka w kolorze czarnym. 

A jeszcze wczoraj była czerwona. ;-) Zabawnie przypadł mój 100. bieg po innej trasie. I tak wypadłoby również, gdybym - zamiast odsuwać w czasie - zaliczyła go już tydzień temu. No, ale ja jestem przyzwyczajona do różnych ścieżek parkrunowych. Tak naprawdę w Poznaniu biegłam "tylko" 77. razy, a pozostałe 23 w innych miastach. Niemniej, dzisiejszy bieg na Cytadeli był pewną odmianą. Wydawało mi się, że po prześledzeniu całej nowej trasy, a przede wszystkim miejsc skrętów, nie zgubię się. Ale co na to Fraszka? Tzn. jak pobiegnie? 

Takie poświęcenie, żeby pobiec w Parkrunie

Pytanie czysto retoryczne i na siłę problemowe, ponieważ pamiętałam dokładnie, że na biegu "Tropem Wilczym" doskonale wiedziała, że trzeba się ścigać z czołówką, a nie lecieć na pamięć. 

Dzisiaj też tak było. Zabawne, ale pod nieobecność kilku czołowych biegaczy, to ona wydarła naprzód na pierwszych kilkuset metrach. Ktoś zawołał: "Dawaj, Dżeki!", ktoś inny: "Puść tego psa!". A ja na to w myślach: "Co ona robi? Przecież długo tak nie wytrzymam". No i rzeczywiście. Było tradycyjnie szybko na początku: tempo 3.53 na pierwszym kilometrze, na drugim jeszcze całkiem przyzwoicie, ale oczywiście wolniej, bo 4.09, czyli jednak bez gwałtownego zwolnienia do 4.15 czy 4.20. Pewnie dlatego, że nie było tego ostrego "zakrętu śmierci". ;-)



Trzeci kilometr jeszcze lepszy, bo 4.07 i... newralgiczny czwarty. Trudny, jak zwykle, bo czwarty. Zwolniłyśmy podobnie jak na początku trzeciego. Myślałam, że się podniesiemy, ale jakiś dziwny widok: ktoś z psem. Przed nami? Niemożliwe. Szybkie otrząśnięcie i przypomnienie, że przecież to drugie kółko, więc dublujemy panią z jamniczkiem. I niestety. Fraszka pociągnęła do niego, a po wyprzedzeniu ciągnęła do tyłu. Posiłowałam się z nią trochę i z tego szarpania wyszło nam 4.30. Poprawiło się, kiedy oddaliłyśmy się od jamniczka, ale dobrego wyniku nie udało się już uratować. Dobrego, tzn. takiego, o jakim mogłam marzyć po połowie, po której miałam czas 9 minut 38 sekund. No, ale niestety. Wynik i tak najlepszy tej jesieni: 20 minut 28 sekund, czyli 9 sekund lepszy od poprzedniego z Fraszką. 




Niesamowicie wysokie 21. miejsce na 238 biegaczy. Do tego dziś też 21 wolontariat (tym razem pobiegowy), 




18 zwycięstwo wśród kobiet na Cytadeli i taki mały zbieg okoliczności: 18 babeczek (niestety nie dałam rady przywieźć więcej pociągiem). 




Do 50. biegu jakoś szybko przeleciało, na "setkę" dłużej czekałam.



Cieszę się, że w końcu się udało. Dziękuję wszystkim za miłe słowa i za oklaski przed startem (chyba były dla mnie, ale Fraszka dzisiaj tak szalała, że słów Grzegorza wcale nie słyszałam :-)) i mam nadzieję, że jeszcze trochę Parkrunów pobiegam. 



Miło się dowiedzieć, że ludzie podziwiają i też czytają, co tu piszę. Wierzę, że do zimy uda mi się poprawić wynik na Cytadeli. Założenia po dzisiejszym biegu proste: ciut szybciej drugi i trzeci kilometr i dużo szybciej czwarty. No i tyle. :-)

W takim stanie tylko po Parkrunie :-)

niedziela, 23 października 2016

Jak poprawić wynik w biegu na 10 km w ciągu 3 tygodni o ponad 2 minuty

Niestety, nie ma jednej recepty. Jest ich kilka:
1. Znaleźć bieg na 10 km, który odbywa się trzy tygodnie po poprzednim. ;-)
2. Postarać się, aby kolejny bieg miał łatwiejszą trasę (albo liczyć na to, jak ja ;-))
3. Trafić na idealną dla siebie pogodę.
4. Dużo spać, mało jeść (a jak już to posiłki płynne z dużą ilością przesmacznych buraczków ;-)).
5. Złapać przypadłość, poprzez którą umiera się cały dzień poprzedzający start, ale dzięki temu w dniu startu mniej się waży (przynajmniej 1 kilogram :-)).
6. Mieć wsparcie najbliższych, o których można myśleć podczas całego biegu (a przynajmniej od 2. kilometra na zmianę z: "ręka, noga, ręka, noga" i oczywiście: "śródstopie!").

Prawda, że łatwo? Ale nie, przepraszam, zapomniałam:

7. Trenować, trenować, trenować, trenować... właściwie powinno być pięć razy, bo pięć treningów w tygodniu było, ale cztery biegowe i niestety żadnego nudnego tuptania, tylko wszystko w tempie... odpowiednim ;-) ewentualnie ciut wolniejszym albo ciut szybszym, jeśli się uda. A najprzyjemniejszy z tych treningów to był Parkrun w czasie od 20.37 do 21.11, czyli tak naprawdę przyjemny tylko dlatego, że Parkrun. :-)



A jak to z samym startem było? Ponieważ "skopałam" niesamowicie nieziemsko itp. itd. start w Kaliszu, i nie chodzi tylko o te brakujące do rekordu sekundy, lecz o brak zaplanowania dobrze tempa, teraz policzyłam wszystko dokładnie. Nie. Oczywiście, że nie dokładnie. ;-) Gdybym policzyła dokładnie, to dotarłabym do mety w czasie 44 minuty 58 sekund (mniej więcej). No to nie policzyłam dokładnie, tylko założyłam sobie przedział, w którym dobiegnę. Po ostatnich trzech wynikach: 45.43, 45.48 i 45.49 postanowiłam nie "ciułać" dalej tych sekund, tylko konkretnie zejść poniżej 45 minut. (i po dzisiejszym wyniku od razu widać, że nie umiem liczyć ;-)) Pamiętając o kryzysach na biegu w Kaliszu, postanowiłam wystartować szybciej i: jak się uda, to utrzymać, a jak nie, to mieć zapas, żeby nie zabrakło kilku sekund. Niestety, jak się nie umie finiszować, to trzeba tak planować. ;-)



Wystartowałam zatem tempem 4.20, chociaż na początku nie powinnam niby tak szybko. Może dlatego już na drugim kilometrze czułam się... strasznie zmęczona... prawdopodobnie też z tego powodu, że początek, środek i koniec trasy prowadził przez okolice rynku z kostką brukową. Popadało trochę, więc było ślisko i jakoś tak ciężko się biegło. Ogarnęłam się na trzecim kilometrze i potem do piątego było dobrze. Nawet mi agrafka po 2,5 km nie przeszkodziła. Jakoś miałam wrażenie, że już do mety biegnę, chociaż dopiero pierwsze okrążenie. Ale tym razem - wyjątkowo jak na mnie - tłumy kibiców dodały mi sił i bardzo dobrze mi się biegło przez rynek. Chociaż widok był niesamowity: samowolka i każdy biegnie jak chce. Dużo osób ścinało, wbiegając na chodnik. Sama tak zrobiłam, bo już nawet nie chodziło tyle o skrócenie trasy, co uniknięcia kostki brukowej chociaż przez kawałek. Bałam się, że mnie fantazja za szybko poniesie i potem będę cierpieć. Tradycyjnie do końca 6. kilometra było dobrze. Myślę, że jest to efekt biegania wielu szybszych piątek, przede wszystkim Parkrunu. Piątkę podczas biegu na 10 km biegnę wolniej, więc mnie nie męczy. Mogę zatem jeszcze kolejny kilometr pobiec, a potem... no właśnie.



Na siódmym kilometrze kryzys jak na drugim, tyle że wolniej, bo organizm już zmęczony. Czułam, że powłóczę nogami, ale nie mogłam zrobić nic więcej. Chociaż nie. Przyspieszyłam: z początkowego tempa na tym odcinku 4.35 do 4.27. Na szczęście - tym razem - zamiast znowu liczyć, jaki wynik mi wyjdzie na mecie, jeśli utrzymam tak wolne tempo, kolejne kilometry były już normalne, tzn. w zakładanym przed startem tempie. I nie wiem, czy ktoś za mnie biegł czy odrodziłam się jak feniks z popiołów, ale leciałam dalej nie wierząc, że będzie wynik znacznie poniżej 45 minut, a jak już okazało się, że poniżej 44, to musiałam uwierzyć, bo tak oficjalnie pokazały zegary. 



Oficjalnie na mecie po 43 minutach 37 sekundach. Miejsce 177 na 818 i 9 na 166 kobiet oraz... 4 w kategorii K-20. Ta czwórka to kolejne potwierdzenie, że nie umiem liczyć i daję się wyprzedzać. ;-)

Wynik dla mnie niesamowity i brałabym w ciemno wczoraj. A dzisiaj rano wyśmiałabym każdego, kto by powiedział, że tak szybko pobiegnę. :-)

A najlepsze jest to, że tak naprawdę jest jeszcze mnóstwo rzeczy do poprawy! :-)



Aha, nie wspomniałam nic o samym biegu. Udział za 30 zł, a w pakiecie: kubek (zamiast 70. koszulki ;-)) i latarka czołowa (nie sprawdzałam, ale wygląda dobrze), pocztówka z A. Kaliną oraz oczywiście numer i agrafki. I, co ważne - żadnych ulotek, bonów, talonów czy innych voucherów (czyt. śmieci), z których i tak prawie nikt nie korzysta. A na mecie: oczywiście medal, herbata, grochówka (prawdziwa, a nie przezroczysta) chleb ze smalcem i drożdżowki. Na bogato! :-)


niedziela, 16 października 2016

Kocyk dla Fraszki, czyli I miejsce w VI Biegu Papieskim w Poznaniu

Brałam udział w Biegu Papieskim w zeszłym roku. Zawody rozgrywane z okazji obchodów Dnia Papieskiego, dochód z biegu przeznaczony na szlachetny cel, ale... przed każdymi zawodami skupiam się na samym biegu. Zapamiętuję też przede wszystkim elementy z samym startem związane. To dlatego pozytywnie oceniam wiele imprez sportowych, bo chociaż medal był brzydki, jedzenie niedobre i brakowało wody, to zrobiłam życiówkę. :-)

Z zeszłorocznego biegu zapamiętałam też oczywiście rzeczy okołobiegowe, tzn. nową trasę, po której nigdy wcześniej (ani nigdy potem) nie biegałam, miłą rodzinną atmosferę, możliwość wyboru startowego dla osób, które odbierały pakiet na początku i właściwie brak opłaty startowej, bo co to jest 10 zł? I to w dodatku przeznaczone na cel charytatywny. A po biegu mnóstwo słodyczy i napojów. Pamiętam też, że metę podnoszono i opuszczano przed każdym biegaczem tak, że czułam się, jakbym pierwsza była, ale...nie wiem już, jaki czas wtedy osiągnęłam, ale pamiętam doskonale, że byłam czwarta. I dlatego tym razem postanowiłam być pierwsza. :-)

A tak poważnie, to forma w tym roku jest dużo wyższa, więc nastawiałam się na dużo lepszy wynik, zwłaszcza że tym razem zawody miały miejsce nad Rusałką. Wczoraj na Cytadeli bez Fraszki, więc dzisiaj zabrałam ją ze sobą. Przeżycia po drodze jeszcze większe niż w drodze na Parkrun, bo trzeba było jeszcze jechać tramwajem. Ale Fraszka dzielnie pokonuje lęki i dziś nawet przejechała się, a właściwie przebiegła po ruchomych schodach.

Na miejsce dotarłyśmy ponad godzinę przed czasem, ale otrzymałam już numer 205, więc chyba jakiś inny system przydzielania pakietów w tym roku, bo na pewno nie było jeszcze tyle osób. Może później się pojawiły, chociaż nie wiem dokładnie, bo nie ma jeszcze zamieszczonych nigdzie pełnych wyników. A Fraszka oczywiście tak wyrywała do przodu, że musiałam z nią stanąć w pierwszej linii. Zresztą ona dzisiaj to chciała startować już kiedy padł sygnał do startu dzieci. Potem szczekała dziwnie w niebo i dopiero po kilku chwilach skojarzyłam, że w stronę głośnika tak hałasuje. ;-)

W końcu się doczekała. Poleciała na początku w tempie 3.42, więc musiałam zwolnić, żebym tej zadyszki z opisu biegu po 500 m nie dostała. ;-)



1 km poniżej 4 min/km, więc wyprzedziłyśmy wszystkie panie, później ciut wolniej 4.05 min/km, ale oznaczenia kilometrów pojawiały się dużo wcześniej niż powinny wg Garmina, więc wydawało się, że mamy jeszcze więcej zapasu, który by się przydał, bo od trzeciego kilometra zaczęło się poszukiwanie wody (najlepiej w kałużach), a na czwartym, przez moment Fraszce włączył się wsteczny.


Po oznaczeniu pokazującym minięcie 4 km, na Garminie miałam jakieś 300 m mniej, ale przypomniałam sobie, że jak przed startem spacerowałyśmy z Fraszką, to ten ostatni kilometr wydał mi się strasznie długi i okazało się, że rzeczywiście był najdłuższy, bo wyrównał braki wszystkich pozostałych i Garmin na mecie pokazał 5.05 km i czas 21 minut 22 sekundy (oficjalnie zmierzony 21 minut 18 sekund), czyli trochę gorzej niż wczoraj na Cytadeli bez Fraszki. No i potwierdziło się wyliczone wcześniej pierwsze miejsce wśród kobiet. Z Fraszką oczywiście nie było problemu, bo wcześniej pytałam, czy mogę pobiec z psem. Nie pytałam wprawdzie, czy mogę z nim wygrać, ale dla mnie to na jedno wychodziło. :-)



Przebrałam się, zanim znowu zimno się zrobiło, nakarmiłam Fraszkę i poszłam się napić kawy. Gorące napoje niestety były płatne. Dekoracja rozpoczęła się wcześniej niż zaplanowano - i dobrze, bo dzięki temu krócej marzliśmy. Zanim skończono wypisywać dyplomy, odbyła się licytacja kilku prac stypendystów. Na miejscu zostali wszyscy uczestnicy, bo dopiero po wręczeniu nagród za pierwsze trzy miejsca rozdawano medale pozostałym.



I tak po raz kolejny zajęłam pierwsze miejsce - dobra passa trwa. :-) Nagrody do podziału między mnie i Fraszkę: mamy koszulkę, kocyk, bidon, żel i inne drobiazgi. Z dalszej części licytacji niestety uciekłam, bo zimno było strasznie. Fraszka zmęczona, a jeszcze podróż powrotna przed nami.



Pierwsze miejsce - zgodnie z planem. Za to kocham bieganie, że można coś zaplanować. Oczywiście to nieprawda, bo nie zawsze można. A wtedy też kocham, bo mogę zaplanować to jeszcze raz i tak do skutku. A potem... planuję co innego... :-) Na razie planuję. W końcu wreszcie. Kolejny raz... Za tydzień...

sobota, 15 października 2016

Wymęczony wynik poprawiony po 18 miesiącach

Sobota - tradycyjnie Parkrun i tradycyjnie opis. :-) Już trzeci tydzień z rzędu Cytadela. Tyle, że... dziś bieg bez Fraszki. No bo ona na pierwszym kilometrze ciągnie na maksa, a później to już różnie. Wydawało mi się w zeszłym tygodniu, że właśnie potem bardziej na boki mnie ciągnęła i przez to zmęczyła dodatkowo. Tym razem chciałam spróbować, jak to jest bez niej, bo dawno na piątkę sama nie biegałam. Tzn. byłam nawet na Parkrunie, ale w Pabianicach, gdzie trasa inna - bardziej płaska i mówią, że krótsza. A na Cytadeli mój rekord solo z marca 2015 roku - 21 min 49 sekund. Dwa tygodnie później zrobiłam z nią życiówkę 20 minut 24 sekundy. No, a w tym roku mamy razem 20 minut 10 sekund, więc pora samej też coś spróbować. No więc poleciałam. 



Niestety samej tak bardzo lecieć się nie chciało i pierwszy kilometr dużo wolniejszy niż z nią: 4 minuty 3 sekundy. Z nadzieją na poprawę zeszłotygodniowego wyniku, to by trzeba było pobiec całość w tempie 4.05, ale już na drugim kilometrze było wiadomo, że nie da rady. Pozostało więc wyciągnąć, co się dało. Resztki transparentu z życzeniami dla mnie niestety leżały na 1 kilometrze, więc później motywacja coraz słabsza. Tydzień temu niby szarpanie z Fraszką, ale tempo jednak lepsze i trzeba pamiętać, że z nią zawsze zapas po pierwszym odcinku, a tym razem nic. Pomyślałam więc, że chociaż ten indywidualny rekord trzeba pobić i wyciągnąć czas poniżej 22 minut. Pomagał fakt, że po pierwszym - nie tak szybkim kilometrze - na kolejnych to ja wyprzedzałam, a nie mnie mijano.



 Dwaj panowie kawałek przede mną straszyli, że 22 minuty złamiemy, co dla mnie znaczyło mniej więcej 21 minut 59 sekund, a ja chciałam jednak szybciej. No i na tym ostatnim kilometrze udało się przyspieszyć i dotrzeć do mety po 21 minutach i 11 sekundach. Niestety na ostatniej prostej z szybkością, jakby dopiero zaczynała, wyprzedziła mnie dziewczyna która zajęła pierwsze miejsce 3 sekundy przede mną.  Dla mnie ważne, że mój wynik indywidualny poprawiony znacznie, a dzisiejszy na Cytadeli prawie taki sam, jak w Pabianicach, chociaż tutaj więcej zbiegów i podbiegów. Czyli w sumie nie tak źle. Ale wniosek taki, że z Fraszką trzeba się przeprosić i o dalsze wsparcie poprosić. A będzie potrzebne - już jutro. :-) Chociaż myślę też, że jej w szybkim bieganiu podróżowanie pociągiem przeszkadza, bo tam się bardzo stresuje, a potem jeszcze dwa kilometry spaceru czyli 2000 ciekawych miejsc do powąchania... 
A drugi wniosek jest taki, że na 10 km brak wytrzymałości, a na 5 km brak szybkości. Wciąż jest, co robić. :-) Na szczęście okołobiegowe życie towarzyskie kwitnie i powoduje, że się jakoś lżej biega (lżej też z innego powodu). :-)


Jutro Bieg Papieski z Fraszką nad Rusałką, z tydzień Parkrun wolontariacki, bo w niedzielę kolejna próba pokonania dychy, więc trochę będzie się działo. No a za dwa tygodnie 100. Parkrun. :-)

niedziela, 9 października 2016

Parkrun Poznań w cieniu maratonu

Wczoraj na Parkrunie jeszcze większe zatrzęsienie wolontariuszy niż tydzień temu. A to oczywiście dlatego, że dziś 17. PKO Poznań Maraton, w którym ja - także oczywiście - nie pobiegłam. Mogłam, rzecz jasna, jakąś niespodziankę zrobić. Słyszałam wczoraj, że maratony w tajemnicy też się zdarzają. Ale nie mnie. Przynajmniej na razie. Wszystko jasne, chociaż ostatnio rzadko piszę, to jednak nie dlatego, że coś ukrywam, ale z tego powodu, że nie ma o czym pisać, bo nigdzie - poza Parkrunem - nie startuję. A jak już mi się zdarzy, to napiszę, jak w zeszłym tygodniu. 

Rzadziej tutaj zaglądam od maja, kiedy nastąpił kryzys i mały rozbrat z bieganiem. Potem jakoś się z tym stworem pogodziłam i pomału wróciłam do treningów. Nawet przez tydzień przygotowywałam się do potencjalnego maratonu. Później jednak kilka czynników zadecydowało o tym, że w nim nie pobiegłam. Wiele osób myślało inaczej i od kilku dni zbierałam życzenia, powodzenia. Parę osób natomiast sugerowało, że wkrótce wrócę na właściwą ścieżkę, że niby maratońską? ;-) 

Po tym, jak latem zaczęłam trenować, główną radość stanowił dla mnie brak stresu przed jakimiś zawodami. Można nawet powiedzieć, że z tego powodu skręciłam kostkę na obozie biegowym - żeby ominęły mnie zawody na zakończenie. ;-) Później przez jakiś czas nie biegałam, a potem zwiedzałam różne lokalizacje Parkrunu, więc znów się nie ścigałam. W końcu przyszła jesień i... nadszedł czas. 

Teraz - zgodnie z zapowiedzią - skupiam się na krótszych dystansach: piątce i dziesiątce. Pomysł na drugi maraton w tym roku zrodził się pod wpływem impulsu i pewnie dlatego szybko z niego zrezygnowałam. Nie byłam gotowa psychicznie i nie przygotowałabym się fizycznie. Po co znów się męczyć? A tym bardziej po co znów się zniechęcić? Dlatego na razie czekam.




Wczoraj Parkrun. Poprawiam się z Fraszką z tygodnia na tydzień. 



Również w sobotę było ciut szybciej niż ostatnio, ale trochę już w to zwątpiłam, bo moja towarzyszka ostatnio tak się kręci na trasie, że ja tylko skręcam za nią na boki zamiast do przodu.


 Wczoraj szczególnie mnie wymęczyła.




Ale efekt całkiem niezły: czas 20 minut 37 sekund, miejsce Open 22 na 207 biegaczy! K-2 na 70.




Dzisiaj zamiast maratonu trening wytrzymałości tempowej i jak słońce zaświeciło, to pomyślałam, że wcale nie chciałabym teraz asfaltu klepać. Jestem w zupełnie innym miejscu. I dziwne, ale cieszę się szczególnie z tego, że nie muszę wmuszać w siebie żeli podczas długich wybiegań. ;-)

wtorek, 4 października 2016

Dycha niby niepozorna, ale wciąż oporna

Po długiej przerwie kolejne starcie z biegiem na 10 km, znanym bardziej jako "dyszka". Mnie niestety nie do końca znanym albo raczej z nie najlepszej strony. ;-) 
Zawodów na tym dystansie mam mało, mniej niż półmaratonów. Może dlatego nie za bardzo ten bieg lubię, bo nie umiem jakoś zaplanować sobie całości.
I tak było i tym razem na Biegu Ptolemeusza w Kaliszu. Wydawało mi się, że skoro piątki biegam w tempie 4.15, a ostatnio nawet 4.10 się trafiło, to 10 km spokojnie mogę pobiec równo 4.30. No, ale z tym przeliczaniem to taka sama zabawa, jak przeliczenia z moich czasów w półmaratonie na maraton. Po połowie wszystkie kalkulacje biorą w łeb. 




Tak było też w niedzielę. Wiedziałam, że są dwie pętle oraz że jest długi odcinek pod górę, przez niektórych nazywany też podbiegiem. I pierwsza piątka przeszła, a raczej przebiegła bezboleśnie. Przed drugą pętlą wiedziałam już, co mnie czeka i planowałam nie zwolnić za bardzo na podbiegu, a potem przyspieszyć na zbiegu. Tymczasem jakoś dziwnie długo się ta górka ciągnęła i nawet przez chwilę pomyślałam, że może zgubiłam trasę, bo coś tu nie gra. Garmin jakoś dziwnie liczył kilometry: najpierw za szybko, potem za wolno, a potem w ogóle nie widziałam oznaczeń na trasie i trudno mi było to zweryfikować. W końcu zapytałam jednego biegacza, a on mniej więcej potwierdził wynik z mojego Garmina. Tzn. różnica była 100 m, ale to nie aż tak dużo jak mi się wydawało.



Niestety przed metą ta różnica miała znaczenie. Wzrosła zresztą do 160 m, no i wynik zamiast poniżej 45 minut, tylko ciut poniżej 46 minut, a - co gorsze - gorszy od rekordu o 7 sekund. I marne pocieszenie, że wg Garmina i Endomondo czas po 10 km: 45 min, 2 sekundy... Ale takie już moje szczęście do dziesiątek. Najpierw życiówka: 45 minut 43 sekundy, potem wiceżyciówka: 45 minut 48 sekund, a teraz druga wiceżyciówka: 45 minut 49 sekund ;-)
Ponieważ teraz to był tylko sprawdzian, trzeba popracować jeszcze trochę i ponownie za miesiąc spróbować.





Tymczasem miejsce Open: 226 na 1077 oraz K: 14 na 246 (chociaż jak się okazało, wśród kobiet byli też mężczyźni), K-20: 5 na 64. I gdyby nagrody w kategorii się nie dublowały z Open, to by było podium, a tak nic i dalej trenować trzeba.

niedziela, 2 października 2016

Urodziny na ponad 200 osób tylko na Parkrun Poznań :-)

Dzień urodzin czy też obchodzenia zmiany biegowej kategorii wiekowej przypadł w sobotę, więc świętowanie musiało rozpocząć się od Parkrunu. Ale też Parkrun od tego rozpoczął, bo zanim przyszła tradycyjna informacja o wynikach, otrzymałam maila z życzeniami. I - na szczęście - Parkrun jeszcze kategorii wiekowej mi nie zmienił. :-) 

Od rana biegowo, ale też świątecznie. Nie zdecydowałam wcześniej, jak szybko pobiec. Normalnie pewnie chciałabym szybko, ale na niedzielę zaplanowałam start w biegu na 10 km, więc powinno być wolno. Jednak urodzinowo chciałam z Fraszką pośmigać i to przeważyło.



Na początku powitania i rozmowy z biegaczami na Cytadeli, bo - dzięki zaprzyjaźnionemu biegaczowi - udało mi się dość wcześnie dotrzeć i mogłam pogawędzić ze znajomymi i nieznajomymi. Przy okazji wydało się, że nie tylko ja zmieniam kategorię wiekową. ;-)

Potem rozgrzewka i... chciałam poinformować o poczęstunku urodzinowym jeszcze przed startem, ale Fraszka zaczęła szaleć już kiedy usłyszała odprawę dla debiutantów, więc trzeba było to odłożyć na później.



Ustawiłyśmy się zatem w strategicznym dla nas od kilku tygodni miejscu i czekałyśmy na start. Ja cierpliwie, Fraszka trochę mniej. Niewiele było słychać, ale "Sto lat" do mnie dotarło. :-) Sygnału do startu nie słyszałam, ale zobaczyłam startujących, więc pozwoliłam szczęśliwej Fraszce dołączyć do nich. 

Poleciała tradycyjnie trawą i dość szybko, ale i tak sporo osób było przed nami. W sobotę wolontariusze obrodzili na tyle (było ich więcej niż biegaczy w niektórych lokalizacjach), że nawet koordynatorzy mogli spokojnie pobiec. Chociaż spokojnie to oni nie biegli, bo obaj przede mną. A Grzegorz zwykle później mnie i Fraszkę wyprzedzał. Wyglądało na to, że albo my tak wolno biegniemy, albo zapowiada się jakaś życiówka na tydzień przed maratonem. 



Patrzyłam na zmianę na tempo i żółtą koszulkę przede mną i pewno dlatego nie zauważyłam tego, co powinnam.



Pierwszy kilometr z Fraszką znów na rekord świata, a potem wolniej, ale na szczęście ostatnio już bez wielkiego kryzysu, tempo 4.15, potem 4.14 i niestety zwolnienie przy czołgach, chociaż pomógł doping w strefie kibicowo-fotograficznej, no i udało się ciut przyspieszyć w końcówce.



Bo wczoraj tych stref kibica i fotograficznych było sporo. :-) 



Na mecie zameldowałyśmy się z czasem 20 minut 45 sekund, czyli pierwszy raz poniżej 21 minut tej jesieni.
Potem szybkie skanowanie, a później częstowanie. :-)



Ciasto rozeszło się z niesamowitą szybkością (jak to u szybkich biegaczy), szampan trochę wolniej. :-)



Dziękuję wszystkim za życzenia, pomoc w transporcie i rozlewaniu szampana, za zdjęcia i w ogóle za wszystkie miłe gesty. :-) 



Dodam tylko, że moje imieniny też przypadają w sobotę. ;-)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa