wtorek, 31 maja 2016

Bieg z wilkami i żubrami oraz jedną małą, wredną małpą, czyli Parkrun Białystok

Kiedy planowałam wycieczkę na Podlasie, myślałam, że pobiegnę Parkrun w Augustowie. A tu w międzyczasie powstała lokalizacja w Białymstoku, czyli w mieście, gdzie miałam nocleg. Nie wypadało więc nie skorzystać i "Biegostoku" nie odwiedzić.



Miejsce na bieg fantastyczne, bo start i meta umiejscowione tuż przy Zwierzyńcu. Przypomina więc trochę Parkrun Opole, a jednak jeszcze bardziej urokliwie, bo zoo dużo bliżej i zwierzęta można oglądać z zewnątrz. Są wilki, niedźwiedzie, konie, świnie wietnamskie i oczywiście żubry. :-)



Punktem orientacyjnym jest też pomnik żołnierzy 42. pułku piechoty. Kiedy się zjawiłam, na starcie działały - inaczej niż u nas - głównie dziewczyny wolontariuszki. Na wstępie poinformowały mnie, że będzie mniejsza frekwencja, bo tego samego dnia odbywa się też inny bieg. Nie było także głównego prowadzącego, który dzień wcześniej brał udział w ultramaratonie. 



Na start czekaliśmy około 5 minut. Najpierw, bo ktoś się spóźnił, a potem z jakichś innych powodów technicznych (prawdopodobnie chodziło o niewykasowanie wyników z poprzedniego tygodnia). Potem prowadzący przypomniał o sponsorach, dodając, że niczego w naszym życiu nie zmienia to, że biegniemy dzięki firmie Ziaja. 



W końcu ruszyliśmy. Zaczynało się już robić gorąco, ale myślałam, że nie będzie źle, bo wyglądało na to, że cały czas pobiegniemy w lesie. Okazało się, że jednak trochę za las wybiegliśmy. Najpierw zrobiliśmy małą pętlę, około 1 kilometra i wróciliśmy do miejsca startu, a potem dużą - kładką na drugą stronę ulicy i dalej w las. 



Po tygodniu niebiegania, nogi wcale do biegu się nie rwały, zwłaszcza że wciąż kolano pobolewa. Wystartowałam w miarę spokojnie 1 km w tempie 4.37. Starałam się tego trzymać. Przede mną była tylko jedna dziewczyna, która wystartowała bardzo szybko i spodziewałam się, że długo tego tempa nie utrzyma. Rzeczywiście dogoniłam ją około 3. kilometra. Biegłam chwilę kawałek za nią, ale w końcu uznałam, że ją wyprzedzę. Ona zaczęła dziwny slalom uprawiać. Pomyślałam, że chce mnie przepuścić, a ona właśnie próbowała mnie zblokować. Zrobiła to skutecznie, bo ścieżka wąska, a po bokach tylko pokrzywy, więc nie miałam jak jej minąć. A zwolniłam przez nią do tempa 5.30. Dogoniła nas trzecia dziewczyna i zwróciła jej uwagę, że tak się nie robi. Wtedy upewniłam się, że to nie tylko moje wrażenie, że ona rzeczywiście tak robi. Po tej uwadze przyspieszyła tak, że zgubiła nas na mostku, a po mocnym finiszu dobiegła jako pierwsza. Ja niestety nadal nie potrafię tak przyspieszać, ale sądzę, że gdybym wyprzedziła ją wcześniej, to spokojnie dobiegłabym równym tempem do mety. 

Widziałam, że na mecie wszyscy niemal z kodami w zębach podchodzą zaraz, żeby się zeskanować. A ja spokojnie poszłam po kody do plecaka i dopiero potem do skanera. I zwrócono mi uwagę, że to od razu trzeba. Ja na to, że wcale nie, ale skanujący i biegnący nie do końca przekonani byli. Tradycyjnie też podałam najpierw swoje kody, a potem token. A oni na to: "To wszystko jedno. Ja robię raz tak, raz tak i zawsze się zgadza". 



Jednak się nie zgadza, co pokazują wyniki na stronie Parkrun Białystok. Zmierzyłam sobie czas 24 minuty i 6 sekund. Otrzymałam token z numerem 14, a w wynikach jestem 20. Napisałam już maila w sprawie tych wyników, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi. 

Widać, że jest sporo osób zaangażowanych w organizację, ale chyba jeszcze nie wszystko wychodzi. Podobało mi się to, że zawsze w biegu bierze udział grupa rowerowa, której część prowadzi, a część zamyka stawkę. 

Oprócz mnie lokalizację odwiedził też jeden z koordynatorów z Warszawy. Tak zachęcał, że może się w końcu wybiorę. W końcu tam w 4 miejscach jest Parkrun. 

środa, 25 maja 2016

"A ty miałaś już nie biegać!" - "Ale mnie zmusili!" - O IV XLPL Ekidenie

Na długo przed maratonem w Krakowie postanowiłam, że potem nie będę biegać. Tzn. przez czas jakiś. Dłuższy czas będę odpoczywać. W międzyczasie jednak (za moją zgodą) zostałam wciągnięta do drużyny parkrun Poznań na maraton w sztafecie, czyli XL PL Ekiden 22 maja. Termin wypadał tydzień po maratonie. Zakładałam więc, że jak przeżyję, to jakoś pobiegnę. 

I rzeczywiście na to "jakoś" się zapowiadało. Po maratonie byłam ledwo żywa, kilka dni dochodziłam do siebie, a do soboty w ogóle nie biegałam. Potem pobiegłam w Parkrunie w Poznaniu. Podobno dawno mnie tam nie było, jednak to nieprawda, bo pojawiałam się, chociaż nie biegałam. 

W sobotę biegło mi się źle, bo poza pomaratońskim zmęczeniem, było mi po prostu za gorąco. Dużo osób uważa taką pogodę za rewelacyjną do biegania i pewnie dlatego ktoś zapytał, czy życiówkę zrobiłam. Ale na to nie ma szans przynajmniej do jesieni.

Niedziela zapowiadała się biegowo jeszcze gorzej, bo bieg zaplanowany był później, a więc słońce jeszcze mocniej świeciło. 
Dokuczało mi też kolano, chociaż pół nocy próbowałam rozmasować i zrolować. 

Nad Maltą, gdzie odbywały się zawody, zjawiłam się około godziny 11.00 Start miał miejsce o 10.00. Ja biegłam na 5. zmianie, więc się nie spieszyłam. Zastanawiałam się wcześniej, czy się zmieścimy wszyscy, skoro prawie 300 sztafet miało brać udział, jednak kiedy spoglądałam na okolice jeziora, nie wyglądało, żeby biegały tam tłumy. Zdjęcia ze startu pokazują jednak, że na początku było ciasno.




Po 11.00 znalazłam resztę drużyny: Zuzę, Grzegorza i Roberta. Potem pojawił się Mirek. Maciej biegł właśnie na drugiej zmianie (10800 m). Mirek później też zaginął, a okazało się, że biegł jedno okrążenie z Maciejem. 
Długo wypatrywaliśmy Macieja, bo nie sprawdziliśmy dokładnie, o której wystartował. Nie wiadomo było, o której się go spodziewać, zwłaszcza że upał też wpływał na wyniki. Po Macieju wystartowała Zuza, potem Robert, a w końcu ja. Nie chciałam biec tak późno, bo obawiałam się, że będę się denerwowała tym oczekiwaniem. Atmosfera była jednak bardziej zabawowa i nie stresowałam się tak bardzo. W końcu to nie był sprint, żeby o wyniku decydowały sekundy podczas przekazywania pałeczki. I tak chyba szybko przejęłam od Roberta, bo wystartowałam w tempie 3.30, pod górkę zwolniłam do 3.43, a potem już spokojnie zwalniałam dalej. Gorąco było i sucho. Nawet woda podawana przez wolontariuszy była ciepła. Na trasie bardzo pomagały napisy motywacyjne. Chociaż ten głoszący: "Dzisiaj przebiegniecie maraton" nie nastroił mnie pozytywnie.



Biegło mi się dobrze, chociaż nie najszybciej. Ale to nie pora na szybkie bieganie dla mnie. Pałeczkę miałam ochotę wyrzucić już po 1. kilometrze. Obawiałam się, że jak dobiegnę do mety, to zapomnę, że mam ją przekazać dalej. ;-)



Przez pierwszą część trasy wyprzedzałam bardzo dużo biegaczy z 4. zmiany. Pod koniec okrążenia dogoniło mnie kilka "piątek" i parę "czwórek". Dużo osób nie dawało rady w słońcu i przeplatało bieg marszem. Kiedy już trochę się zmęczyłam, zobaczyłam Darka z aparatem i bardzo się ucieszyłam na jego widok, co poskutkowało dość ładnymi zdjęciami. ;-)



A na koniec jeszcze najciekawsze zdarzenie, bo usłyszałam nagle odgłos ciuchci, tzn. kolejki Maltanki. Wiedziałam, że prowadzi ją mój wujek, obróciłam się więc, żeby sprawdzić, czy jedzie. A on pomachał mi z uśmiechem przez otwarte okno. Tyle pozytywnej energii wystarczyło do końca mojej zmiany. :-)

Zuza z Robertem czekali na mnie kilkaset metrów przed strefą zmian. Miało mi to pomóc, a trochę zaszkodziło, bo wydawało mi się, że to już, a jednak jeszcze trzeba było biec dalej. 

Potem został już tylko Grzegorz. Czekaliśmy na niego też przed metą. Dużo dalej niż inne drużyny i przez to finisz jakiś dłuższy. Ja niestety nadal nie umiem tak przyspieszyć, więc się zmęczyłam bardziej niż swoim finiszem. Dołączył do nas też Maciej, który wcześniej wylądował w punkcie medycznym, ale doszedł już do siebie. Mirek znów się zgubił, więc dołączył do nas dopiero zakończeniu maratonu, który pokonaliśmy wspólnie w czasie 3 godziny 3 minuty 43 sekundy, zajmując 28. miejsce w klasyfikacji generalnej oraz 4. (na 151!) miejsce wśród drużyn mieszanych (4 mężczyzn + 2 kobiety). 



W poniedziałek znajoma powiedziała zdziwiona: "Ale miałaś już nie biegać". Odparłam żartem, że mnie zmuszono, no bo trochę tak było. Tzn. myśl o drużynie mnie zmusiła. W indywidualnych zawodach bym na pewno nie pobiegła i długo jeszcze tego nie zrobię. A ten bieg drużynowy fantastyczny i cieszę się, że wzięłam w nim udział. Dzięki Drużyno!

niedziela, 22 maja 2016

Nie to miejsce, nie ten czas - Parkrun już nie dla nas

Sobota tradycyjnie parkrunowa. Niezupełnie tradycyjnie, bo ostatnio nie w Poznaniu, lecz na w Chrzanowie. Wcześniej wolontariacko, jeszcze wcześniej inne rzeczy wypadały i właściwie Parkrun nie jest już taki oczywisty. 



Pewnie dlatego, że mnie tak długo z Fraszką nie było, niektórzy zapomnieli (albo nigdy nie wiedzieli, bo się dopiero pojawili), jakie to z nią (głosowe) efekty specjalne. Ja rozumiem, że wszyscy chcą się dowiedzieć, kto sponsoruje biegi Parkrun, ale nic nie poradzę, że mój pies, który ma już na koncie pewnie 50 biegów w Parkrunie, nie chce tego słuchać, tylko biegać.  



Jeśli jednak ktoś ma sensowny pomysł, jak coś z tym zrobić, to chętnie posłucham/przeczytam. Oprócz oczywiście takich propozycji, jak: "stań z tyłu z tym kundlem", bo jak ruszymy po starcie, to się dopiero zrobi problem, jak zaczniemy wyprzedzać i się znowu inni zdenerwują. Jeden z pomysłów był taki: "przestań przychodzić z tym psem na Parkrun". No i może to najlepsza opcja. Tyle, że jak bez Fraszki, to i beze mnie. Chociaż - jak na razie - na stronie internetowej widnieje jedynie zapis:

"Uczestnicy, którzy chcą biec z psem są mile widziani, aczkolwiek ze względu na bezpieczeństwo innych uczestników psy muszą być trzymane na krótkiej smyczy/uprzęży przez cały czas trwania biegu",

wszystko jednak może się zmienić. 


 Dziękuję za wyrozumiałość tym, którzy przychodzą pobiegać, a w tym Fraszka nikomu nie przeszkadza oraz tym, którzy traktują ten bieg jako zabawę, a Fraszka dostarcza dodatkowych atrakcji.

sobota, 21 maja 2016

Zapowiada się jeszcze kilka lat biegania w maratonach

Przychodzi czas, kiedy powinnam w końcu napisać coś o samym biegu. I to o moim biegu. Po poprzednim tytule, mogłabym pójść za ciosem i dzisiejszy wpis zatytułować "Nigdy więcej biegania w maratonach", ale byłoby to zupełnie nieodpowiednie. A napisać po prostu "Relacja z 15. Cracovia Maratonu"? To też byłoby nieprawdziwe. Bo to nie jest relacja z całego maratonu kilku tysięcy uczestników. Tylko opis moich wrażeń z tych zawodów, a właściwie z samego biegu.

To był pierwszy maraton, do którego czułam się przygotowana. Dobrze przygotowana. Przed pierwszym oczywiście też dużo trenowałam, jednak wtedy lęk wynikał z niepewności tego, co mnie czeka. Sam maraton wtedy nie okazał się tak straszny. Drugiego się bałam, bo miał miejsce krótko po skręceniu kostki. Teraz wszystko miało być idealnie. Plan treningowy z modyfikacjami niewymuszonymi żadnymi urazami, lecz raczej mającymi ulepszyć cały cykl, został zrealizowany. Sprawdzian w postaci półmaratonu też wypadł zgodnie z założeniami. Można stwierdzić, że wyszły mi wszystkie treningi oprócz jednego - ostatniego, najdłuższego i najważniejszego.

Trudno powiedzieć, dlaczego. Kilka dni wcześniej złapałam jakiegoś wirusa czy coś. Czułam się trochę osłabiona, ale nie sądziłam, że to może jakoś wpłynąć na moje wyniki biegowe. Wiele razy biegałam w zawodach z katarem i innymi objawami przeziębienia i nie przeszkodziło mi to w zajmowaniu dobrych miejsc czy nawet poprawianiu życiówek. Przeziębienie przed maratonem było lekkie i spodziewałam się nawet, że przejdzie do niedzieli, ale jakoś nie chciało. Nie pomógł także udział w Parkrunie w sobotę. 

W niedzielę obudziłam się ze średnim samopoczuciem fizycznym, ale zmotywowana do biegu. Byłam trochę zdenerwowana, ale raczej względami technicznymi. Musiałam jakoś zapakować żele i napoje, spróbować przymocować numer startowy, żeby w końcu nie zasłonić go pasem, jak w przypadku poprzednich maratonów.



Miałam zaplanowane tempo (z uwzględnieniem dodatkowych kilkuset metrów) oraz przygotowaną opaskę z międzyczasami. Ostatecznie jednak postanowiłam pójść na łatwiznę i "doczepić się" do baloników. Z nimi też wystartowałam. Biegliśmy raz szybciej, raz wolniej, ale po kilku kilometrach złapaliśmy równe tempo, wg mojego zegarka 5.14. Dzięki temu po połowie mieliśmy kilkanaście sekund zapasu. Do tego momentu też biegło mi się bardzo dobrze. Słuchałam swojej muzyki, ale docierały też do mnie dźwięki zespołów rozstawionych na trasie. Podsłuchiwałam też trochę rozmów pacemakerów, dla których to tempo nie było specjalnie męczące, więc krążyli dookoła całej grupy, informując też o zakrętach, niebezpiecznych miejscach i uspokajając, żebyśmy nie martwili się, że ich zgubimy na punktach żywieniowych.



Po 20. kilometrze pojawił się kryzys. Dziwnie wcześnie, bo przecież robiłam wybiegania dużo dłuższe. Jednak nie tak szybkie i może w tym był problem. Pierwszy raz poczułam, czym naprawdę jest ta ściana, bo pojawiła się tak wcześnie i stała tak mocno, że nie mogłam sobie z nią poradzić.



Od początku regularnie piłam i jadłam, ale po 25 kilometrach byłam tak zmęczona, że moje baloniki mi odfrunęły. Pomyślałam, że coś muszę zrobić teraz, bo potem już będzie za późno. Sięgnęłam więc do moich zapasów po shot magnezu. Wydawało mi się, że tego potrzebowałam. Ale po prostu cały czas chciało mi się pić. Jednak picie wody czy izotonika nic nie pomagało. Zaczęłam na punktach żywieniowych polewać się wodą, czego nigdy wcześniej nie robiłam. Trochę lepiej się wtedy czułam, ale przez to więcej spaliło mnie słońce, które choć ledwo widoczne zza chmur, to jednak prażyło.



Potem było już tylko gorzej. Do tego stopnia, że kawałek szłam. Niestety tym razem nie tak jak w Warszawie, ciało z łatwością przeszło do marszu. Ktoś obok minął mnie wtedy z mruknięciem, że mam zejść na bok. Zdenerwował mnie tym, więc wróciłam do biegu. Wyliczyłam sobie, że ponieważ pierwszą połowę przebiegłam zgodnie z planem na 3 godziny i 45 minut, to jeśli pobiegnę, choćby w tempie 6 min/1km, dobiegnę w lepszym czasie niż w Poznaniu. Ten lepszy czas, to miał być na początku 3 godziny 50 minut, a potem już bardziej 3 godziny 55 minut. 3 kilometry przed metą zagadał do mnie jeden z biegaczy, zapytał, jak się czuję. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że źle. On na to, że mam zwolnić i się nie spieszyć. Biegłam wtedy chyba tempem 6.20, więc nie zamierzałam zwalniać. Raczej przyspieszyłam, żeby choć około 6 minut na kilometr było. Chyba zobaczył, że sobie poradzę i mnie zostawił. A ja w końcówce przyspieszyłam jeszcze trochę. Miałam jednak wszystkiego dosyć. Bolały mnie nogi, plecy i w ogóle wszystko. Najzabawniejsze było to, że czułam się dużo gorzej niż po dwóch pierwszych maratonach. Może jednak z tym planem coś było nie tak? Może za wolne te długie wybiegania? Wrócę do tego później.




Po samym maratonie miałam wszystkiego dosyć. Biegania przede wszystkim. Może zbyt ambitny cel sobie postawiłam. Przed zawodami słyszałam rozmowę dziewczyny z chłopakiem. Planowała poprawić wynik 3 godz. 57 min na 3 godz. 45 min, czyli podobnie jak ja. Chłopak jej odradzał. Mówił, że o minutę się poprawia rekordy, a nie o tyle.

Ja ukończyłam maraton z czasem 3 godziny 54 minuty 52 sekundy, czyli poprawiłam swój rekord o niecałe 4 minuty. W Poznaniu wynik z Warszawy poprawiłam o 5 minut. W tym tempie - biegowym i poprawiania wyników - zapowiada się jeszcze kilka lat biegania w maratonach, żeby mieć naprawdę ładną życiówkę. 



piątek, 20 maja 2016

Z Pamiętnika Fraszki: Do kitu z taką pancią

Ostatnimi czasy pancia zdenerwowana bardzo. Poza tym od dwóch tygodni nie biega. Nie mówię, że ze mną nie biega, ale sama też nie chodzi biegać. Dwa tygodnie temu przestała z powodu maratonu. 




Ale wtedy nie było źle, bo bawiłyśmy się i chodziła ze mną na spacery. Potem mnie zostawiła i pojechała na tego maratona do Krakowa. A jak wróciła, to normalnie tragedia. Najpierw ledwie chodziła. Niby w domu była, ale jak w tych sucharkach:





Potem trochę lepiej, bo choć piłkę rzucała, ale i tak się nie ruszała. To myślę sobie: "do kitu z taką pancią". Teraz już jest trochę lepiej, ale nadal nie chce biegać. Chocia podejrzałam wczoraj, że na jakieś zawody się zapisywała. Jakieś 4 tam widziałam. To jaki bieg ma 4? Może mi ktoś podpowie, bo ja oprócz Parkruna to niewiele biegów kojarzę. Będem wdzięczna.




wtorek, 17 maja 2016

Nigdy więcej biegania w Krakowie

Relację z maratonu zaczynam od opisu i oceny strony organizacyjnej, bo jakoś tak łatwiej. Różne elementy obserwowałam już od piątku, kiedy dotarłam do Krakowa. Kiedy rezerwowałam hotel, a było to już w lutym, nie wiedziałam, że rzut beretem od niego zlokalizowane będzie biuro zawodów oraz że w okolicy odbywać się będą imprezy towarzyszące. Informacja o tym, tylko mnie ucieszyła. Biuro zawodów mijałam w drodze do hotelu. Zaraz po tym, jak wysiadłam z tramwaju rzucił mi się w oczy szyld powitalny, a dalej strzałeczki prowadzące do biura oraz na halę noclegową, chociaż bezpłatny nocleg był tam możliwy tylko z piątku na sobotę. Ktoś zapytał mnie, czy nie próbowałam załatwić tam noclegu, ale natychmiast zaprzeczyłam. Spanie w hali z kilkudziesięcioma osobami tuż przed maratonem, to dla mnie byłoby samobójstwo, dlatego nawet nie brałam tego pod uwagę.



W piątkowy wieczór w biurze całkiem spokojnie. Prawdopodobnie większość zaplanowała tam wizytę w sobotę, żeby połączyć z pasta party. Chociaż najbardziej opłacało się mieć numer już od czwartku, ponieważ właśnie od tego dnia aż do poniedziałku upoważniał do bezpłatnej komunikacji miejskiej. Szybko odebrałam pakiet. Następnie skierowano mnie przez halę expo do miejsca, gdzie wydawano koszulki. Ucieszyłam się na wieść, że są też w wersji damskiej, czego na stronie nie można było się dowiedzieć. Na miejscu wybierało się rozmiar. Można było nawet przymierzyć i sprawdzić. Przynajmniej w piątek nie było problemu z rozmiarówką. Krój koszulki damski, ale grafika typowo męska. Kto widział, ten zrozumie. ;-)




Po odbiorze koszulki, z powrotem na expo po żel. Chciałam wyjść tamtędy, którędy wchodziłam, ale okazało się, że nie można. To mnie trochę zirytowało. Przy tym wejściu (nie wyjściu) ktoś na mnie czekał, ale nikogo to nie obchodziło, więc musiałam jeszcze raz przejść przez expo i dalej do wyjścia (nie wejścia).

Dopiero w hotelu zorientowałam się, że mój pakiet jakiś taki wybrakowany. Miały być galaretki, izotonik, wafelki, batoniki, żel. A w moim tylko wafelek, baton i mnóstwo makulatury. Dobrze, nie narzekam, bo informator się przydał. :-) Wszystko zapakowane w worek, ale nie materiałowy, tylko reklamówkowy. A, był jeszcze bon do Sklepu Biegacza za 100 zł (przy zakupie za 500 zł!) albo 50 zł (przy zakupie za 250 zł).

Expo odwiedziłam raz jeszcze w sobotę, ponieważ przypomniałam sobie, że nie zabrałam opaski z międzyczasami. Już wiedziałam, którędy wchodzić i wychodzić. Przy wyjściu zapytałam, gdzie będzie pasta party. Wolontariuszka pilnująca wyjścia z przerażeniem zaczęła szukać oznaczenia i w końcu z zadowoleniem wskazała mi strzałkę, wyjaśniając, że w tamtym kierunku. Tyle to ja sama wiedziałam... Poziom wiedzy wolontariuszy taki, jak wszędzie na dużych biegach. ;-)

Kolejna wizyta w okolicach biura i expo na pasta party w sobotę po południu. Za okazaniem numeru startowego do wyboru: makaron z sosem mięsnym oraz lasagne wegetariańska. Z rozpędu wybrałam to pierwsze i potem trochę żałowałam. Nie, żeby makaron był jakiś zły, ale zawsze można było spróbować czegoś innego. Dla wszystkich do woli kawa i herbata. 

Nieopodal na Błoniach już od piątku odbywały się biegi towarzyszące maratonowi. Miałam się tam pojawić, ale jakoś niespecjalnie mnie ciągnęło. W piątek zresztą padał deszcz. W sobotę oglądałam te imprezy, ale raczej z daleka. Po południu załapałam się na prezentację pacemakerów. Obejrzałam sobie "moich" i przede wszystkim posłuchałam, ile to maratonów zaliczyli. Wszyscy po kilkadziesiąt.

Do soboty wszystko mi się podobało. Przeczytałam szczegółowo informator, włącznie z zapisem o zmianach w komunikacji. Zdziwiło mnie trochę, że zmiany ruchu tramwajowego miały nastąpić już od około 7.30. Na szczęście nie powodowały istotnych problemów z dotarciem na rynek, gdzie miał miejsce start. Motorniczy nawet pytał przed odjazdem, dokąd chcę dojechać i w każdym tramwaju przypominał o objazdach. Spotkałam dużo biegaczy z Poznania. Można ich było rozpoznać po charakterystycznym worku z poznańskiego półmaratonu. Ja po dwudniowym pobycie w Krakowie orientowałam się w mieście, większość brała mnie za mieszkankę tego miasta i pytała o drogę. ;-)


Na rynku jakoś mniej mi się podobało. Już sobotnia wizyta w centrum sprawiła, że to miasto trochę straciło dla mnie urok. Namioty na samym środku rynku dość dziwnie wyglądały. W niedzielę, kiedy zgromadzili się tam biegacze, było jeszcze dziwniej. Atmosferę oddawało pytanie zadane przez jedną z biegaczek: "To są te Sukiennice niby?" Aha, no w końcu pobiegać przyszła. Nie musi wiedzieć. Weszłam na teren tego miasteczka maratońskiego niby i zatęskniłam za targami poznańskimi, które znacznie większe, stabilniejsze i nieszpecące okolicy. Pod namiotami depozyt, szatnie, miejsce na odpoczynek i... sznur budek typu toi-toi. Albo wąż, trudno stwierdzić. W każdym razie my biegacze chodziliśmy wężykiem dookoła nich, aby znaleźć jakąś wolną. Kiedy doszliśmy do końca, próbowaliśmy wyjść, ale okazało się, że tam wyjścia nie ma i trzeba było wrócić. Zatem krążyli tak wszyscy i trudno było stwierdzić, kto jeszcze szuka, a kto już wychodzi. Ale co tam, zabawnie i ciepło przynajmniej. Bo na dworze w niedzielę chłodno, a same namioty chroniły tylko przed wiatrem, a nie dawały żadnego ocieplenia. 

Wędrówka dookoła toi-toi zabrała tyle czasu, że już pora była szukać strefy startowej. Chyba kapitan naszej drużyny zrobił taki psikus, że całej naszej grupie zapisano strefę startową poniżej 3 godzin. Spojrzałam sobie w informatorze, jak te strefy wyglądają i cały wieczór się śmiałam, że mam stanąć za elitą. Oczywiście tego nie zrobiłam i ulokowałam się grzecznie na końcu strefy 3.30-3.45, tuż przed różowymi balonikami na 3.45.

Start na rynku miał swój urok, zwłaszcza jak Tomasz Zimoch zapowiadał, że już pan grający hejnał "idzie po tych schodkach i zaraz będzie na górze", że "jest lekki chłód, a jednak gorąco", a kiedy padł sygnał startowy, w górę poleciała masa gołębi, ale nie tak sztucznie puszczonych, jak na ślubach, tylko prawdziwych, zamieszkałych na tym rynku i pewnie czekających aż całe towarzystwo się rozbiegnie i zrobi im miejsce.
To chyba jedyny plus startu, po którym zaczęliśmy człapać do linii startowej. Ja z "moimi" balonikami dotarłam tam po około 3 minutach, ale czytałam, że cały start trwał około 11 minut. Nie wiem zresztą, chyba wszyscy byli za mną, bo pomimo wąskich stref startowych, w mojej bardzo luźno było.

Po starcie ten "luz" się skończył, dalej już było tylko ciasno. Podejrzewam, że organizatorzy nie chcieli blokować miasta, dlatego trasa została wyznaczona przez ścieżkę nad Wisłą oraz na Błoniach Krakowskich, ale tam się nie da biegać taką grupą. Było dużo agrawek i ostrych zakrętów. Wąskie ulice rozdzielano i biegacze biegli w jedną stronę po lewej, a w drugą po prawej tak, że niby dwie pętle, a wydawało się, że cztery, bo wiele miejsc mijało się cztery razy. W dodatku rozdzielenia dokonano prowizorycznymi niskimi słupkami, które ledwo było widać. Ludzie wpadali na nie, przewracali się, a w najlepszym wypadku tylko te słupki. A najzabawniej było, kiedy jeszcze na takim wąskim odcinku był punkt żywieniowy, który na przykład chciało się ominąć. Ale za to, jeśli chciało się skorzystać, to można było z dwóch stron. A dzięki słupkom, nie stanowiło to problemu, tylko powodowało... jeszcze większy bałagan. Myślę, że spokojnie można było płotki postawić zamiast tych słupków. Tylko pewnie za dużo czasu by to zabrało.



Po biegu dla każdego medal i pakiet regeneracyjny. A w nim zaległe galaretki (sztuk 2 <sic>), jeszcze jeden wafelek, paluszki i puszka z magnezem. Do tego woda, banany i izotonik. Nic ciepłego. Ale na rynku trudno byłoby serwować makaron. Szkoda, że ktoś się tak uparł na ten rynek. Piątkowe i sobotnie biegi bardzo dobrze wypadły na Błoniach i maraton równie dobrze mógłby stamtąd startować i tam się kończyć.

poniedziałek, 16 maja 2016

"A ten Parkrun w Chrzanowie taki sławny, że pani specjalnie przyjechała?" - czyli ciąg dalszy turystyki parkrunowej

Dawno temu zaplanowałam, że przy okazji wizyty w Krakowie i udziału w maratonie, wezmę udział w Parkrunie w Chrzanowie. W Krakowie na Parkrunie już byłam, więc pora "zaliczyć" kolejne lokalizacje. Wprawdzie Parkrunnerzy z Krakowa biegali w sobotę inną trasą, ale to i tak Parkrun Kraków. Do Chrzanowa miałam bardzo dobre połączenie pociągiem regionalnym, który okazał się dużo tańszy niż komunikacja PKP w Wielkopolsce. Wprawdzie pociąg jeszcze gorszy niż mój (a nie wiedziałam, że może) i trasa dojazdowa też nieciekawa, ale przed 8.00 dotarłam do Chrzanowa. Z dworca szybkim marszem w obawie, że się zgubię albo coś, i na miejscu byłam już o 8.30, mimo że jednak trochę pobłądziłam. Cały opis na stronie Parkrun Chrzanów dla mnie mało precyzyjny. Skupiłam się na najważniejszym elemencie, aby dotrzeć do Ocynkowni Śląsk wskazanej jako punkt orientacyjny. Na szczęście dużo oznakowań do niej prowadziło, więc bez problemu udało mi się znaleźć. Na szczęście kiedy dotarłam, w okolicy parkowało już dużo biegaczy zmierzających na Parkrun, więc udałam się za nimi. Pomyślałam, że idą na Parkrun, a nie po prostu pobiegać, bo po tym jak wysiedli z aut, szli dalej spacerkiem, czyli pewnie na miejsce zbiórki. Szliśmy tak jeszcze jakieś 500 metrów. Gdyby nikogo nie było, to pewnie bym mnie wpadła na to, że aż tak daleko trzeba się w las zagłębić. Na polanie czekali już wolontariusze.





Wszyscy witali się z wszystkimi przez podanie ręki. Nawet z tymi nieznanymi, czyli ze mną. Podsłuchałam chwilę rozmów na temat różnych startów i zawodów, m.in. kto biegnie w maratonie w Krakowie a kto gdzie indziej. 




Zdjęcie inaczej niż w Poznaniu, robione było przed biegiem. Przed biegiem też informacje i komunikaty. Najważniejszy komunikat był taki, że nie wolno zamawiać "naszych" koszulek. Od razu pomyślałam o sławnych koszulkach "Biegam z parkrun Chrzanów", które również my mamy, tyle że "Biegam z parkrun Poznań" i okazało się, że rzeczywiście o nie chodziło. Porozmawiałam później z kilkoma osobami na ten temat. Wszyscy twierdzili, że nikt nie ma prawa tego zabraniać, zwłaszcza że nie podano żadnego uzasadnienia.
Po zdjęciu udaliśmy się na start, który był jeszcze kawałek dalej. Jakoś asekuracyjnie wszyscy z tyłu stanęli, prawdopodobnie z powodu zaplanowanego udziału w innych zawodach. Jak się później okazało, wielu osób też z powodu biegu w maratonie, tego dnia nie było. Ja też zaplanowałam spokojny bieg "na zaliczenie" w tempie 1 km - 6 min, przez co wynudziłam się nieco. Zwłaszcza pierwszy odcinek taki nudny, bo ponad 2 km prosto przez las. Jedyne atrakcje to trochę błota i wody na drodze. Potem zakręt i znowu dalej prosto. Po tym zakręcie usłyszałam, że mnie ktoś dogania. Reszta, która miała mnie wyprzedzić, zrobiła to dużo wcześniej. Teraz gonił mnie jeden biegacz. Pozwoliłam się dogonić i myślałam nawet, że mnie wyprzedzi. 



Zaplanowałam to 6 min/1km i ostatni kilometr szybciej, żeby poniżej 30 minut wyszło. Ale biegacz dogonił i nie wyprzedził, tylko zagadał, czy specjalnie takie tempo. No i zaczęliśmy rozmowę o maratonie w Krakowie, w którym on też planował pobiec. Przy okazji opowiedział też o innych swoich startach, m.in. maratonie w Katowicach. Uspokoił mnie, że w Krakowie wcale nie ma dużo podbiegów, czego od piątku zaczęłam się obawiać, bo po przyjeździe do tego miasta wydawało mi się, że wszędzie jest pod górę.




Po biegu każdy mógł się poczęstować wodą. Chwilę jeszcze porozmawiałam z nowym znajomym i dowiedziałam się, że... spieszy się, bo zaraz jedzie do Krakowa. Skorzystałam z tej okazji, bo pociąg miałam dopiero o 13.00, a nie chciałam jednak połowy dnia spędzić w Chrzanowie, więc zabrałam się z nim, zwiedzając po drodze pobliski Libiąż. Pan zapytał, dlaczego przyjechałam do Chrzanowa, skoro w Krakowie też jest Parkrun. Tłumaczyłam mu, że w Krakowie na Parkrunie już byłam. Chyba specjalnie go nie przekonałam. Cóż, nie każdy czuje potrzebę odwiedzania różnych lokalizacji. Ja już mam 17, a na liście osób, które pobiegły w co najmniej 15, jest już kolejny Parkrunner z Poznania.

środa, 11 maja 2016

O narzekaniu i wybrzydzaniu przed maratonem w Krakowie

Tak sobie przypominam, że zanim pobiegłam w maratonie, myślałam o tym, żeby mój pierwszy start na tym dystansie był właśnie w Krakowie. Potem pojawiła się myśl o Warszawie, potem najbliższy mi Poznań i tak ten Kraków odszedł w zapomnienie, bo zaczęłam marzyć o jakimś dużym biegu zagranicznym. Przy okazji odwiedzania lokalizacji parkrunowych poznaję nowe piękne miasta oraz na nowo odkrywam piękno tych, które wcześniej znałam. W Polsce jest kilka takich, w których warto wziąć udział w maratonie. Kraków na pewno do nich należy. Dlatego dziękuję osobie, która namówiła mnie na królewski dystans w tym mieście.
Przygotowania były zmorą dla mnie. Tyle mogę już teraz napisać. Szczegóły po biegu. Wtedy bowiem po wyniku, jaki osiągnę, będę mogła ocenić zasadność wcześniejszych treningów, a ponadto ujawnić trochę więcej, jak to było z moim trenowaniem, planem treningowym i kto ingerował w moje działania.

Tymczasem żyję już myślą o samym starcie i czuję, że to naprawdę będzie ukoronowanie przygotowań. Przed pierwszym maratonem był duży strach. Przed drugim może nawet większy, bo po wcześniejszym skręceniu kostki upłynęło wtedy niewiele czasu i nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Przygotowania przed trzecim startem nie zostały właściwie niczym zakłócone. Było ciężko, pojawiały się bóle, drobne urazy i moje częste narzekania. Wszystko ustabilizowało się po półmaratonie. Potem dużo bardziej bałam się biegu na 10 km, ponieważ cały czas myślałam, że będę musiała szybko biec. Niestety warunki sprawiły, że biegłam niewiele szybciej niż półmaraton. Jednak maraton mogę pobiec znacznie wolniej i to mnie jakoś uspokaja. Podobnie jak w zeszłym roku półmaraton był przetarciem i sprawdzeniem różnych rzeczy przed maratonem.

Cieszę się już na myśl o wyjeździe do Krakowa, w którym zapowiada się kilkudniowe święto biegowe. Ja też będę już w tym mieście w piątek, na który zaplanowany jest bieg nocny. Przejrzałam trasę i okazuje się, że start i meta będą miały miejsce w okolicach mojego hotelu. Prawdopodobnie pojawię się tam, ale raczej tylko przy okazji odbioru pakietu startowego, gdyż również w tych okolicach mieści się biuro zawodów. Warto odebrać pakiet jak najwcześniej, bo numer startowy upoważnia do darmowej komunikacji miejskiej w ciągu weekendu.


Na sobotę również zaplanowane są różnego rodzaju biegi, m.in. bieg par i bieg rodzinny. Czytałam także, że ma się odbyć bieg małych i dużych psów. Dystans jakiś śmieszny, bo około kilometra. Szkoda, że to nie bliżej domu, bo Fraszka akurat by się rozpędziła, jak zwykle na pierwszym kilometrze podczas Parkrunu.

Ja na sobotę planuję właśnie wizytę w jednej z lokalizacji Parkrun. W Krakowie już byłam, więc prawdopodobnie wybiorę się do Chrzanowa lub Wolbromia. Problem taki, że wtedy spędzę tam pół dnia, zamiast spacerować po Krakowie i odpoczywać. Zastanowię się jeszcze, jak to zaplanować, żeby było dobrze.

Organizatorzy pochwalili się już zawartością pakietu startowego, w którym m.in. zabawne koszulki.


A oprócz koszulek zaprezentowano także medale:


Wśród biegaczy na Facebooku wielka dyskusja. Jednym się te gadżety podobają, inni krytykują, że koszulka niepotrzebna, bo techniczna, bo niepoważna. Medal też dziwny. No cóż, wybredni biegacze... ;-)

Może niepotrzebnie napisałam, że tak dobrze wszystko, bo jak źle pobiegnę, to nie będzie się jak wytłumaczyć. A wystarczy, że słońce ciut mocniej przygrzeje i już umierać będę. Ale uwaga, najnowsze prognozy zapowiadają 14 stopni w wersji z deszczem lub bez deszczu. ;-) Jak tak dalej się będzie ochładzać, to może skończy się mrozem jak na maratonie w Poznaniu w październiku. :-)

W każdym razie wsparcie oczywiście się przyda. Zatem trzymać kciuki! Pisać, motywować! A ja potem będę dziękować. ;-)

wtorek, 10 maja 2016

Ostatnie przetarcie przed maratonem - Opel Szpot Swarzędz 10 km

Ostatnio w moich relacjach jest coraz mniej radości z biegania. Więcej narzekania i krytykowania. Może to znak, że pora przestać pisać? A może pora przestać biegać? 
Prawdopodobnie obecnie ujawnia się już zmęczenie przygotowaniami do maratonu. Jednak tak negatywne myśli jak przy okazji biegu na 10 km dawno się nie pojawiały i chyba świadczą o tym, że coś jest bardzo nie tak.

Sam bieg - dużo bardziej stresujący niż maraton. Ze względu na to, że ogromnie tego dystansu nie lubię. Rzadko startuję na 10 km, więc też zakładam, że mimo wszystko pobiegnę lepiej niż poprzednio. Ostatnio brałam udział w zawodach na tym dystansie w lutym. Oczywiście to się nie liczy, bo bieg po lesie, a nie asfaltowy. No i z psem. Oficjalna życiówka sprzed pół roku - z Pniew. Wcześniejsza sprzed roku ze Środy Wielkopolskiej. Właściwie średnio startuję na tym dystansie 2 razy w roku. 
Ten pierwszy start w tym roku wypadł w pechowym terminie, bo tydzień przed maratonem. Ale tak mnie ktoś namówił na Swarzędz i zdecydowałam się, odrzucając tym samym szansę udziału w Galopadzie Braci Mniejszych. Chyba decyzja dobra, w galopadzie męczyłabym jeszcze Fraszkę, a wystarczy, że ja pobiegłam. Chociaż tam dystans krótszy i po lesie, to pewnie byłoby nam lżej.

W Swarzędzu oczywiście też na mój widok pojawiły się pytania, gdzie piesek. Jedna osoba zmierzyła mnie dokładnie i stwierdziła, że nie biegnę. Myślałam, że mój strój jakoś na to wskazywał. A to po prostu brak Fraszki przy nodze pozwalał przypuszczać, że jednak nie startuję.

Dawno temu założenia były takie, że pobiegnę tę dziesiątkę na maksa. Potem będzie jeszcze tydzień na odpoczynek przed maratonem. Przy tej pogodzie wiadomo było jednak, że nie uda się pobiec tak szybko, jakbym chciała. 

Ostatnio na zdjęciach z biegów wyglądam jak duch


Wystartowałam zgodnie z planem, ale już po kilku kilometrach miałam dosyć. Zastanawiałam się, czy w ogóle sobie nie odpuścić, bo bieganie w tej temperaturze to żadna przyjemność. Rozważałam, czy zejść z trasy czy po prostu dotruchtać do końca. Wybrałam tę drugą opcję i jakoś dziwnie przyspieszyłam. Oczywiście nie biegłam tak szybko, żeby chociaż 45 minut złamać. Pacemakerzy z balonikami na ten czas wyprzedzili mnie po 3 kilometrach, ale była szansa na osiągnięcie wyniku, który można uznać za w miarę przyzwoity w tych okolicznościach.


W końcówce był masakryczny podbieg, ale pamiętałam obietnicę, że po nim cudowny zbieg,dzięki któremu udało mi się przyspieszyć. Potem niestety finisz na stadionie, którego ja bardzo nie lubię, ale jakoś dałam radę, chociaż jakiś pan tak się spieszył, że zamiast wyprzedzić, popchnął mnie. Jakby myślał, że dzięki temu przyspieszę. A ja prawie się przewróciłam przez to.

Dziwna była wzmianka prowadzącego przed metą, że wynik poniżej 1 godziny. Podobnie dziwnie mówił w Poznaniu na półmaratonie, że cały czas poniżej dwóch godzin. W obu przypadkach brakowało bardzo dużo. W Swarzędzu ludzie cieszyli się, że dobiegli poniżej 50 minut jeszcze przez ponad 2 minuty. Ja dociągnęłam poniżej 48, w czasie 47 minut 54 s brutto. Wydało mi się to wtedy mało ważne, bo przecież liczy się czas netto, który był znacznie lepszy. Niestety okazało się, że wcale się nie liczy...

Byłam zła, zmęczona i stwierdziłam, że jeśli taka pogoda będzie za tydzień w Krakowie, to żadnego maratonu nie pobiegnę. I w ogóle już biegać nie będę. Wszystko bardzo prawdopodobne bo do zniszczonych butów doszły jeszcze rozdarte spodnie. Koszulek za to pod dostatkiem, to chyba coś zszyję. W swarzędzkim pakiecie koszulek zabrakło. Był tylko pokaźny informator - moim zdaniem średnio przydatny w dniu startu. O wiele bardziej potrzebny był w wersji elektronicznej dostępny kilka dni wcześniej na stronie internetowej. Była też mała puszka piwa bezalkoholowego oraz coś pomiędzy bukłakiem a bidonem o pojemności niecałe 0,5 l. Każdy oczywiście otrzymał w kopercie kupon konkursowy biorący udział w losowaniu samochodu Opel Karl. Trzeba było jednak odpowiedzieć na bardzo trudne pytanie, jakiej marki jest samochód do wygrania. 
Ja tam się nie nastawiałam na samochód. Rower bym wolała. A z losowania to mogłaby być kołdra i jasiek. 

Po kilkunastu minutach człapania w okolicach mety i wypijania niezliczonej ilości wody, otrzymałam sms z wynikiem: 47 min 54 s, czas netto: 47 min 54 s, miejsce open: 733 (później okazało się, że na 3450 zawodników) miejsce K-25: 6. Z czego najważniejszy wniosek był taki, że 6. miejsce. Potem zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ten czas netto taki sam jak brutto? Przecież nie startowałam z elitą. 
Poszłam najpierw coś zjeść. Za bon żywieniowy można było dostać bułkę z kiełbasą. Potem poszłam do biura zawodów dopytać o ten wynik. Jedna z pań organizatorów bardzo życzliwie wysłuchała, udzieliła takich informacji, które miała i... odesłała, bo ostatecznie nie potrafiła mi pomóc. Zanim znalazłam kogoś kompetentnego w tej kwestii, okazało się, że nastąpiła jakaś awaria, dużo osób miało ten sam problem, co ja i... ostatecznie klasyfikacja miała zostać przeprowadzona wg czasu brutto. 

Średnio mi się to podobało. Próbowałam dostać się do list z wynikami, co było raczej trudne. W końcu zrezygnowałam. Pomyślałam, że nie za bardzo jest po, co. Skoro jestem 6., to już się nie zmieni. Poczekałam więc na dekorację, podczas której znowu zamieszanie, bo prowadzący nie wiedział, że w kategoriach wiekowych dekoruje się pierwszych 6 osób i wywoływał tylko 3. Sama w pewnym momencie zwątpiłam, czy dobrze zapamiętałam regulamin. Ale przecież ja czytam regulaminy. ;-) Po chwili prowadzący się poprawił i już nagradzano po 6 biegaczy w każdej kategorii wiekowej. Trochę to się przedłużało, coś się nie zgadzało. Ja marudziłam rodzinie i znajomym, że może gdyby liczono czas netto, to byłabym piąta, a nie szósta. Zwrócili mi uwagę, że mogłabym być też siódma. No mogłabym. :-)
Kiedy sprawdziłam wyniki na stronie, okazało się jednak, że raczej piąta bym była, a właściwie czwarta, bo pierwsza dziewczyna w mojej kategorii dostała nagrodę Open. Za czwarte miejsce pewnie była jakaś lepsza nagroda. A tak dostałam wymarzoną poduszkę i nawet większą niż jasiek. ;-)
Miejsce na 926 kobiet dopiero 43 (6 na 172 K-25), więc w sumie nie mam co narzekać. Ale człowiek (znaczy ja) raz na jakiś czas coś wygra i jeszcze takie zamieszanie. ;-) Nie mówiąc już o tym, że startuję tak rzadko na 10 km, jak pisałam wcześniej, a tu wychodzi że jeden raz w roku jakieś problemy z pomiarem czasu. W zeszłym roku w Środzie Wlkp. wcale nie sklasyfikowana, dzisiaj znowu coś nie zadziałało. Tym razem w przypadku wszystkich, a nie tylko moim. Najgorsze, że to w momencie startu, czyli raczej nie da się tego poprawić.

Co do pogody, to generalnie sprawiła, że wyniki były o około 2-3 minuty gorsze od normalnych. Przynajmniej takie wnioski wyciągam po analizie czasów znajomych.

Czytam sobie głosy krytyki na Facebooku i przypominają mi się narzekania po Biegu Walentynkowym. I od razu odechciewa mi się też narzekać. Ten niesmak z pomiarem czasu i zamieszanie z wynikami pewnie pozostanie. Dużo osób mówiło i pisało, że zabrakło wody. Podejrzewam, że dotyczyło to osób biegnących za mną, więc trudno mi się wypowiadać. Dla mnie wody było wystarczająco dużo na trasie i na mecie. Starczyło też kiełbasy. Musztardy trochę mało. ;-) A całą sobotę powtarzałam, że chcę wrócić z jaśkiem, no to też mam. :-)

Mam tylko nadzieję, że ten start nie odbije się za bardzo na maratonie. Na razie kolano się odezwało. Uciszyłam je dopiero niedawno po półmaratonie. Mam nadzieję, że przez kilka dni odpocznie i będzie dobrze. Byle tylko w niedzielę w Krakowie było chłodniej niż w Swarzędzu. Opaliłam się już trochę i na razie mi wystarczy. 

Gratulacje dla kuzynki, która zajęła 2. miejsce w swojej kategorii i debiutującej na tym dystansie cioci, która w swojej kategorii była 8. :-)

Do domu wracałam wyjątkowo przez Poznań. Dzięki temu mogłam zaobserwować jak wygląda miasto, które znów zablokowały jakieś biegające konie. ;-) A poważnie, to trafiłam na dobry moment dużej fali Wings for Life. A przejazd nastąpił w miarę sprawnie.

sobota, 7 maja 2016

Przed biegiem na 10 km w Swarzędzu

Zgodnie z postanowieniem sprzed kilku tygodni, tydzień przed dyszką spokojniejszy, z treningami zakończonymi w środę i parkrunowym wolontariatem w sobotę.

Ponieważ ten tydzień był też zawodowo luźniejszy, w poniedziałek zamiast ćwiczeń w domu, przejechałam się rowerem na siłownię pod chmurką. Zapomniałam tylko, że akurat na tej siłowni nie ma moich ulubionych przyrządów do ćwiczeń. Musiałam więc wykorzystać inne. Ale i tak udało mi się w miarę rozruszać i zniwelować ból pleców, który ostatnio mi dokuczał.

We wtorek dawno niewykonywany trening z biegiem ciągłym. Tempo w porównaniu do planowanego w biegu na 10 km raczej spokojne.
OWB1 niecałe 2 km plus 10 km BC2 w tempie 1 km - 5 min 10 s plus trucht


Ostatnio nauczyłam się przyspieszać w końcówce treningów, więc mam nadzieję, że na zawodach to też się uda.

W środę już spokojnie z Fraszką niecałe 11 km.



Od czwartku wypoczynek i tylko spacery z Fraszką oraz... z kosiarką. 
Napawam się tymi dniami wolnymi, bo zmęczył mnie ten cykl przygotowań. Nieraz ponarzekałam sobie na plan treningowy i trenera. Teraz w zasadzie mogłabym już oficjalnie wygarnąć, co o tym wszystkim myślę, ale chyba poczekam jeszcze. Może do samego maratonu. Jak będzie znany wynik, to można będzie trenera ujawnić. ;-)

Jutro Szpot. Nie zapowiada się, żeby było chłodniej niż dziś, czyli dla mnie słabo. Nie lubię niestety takiej temperatury. Podejrzewam, że będę musiała zrewidować moje plany czasowe, bo nie dam rady pobiec tak, jakbym chciała. Mówią, że najlepsza forma jest na tydzień przed maratonem, ale też odradza się szybkie bieganie w tym czasie. Zobaczymy, jak to będzie. W każdym razie pobijanie życiówek trzeba zostawić na inną okazję.
Jutro natomiast można spróbować załapać się na nagrody, np. za przybiegnięcie na konkretnym miejscu.

 



wtorek, 3 maja 2016

Jak trenować w ostatnim tygodniu przed zawodami?

Kiedyś dla mnie odpowiedź była prosta - normalnie. Tzn. normalnie przed półmaratonem, bo tylko do zawodów na tym dystansie trenowałam. Wprawdzie znajomi przestrzegali mnie, kiedy biegałam jeszcze w czwartek przed niedzielnym startem, że to za późno. A ja po prostu taki miałam cykl treningowy: poniedziałek, wtorek, czwartek, bo biegałam wtedy tylko trzy razy w tygodniu. I to tylko w tygodniu, bo weekend był wolny od takich aktywności. Zabawne, jak sobie to przypomnę, bo obalałoby to też mit o tym, że długie wybiegania należy robić zawsze w niedzielę, żeby przyzwyczaić organizm. Podobno jest lepiej odpuścić długie wybieganie niż przekładać na inny dzień. ;-) Myślę, że to się wiąże bardziej z układem całego tygodnia treningów i zaplanowaniem np. odpoczynku po tym długim wybieganiu, a przed interwałami. Wątpię, żeby mój organizm przyzwyczaił się do tego, że długo biega się w niedzielę. Wtedy musiałby się przyzwyczaić też do tego, że w niedzielę biega się... wolno. ;-) Ale o tym już chyba pisałam. ;-)

Przed pierwszym maratonem dowiedziałam się, że w ogóle jest taka opcja, żeby nie biegać w ostatnim tygodniu przed zawodami. Było to dla mnie bardzo dziwne i nie do końca wierzyłam, że to dobry pomysł. 
Zwłaszcza, że jeden plan treningowy do półmaratonu, z którego korzystałam, zakładał bieganie chyba do soboty aż. 
W tym planie pojawiło się natomiast coś innego, a mianowicie skrócenie treningu w środę. Ostatnio w kilku źródłach wyczytałam i usłyszałam, że też się tak robi. Tzn. czasem nawet zupełnie rezygnuje z treningu w środku tygodnia, ale biega się w czwartek i nawet w sobotę przed zawodami. I to do tego z przyspieszeniami! A też kiedyś ktoś wpajał mi, żeby w ostatnim tygodniu żadnych interwałów nie robić. Znowu gdzie indziej czytałam właśnie, że ostatni trening szybkościowy, to najpóźniej 10 dni przed zawodami.

Tryb przygotowań zależy też oczywiście od dystansu. Przed biegiem na 5 czy 10 km nie ma chyba sensu robić całego tygodnia wolnego. Ja nawet przed półmaratonem biegałam we wtorek i środę. W tym tygodniu też tak planuję przed dyszką w Swarzędzu. Ale przed maratonem, to jednak tydzień wolny. :-) Zwłaszcza, że znów będzie drakońska dieta białkowa. ;-)

poniedziałek, 2 maja 2016

O pierwszym biegu z Fraszką na dystansie ponad półmaratońskim w ramach 11. tygodnia przygotowań do maratonu

Dochodzę już do finiszu przygotowań. Zdaje się, że już dużo więcej zrobić nie mogę. Treningi wytrzymałościowe wychodzą, te z przyspieszeniem również. Gorzej trochę z tymi dużo szybszymi biegami, ale taka szybkość do maratonu aż tak bardzo niepotrzebna. Tydzień przed maratonem jest jeszcze Opel Szpot na 10 km. Rewelacyjny wynik się nie zapowiada, zwłaszcza że prognozy mówią o jakichś 20 stopniach. Ale, jak wiadomo, w pogodzie wszystko może się zmienić.


W zeszłym tygodniu powrót do treningu siłowego w poniedziałek. We wtorek bieganie
7 km OWB1 plus 10 razy 120 m/120 m podbieg i zbieg plus trucht (z Fraszką).


W środę tylko spacer z Fraszką 4 km i pewnie od tego ujawniły się bóle pleców. Albo może od siedzenia przed komputerem. 



W czwartek dawno niećwiczona wytrzymałość tempowa:
trucht plus 3 razy 4 km w tempie 5.05 z przyspieszeniem w końcówce plus schłodzenie.

Niestety okazuje się, że choć w miarę łatwo przyspiesza mi się w końcówce, to trudno utrzymać mi stałą prędkość przez kilka kilometrów, więc trzeba potrenować bieg ciągły.

Na niedzielę miałam zaplanowane wybieganie. Niedługie, bo tylko 24 km. Pomyślałam, że mogłabym ze sobą Fraszkę zabrać. Najwięcej 18 km przebiegła, ale pewnie więcej dałaby radę, zwłaszcza że tempo wybiegań niewymagające dla niej. Raczej obawiałam się, że za szybko mnie pociągnie i przez to się zmęczy.
Wyciągnęłam ją o 8.00, chociaż niedziela, ale przynajmniej w miarę chłodno jeszcze było - niecałe 10 stopni. Wybiegła zadowolona. Obawiałam się tylko, że sucho wszędzie, to nigdzie kałuży nie znajdziemy, więc zabrałam butelką wody dla niej i dla mnie. Dla siebie żel jeszcze. Zakładałam też, że jeśli za wcześnie mi się zmęczy, to po prostu wrócę z nią do domu, a dobiegam sama. Nic takiego nie miało miejsca. Biegłyśmy głównie przez las, więc jej się podobało. Parę niebezpiecznych przyspieszeń było, bo trzy razy spotkałyśmy na drodze sarenki, które Fraszka bardzo chciała pogonić. Generalnie tempo jak w zeszłym tygodniu, kiedy biegłam 34 kilometry. W lesie przyjemnie chłodno, słońce jedynie trochę przez drzewa przebijało. Po drodze też kałuże były, nawet tak duże, że Fraszka w niektórych niemal kąpiel brała. W końcówce taka brudna i szczęśliwa, że nawet je omijała. Po dystansie półmaratonu sprawdziłam czas. Z przerwami na siku i kupki wyszło ok. 2 godzin i 2 minut. Endomondo wyliczyło 1 godzina 59 minut 59 sekund, czyli jeszcze ładniejszy wynik, no i Fraszka "złamała 2 godziny". :-) Jeszcze 3 km i byłyśmy w domu. Kto by pomyślał, że ten postrach sarenek wystraszy się balonów na sznurku, na które natrafiłyśmy przed domem. ;-)

Ten tydzień znów spokojniejszy przed biegiem na 10 km, a potem to już zupełny odpoczynek. :-)
Całe szczęście, że treningów już coraz mniej, zwłaszcza asfaltowych. Buty zmaltretowane po półmaratonie. Żeby bardziej ich nie zniszczyć, wygrzebałam stare asicsy, które tak naprawdę w dużo lepszym stanie. Pojechałam w nich do Tczewa. W nich pobiegłam i... niestety okazało się, że są mi za małe. Kiedyś ze spokojem nosiłam 41. Tamte były 41,5. Nowe mam już 42 i widać te mniejsze na nic się już nie zdadzą... A te znoszone będą musiały jakoś przeżyć maraton w Krakowie, bo przecież nie kupię nowych 2 tygodnie przed zawodami.



niedziela, 1 maja 2016

Na bulwarze nadwiślańskim, czyli o wizycie na Parkrunie w Tczewie

W sobotę zrealizowałam zamiar sprzed tygodnia, aby dotrzeć do Tczewa. Chyba nawet lepiej trafiłam, z pogodą zwłaszcza, bo przy okazji tego wyjazdu, trafiłam też do mojego ulubionego Sopotu.

Do Tczewa dotarłam po 7.00. Powitało mnie delikatne słoneczko, przy promieniach którego przespacerowałam się z dworca do Mostu Tczewskiego opisywanego na stronie Parkrun Tczew jako charakterystyczny punkt przy miejscu zbiórki. Trafić nie było trudno, a czasu mnóstwo, więc pokrążyłam trochę. Także  w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Zastanawianie zajęło mi jednak tyle czasu, że uznałam porę za późną na spożycie czegokolwiek i postanowiłam, że wyjątkowo pobiegnę bez śniadania, żeby sprawdzić, jak się będę czuła. Teorie na temat jedzenia i niejedzenia przed zawodami są bowiem różne. 

Widok mostu, bulwaru i słońca nad Wisłą z miejsca mnie zachwycił. Zapowiadała się bardzo urokliwa trasa. Przeszłam tylko kawałek, bo chwilę po 8.00 zobaczyłam nadjeżdżającą grupę rowerzystów. Jeden z nich wspomniał o Parkrunie (przynajmniej tak się domyśliłam), bo zapytał:
- Zibi, czy tu już można finiszować.
- Można. Już po nawrotce można.
Podeszłam do nich, podejrzewając, że to biegacze z Tczewa. Okazało się jednak, że to reprezentacja klubu biegowego z Gdańska, która przyjechała specjalnie w odwiedziny do Tczewa. Ja wspomniałam, że wpadłam z wizytą z Poznania. Byli też biegacze z Wielkiej Brytanii. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy w ogóle jest ktoś z Tczewa. Przypomniała mi się sytuacja z Parkrunu w Lesznie, kiedy po przyjeździe zastaliśmy jedynie znajomych... z Poznania. 
Mieszkańcy Tczewa wkrótce również się zjawili.Widać było, że to nowa lokalizacja - w końcu dopiero 3. bieg. A dużo przyjezdnych w koszulkach z 50. albo 25. wolontariacką. Przed startem dokładne instrukcje o trasie, odbieraniu tokenów i skanowaniu. Trasa na mapie wydawała się prosta i analogiczna do tej ze Szczecina, gdzie byłam tydzień temu. Różnicą miała być nawierzchnia - kostka brukowa zamiast asfaltu. W praktyce było tych różnic nieco więcej. 



Przede wszystkim ruszaliśmy po ścieżce, a właściwie po trawie - podobnie jest w Gdańsku, a także w Rumi. Potem dopiero wbiegliśmy na nawierzchnię brukową wzdłuż Wisły. Wąska bardzo ta ścieżka, co ujawniło się zwłaszcza po nawrotce. Odcinek prowadził wzdłuż drogi, po której - wg instrukcji - mieliśmy nie biec, a jednak trzeba było, żeby zmieścić się z tymi, co naprzeciwko biegli w ramach Parkrun, a przede wszystkim z tymi, co poruszali się tam zupełnie z innych powodów. Poza tym, okazało się także, że nie było tak równo i prosto, lecz pod górę. Góra oczywiście nieporównywalna z naszymi podbiegami na Cytadeli, ale za to ciągnęła się dość długo. Na szczęście po nawrotce było z górki. :-) Nawrotka bardzo mi się podobała, bo nie był to sztuczny punkt, do którego trzeba było podbiec i zawrócić (jak w Szczecinie), lecz polana, którą się obiegało. Poza tym punkt jak najbardziej żywy, a nie sztuczny, bo stał tam wolontariusz. :-)
Po nawrotce obiecane z górki i mijanie z wszystkimi wolniejszymi. Te reakcje w Tczewie chyba najżyczliwsze, bo prawie wszyscy do mnie się uśmiechali, pozdrawiali, życzyli powodzenia, komentowali, że jestem pierwsza albo dopingowali: "Dalej Poznań". To utrzymało się aż do mety, chociaż ten finisz przez trawę niezbyt mi się podobał, ale zostałam owacyjnie przywitana jako pierwsza kobieta, co na innych Parkrunach się nie zdarzyło, chociaż parę razy też pierwsza byłam. ;-) 




Po biegu rozmowy, jeszcze gratulacje od innych biegaczy, chociaż czas na mnie przeciętny, bo 21 min 56 s. Widziałam, że w Poznaniu też panie szybciej nie pobiegły. Widać, nie tylko w Tczewie słoneczko przygrzało.

Takie rozwiązanie, żeby nie sypały się tokeny :-)



Daleko za mną, po około 33 minutach do mety dotarł około dziesięcioletni chłopiec. Mijał mnie, kiedy kończyłam i zdziwiłam się, dlaczego jest dopiero w tym miejscu, skoro dość szybko biegł. Na mecie okazało się, że chłopak się spóźnił i netto miał czas poniżej 19 minut. Normalnie zająłby więc pewno miejsce w pierwszej trójce. W ogóle dużo dzieci w tym przedziale wiekowym. 



Kolejna lokalizacja odwiedzona i chwilowo mam tam rekord kobiet. Cieszę się, bo z tych miejsc, w których biegałam, tam jest chyba najładniej, co widać, jeśli się oczywiście spogląda a nie ściga. ;-)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa