wtorek, 26 lipca 2016

Napisała, co wiedziała, czyli o moim pięćdziesiątym biegu na PARKRUNIE w Poznaniu

Pani wyjechała, więc do bloga się dorwałam. O myszach już pisałam, że harcują. Ja nie mysz, ino Fraszka, ale jak Panci nie ma, to też harcuję.

Poczytałam, co ta Pancia nawypisowała i przejrzałam, jakie zdjęcia nawrzucała. Widać oczywiście, jaka ona piękna i jak ładnie biega, a że ja ją ciągnę, to już nie ma po co pokazywać. Ale zdjęcia też znalazłam od mojego Fotografa ulubionego, to zamieszczam. Zdjęcia zdjęciami, ale nie wiedzieć czemu ten Fotograf zawsze ma ze sobą coś psiego do jedzenia. ;-)

W sobotę był mój pięćdziesiąty bieg na Parkrunie. Tak mi Pani powiedziała. Ja nie liczę do tylu, to nie wiem. Ale podobno w Poznaniu, to mam mniej, tylko w sumie tyle. Bo ja jeszcze z Panią biegałam w: Szczecinie, Gostyniu, Jeleniej Górze, Rumi, Lubinie, Konstancinie-Jeziornej, Lesznie i Gdańsku, a ostatnio byłyśmy w Bydgoszczu. Ale w sumie jest pięćdziesiąt i dlatego w sobotę z zieloną zawieszką biegałam. I w domu też cały dzień jej nie zdejmowałam.

Cytadela jednak najlepsza zdecydowanie, bo trasa na pamięć znana. Atmosfera zawsze przyjemna, bo mnie wszyscy na powitanie głaskają. A ja mogę sobie na nich poskakać i podrapać. 



Po głaskaniu kolejna przyjemność - bieganie. Tylko nie wiem, czemu trzeba czekać tyle na nie. Kilku człowieków prowadzących-niebiegających wchodzi zawsze na górę i jeden z nich coś gada. Ale nie tak normalnie, tylko przez specjalny przyrząd do gadania. I drażni mnie ten dźwięk strasznie. Ale jak on gada, to znaczy, że można. No to ja też wtedy gadam. A że przyrządu nie mam, to muszę głośno, żeby mnie też słyszeli. Kiedyśmy sobie tak z Grzesiem dłuuuugo gadali. Bo on ma zawsze dużo do powiedzienia. Ja dużo do powiedzienia nie mam, tylko wołam: "Biegniemy już, biegniemy!" Pancia mi kiedyś coś do jedzenia przed startem dać chciała. Ale ona niepoważna - nie wie, że przed biegiem się nie je.

W zeszłą sobotę też Grzesiu dużo gadał. Potem jeszcze ktoś coś... Nie wiem, za daleko stałam, nie słyszałam. Ale w końcu: "start" i poleciałam. 



Pani po tym obozie w trochę lepszej formie, to dała radę, ale jakoś na początku mocno mnie spowalniała. A jak ja się tym ciągnięciem zmęczyłam, to mi kazała przyspieszać. Teraz, to niech sobie sama biegnie, jak taka mądra. Ja już zmęczona byłam. Ale na końcu był jeszcze fotograf, to trochę przyspieszyłam. Chociaż jakaś człowieczka wbiegła przed moją Pancię i ją zasłoniła, więc tylko jedno zdjęcie razem miałyśmy.




Na końcu Pani powiedziała, że ładnie pobiegłyśmy i dostałam trzy kawałki łososia (wiem, że trzy, bo do tylu umiem liczyć). Nie wiem, w takim razie, po co tak poganiała, skoro dobrze było.

Myślałam, że jak zawsze jedzonko, woda i do domu. A tu zaczęli jeszcze coś kombinować. Nie wydawało się to złe, bo pachniało coś smacznie. Człowieki coś jedli, a jak mi spadało, to ja zbierałam, bo dobre było. Zwłaszcza wiśnie. Bo ja ostatnio bardzo lubię wiśnie i sama je sobie z drzewa zrywam. Ale na drzewie to z pestkami. A tam bardziej słodkie mieli i nie było pestków.
Tylko niepotrzebnie hałas robili jakimiś wystrzałami i ognia do tego jedzenia nawsadzali. A przecież Pancia to w piątek pół dnia piekła, to po co ogień jeszcze? No i ten hałas. A niby to ja jestem zgiełkorób, cokolwiek to znaczy...



W każdym razie na Cytadeli fajnie jest i już czekam na kolejnego Parkruna. Tylko nie wiem, kiedy. Teraz Pancia wyjechana, to jak wróci pewnie, chociaż nie wiem, czy mnie zabierze, bo mówi, że nie ma czym dojechać...

sobota, 23 lipca 2016

4 urodziny Parkrun Poznań oraz 50. bieg Fraszki

Ostatnio w Poznaniu na Parkrunie biegłam... chyba na Mistrzostwach Drużynowych, czyli dawno temu. Później mała była chęć rywalizacji biegowej,  chociaż do biegania ochota coraz większa. Ciężko się jednak wraca do treningów po przerwach. A w ciągu ostatnich kilkunastu tygodni już dwa takie powroty były. Najpierw po odpoczynku pomaratońskim, a teraz po kontuzji nogi. Kontuzja wprawdzie nie do końca wyleczona, ale jak wcześniej wspominałam, nie rozczulam się: chodzę, ćwiczę i pomału biegam.

Nie byłam do końca pewna, czy dziś już będzie pora na większe ściganie, więc w grę wchodził też wolontariat. Na szczęście testowe bieganie w tygodniu wyszło na tyle pomyślnie, że postanowiłam wystartować. Było to o tyle ryzykowne, że zaplanowałam dzisiejszy Parkrun z Fraszką. Z obliczeń wynikało, że miał być to nasz 50. wspólny bieg. Rok temu miałam "pięćdziesiątkę" indywidualnie, a z Fraszką 25. Dobrze się to wpasowało akurat w urodziny.

Fot. M. Pietz

Wczoraj jeszcze przygotowanie i szykowanie, bo z okazji urodzin Parkrun zaoferowałam "wyprodukowanie" czegoś słodkiego. Piekłam więc babeczki i ciasta (z jabłkami i wiśniami), których - jak się komuś udało - można było dziś skosztować. Oprócz moich ciast były też szampany, ciastka, owoce i woda.

Po wczorajszych przygotowaniach organizacyjnych, dziś pozostało skupić się na biegu. Ja wyjątkowo bardzo chciałam pobiec, Fraszka chciała jak zwykle. Pogoda sprzyjała, bo pomimo dość wysokiej temperatury, było pochmurno, więc biegło się całkiem przyjemnie. Po ostatnich treningach (chyba głównie obozowych) troszkę przyzwyczaiłam się do biegania w upale, więc organizm nie włączył blokady. Może też pomogło to, że nie wystartowałam za szybko. 

Przed startem stanęłam z Fraszką na samym końcu. Wiedziałam, że będzie dużo komunikatów, zwłaszcza że z okazji urodzin odwiedził nas Kuba Fedorowicz z Gdyni. Fraszka szalała i nie dało się jej uciszyć. Nie wiem, gdzie miałabym z nią stanąć, żeby było dobrze. 

Fot. M. Pietz


Po starcie całą energię włożyła w bieg, więc hałasu już nie było. Przez to, że zaczęłyśmy z tyłu, trzeba było dużo wyprzedzać, ale też nie poleciałyśmy tak szybko, jak zwykle. (Niby wolniej, ale znajomy biegacz, który miał nam towarzyszyć, wytrzymał jeszcze ten pierwszy kilometr, a potem gdzieś się zgubił. ;-))Dzięki temu ja miałam więcej sił na kolejne kilometry. Fraszka jednak tradycyjnie zgrzała się po połowie i to ja musiałam ją pociągnąć, ale starałam się raczej zachęcić do biegu niż się z nią siłować i na ostatnim kilometrze przyspieszyłyśmy. Czas na mecie 22 minuty i 18 sekund, czyli jak na bieganie po kontuzji i przerwie całkiem przyzwoity. W dodatku mam dziś dziwne wrażenie, że bez Fraszki pobiegłabym szybciej. ;-)


Po biegu krótkie świętowanie. Dzisiaj też dekoracje za poprzedni sezon.



Parę osób pytało mnie, czy odbieram nagrodę, a ja zaprzeczałam ze śmiechem. W zeszłym roku to była walka i pilnowanie każdej soboty, żeby być i zbierać punkty.




Jedno drzewko poznańskie już jest. Teraz mogę odwiedzać nowe lokalizacje, nie muszę trzymać się Cytadeli, chociaż tutaj zawsze chętnie wracam. 



Świętować za długo nie mogliśmy, bo zaraz po biegu rozpoczęły się przygotowania Światowych Dni Młodzieży.

niedziela, 17 lipca 2016

Weekend wolontariackobiegowy: Bieg Zamoyskiego w Kórniku

Z racji mojego ostatniego niebiegania, dziś rowerowo wybrałam się na Bieg Zamoyskiego w Kórniku. Mówią, że to faux pas, ale dopiero wczoraj się o tych zawodach dowiedziałam. Tylko nie wiem, czy faux pas moje czy organizatorów, że mnie nie powiadomili. ;-) Generalnie wstyd nie wiedzieć, że się bieg tak blisko odbywa. W zeszłym roku pilnowałam przecież biegu na 10 km w Kórniku, tylko że... też w nim nie pobiegłam.

A w tym "Zamoyskim"? Nie wiem, jakby było. Podobno dawno temu już informowano o nim. Może po maratonie ignorowałam takie wiadomości albo nie spojrzałam. Może bym się zapisała z myślą o tym, że to po obozie. Albo bym zignorowała spodziewając się wysokiej temperatury. A wyszłoby tak jak rok temu w Murowanej Goślinie, czyli przyjazd po pakiet i bez biegania. Chociaż w tym roku mniej się nad bolącą nogą rozczulam, więc może coś bym potruchtała. 

Nie ma jednak, co gdybać, bo dowiedziałam się wczoraj. Zapisy były do 10 lipca i, pomimo że, nie osiągnięto limitu, zostały zamknięte. Nie było się więc nad czym zastanawiać. Ale pojechać i pokibicować znajomym można było. :-)




Na Błonia, w okolice startu, dotarłam prawie pół godziny przed rozpoczęciem biegu. Zdążyłam się więc spotkać ze znajomymi, przywitać i zrobić zdjęcia. Później fotografowałam jeszcze start, po czym pojechałam w okolice 8.kilometra, czyli na promenadę im. Wisławy Szymborskiej. Fantastycznie się tak śmigało bokiem i wyprzedzało wszystkich rowerem. A pamiętam, jak to wkurza z perspektywy biegacza. Ale role się zmieniają. ;-) Nie wszystkich udało mi się wyprzedzić, więc tylko końcówka załapała się na zdjęcia w tę stronę. Ale już po kilku minutach pojawili się pierwsi biegacze mający już za sobą nawrotkę.



Po elicie zaczęli pojawiać się znajomi biegacze. Kiedy sfotografowałam już wszystkich, których znałam, wróciłam w okolice startu/mety, żeby na zakończenie zrobić jeszcze parę zdjęć z medalami (i pakietowymi gadżetami).



O ile na trasie można było spokojnie poruszać się rowerem, o tyle wejście w strefę startu/mety nawet pieszo było problematyczne. Start/meta umiejscowione były w bramie. A za bramą wszystkie atrakcje pobiegowe. Biegacze po prostu wbiegali i znajdowali się w środku, ale kibice mieli problem z wchodzeniem i wychodzeniem. Dookoła było mnóstwo bram i furtek, ale wszystkie pozamykane. Myślę, że to jedyny taki minus organizacyjny. Kojarzę podobną sytuację z Biegu Szpota w Swarzędzu. Chociaż tam właśnie jako biegacz miałam problem, bo nie mogłam się wydostać, żeby przejść do depozytu nr 2. 


W Kórniku na starcie przeszkadzał też kabel do prądu, który znajdował się w też w tej bramie. Informowano, żeby go omijać, ale ostatecznie chyba na czas startu podniesiono go do góry. Na szczęście to pierwsza edycja, więc jeśli będą kolejne, organizatorzy na pewno pomyślą, żeby nie było już takich niedogodności zarówno na starcie/mecie, jak i na całej trasie.

Na blogu kilka zdjęć z imprezy, m.in. oryginalne oznaczenia kilometrów - zamiast liczenia, ile już km zostało pokonanych, informacja o tym, ile pozostało do mety.
Wszystkie zdjęcia dostępne są pod adresem: Bieg Zamoyskiego w Kórniku

Weekend wolontariackobiegowy: Parkrun Poznań #206

Jeśli ktoś analizuje, to tytuł zamierzony. Byłby wolontariacko-biegowy, gdybym cokolwiek wczoraj lub dziś biegała, ale ponieważ ja tylko (oficjalnie bądź nieoficjalnie) pełniłam funkcję wolontariusza biegowego, zatem może być tylko taki. :-)

Wczoraj przyszło mi pierwszy raz poprowadzić bieg w ramach Parkrun Poznań. Tak się złożyło, ponieważ wszyscy koordynatorzy gdzieś - dalej lub bliżej - wybyli. Jednego widziano w Mierzęcinie, innego w Kaliszu, o trzecim chyba nic nie wiadomo. ;-) W każdym razie, po testowym mierzeniu czasu kilka tygodni temu, wczoraj już cały bieg prowadziłam.

Przyjechałam na Cytadelę wcześnie rano. Pewnie dotarłam jeszcze wcześniej, bo mogłam autem na samą górę podjechać, więc dodatkowo szybciej było. Chwilę byłam sama, ale po kilku minutach pojawił się pierwszy wolontariusz i mogliśmy rozpocząć przygotowania do startu.

Dużo osób chciało mi pomagać, więc zastanawiałam się, czy tak wygląda, że nie ogarniam sprawy, czy po prostu wszyscy są mili i uczynni. Przyjęłam oczywiście, że to drugie. 

Po przygotowaniu: oznaczeniu linii mety i rozstawieniu flag, zaczęli pojawiać się biegacze, przede wszystkim nieśmiało podchodzący debiutanci. Okres wakacyjny, więc osób, które po raz pierwszy wybrały się na bieganie, było sporo. Nie zabrakło też stałych bywalców, z którymi z racji moich wyjazdów, dawno się nie widziałam. Myślę sobie ostatnio, żeby jakoś tak czas zaplanować, by móc zjawiać się częściej na Cytadeli, ale jakoś to ostatnio nie wychodzi.

Pięć minut przed startem zrobiłam odprawę dla debiutantów, z których większość już i tak dopytała wcześniej o to, czego nie wiedziała, a potem przeszliśmy na miejsce startu. 

Cisza była dziś niesamowita i żaden pies nie zagłuszał, chociaż kilka towarzyszyło biegaczom. Widać jakiś respekt mają albo zadumie przed startem się oddają. Gadałam chyba dość długo, bo z falstartem kilku pobiegło, ale jak ich te parę sekund zbawiło, to niech mają. ;-)

Wróciłam do reszty wolontariuszy, którzy - jak mówili - "dobytku pilnowali". Jeden z nich zapytał, czy stoper włączyłam tak poważnie, że aż się musiałam zastanowić.

Czekaliśmy potem spokojnie na pierwszych zawodników na mecie, którzy pojawili się na horyzoncie po 16 minutach. Tłumów nie było, więc dużo klikać nie trzeba było. A klikanie z tokenami pasowało, więc wszystko dobrze wyszło. 

Na koniec podsumowanie, podliczenie osób na mecie i rozmowy z biegaczami poznańskimi oraz gośćmi zafascynowanymi naszymi podbiegami i zbiegami. Szkoda, że zdjęć nikt nie robił.






A po biegu jeszcze czary-mary i zgrywanie wyników. :-)







Miał być wpis "wash&go", czyli dwa w jednym, ale tak się jakoś rozpisałam, że o niedzieli, czyli Biegu Zamoyskiego w Kórniku będzie część II.


sobota, 16 lipca 2016

Jak się Parkrun ma prowadzić, wypróbować stoper nie zawadzi

Bardzo spóźnione te opisy ostatnio, ale to dlatego, że byłam w nastroju bardzo niebiegowym, a co za tym idzie, czy też szło, bardzo nie chciało mi się pisać o bieganiu. Myślałam też nawet, że może w ogóle przestanę. Przestanę biegać. A jak biegać, to i pisać, bo nie będzie o czym. Trochę tego biegania jednak w było i może będzie, ale o tym kiedy indziej.



Na Parkrunie numer 203 w Poznaniu miało mnie nie być, ale jakoś udało się dotrzeć, tyle, że nie biegowo, a wolontariacko i to pierwszy raz ze stoperem. Trochę nerwowo, ale chyba wszystko dobrze poklikałam, bo nikt pretensji nie zgłaszał, nikomu też nie zapisał się czas 59.59. Następna próba na ostatnim biegu w tym sezonie, czyli 16 lipca.


czwartek, 14 lipca 2016

Wygrany obóz biegowy w Krościenku

Po bieganiu w Bydgoszczy przyszedł czas na obóz biegowy. Nie wiedziałam za bardzo, czego się po nim spodziewać, chociaż przez ostatnie pół roku od kiedy wiedziałam, że taki obóz wygrałam, starałam się trochę zorientować, co tam się będzie działo.

Kilka tygodni przed rozpoczęciem zaczęły napływać szczegółowe informacje dotyczące programu oraz pytania w sprawie wyżywienia i kwestii organizacyjnych.
Otrzymałam orientacyjny program i dane trenerów, które niewiele mi wtedy mówiły.

Na obóz powinnam jechać w niedzielę, ale z powodu startu w Bydgoszczy, dotarłam dopiero w poniedziałek rano. Nie lubię się nigdzie spóźniać i zaczynać od połowy, nawet jeśli tylko "mniejsza" połowa mnie ominęła, ale Bieg z Łapką był na tyle istotny, że postanowiłam tak zrobić.

Poniedziałek

Do ośrodka docelowego dotarłam 10 minut przed treningiem, czyli w sam raz, żeby się ogarnąć i przygotować. Zdążyłam jeszcze zapoznać się z Anią, z którą miałam dzielić pokój przez następne obozowe dni.

Już ten pierwszy trening dał mi w kość. Mogę się tłumaczyć, że byłam zmęczona, niewyspana itd., ale myślę, że to jednak góry mnie przytłoczyły trochę. Chociaż przez pół drogi zastanawiałam się, dlaczego idziemy, a nie biegniemy i co to w ogóle za bieganie. Bieganie było w drugiej części, kiedy wszyscy zBIEGIEM ruszyli i tyle ich widziałam. Ja dalej tylko intuicyjnie i pytając przechodniów, czy biegacze ich mijali. Jak potwierdzili, to ja dalej w tę samą stronę i tak do Crosny. 

Po biegu pierwsza "wizyta" w Dunajcu, czyli chłodzenie nóżek, a potem już całkowite moczenie na basenie. Po dwóch dniach pobytu odwiedziny na basenie okazały się niebezpieczne, bo groziły wejściem w nawyk. ;-) 


Konsternacja przed słupkami

No to hop!




Tymczasem po południu ćwiczenia sprawności i techniki, czyli taczki i płotki lub odwrotnie, w zależności od tego która grupa, od czego zaczynała. 


I jedziemy
Mówili, żeby oddychać

Żadne z tych ćwiczeń do moich ulubionych nie należy, ale to dlatego, że pewnie - jak większość biegaczy - na co dzień ich nie robię.

Wtorek

Pierwsza wycieczka biegowa i zastanawianie się, w co się ubrać i co zabrać. Już tego dnia odczułam zresztą, że ciągle trzeba się ubierać i przebierać przez te treningi. O moczeniu już nie wspomnę. ;-) Na wycieczkę dodatkowo należało się spakować. Tym razem zabrałam telefon, mając na świeżo w pamięci dzień pierwszy.
Znowu sporo wspinania, trochę biegania i dużo podziwiania. Biegania więcej było w drodze powrotnej, ponieważ wracaliśmy asfaltem.

Zapatrzeni w trenera


Po południu trening regeneracyjny bardziej lajtowy, chociaż też mógł boleć, zwłaszcza podczas rozciągania na wałkach. Potem oczywiście basen i tego dnia dodatkowo sauna. :-)

Lajtowe rozciąganie


Środa

Niby nie wycieczka, ale w sumie wycieczka biegowo-kajakowa. Musieliśmy dobiec, żeby popłynąć i chyba tego pływania nawet więcej było. Do wyboru: kajaki i pontony. Jakoś tak wyszło, że załapałam się na kajak. 

Zapowiadało się na deszcz, ale ostatecznie woda lała się tylko do kajaków ;-)

Po przypłynięciu jeszcze kawałek biegiem na obiad.
Prawie jak taniec
Po południu trening techniki i mocy, ale trzeba było na niego kawałek dobiec. ;-) 

Pomachane


Tyle skipów i wymachów, co na tym obozie, to przez całe życie nie zrobiłam chyba. ;-)

Nawet trochę biegania podczas tych ćwiczeń było
Skaczemy na jednej nodze


i na dwóch też

Technika bez wysokich płotków, ćwiczenia mocy potwierdzające, że także jej mi brak oraz odkrywcze rozciąganie, podczas którego dowiedziałam się, że są ćwiczenia, które nie wszyscy umieją, a ja potrafię. ;-)

Takie tam rozciąganie ;-)
Trenera też trzeba rozciągnąć

Czwartek

Wyjątkowy dzień, bo praktycznie bez biegania po górach i jedyny dzień szybkościowy. Od rana wykład na temat interwałów, z którego dowiedziałam się dużo więcej niż z 30 numerów "Biegania" i "Runner's Worlda". ;-)  Nie najlepiej się czułam, więc mając do wyboru od 6 do 12 powtórzeń, zdecydowałam się na 6. Potem trener namówił mnie na więcej i skończyło się na 8 mniej więcej w planowanym tempie. Dodatkowo okazało się, że ja nie biegam, tylko chodzę, więc jednak kiepsko. Z późniejszej analizy zrobionych w poniedziałek nagrań techniki, wynikło jeszcze parę rzeczy do poprawy. 

Trochę radości też było

Po południu core stability i ponownie informacja zwrotna, że core raczej słabo.

Piątek

Znów bez wycieczki, ale z wycieczką. Pojechaliśmy wszyscy samochodami (niektórzy rowerami) do Niedzicy. 

...niektórzy rowerami...

Tam trochę biegania, które na początku bardzo mnie męczyło, ale potem jakoś przyjemnie się zrobiło. 

Przed biegiem jeszcze dużo energii było


W nagrodę opalanko i leżanko nad jeziorem. Dużo tego czasu wolnego jednak nie było. Trzeba było wracać na obiad, a potem kolejny trening.

Ten przyjemny moment biegu ;-)




I jeszcze przyjemniejszy - po biegu :-)



Wiedziałam, że jeszcze kiedyś będą płotki, ale i tak płakać mi się chciało, jak je zobaczyłam. Potem tylko gorzej było, bo krzywdę sobie zrobiłam i już tego treningu nie dokończyłam. Przez to też ominęła mnie kolejna porcja ćwiczeń wzmacniających i rozciągających (w tym czasie moczyłam nogę w Dunajcu oraz chłodziłam kilkudziesięcioma kostkami lodu).

Sobota

Miało być lepiej, ale dużo się nie poprawiło, więc zamiast na wycieczkę poszłam pół dnia moczyć się i masować w basenie. Myślałam, że się będę nudzić, ale jakoś nie zdążyłam. ;-)

Już pożegnalne zdjęcia "z baranami" ;-)

Po południu jeszcze krótkie rozciąganie, potem wykład o odżywianiu. Czuć już było, że nasz obóz zbliża się do końca. Wieczorem zamiast tradycyjnej kolacji był grill pożegnalny.

Niedziela

Dzień odjazdu i było mi jeszcze bardziej przykro, chociaż wcześniej zastanawiałam się, jak te wszystkie treningi przeżyję. Tego dnia jeszcze tylko zawody na 3 km i ostateczne zakończenie obozu po śniadaniu.

Podsumowanie

Prawie nikogo z obozu nie znałam wcześniej (chociaż słyszałam o pewnych siostrach ;)), ale cieszę się, że wszystkich - mniej czy bardziej - poznałam (poznałam mniej lub bardziej a nie lubię mniej lub bardziej ;-)). Proporcje ułożyły się jak zwykle wśród biegaczy, czyli było więcej mężczyzn, ale z wszystkimi można było pobiegać, a pomiędzy treningami pogadać i pograć. To tyle, jeśli chodzi o kwestie towarzyskie. ;-) A w sprawie treningów, ja zwykle trenuję sama, ale wspólne bieganie i inne ćwiczenia potwierdziły, że taki trening też jest ważny, bo obecność innych, zwłaszcza trenerów, bardziej motywuje. Chociaż przy płotkach przypomniałam sobie, jak bardzo nie lubiłam lekcji wychowania fizycznego, to dużo bardziej zapamiętam wszystkie inne pozytywne chwile.

ZA INFORMACJE NA TEMAT TECHNIKI BIEGU, ZA WIELE ĆWICZEŃ, DZIĘKI KTÓRYM NA POCZĄTKU BOLAŁO MNIE WSZYSTKO, ALE PRZESTAŁO BOLEĆ KOLANO :-), ZA WSPANIAŁĄ ATMOSFERĘ I FANTASTYCZNY OBÓZ DZIĘKUJĘ TRENEROM,  WSPÓŁUCZESTNIKOM ORAZ OCZYWIŚCIE LIDZE BIEGOWEJ :):):)


środa, 13 lipca 2016

Do rekordu zabrakło... 2 km, czyli o V Biegu z Łapką w Bydgoszczy

Po raz drugi wybrałam się z moimi czterema łapkami na Bieg z Łapką w Bydgoszczy. Bardzo dobrze wspominałam te zawody po tym, jak się okazało, że jednak całkiem dobrze pobiegłyśmy, bo ja byłam czwartą kobietą, a Fraszka piątym pieskiem. Wprawdzie podczas dekoracji zostałyśmy pominięte, ale organizator wszystko naprawił, przesłał przeprosiny i nagrody oraz zaproponował darmowy start w tym roku, z czego ochoczo skorzystałyśmy, biorąc udział jako elita/czołówka, czyli z numerem 1. :-)

Taki numer startowy zobowiązuje, więc planowałam, że się poprawimy. Od rana przyjemnie, chłodniej znacznie niż w sobotę. Z jednej strony dobrze, z drugiej strony gorzej, bo nie zapowiadało się, żeby - jak w zeszłym roku - skrócono trasę. 





Wcześnie się zjawiłam, więc nawet zmarznąć zdążyłam, ale przy okazji poznać kilkoro "psiarzy" i udzielić wywiadu temu panu, co przed rokiem. Wywiady krążą teraz po Youtube jak ktoś ma ochotę zobaczyć i posłuchać. ;-)



Fraszka jakaś przytłoczona przez inne psiaki, chowała się za mną, leżała albo przytulała. Wzięłam ją więc jeszcze na chwilę do samochodu, żeby się napiła. A ja obejrzałam, jakie smakołyki w pakiecie. Jak przed rokiem dużo smaczków dla psów, ale także dla człowieków. Do tego w tym roku także koszulka bawełniana.



Przed startem Fraszka się ożywiła, bo tuba jak na Parkrunie się włączyła. Zatem wszystko z nią w porządku. Dzielnie walczyła o tytuł Najgłośniejszego Zawodnika Biegu.

Nie udało się nam przedrzeć do przodu, a na starcie trochę ciasno, ale Fraszka tradycyjnie wystrzeliła do przodu. Wstrzymywałam ją troszkę, bo 8 km a nie 5 przed nami. Ona jednak nie zdawała sobie z tego sprawy. Zresztą aż tak szybko nie biegłyśmy chyba, skoro pan pchający wózek z dzieckiem nas wyprzedził. ;-) A po pierwszym kilometrze w tempie 4.00 zwolniłyśmy do 4.24. Potem było jeszcze wolniej, bo 4.42 i 4.41, więc już pomyślałam sobie, że coraz gorzej i jak Fraszka słabnie, to nic dobrego nie wybiegamy. Ale wyprzedziła nas wtedy Niezapominajka z panem, więc Fraszka pognała za nią - przyspieszamy do 4.25, potem zwolnienie do 4.35, ale na sygnał przyspieszyła. Pod koniec pierwszego okrążenia zwolniła, bo za dużo ludzi na mecie i się speszyła, a wyglądało to tak, że już nie chce biec, ale oczywiście po chwili się rozpędziła. Do końca jeszcze jeden psiak nas wyprzedził, więc ostatecznie była chyba szósta, ale z dobrym czasem. I jak na początku się martwiłam, że 8 km to za dużo, potem zaczęłam żałować, że to nie 10 km, bo była szansa na rekord. I to szansa bardzo duża, bo żaden kryzys już się nie zapowiadał. Na metę dotarłyśmy z czasem 35 minut 2 sekundy, więc nawet gdybyśmy pobiegły w tempie 1 km - 5 min, to życiówka by była, a mogło być tylko lepiej. Cóż, zabrakło 2 kilometrów. No i mamy rekord na 8 km - chyba jedyny, bo nigdy wcześniej nie biegłam na takim dystansie. 



Na trasie nie mogłam się za bardzo doliczyć, którym Fraszka była psiakiem, ale policzyłam że ja powinnam być druga lub trzecia wśród kobiet. Tym razem poszłam to sprawdzić i okazało się, że trzecia. No to chwila przerwy na wodę, smaczek i przebranie, a potem powrót na dekorację. 

Tym razem dekorowane były tylko 3 pierwsze psy, a nie 6, jak w zeszłym roku, więc Fraszka się nie załapała. Ale mnie na podium wciągnęła i za to wdzięczność jej się należy. Wybiegała mi drewniany pucharek.



Wszystko przebiegało szybko i sprawnie, bo zaraz po biegu głównym, wystartowały biegi dzieci, które trwały około pół godziny. Potem były dekoracje dzieci i losowanie nagród dla nich. Bezpośrednio potem zaczęło się wręczanie nagród dorosłym. I to był chyba jedyny minus tej imprezy, że zabrakło choćby prowizorycznego podium. Jednak trochę inaczej się to odbiera i inaczej to wygląda, kiedy choć na chwilę można stanąć na pierwszym, drugim czy nawet trzecim stopniu. A w tym wypadku tylko podchodziło się i odbierało nagrodę. Nawet nie było dobrych warunków na zdjęcie. Trochę szkoda.



Po dekoracji dorosłych, również losowanie nagród. I kiedy już myślałam, że nic nie wygrałam, okazało się, że wylosowałam jedną z nagród głównych, czyli myjkę wysokociśnieniową. :-) Zatem obładowana z moim psem pociągowym doczłapałam do samochodu i w drogę powrotną. 

Impreza genialna i mam nadzieję, że w przyszłym roku też z Fraszką będziemy.

wtorek, 12 lipca 2016

Poburzowy II Nocny Bieg Świętojański

W ramach ostatniego niebiegania, zapisałam się tylko na bieg świętojański, a to dlatego: że był krótki i nocny tudzież wieczorny, więc miałam nadzieję na niższą niż w ciągu dnia temperaturę. Poza tym 4 z przodu, 3 z tyłu, czyli 4,3, to "prawie jak maraton". ;-)

Wyjazd na zawody trochę się opóźnił, bo tego dnia na Euro Polska ze Szwajcarią grała i jakoś nie mogła poradzić sobie bez dogrywki i karnych, dlatego wszystko się przeciągnęło. 
Aura jednak też sprawiła, że wszystko się przeciągnęło i czekaliśmy na start, ponieważ - zgodnie z prognozami - nad jeziorem dopadła nas burza. 



Chowaliśmy się pod drzewami, namiotami i gdzie tylko się dało. Trudno było się zmieścić. Fraszka niby się skrywała, ale trochę wystawała, więc mokra była, wszystkich deptała i też zmaczała. Kiedy jednak przyszła pora na start, wstała, otrzepała się i już była gotowa.




W lesie ciemno, mokro i drzew trochę połamanych, ale leciałyśmy. Startowałyśmy bardziej ze środka niż z początku, więc nie byłam dokładnie pewna, ile kobiet jest przed nami. Jedną było widać. Ona też słyszała i czuła sapanie Fraszki za łydkami. Wyprzedziła nas i druga. Niemoc jakąś czułam po tym niebieganiu dość długim. Fraszka na szczęście nie miała takich problemów, więc gnała jak szalona, deszcz jej dobrze zrobił, więc dostała przyspieszenia, choć przy kałużach zwalniała nieco.

Na 3. kilometrze pojawiła się trzecia kobieta przed nami. Trzeba więc było się ogarnąć. Wyprzedziłyśmy ją jeszcze w lesie i wpadłyśmy na metę tak szybko, że nie wszystkim fotografom udało się to uwiecznić na zdjęciu. 

Z daleka już słychać było spikera, który informował o tym, że do mety dobiega kobieta pierwsza, druga i... trzecia z czworonożnym towarzyszem, który "nie wiadomo czy bardziej pomaga czy przeszkadza, ale pewnie to drugie". No tak, Fraszka zawsze w końcówce przyjmuje pozę: "ja tu najbardziej zawadzam", chociaż wtedy nie wyglądała aż tak źle i dlatego mamy piękne zdjęcie. :-)



No a oprócz tego, rzeczywiście trzecie miejsce, więc podium, dekoracja i trochę nagród. :-)



Atmosfera niesamowita i radość z powolnego powrotu do biegania. No i brudasek:


poniedziałek, 11 lipca 2016

Psi Parkrun w Bydgoszczy

Z lekkim opóźnieniem, ale jest relacja. Zgodnie z dawnymi planami, że przy okazji Biegu z Łapką, odwiedzę Parkrun Bydgoszcz, tak się właśnie stało.

Wyruszyłam w sobotę przed 6.00 i już przed 8.00 byłam na miejscu. Jechało się szybko i przyjemnie, bo o tej porze towarzyszył nam jeszcze przyjemny chłodek. Później zaczęło robić się coraz cieplej. Przez godzinę przed startem krążyłam więc tylko z Fraszką w okolicy Kanału Bydgoskiego, w którym chętnie się chłodziła.

W okolice startu dotarłyśmy krótko przed 9.00. Oprócz Fraszki był tylko jeden psiak, którego pani nie zaplanowała biegu, więc i on nie brał udziału, ale towarzyszył uczestnikom. Później zjawił się jeszcze jeden tego typu towarzysz i na końcu jeden psiak, który pobiegł. Trudno jednak to tak określić, bo Homer cztery razy podczas biegu brał kąpiel. Jak się okazało pies należał do znajomego, którego poznałam na Parkrunie w Toruniu i z którym byłam później na burzowym Parkrunie w Lesznie.




Fraszka tradycyjnie wyrywała się do przodu, chociaż tego dnia pewne było, że ten pies "szybko się zagrzeje". I rzeczywiście. Drugi kilometr jeszcze pociągnęła,  a potem to ciągnęła głównie  w stronę wody. Ponieważ takiej nie było na trasie, pozwoliłam jej po drugim kilometrze skręcić do kanału, ale nie wpuściłam do wody, bo bałam się, że nie wyjdzie. Jedno napojenie i delikatne zamoczenie musiało wystarczyć. 



A ja myślałam o tym, jak to będzie w niedzielę, skoro na Parkrunie tylko 5 km, a w Biegu z Łapką 8. Pocieszałam się tym, że miało popadać i się ochłodzić. 



Trasa parkrunowa bardziej zawiła niż "łapkowa", ale się nie zgubiłyśmy. Na mecie na Fraszkę czekał parkrunowy medal, smakołyki i woda, którą piła z każdego naczynia. A w nagrodę z okazji Dnia Psa jeszcze kąpiel w kanale i zabawa z Homerem.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa