niedziela, 25 września 2016

Osobisty rekord świata na Parkrunie w Pabianicach

Do Pabianic dotarłam przed 8.00. Wg informacji na stronie z dworca do Parku Wolności, gdzie miał miejsce bieg, było jakieś 10 minut. Droga tam prosta, więc nawet ja się nie zgubiłam. ;-) Po kilku minutach moim oczom ukazał się park, pozostawało jeszcze znaleźć miejsce startu. Z tym zawsze najtrudniej, bo nawet, jeśli dotrę w to miejsce, dopóki nie pojawią się biegacze, nie mam pewności, że to tutaj. Tak było i tym razem. Trasę opisano jako "biegnącą po głównych alejach", a zatem tymi alejami się kierowałam. I tak dotarłam do miejsca zlokalizowanego "w pobliżu dawnej sceny amfiteatru", czyli jakby wszystko się zgadzało. 




Tylko, że chwilowo nikogo oprócz mnie. Po mniej głównych, to znaczy leśnych, a nie asfaltowych, ścieżkach, spacerowały starsze pary z psami. Wkrótce nadjechało parę samochodów i okazało się, że to właśnie biegacze. ;-) Dopytałam, czy to aby na pewno Parkrun, a nie jakieś prywatne bieganie, i okazało się, że Parkrun. Prowadzący trochę skonsternowali, że ja pierwszy raz u nich jestem, a oni już nie oznaczają trasy. Potem bardziej żartobliwie chyba dopytywali, czy na 15 minut biegnę, bo jeśli tak, to oznaczą. Pośmiałam się trochę z tego i poszłam na rozgrzewkę, bo zimno było niemiłosiernie, a ja oczywiście w krótkich spodenkach i koszulce z krótkim rękawem bez bluzy żadnej. 
Skoro nie zgubiłam się w drodze na start, to na rozgrzewce trochę się zakręciłam i musiałam przyspieszyć, żeby zdążyć na start. 
A tam już gotowych 25 biegaczy, czyli ze mną 26 na 26 bieg w ramach Parkrun Pabianice. Do tego dwa psy. Cichutkie i spokojne. ;-)
Mój plan startowy był trochę abstrakcyjny, bo już kiedyś realizowany, skończył się fiaskiem. Ale to było dawno temu, wczesną wiosną, cieplej wtedy było, a do tego biegłam po nocy spędzonej w pociągu. Tym razem świeża i wypoczęta, postanowiłam ponownie spróbować pobiec sama na czas 21 minut 15 sekund, a do tego w równym tempie 4.15 min/1 km. Abstrakcja też dlatego, że do tej pory nigdy tak szybko bez Fraszki nie pobiegłam. Rekord na atestowanej trasie 21.40, a na Parkrunie jeszcze gorszy, bo 21.49, więc gdzie tu 21.15! Ale w końcu po coś te interwały ćwiczyłam ostatnio. :-)
Wystartowałam z przyzwyczajenia oczywiście za szybko, ale uspokoiłam i wyrównałam - 1 km w tempie 4.15. Drugi trochę szybciej, bo 4.10. Na trzecim już się poczułam zmęczona, ale utrzymałam 4.16 i nawet przez chwilę wyprzedziłam biegacza, za którym biegłam niemal od początku (razem kończyliśmy pierwsze okrążenie w czasie 10 min 30 s). Czołówka dawno zniknęła przed nami i widać ją było tylko na dłuższych prostych. Biegacz jednak nie dał mi na długo się wyprzedzić i też mi odskoczył na czwartym kilometrze, na którym zwolniłam aż do 4.23. Pozostawała nadzieja, że uda się przyspieszyć w końcówce. I rzeczywiście. Wprawdzie jeszcze jedna osoba mnie wyprzedziła, ale pogoń za nią spowodowała, że ten ostatni kilometr był najszybszy. Podobno był też najkrótszy. Tzn. miejscowi biegacze poinformowali mnie, że ich trasa jest 150 metrów krótsza, w co nie bardzo chce mi się wierzyć. Nie chodzi już o mój czas, co o to, że raczej pomyślałabym, że mi się Garmin w tym jednak bardziej leśnym parku, zgubi i skróci trasę, a on pokazał dopuszczalnie 4 km 968 m. I oficjalny czas 21 minut 7 sekund, czyli niesamowity wręcz wynik. Drugi na wyjeździe. Oczywiście to nie Cytadela z podbiegami i zbiegami, ale nawierzchnia też nie była idealna, chociaż niby "w przeważającej części asfaltowa". Pytali mnie też biegacze, czy po pierwszym okrążeniu zapamiętałam trasę. A ja na to, że nie - oczywiście, że nie. Ale ja nie zapamiętuję. Czy bym się zgubiła? Tak, na pewno tak. :-) Dlatego nie mogłam tego biegacza wyprzedzić, bo bym zabłądziła. :-D 



Tak czy inaczej - cieszę się bardzo i wczorajszy bieg potwierdza, że "trening oddaje" i byle tak dalej aż do startu docelowego. :-)

niedziela, 18 września 2016

Miałam być gdzie indziej, a może właśnie tu, bo... 215 biegaczy ukończyło 215. Parkrun Poznań

Dawno temu zapisałam się z Fraszką na zawody canicross "Fast dog" we Wrocławiu. Wyjazd stanął pod znakiem zapytania ze względu na brak samochodu. Pojawiły się też problemy z Fraszką. Ostatecznie udało się znaleźć dobre połączenie PKP, a Fraszka przecież już wskakuje do wagonu, nie czekając na zaproszenie, więc nie musiałam się martwić. W poniedziałek odwiedziłyśmy weterynarza, gdzie została zaszczepiona i - najważniejsze - dostała papier na to. :-) Poza tym na sobotę zapowiadała się świetna pogoda, tzn. chłodniejsza niż przez cały tydzień. Wszystko idealnie wyglądało, no ale... się nie udało.

A skoro nie można było dotrzeć do Wrocławia, to... "niezawodny Parkrun", jak powiedział jeden z biegaczy. Przeszłyśmy więc spacerkiem z dworca na Cytadelę. Na miejsce dotarłyśmy 10 po 8, więc nikogo z biegaczy jeszcze nie było. Szybko jednak zaczęli pojawiać się znajomi. Na początku wydawało się, że nie będzie takich tłumów, jak ostatnio, że może pogoda zniechęciła do wstawania z łóżka.




Po rozmowach, powitaniach przebrałam się w końcu i poszłam na rozgrzewkę. A kiedy wróciłam, nagle okazało się, że biegaczy przybyło. :-) Pośród tych ponad dwustu osób wiele nowych osób, ale znanych mi z widzenia po zeszłotygodniowym Parkrunie, ale też wciąż dużo bliższych biegaczy i całe szczęście. :-) 

Przed 9.00 wszyscy udali się na start, a ja przyczaiłam się za zakrętem, choć tym razem nie udało mi się ukryć przed fotografem.



To miał być szybki bieg na zawodach we Wrocławiu, postanowiłam więc, że będzie również szybki w Poznaniu. Fraszka wystrzeliła po starcie, ale zauważyłam, że już nie leci na rekord świata na 1 kilometrze. Wychodzi nam tempo ok. 4.00, a kiedyś potrafiła ciągnąć 3.50 a nawet 3.43. Może to i lepiej, że się nie męczymy tak na początku albo czas na to nadejdzie, kiedy będzie jeszcze chłodniej. 

Tak czy inaczej  po pierwszym kilometrze zawsze jest walka, żeby za bardzo nie zwolnić na drugim. Ponieważ miało być szybciej niż ostatnio, to średnie tempo powinno być poniżej 4.20. Zakładałam, że kolejne kilometry będą jednak wolniejsze, ale przecież miałam 20 sekund zapasu z 1 km. :-) No i się udało. Tylko 4 kilometr wolniej, bo 4.32, ale tam zawsze mam problem. I znów wodopój i Fraszka chętna do postoju. Na szczęście ogólnie biegła wczoraj cały czas z przodu i do przodu. Na ostatnim kilometrze trochę się musiałam z nią posiłować, bo coś z boku zobaczyła i bardzo chciała skręcić. Ale się udało. Czas 21 minut 19 sekund 29 miejsce na 215 biegaczy oraz 1 na 59 kobiet, czyli 16 zwycięstwo. 



I nawet mi tego Wrocławia tak bardzo nie żal. Słyszałam ostatnio, że psy wolą towarzystwo ludzi niż innych psów i coś w tym musi być. Mój pies biegaczy wprost uwielbia, chociaż wczoraj pozytywnie przeszedł test oddania go innemu człowiekowi, bo prawie sobie kręgosłup wykręcił, oglądając się za Pancią. :-)
A na psie zawody pojedziemy w przyszłym roku, bo tam dobre jedzonko dla psów dają.  Tymczasem za tydzień znów inny Parkrun. :-) Ale też muszę zapisać się na jakieś zawody inne niż Parkrun. :-)

niedziela, 11 września 2016

Biega się tak, jak... pies pozwala, czyli w końcu z Fraszką na Parkrunie w Poznaniu

Na Parkrunie w Poznaniu nie było mnie od 6 sierpnia. Z Fraszką na Cytadeli biegłam jeszcze dawniej. W końcu wróciłam po wycieczkach wakacyjnych i służbowych (chociaż wcale nie na długo) i udało nam się dotrzeć. Piszę "udało się", bo jechałam z Fraszką pociągiem. A z nią nigdy nie wiadomo. Wprawdzie ostatnio zawsze zamyka oczy i wskakuje do wagonu, ale trudno stwierdzić, czy coś jej się nie odmieni.

Tymczasem szczęśliwie zjawiłyśmy się nawet pół godziny przed czasem. A na miejscu już mnóstwo znajomych i dawno niewidzianych biegaczy. Jakoś udało mi się i porozmawiać, i trochę porozgrzewać przed startem. Ustaliłam też z prowadzącym nowe miejsce ukrywania ujadającej Fraszki przed startem. Sprawa od dłuższego czasu spędza mi sen z powiek, bo żadna to przyjemność wysłuchiwać ciągłych uwag, kiedy ja nic nie mogę poradzić.



Tym razem po starcie usłyszałam od razu: "To jest doping", do czego też jestem przyzwyczajona i na Parkrunie odpowiadam zawsze: "Regulaminowo dozwolony". Przy okazji zapytałam, czy szczekanie było na starcie słychać, ale biegacz, z którym rozmawiałam nie orientował się za bardzo, bo - jak przyznał - sam gadał, a zatem zagłuszał ważne komunikaty. ;-)

Fraszka wystrzeliła w tempie ok. 3.50 min/km, ale szybko zwolniłyśmy i 1 km wyszedł wg Garmina w 4 minuty i 3 sekundy, czyli prędkość nie była zabójcza, a spodziewałam się, że przy wysokiej temperaturze i świecącym słoneczku siła napędowa Fraszki będzie coraz mniejsza. Tradycyjnie drugi kilometr wolniejszy, ale utrzymałyśmy poniżej 4.30 min/km. Mój plan przed biegiem był, żeby w końcu poniżej 22 minut zejść, a skoro pierwszy kilometr taki szybki, wystarczyło kolejne właśnie pobiec poniżej 4.30/km. Udało się i trzeci, ale potem... kryzys jakiś Fraszkę dopadł. Przy czołgach zorganizowano wodopój. Sama pić nie chciałam, Fraszce bym może dała, ale pomyślałam, że zanim z kubka się napije, to za dużo czasu stracimy. A ona od tamtego miejsca na hamulcu biegła, więc tempo strasznie spadło, kiedy musiałam ją ciągnąć. Jeszcze przed ostatnim kilometrem dogoniła nas Gosia ze słowami, że Fraszka już ma dosyć. Zawzięłyśmy się więc trochę i Fraszka znów biec zaczęła. Niestety jeszcze jedna dziewczyna nas wyprzedziła, czyli zupełnie odwrotnie niż w Wolbromiu. Spojrzałam na zegarek i pomyślałam, że wynik da się uratować i jakoś dziwnie - inaczej niż zawsze - wyszedł ten ostatni kilometr taki szybki jak pierwszy. A międzyczasy oddają podział ról: najpierw Fraszka ciągnie, a potem ja. :-)



Niestety przez PKP nie miałam czasu, żeby dłużej zostać po biegu. Chciałam się załapać na zdjęcie, ale Fraszka tak hałasowała, że zagłuszała podsumowanie, więc ją zabrałam. Teraz znowu parę wyjazdów, więc pewnie następny Parkrun w Poznaniu dopiero za 2 tygodnie.

wtorek, 6 września 2016

"Dziki Parkrun w Wolbromiu" oraz przypadkowy puchar (wreszcie! :)) za pierwsze miejsce w V Biegu na Zakończenie Lata

Naprawdę nie planowałam w tę sobotę żadnego dalekiego wyjazdu. Miałam się zjawić na Cytadeli, jak Pan Bóg przykazał. ;-) Ale pani ktoś inny zadecydował inaczej. Z tego powodu ten weekend (i jeszcze kilka dni przed oraz po) spędziłam w Krakowie. Na Błoniach już biegłam. I Chrzanów też odwiedziłam. W okolicy pozostał Wolbrom. Kusiło mnie bardzo, zwłaszcza jak przeczytałam, że ta lokalizacja będzie świętować akurat 1. rocznicę. Oprócz wręczenia pucharów zapowiadała się naprawdę huczna impreza: ciasto, kiełbaski oraz imprezy towarzyszące.

Na miejsce dotarłam dużo wcześniej niż planowałam, więc pokręciłam się trochę po okolicy. Wiedziałam, że trasa wiedzie przez las, ale bałam się tam zagłębiać. Widziałam tylko panią z małą dziewczynką, które próbowały biegać, tzn. pani namawiała dziewczynkę, żeby z nią biegała - najpierw trochę przy drodze, a potem w lesie. Skończyły długo przed startem Parkrunu. 

Już po 8.00 zaczęli pojawiać się organizatorzy. Przywieźli puchary, nagrody, medale, ciasta. Część rzeczy wyładowywali na parkingu, a część po drugiej stronie, gdzie - jak się później dowiedziałam - miała być część nieoficjalna. 

Stałam trochę z boku, kiedy podszedł do mnie koordynator. Zastanawiałam się, czy mnie zna, skoro zagadał i skąd mnie zna, skoro zagadał. ;-) Okazało się, że nie zna, tylko na koszulce przeczytał, że jestem z Poznania. Porozmawialiśmy chwilę. Dziwił się, że z tak daleka przyjechałam, więc wyjaśniłam, że jestem na weekend w Krakowie. Potem opowiedział o trasie, że jest trudna. Spytał, jak szybko biegam i zasugerował, że powinnam sobie doliczyć trochę czasu do tego, w którym normalnie pokonuję 5 km. Odparłam, że na Cytadeli też dużo zbiegów i podbiegów, więc może tak źle nie będzie. Ucieszyła mnie informacja, że w Wolbromiu nie ma zakrętów, więc nie zgubię się w lesie. Do nawrotek już się przyzwyczaiłam.Zajrzałam wcześniej do lasu i widziałam, że rzeczywiście może nie być łatwo. Poza tym pamiętałam piach, który dobił mnie w Gdańsku-Południu. A tutaj cała nawierzchnia nieasfaltowa.




Tak czy inaczej - jak zawsze w podróży (jeśli jestem bez Fraszki) - postanowiłam wystartować spokojnie i zobaczyć, jak się uda pobiec.

Przed startem nagrodzono zwycięzców pierwszego sezonu: najlepsze kobiety, najlepszych mężczyzn, najlepszego juniora oraz najbardziej udzielającego się wolontariusza. Zrobiono pamiątkowe zdjęcia i mogliśmy wystartować. Po starcie biegu głównego odbył się bieg dziecięcy. Wszystkie dzieci zostały nagrodzone medalami i słodyczami.



Poleciałam rzeczywiście spokojnie, chociaż wszyscy gnali, bo start był z górki. Potem było trochę gorzej, bo okazało się, że na trasie jest bardzo dużo korzeni. Ale jakoś lekko mi się biegło i utrzymywałam tempo.



 Przed biegiem dowiedziałam się, że tego dnia w ramach Parkrun odbywa się też  Bieg na Zakończenie Lata organizowany w Wolbromiu po raz piąty. Koordynator poinformował, że z tej okazji burmistrz ufundował puchary dla trzech pierwszych: kobiet, mężczyzn oraz juniorów. Puchary miały zostać wręczone dopiero o 18.00 na rynku z okazji Dni Wolbromia. Pomyślałam wtedy, że nie ma co się spieszyć, skoro i tak pucharu nie odbiorę. Na początku przede mną były przynajmniej cztery dziewczyny. Cały czas widziałam je dość blisko przed sobą i potem wyprzedzałam je po kolei. Garmin wskazywał na to, że tempo spada, ale też widać było, że zgubił sygnał GPS, bo w miejscu nawrotki, gdzie powinno być 2,5 km, miałam około 2. Nawrotka bardzo mi się podobała, bo podobnie jak w Tczewie była naturalna: obiegnięcie, a nie zatrzymanie i zawrócenie, jak np. we Wrocławiu czy w Szczecinie.



Z powrotem było trochę ciasno, bo ścieżka dość wąska. Długo biegłam za jednym chłopcem i trochę wstyd go było nie wyprzedzić, więc w końcu, jak się luźniej zrobiło, to mi się udało. ;-) Dalej wyprzedziłam kolejną dziewczynę i wg obliczeń przede mną została jeszcze jedna. Minęłam ją wg Garmina 1,5 km przed metą, czyli tak naprawdę pewnie do mety brakowało około 1 kilometra. Na ostatnim podbiegu, który był takim miłym zbiegiem na początku, spotkałam trzech biegaczy. Jeden szedł, a dwóch próbowało podbiegać. Wyprzedziłam wszystkich. Potem dobiegłam do jeszcze jednego, ale pomyślałam, że go nie wyprzedzam, bo jeszcze się zgubię. Po chwili jednak zobaczyłam znajomą ścieżkę po prawej stronie (tam to był dopiero podbieg, na który jednak nie wbiegaliśmy) a potem baloniki, którymi udekorowano okolice mety i startu, ostatnie kroki do góry i już koniec, chociaż Garmin twierdzi, że dopiero 4 km 670 m. Czas 22 minuty i 21 sekund, czyli - żeby było śmiesznie - lepszy niż ostatnio na asfaltowych trasach.



Otrzymałam token z numerem 14 i medal z symbolem Parkrun, który tego dnia dostali wszyscy, którzy pokonali 5 km.
Koordynator mi pogratulował i ustaliliśmy, że rzeczywiście byłam pierwszą kobietą. Powiedział, że porozmawia z burmistrzem w sprawie pucharu, bo to nie od niego zależy, ale jak podam adres, to może się uda. Tymczasem dostałam koszulkę z napisem: "Biegam, bo lubię lasy" - ten las to lubię na pewno :-) i zaproszenie na część pobiegową.



Miałam wprawdzie szybko wracać, ale porozmawiałam jeszcze z kilkoma biegaczami i osobami uprawiającymi też inny sport. Jedna pani mówiła, że dużo osób krytykuje trasę, że nie jest oznaczona i w ogóle taki "dziki Parkrun". A mnie się ten dziki Parkrun bardzo podoba. :-) Poza tym wszyscy bardzo pozytywnie wypowiadali się o koordynatorze i organizacji Parkrunu w Wolbromiu. Dużo osób mówiło, że chętnie przychodzą w sobotę, nawet jeśli nie biegają, bo jest miła, rodzinna atmosfera. Potem dziewczyny zaczęły szykować się na Bieg w Szpilkach, który zaplanowany był po Parkrunie. Postanowiłam, że jeszcze trochę zostanę.



Panie przebiegły jakieś 150 metrów i nawet szybko im to poszło. Na mecie czekali na nie panowie z kieliszkami czerwonego wina. Nagrodzone zostały też trzy kobiety, których szpilki były najwyższe. Potem można było skosztować tortu oraz innych słodkości oraz tzw. konkretów w postaci kiełbasek i chleba ze smalcem. Ja miałam jeszcze prywatny pokaz sztuki walki, a potem wróciłam do Krakowa.



Oficjalne wyniki potwierdziły 1. miejsce wśród kobiet (na 26) oraz 14 na 96 wszystkich uczestników, niekoniecznie biegaczy, bo jak powiedział koordynator: "U nas nie wszyscy biegają". :-) Urząd Miasta potwierdził natomiast, że wyśle puchar. No to będzie pierwszy indywidualny puchar z numerem 1. :-)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa