sobota, 18 czerwca 2016

Mistrzostwa z drużyną, psiakiem i kurczakiem, czyli o Parkrunie nr 202

Dziwne wrażenie dzisiaj miałam, że znów dawno mnie na Cytadeli nie było. Wrażenie chyba jednak prawdziwe, zwłaszcza jeśli chodzi o bieganie na Cytadeli, a nawet o bieganie w ogóle. ;-)

Niby tak negatywnie do biegania nastawiona byłam po krakowskim maratonie, a jednak tuż po nim (jeszcze w pociągu do Poznania) zaczęłam werbować drużynę na Mistrzostwa Drużynowe na 5 km, które zaplanowano w ramach Parkrun Poznań. Tego dnia nasza załoga miała już trzech zawodników, a kilka dni później ustaliliśmy ostateczny skład, który został zgłoszony w miniony poniedziałek i szczęśliwie nie uległ zmianie.

Drużyna o Zawiłej nazwie: Załoga Zamierzchłych ZawrotnieZasuwających Zawodników + (jeden) Zaiwaniający Zgiełkorób wystąpiła w składzie:
Katarzyna Pastwa, Joanna Studnicka, Marcin Woźniak, Dariusz Niedzielski, ja no i oczywiście Zgiełkorób, czyli Fraszka. ;-)

Od rana mi się nie chciało. Od rana 16 maja, czyli od poniedziałku po maratonie w Krakowie. Ale sama przecież to wymyśliłam, więc nie pozostawało nic innego, jak tylko pobiec. A jak powiedział jeden z biegaczy z naszej drużyny: "Liczy się dobra zabawa i... pierwsze miejsce". ;-)
Przed startem jednak nikt nie liczył na nie. Raczej wszyscy żalili się na słabą formę oraz kontuzje. Stąd też taka nazwa. Poza tym na Cytadeli pojawiło się mnóstwo biegaczy i biegaczek, którzy nigdy wcześniej nie zawitali na Parkrun lub biegali w nim sporadycznie i raczej treningowo. 

A dziś pełna mobilizacja. Zniechęcenie wynikało też z mojego ostatniego podejścia do biegania w Parkrunie z Fraszką. Na powitanie dostałam od znajomych paczkę smakołyków, którymi miałam ją uspokoić. Ucieszyłam się z tego prezentu, bo akurat osoby, które go wręczyły nie miały nic złego na myśli, bo jedna z nich sama biega z psem, który jednak jest znacznie spokojniejszy niż mój. Wzięłam jeden z tych smaczków, do tego też kawałek innego o smaku kurczaka. Poczęstowałam nim Fraszkę jeszcze w miejscu zbiórki. Resztę chciałam jej dać przed startem. Była tam dziwnie spokojna. Pewnie dlatego, że przytłoczył ją tłum, który przeciskał się obok, aby dostać się do tyłu. Moja drużyna stanowczo zadecydowała, że ja mam startować z przodu i tego się trzymałam. 

Fraszka odezwała się dopiero, kiedy na górce pojawili się wolontariusze i prowadzący. Dziś jednak nie miała dużo czasu na popis, bo odprawa dla biegnących pierwszy raz odbyła się znacznie wcześniej (i było ją doskonale słychać w znacznym oddaleniu od miejsca zbiórki, w którym była przeprowadzana). Przed startem zaś tylko kilka zdań. Fraszka pomruczała wprawdzie trochę, ignorując kurczaka, którego próbowałam jej wepchnąć do pyska. Nie zdążyłam już go schować, kiedy padł sygnał do startu, więc pobiegłam z dwoma kawałkami w ręce. 

Wydawało mi się, że Fraszka wystrzeliła szybko jak zawsze. I może rzeczywiście tak było przez kilkaset pierwszych metrów. Cały pierwszy kilometr jednak nie był aż tak szybki. Na drugim tradycyjnie zwolniłyśmy. Trudno zresztą było się spodziewać, że po miesiącu nicnierobienia będzie jakoś super szybko. Trzeci kilometr ciut szybciej, ale czwarty to już była tragedia. Nie pomagał widok mijających mnie znajomych ani nieznajomych z innych drużyn. Zaskakiwała duża liczba kobiet przede mną. Ucieszył mnie tylko widok pana z psem, który wyprzedził nas na ostatnim kilometrze. Fraszka oczywiście pognała za nim i tak do samej mety. W końcu udał się finisz, a ostateczny wynik 22 minuty i 7 sekund okazał się lepszy niż się obawiałam po przedostatnim kilometrze. 




Porównałam potem wyniki wszystkich drużyn mieszanych (3 kobiety plus 2 mężczyzn) i nasz nie prezentuje się wśród nich tak źle, ale na ostateczne potwierdzenie jeszcze czekamy.

Tymczasem wspólne zdjęcie:




w stroju nawiązującym do tych sprzed roku i dwóch lat:










A jednak... widać różnicę.... ;-)



niedziela, 5 czerwca 2016

Co mnie skłania do NIEbiegania?

Jeszcze parę miesięcy temu mogłabym napisać coś zupełnie innego, a mianowicie: co mnie skłania do biegania. Teraz widać nic mnie nie skłania, bo nie biegam. ;-) Tzn. po krakowskim maratonie zdarzyły mi się z trzy incydenty, że biegałam, tzn.: Parkrun, Ekiden i Parkrun. Ekiden też w drużynie Parkrun, to wygląda na to, że generalnie Parkrun. Ale wczoraj nawet możliwość pobiegania przy czołgach nie sprawiła, żebym zechciała w ogóle pobiec. A żeby nie biec, musiałam zrobić śniadanie. ;-)


 fot. M. Pietz



I naprawdę stałam na tej górce słuchając Damiana (bo w końcu nie było tego kundla, co wszystko zagłusza) i myślałam sobie, a nawet głośno powiedziałam, patrząc na tych 275 biegaczy (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest ich tylu, ale spodziewałam się, że powyżej 200): "Jak dobrze, że ja nie muszę z nimi biec". Generalnie ostatnio mam to uczucie kiedy patrzę na wszystkich biegaczy. 


fot. M. Pietz


Dzięki temu, że nie biegam:
- mam więcej czasu, a dzięki temu:
* mogę się wyspać, przede wszystkim w niedzielę, kiedy nie trzeba wstawać na długie wybiegania,
* w końcu cieszę się tym, że świeci słońce, zamiast myśleć: jakby było zimniej, to lepiej by się biegało,
* nie spotykam dziwnych typów na drodze,
* nie muszę ciągle zastanawiać się, gdzie by tu wcisnąć trening,
* nie muszę się stresować treningami BC2, interwałami, itp.,
* nie muszę martwić się, że mam dziurawe buty do biegania,
* nie muszę śledzić nowych kolekcji i ofert specjalnych dla biegaczy w Lidlu i Biedronce,
* nie muszę zastanawiać się, czy start w maratonie nie będzie kolidował ze startem w biegu na 10 km,
* nie tracę godzin na szukanie siebie wśród tysięcy zdjęć z imprez biegowych,
* mogę rozmawiać ze znajomymi o czym innym niż o bieganiu,
* czytam więcej książek niezwiązanych z bieganiem,
* nie muszę zastanawiać się, co powinnam jeść i pić.

I pewnie jeszcze parę innych rzeczy by się znalazło. ;-)

sobota, 4 czerwca 2016

Przy śniadaniu spotkanie, czyli co się działo po 200. Parkrunie

Dzisiaj wpis nie bardzo o samym Parkrunie, czyli biegu, ale raczej o tym, co się działo przy okazji tego biegu. Pomysł pojawił się parę miesięcy temu. A dziś przyszła pora na realizację. 

Miałam się zjawić wcześniej, ale rano robiłam jeszcze ostatnie przedśniadaniowe zakupy. Dojechałam więc ok. 8.40, a tu już wszystkie miejsca parkingowe zajęte. Na szczęście jakoś dałam sobie radę. Wdrapałam się na górę z przygotowanym prowiantem i nagrodami książkowymi. 




Pomysł śniadania był mój, ale na szczęście nie pozostał bez odzewu i poza aprobatą, spotkałam się też z życzliwą pomocą. Przede wszystkim przygotował się Radek, który przyniósł dużo jedzenia. 




Kiedy rozłożyliśmy koce, pojawiło się też ciasto. Wolontariusze w oczekiwaniu na biegaczy pomogli w szykowaniu kanapek, więc po pojawieniu się na mecie pierwszego zawodnika mogliśmy rozpocząć dystrybucję.

Ja dokończyłam przygotowywanie tortów, które wyglądały tak (pewnie dużo osób jadło, ale nie widziało, więc zamieszczam zdjęcie):




Dzisiaj chyba więcej napojów niż jedzenia by się przydało, ale wielu w żartach przyznawało, że nie na bieg przyszło, tylko na śniadanie. 
Zajęliśmy z kocami całą trawiastą część w okolicach mety. Ponieważ większość osób brało czynny udział w śniadaniu, ustaliliśmy, że nie będziemy robić podsumowania na schodach, tylko w strefie konsumpcji. Tam też wręczyliśmy nagrody dla osób, które wylosowały książki i podliczyliśmy, że do mety dobiegło dziś 275 osób. :-)



Zgodnie z obietnicą było też ciasto dla piesków. Ale dziś tak gorąco, że pieski tylko dwa się zjawiły. Torcik z okazji 2. urodzin Fraszki. Dziękuję też za prezenty dla Fraszki, które w większości już zostały pożarte. :-)


Krótko po 10.00 zostały już tylko kubeczki i talerzyki. Nie pozostało więc nic innego jak zwinąć koce i jechać do domu. ;-)

Dzięki wielkie dla wszystkich, którzy przyszli wspólnie poświętować, a przede wszystkim dla tych, którzy przyłączyli się do pomocy. Dziękuję głównie Radkowi, Małgosi i Julce. 




Nie wszystkich też znam, więc imiennie więcej osób nie wymienię. Ale dziękuję za pomoc i przyniesione owoce, warzywa oraz za ofiarowane pieczywo. Dzięki wielkie dla Roberta, który pomiędzy uroczystościami rodzinnymi dostarczył nam napoje i arbuzy. :-)



Jak ktoś powiedział: "Godny jubileusz i godnie uczczony" i mam nadzieję, że rzeczywiście wszystko się udało. Dla mnie ten 200. bieg też ma osobiste znaczenie, bo ja sama zaczęłam biegać od 101. Parkrunu, więc taka moja 100, chociaż w praktyce do 100 biegów brakuje mi 15, bo trochę ominęłam. 




Ale i tak miło, że niektórzy myślą, że ja i mój pies biegamy w Parkrunie od początku. :-)
Wkrótce kolejny jubileusz: 4 lata Parkrun Poznań.A to już pod koniec lipca.

czwartek, 2 czerwca 2016

Przed 200. Parkrunem, czyli przygotowania do śniadania :-)

To, że 200. Parkrun wypadnie 4 czerwca obliczyłam już w grudniu zeszłego roku i wtedy wpadłam na pomysł, żeby z tej okazji zorganizować "Śniadanie po Parkrunie". Termin wydawał się odpowiedni na tego typu imprezę. Dwa spotkania śniadaniowe związane z Parkrunem już się odbyły: rok temu z okazji 1. urodzin Fraszki oraz dwa lata temu... bez okazji. W każdym wypadku było miło i sympatycznie.

W tym roku trochę większe wyzwanie, bo śniadanie ma być imprezą dla wszystkich osób, których ostatnio na poznańskim Parkrunie coraz więcej. A jak się biegacze dowiedzą, że będzie śniadanie, to pewno jeszcze więcej się pojawi. 

Skoro już wymyśliłam, to czuję się niejako odpowiedzialna, żeby doprowadzić wydarzenie do skutku, mimo że - a może właśnie dlatego - że nie będzie głównego speca od marketingu, cateringu i organizacji bufetu. Nie ma kota, więc myszy harcują. A tym razem poharcują psy, bo też Fraszka ma 2. urodziny, więc będzie też niespodzianka dla biegających psiaków.

Ale po kolei.

Z okazji 200. biegu będą dwa torty, które będzie można skosztować po dotarciu na metę. Przygotujemy też kanapki, ale nie wiem, ile się uda, dlatego wszyscy proszeni są o przyniesienie pieczywa, wędliny, sera i co tam jeszcze lubicie do jedzenia oraz wody, soku i co tam jeszcze lubicie do picia. ;-)
Poza tym oczywiście zabierzcie ze sobą koce do siedzenia. 



Zapraszam też biegające czworonogi na psi torcik.



Dawno nie było żadnych nagród, więc z okazji 200. biegu można będzie wygrać książki. Otrzymają je osoby, które dobiegną odpowiednio na miejscu: 2., 22. i... mam nadzieję, że będzie 200. Bardzo proszę, więc tak zaplanować bieg, aby znaleźć się w strefie książki. :-)

Gdyby ktoś jeszcze miał ochotę coś ufundować/zasponsorować, to bardzo proszę. Może też znajdzie się ktoś, kto chciałby zrobić zdjęcia? Bo jak już się trafią takie ładne torty, to warto by je sfotografować nim znikną. ;-)

środa, 1 czerwca 2016

Najlepszy plan to... brak planu? - ostateczne rozliczenie z krakowskim maratonem


A może ja nie umiem szybciej biegać?
Ponad dwa tygodnie już upłynęły od maratonu w Krakowie, a ja wciąż nie mogę się zebrać, żeby ostatecznie ten bieg (w moim wykonaniu) podsumować. Właściwie nie ma co dużo rozważać, po prostu nie wyszło tak, jak chciałam. Drugi maraton też wypadł gorzej niż planowałam, ale wtedy zrzuciłam wszystko na skręconą kostkę. A może to nie kostka, może ja po prostu nie umiem szybciej biegać?

A może za daleko?
Druga sprawa to bieg w obcym, dalekim mieście. Wprawdzie przyjechałam wcześniej, ale nocleg w hotelu to nie jest to samo, co w domu. Pierwszy maraton też biegłam poza Poznaniem, ale w Warszawie czułam się jak u siebie. :-)

A może plan nie taki?
A może jednak coś z tym planem było nie tak? Biegania za dużo i za wolno. 

A może trener nawalił? ;-)
Obiecałam ujawnić trenera, to przedstawiam trenera, dietetyka i menedżera.





Nie polecam, bo felerny jakiś. :-)

Wnioski
A jakie z tego wnioski? Żeby nie wybierać zawodów na drugim końcu Polski (oczywiście jeśli chce się w nich szybko pobiec, a nie tylko zaliczyć i pozwiedzać), jeszcze ostrożniej podchodzić do wszystkich planów startowych. No i oczywiście - zwolnić trenera. :-)
Wniosek jest jeszcze jeden - tak oczywisty, że na razie o nim pisać nie będę. Na razie odpoczywam. Od biegania i od myślenia o bieganiu...


MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa