poniedziałek, 29 sierpnia 2016

O psie, który jeździł koleją, czyli do Kołobrzegu na Parkrun i nie tylko :-)

Spodobało mi się nad morzem w Gdańsku, a przez "tramwajowanie" w tym mieście, bo tam wszędzie daleko, mało plażowania było, więc postanowiłam w ostatni weekend wakacji również wybrać się nad wielką wodę :-) . Żeby nie było takich szaleństw, jak w zeszłym tygodniu, że wyjazd w nocy i szybki powrót, to zaplanowałam pobyt z noclegiem. Zapowiadała się znakomita pogoda, więc tym bardziej wypadało dłużej zostać. Trochę rozważań było, czy zabrać Fraszkę, czy zostawić. W końcu przeważyła opcja, żeby zabrać i w końcu jakąś część wakacji spędzić również z nią. :-)

Problem był taki, że Fraszka koleją jechała wcześniej tylko dwa razy. W dodatku tylko do Poznania i z powrotem. Opis przeżyć (jej i moich) na blogu w maju w zeszłym roku. Sama jazda pociągiem nie tak straszna, co wsiadanie. Fraszka po prostu nie chciała do tego strasznego potwora, hałasującego głośniej od niej, wsiadać. A na naszej stacji nie ma się, co zastanawiać, bo ciuchcia na chwilę staje, a potem odjeżdża. Na ręce też się wziąć jej nie da, bo się wyrywa, a z takim dwudziestukilogramowym stworem, co się uprze, nie ma co walczyć. Podobnie, jak podczas biegu, jak ciągnie, to trzeba za nią. ;-) W przypadku pociągu nie jest jednak to takie pozytywne. Trudno, pomyślałam, jakoś damy radę.

I rzeczywiście dałyśmy. Fraszka-kaskaderka skakała po dwa stopnie, byle nie chodzić po nich. Skoro Pancia każe, to zamykamy oczy i hooop! Tak samo na dół i w górę. Przy drzwiach jak stała, to się trochę wyrywała, żeby wysiąść na każdej stacji. Na szczęście w Poznaniu przesiadłyśmy się do pociągu, w którym było więcej miejsca, więc mogłyśmy usiąść i tam już spokojnie leżała pod siedzeniem, pod nogami, na nogach, na plecaku albo na torbie... Tzn. spokojnie, jak już uświadomiła sobie, że nie jest w stanie wszystkich obszczekać i obskoczyć, skoro tyle osób się kręci.





W domu, gdzie nocowałyśmy, też  spokojna była. I całe szczęście, bo powiedziałam, że to taki spokojny pies. ;-) No to udawała, że jest grzeczna. :-) Przynajmniej  tak nie szalała, jak w Szczecinie przed Parkrunem. ;-)

W sobotę wybrałyśmy się na Parkrun do Kołobrzegu. Od miejsca, w którym spałyśmy, do miejsca startu było ponad 4 km, czyli dość daleko. Ale na poranny spacer, kiedy jeszcze chłodno, w sam raz. Fraszka była jeszcze trochę zmęczona po podróży i plażowaniu piątkowym, ale na Parkrun sił jej przybyło. 

Zresztą, kiedy już doszłyśmy do miejsca biegu, okazało się, że może biec się bardzo przyjemnie. Parkrun w parku (nomen omen), więc w cieniu, choć przy samej plaży. Już o 8.30 szykowanie, rozkładanie sprzętu, instrukcje dla osób nowych i turystów. Jak zauważyli koordynatorzy Parkrun Kołobrzeg, turystyka parkrunowa w tym mieście kwitnie. Prowadzący z mapą wyjaśniał dokładnie, którędy wiedzie trasa i że po drodze są też strzałki informujące o nawrotach i zakrętach oraz o tym, że w tych miejscach będą stali również wolontariusze, a pomiędzy tymi wyjaśnieniami zapisywał imiona i miejscowości osób, które przyjechały z innych lokalizacji. 
Na początku zostałam zignorowana, jakby fakt, że przyszłam z psem wykluczał to, że w ogóle pobiegnę. Inni biegacze zainteresowali się za to koszulką. Później ktoś zapytał, czy piesek też biegnie i koordynator także zaczął zwracać się do mnie, jak do uczestnika.

Próbowałam zmylić Fraszkę i podczas oficjalnej odprawy stanęłyśmy zupełnie w innym miejscu, ale na dźwięk tuby załapała, że będziemy się ścigać. Prowadzący jeszcze raz powtórzył informacje, przekazywane wcześniej indywidualanie, na temat trasy, wymienił sponsorów oraz powitał wszystkich gości. Kiedy powiedział, że "będziemy startować" (słyszałam wyraźnie, chociaż ujadający kundel stał tuż obok mnie, czyli 100 metrów za wszystkimi), podeszłam do grupy biegaczy. Wtedy okazało się, że zjawiła się jeszcze jedna dziewczyna i chwilę na nią czekaliśmy. Wtedy usłyszałam od prowadzącego: "Ale z pieskami z tyłu". Nie było za bardzo czasu tłumaczyć. Start bardzo szeroki, a biegło jedynie 51 zawodników, więc tylko po starcie pokazując na Fraszkę powiedziałam: "Ale to jest pies tak biegnący", odpowiedział ze zrozumieniem: "Aha". Fraszka wystartowała w tempie 3.42 min/1km. Leciałyśmy więc na podium. Ja po ostatnich treningach nawet miałam siłę rozmawiać przy tym tempie. Niestety Fraszka długo tak nie wytrzymała i pod koniec pierwszego kilometra zaczęła zwalniać. A potem to już było coraz gorzej i niestety ja musiałam ją ciągnąć. Co jednak niezwykłe, tak wiele osób nas nie wyprzedziło.


Po 1800 m jak powiedział prowadzący, był zakręt (tyle zapamiętałam z tych objaśnień z mapą ;-)). Biegłam dalej z Fraszką niemal nie odczuwając zmęczenia. Tempo spadło do 4.30, a potem jeszcze bardziej. Nie chciałam psiaka męczyć, bo sapała coraz bardziej. Podziwiałam więc morze, które bardzo ładnie było widać po nawrotce. Na czwartym kilometrze wyprzedziło nas dwóch mężczyzn, z których jeden zawołał: "Fraszka już nie może!". A Fraszka jakoś sił nabrała i w końcówce go wyprzedziłyśmy jeszcze, chociaż wszyscy zauważyli, że pies już nie ciągnął jak na starcie.  

Wynik zatem fatalny jak w Gdańsku tydzień temu, ale pierwsze miejsce wśród kobiet (na 17) i 12 na 51 biegaczy, czyli statystycznie nie tak źle. :-) Trasa natomiast fantastyczna - płaska równa, bardzo szybka, z pięknym widokiem, zacieniona bez pętli i sztucznych dokrętek.

Po biegu zamiast odebrania tokenu, od razu skanowanie. Dobrze, że dopytałam o to wcześniej i wzięłam kody ze sobą, bo inaczej byłby problem. Prowadzący tłumaczyli, że tokeny im giną, dlatego nie wydają. No i zamiast tokena, od razu podchodzi się do skanera, a skanujący sczytuje kod osobisty a następnie kod z miejscem z pliku wszystkich tokenów, które cały czas trzyma w ręce. Jeśli ktoś nie ma własnych kodów, druga osoba zapisuje na kartce. Co ciekawe, osoby, które się nie zarejestrowały wcześniej, przed biegiem mogły to zgłosić, a prowadzący zapisywał ich dane w celu dokonania rejestracji. 



Po biegu podsumowanie i wspólne zdjęcie. 



A my z Fraszką potem schłodzić się do morza. 




Warunki były idealne, bo miałyśmy obok siebie plażę dla psów. 





A w niedzielę z rana udało nam się jeszcze pobiegać po piachu.


niedziela, 21 sierpnia 2016

20. lokalizacja na wyjeździe, czyli Parkrun Gdańsk-Południe

Ostatnio pojawiają się tutaj wpisy dotyczące jedynie Parkrunu i to w szczególności mojej turystyki parkrunnowej . No, ale dla mnie sezon ogórkowy. Pewnie niejeden biegacz się roześmieje po tym zdaniu, bo przecież od jakiegoś czasu w bieganiu trudno mówić, o czymś takim. Bieg za biegiem, na każdym dystansie, o każdej porze roku. Każdy jednak ma swoje cele i priorytety. Ja o swoich innym razem napiszę. 

Tymczasem, kontynuując wędrówkę po Polsce, dotarłam do przystanku Gdańsk. W przypadku odwiedzania miast parkrunowych nie mam jakiegoś planu czy systemu, choć kolejność nie do końca jest dowolna. Czasem zależy od okoliczności sprzyjających, takich jak wyjazdy służbowe. Czasem natomiast takie okoliczności trzeba samemu generować. :-) 
W zeszłym tygodniu byłam na Parkrunie w środku kraju, więc teraz zamarzył mi się jakiś kraniec. ;-) Dodatkowo słyszałam, że sobota ma być ciepła i słoneczna, więc zdecydowałam się na morze. :-) (A kto dziś był na dworze lub choćby wyjrzał za okno, zastanawia się, jak to możliwe, że wczoraj było tak ciepło i pogodnie). 



Do morza wprawdzie z Gdańska miasta daleko, a Gdańska-Południa jeszcze dalej. Nie przeszkodziło to mi jednak wybrać się na plażę. Myślałam, że zdążę na wschód słońca, ale się nie udało. Słońce już ciut wyżej niż nad wodą się unosiło, niemniej bardzo przyjemnie było. Po krótkim spacerku po plaży musiałam jednak udać się na Południe, bo ta wycieczka środkami komunikacji miejskiej (z dwiema przesiadkami) zajęła mi prawie godzinę. 



Ostatnio nad morzem byłam w Hiszpanii, a nie w Polsce, więc mam jakieś dziwne skojarzenia. Tam dzień bardzo późno się zaczyna, ale może też dlatego, że słońce w Hiszpanii tak późno wstaje. Jednak nawet w Poznaniu nie wydawało mi się, że ludzi tak dużo na mieście w sobotę rano. I rano to znaczy przed 6.00, a nawet tuż po 5.00! Wiem, że wschód słońca w Polsce w tym tygodniu jeszcze przed 6.00, ale i tak nie wiem, kto i po co tak wcześnie wstaje w weekend. A widać było, że to ludzie rozpoczynający sobotę a nie kończący piątek. ;-) Zagadka do rozwiązania. :-)



Do "zbiorników retencyjnych", wokół których biegnie trasa Parkrun-Gdańsk dotarłam kilkanaście minut po 8.00. Jak brzydko brzmi to określenie "zbiorniki retencyjne", a jak ładnie prezentowało się to miejsce w porannym słońcu. Mając trochę czasu, przespacerowałam się kawałek i odkryłam, że nie mogę znaleźć drugiego zbiornika. 

Potem już nie było czasu na szukanie, więc wróciłam w okolice mety i startu - miejsca nieco od siebie oddalone, ale dobrze oznaczone i widoczne. 
Zgodnie z prognozami było bardzo słonecznie i zapowiadało się, że na biegu będzie ciepło, zwłaszcza że teren odsłonięty. Pojawiało się coraz więcej biegaczy, a zgodnie z zapowiedzią, przed biegiem przeprowadzona została rozgrzewka. Rozgrzewka miała w nazwie "profesjonalna" i rzeczywiście taka była. Nie zdążyłam na początek, ale na parę ćwiczeń się załapałam. Po ćwiczeniach przetruchtaliśmy dookoła jednego zbiornika retencyjnego, czyli jakiś kilometr. Po drodze wykonaliśmy jeszcze parę ćwiczeń, a trener w międzyczasie opowiadał nam, jak wygląda cała trasa i doradzał strategię na start. Tym razem miał to być BNP. 

Na zakończenie truchtania jeszcze kilka ćwiczeń i udaliśmy się na start. Po drodze wypatrzyłam znajomą twarz koordynatora Parkrun Polska, więc zamieniliśmy kilka słów. Potem już na starcie krótka odprawa prowadzącego, odliczanie od 5 do 1 i start. 



Strategię na mój start miałam wczoraj całkiem inną niż trener doradzał. Tylko, że nikt mi nie powiedział, że na trasie będzie podbieg, a ten drugi zbiornik retencyjny (o numerze I) nie jest otoczony kostką brukową, jak pierwszy (o numerze II), lecz piachem i że tak ciepło będzie, no i jakby powiedział Paweł Fajdek "za rano było". 



Wystartowałam jako druga kobieta. Pierwsza była w zasięgu, ale potem zaczęła się oddalać, a w końcówce jeszcze jedna mnie wyprzedziła. Ostatecznie zajęłam 42 miejsce na 116 biegaczy oraz 3 na 28 kobiet, uzyskując czas... jeden z najgorszych w tym roku, nie licząc Parkrunu w Chrzanowie na dzień przed maratonem w Krakowie oraz Parkrunu w Białymstoku, z którego w wynikach zapisany jest czas o kilka minut gorszy niż w rzeczywistości. A miało być już lepiej. Cóż, może nadmorski klimat mi nie służy. W każdym razie na razie (nomen omen) jest zwiedzanie, a nie bieganie. ;-)



Po 5 km jeszcze wspólne zdjęcie, a potem rozciąganie. 



Dwudziesta lokalizacja, to można by pokusić się o jakieś podsumowanie, ale to raczej w osobnym wpisie.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

O tym, jak wyprzedziłam pana z pieskiem, czyli wizytacja na Parkrun Warszawa-Ursynów

Kontynuując turystykę parkrunową, odwiedziłam Parkrun Warszawa-Ursynów. Jest to już dziewiętnasta lokalizacja wyjazdowa, w której pobiegłam. Dodając rodzimy Poznań, mam już okrągłe dwadzieścia. W minioną sobotę obchodziłam jeszcze jeden jubileusz parkrunowobiegowy, a mianowicie bieg nr 90. Wiadomo, że świętuje się pięćdziesiątki i setki, ale dziewięćdziesiąt to też ładna liczba i do 100 brakuje niewiele.

Zwiedzałam lokalizacje w różnych częściach kraju, ale Warszawa długo pozostała przeze mnie niezdobyta. Chociaż mój pierwszy wyjazdowy Parkrun miał miejsce w Konstancinie-Jeziornej, to jednak do samej stolicy wcześniej nie dotarłam. Przyszła zatem pora, żeby to zmienić. I zaczęłam zdobywać stolicę nie od słynnego Parku Skaryszewskiego, lecz od mniej znanego Parku Przy Bażantarni. Wprawdzie bażantów tam nie spotkałam żadnych, ale okolica urokliwa. Oprócz biegania można tam powspinać się w parku linowym albo poszaleć w skateparku. 



Na stronie Parkrun Warszawa-Ursynów wszystko starannie opisane, więc do skateparku podanego jako punkt organizacyjny, trafiłam bez problemu. Było około 8.35, czyli dość wcześnie. W okolicy przemykali pojedynczy biegacze i nie do końca wiedziałam, czy zjawili się na Parkrun czy na trening indywidualny. Pierwszym, którego spostrzegłam i zaklasyfikowałam jako Parkrunnera, był pan z pieskiem. Ze względu na to, że ja zwykle na Parkrunie pomykam z moim czworonogiem, zwróciłam na niego szczególną uwagę. A on musiał chyba i we mnie rozpoznać biegaczkę z rodziny Parkrun, bo zawołał na powitanie. 



Kiedy więcej osób zgromadziło się w miejscu zbiórki, ja również tam podeszłam. Zagadnęłam koordynatorkę na temat "strojów służbowych" (zauważyłam, że ma piękną pomarańczową koszulkę od NB). Chwilę porozmawiałyśmy i wspomniałam, że przyjechałam z Poznania. Dzięki temu zostałam później powitana oficjalnie podczas odprawy. Piszę, że oficjalnie, chociaż cała odprawa w bardzo sympatycznej i kameralnej atmosferze. Kameralnej dla mnie, ponieważ brało udział znacznie mniej osób niż w Poznaniu.

fot. Aleksandra Dorota Naczulska-Szopa / 
Aleksander Szeląg / Sebastian Zasępa / Sebastian Wojciechowski


Oprócz mnie, z innej lokalizacji był także Marek, który przyjechał z Gdańska. Oboje wzbudziliśmy zainteresowanie koszulką - ja moją z motywami parkrunowymi a Marek "setką", która dla biegaczy z Ursynowa pewnie jest atrakcją, bo sobotni bieg był dopiero 74., nikt więc jeszcze 100. biegów tam nie miał. Ale jeden z biegaczy - Konrad świętował 50. bieg i z tej okazji zostało to wypisane kolorową kredą na trasie w okolicach mety.




Po odprawie, podczas której padły wszystkie ważne informacje na temat trasy, sponsorów oraz osób leworęcznych, których dzień obchodziliśmy, przeszliśmy wspólnie na miejsce startu. W skateparku wspólnie zapozowaliśmy do pamiątkowego zdjęcia - z unoszeniem lewej ręki, żeby uczcić leworęcznych w dniu ich święta.
Kolejna odprawa w miejscu zbiórki i dużo lepsza niż na starcie, bo jeszcze bezstresowo bez odliczania. ;-)



Potem jeszcze przywitanie z współtowarzyszami biegaczami przez podanie ręki, odliczanie od 7 do zera i staaart! 
Od kilku Parkrunów biegam w czasie około 22 minut i 30 sekund. W Warszawie też na szybszy bieg się nie nastawiałam, bo wciąż forma nie ta, a jak ktoś powiedział i ja się z tym zgadzam, życiówki najlepiej robi się u siebie. Tempo mojego biegania też zależne jest od tego, czy z psem biegam, czy sama. Tym razem z psem biegł tylko pan, a ja bez wspomagania. ;-)

Startowałam jakoś z drugiej linii. Pan z pieskiem wystrzelił do przodu, ale psiak - jak i mój zwykle na początku - ciągnął trawą, żeby wyprzedzać. Widać było, że lubi biegać, hałasował też podczas odprawy, ale nie tak głośno jak mój. ;-) Motywacja pociągowa czworonoga skończyła się widocznie po jakichś 500 metrach, bo już wtedy pana z pieskiem wyprzedziłam.



Nie lubię pętli, więc informacja, że trasa jest trzypętlowa trochę mnie zniechęciła, ale okazała się bardzo przyjemna. Okrągła, prawie równa, z niewielkimi przewyższeniami. Skojarzyła mi się trochę z krakowskimi Błoniami, bo też podobne pętle, ale jednak w Krakowie dwie i bardziej odkryte. Niemniej, to że na Ursynowie trzy, jakoś mi nie przeszkadzało. Trasa dobra, żeby ćwiczyć równe tempo, np. robiąc kilometrówki. A ja miałam szansę potrenować utrzymanie równego tempa, co na cytadelskich zbiegach i podbiegach mi się nie udaje. Tutaj też nie do końca wyszło, ale jednak lepiej. Zakrętów trochę było, więc wtedy spoglądałam, czy jakaś kobieta za mną biegnie, ale żadnej nie widziałam. Dlatego też specjalnie nie przyspieszałam. Jak pisałam, życiówki robi się u siebie, ale na wyjeździe miło się wygrywa. :-) W tę sobotę się udało, bo dobiegłam jako pierwsza kobieta, z czasem 22 minuty 26 sekund. 



Po biegu próba skanowania kodu z koszulki, ale kody nadal się nie sczytują, więc normalnie, tradycyjnie z kartonika. Miejsce Open 16, czyli wydawało się, że całkiem ładne, ale jak dopytałam osobę rozdającą tokeny, to się okazało, że pobiegło w sumie 40 osób, czyli  pozycja taka rewelacyjna jednak nie była. 



Później jeszcze jedno wspólne zdjęcie - tych grupowych fotek sporo, trochę mniej biegowych a szkoda, bo można by wykorzystać fakt, że są trzy pętle i każdemu kilka takich zdjęć zrobić.

Przy okazji porozmawiałam z kilkoma biegaczami o różnych lokalizacjach Parkrun. Kilku z nich biegło w Poznaniu, a kilku zapowiedziało się z wizytą. Miło tak mieć znajomych Parkrunnerów w całej Polsce.

Po południu na fanpege'u Parkrun Warszawa-Ursynów pojawiła się informacja o wynikach i "wizytacji" z Poznania. Z Poznania zaś nadeszła wiadomość, że na Cytadeli byłabym dopiero czwartą kobietą. No trudno. ;-) W takim razie zwiedzam dalej i na Cytadeli - na razie - się nie pokazuję. ;-)


środa, 3 sierpnia 2016

Do Andaluzji po nową radość z biegania

Tym razem wyjazd pozornie zupełnie z bieganiem niezwiązany. W Hiszpanii przecież Parkrunu nie ma. Na inne zawody też się tam nie wybierałam. Miało być czyste zwiedzanie, opalanie i odpoczywanie. Ale oczywiście bez biegania się nie obyło. ;-)

Nie zaczęłam od pierwszego dnia, bo byłam zmęczona podróżą. Jednak już drugiego postanowiłam pobiegać. Oczywiście o świcie, żeby choć ciut chłodniej było. Wstałam na dźwięk budzika i trzy razy sprawdzałam, która godzina, bo na zegarze 5.40 a za oknem... głucha noc, żadnego świtu jeszcze nie było. W końcu sprawdziłam, o której wschód słońca i okazało się, że około 7.20. Pomyślałam, że może dlatego, że to okolice Gibraltaru, czyli Wielka Brytania a nie Hiszpania. Ale oczywiście to nie miało znaczenia. No cóż, wyjaśniło się, dlaczego Hiszpanie tak późno wstają. A ja nie Hiszpanka, więc skoro już się obudziłam i się ubrałam, wyszłam na zewnątrz. Na szczęście okolica oświetlona, ale dookoła nic godnego oglądania. Hotel na hotelu, dalej domy, trasa stu zakrętów i do tego wszędzie asfalt albo pozbruk. Postanowiłam więc nie szaleć w kilometrach, tylko przebiec jakąś piątkę i wrócić do hotelu. Po trzech kilometrach tak się zakręciłam w tych zakrętach, że musiałam skorzystać z opcji Garmina "Wróć do startu", bo inaczej w życiu bym nie trafiła. 

Biegałam ponownie po kilku dniach w okolicy Granady. Tam trasa już dużo lepsza. Można było się rozpędzić, choć temperatura dużo wyższa niż na Gibraltarze. Znów wystartowałam w okolicach 6.00, więc również było ciemno. A pomyśleć, że nastawiałam się na bieganie w okularach przeciwsłonecznych i czapeczce z daszkiem. ;-) Tymczasem noc, nawet niebezpiecznie. Z kotem dzikim prawie się zderzyłam, jak wyskoczył ze śmietnika. I nie wiem, kto bardziej się przestraszył - ja czy on. ;-)
Aż jednego półnagiego biegacza w tych ciemnościach spotkałam. Dostrzegłam, że macha do mnie, więc mu takim samym gestem odpowiedziałam. Potem zawracałam i go w wyprzedziłam, zostawiając w tych ciemnościach.

Kolejnego dnia miałam okazję pobiegać w tym samym miejscu. Trochę motywacji zabrakło. Od klimatyzacji przeziębienie jakieś złapałam, więc się gorzej czułam. Okolica do biegania się nadawała, ale jakoś nie zachęcało mnie klepanie asfaltu w Hiszpanii. Bardziej nastawiałam się na bieg po plaży.



I to w końcu się udało. Ostatni nocleg w miasteczku Torremolinos w okolicy Malagi. 



Do plaży z hotelu kilkaset metrów. Ten dzień bardzo luźny, więc można było wstać później. 



Na plaży byłam po 7.00, dzięki temu załapałam się na wschód słońca nad morzem. 



I okazało się, że o tej porze na plaży ludzi mnóstwo: trochę spacerowiczów, trochę biegaczy. Pojawiali się już pierwsi spragnieni kąpieli morskiej i słonecznej. 



Plaża wyrównana, więc aż żal było niszczyć, ale ruszyłam. Spokojnie, bo zapadałam się w piasku.


Po jakimś kilometrze plaża mi się skończyła i musiałam wbiec na bulwar. Tam biegaczy jeszcze więcej. Biegali pojedynczo i parami. Tłumy takie jak w niedzielę rano nad Rusałką. Trochę mniej przyjaźni i radośni, bo nikt nie machał i się nie uśmiechał. Poza tym style biegania rozmaite i technika raczej niespecjalna. Skupiłam się zatem na okolicy i podziwiałam nadmorskie widoczki.


Parę kilometrów, a wrażenia niesamowite. I nawet mi tak bardzo nie przeszkadzało, że gorąco. Może po kilku takich treningach uda mi się przestawić na bieganie w wyższych temperaturach, a dzięki temu organizm nie będzie hamował, ledwie słoneczko trochę mocniej przygrzeje.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa