środa, 27 kwietnia 2016

Czy warto badać się przed maratonem?

To nie będzie mój pierwszy maraton, a już trzeci, jednak przed nim postanowiłam się przebadać. Pierwsze dwa biegi na tym dystansie prawdopodobnie dowiodły już, że mogę biegać i podczas trzeciego maratonu też będzie wszystko w porządku. Ale, gdyby jednak coś okazało się nie tak, to... miałabym ważny powód (czytaj: wymówkę) żeby nie wystartować. Zdarzały się już takie przypadki, chociaż ja słyszałam głównie o tym, że ktoś przed półmaratonem dowiadywał się, że nie powinien biegać więcej niż np. 5 km. 

A tak, żeby nie było, że rzeczywiście szukałam wymówki, po prostu chciałam sprawdzić, jaki jest mój stan zdrowia. W dzieciństwie miałam problemy kardiologiczne. Później wszystko się unormowało, ale... wtedy nie uprawiałam sportu. Poza wychowaniem fizycznym, którego zresztą nienawidziłam. ;-) Ostatnio moje bieganie to jednak spore obciążanie organizmu. Widać to po wynikach morfologii. Staram się kontrolować poziom czerwonych krwinek, ale bardziej szczegółowych badań pod kątem biegania dotąd nie robiłam.

Badania miały być przed maratonem, ale właściwie przy okazji półmaratonu, czy też raczej przy okazji promocji oferowanej przez Centrum Chorób Serca i Układu Krążenia I-KAR (obecnie taka sama promocja obowiązuje dla zawodników biorących udział w ultramaratonie GWINT). Na badania zapisałam się już jakiś czas temu,o czym też wspominałam. Trudno było mi dopasować terminy. Ostatecznie pierwszą część badań miałam na początku marca, a drugą dopiero na początku kwietnia.

Jak to wyglądało? Podczas pierwszej wizyty: badania laboratoryjne (mofrologia, Fe, glukoza, kreatynina, TSH, elektrolity), EKG spoczynkowe, analiza składu ciała oraz echo serca, czyli właściwie większość. Pozytywny wynik badania echo serca kwalifikował do testów wysiłkowych. 
Tego pierwszego dnia dowiedziałam się, że EKG w porządku i echo serca też nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Najciekawsze z tych badań, to analiza składu ciała, podczas której procentowo określono ilość tłuszczu w każdej części ciała, a ponadto także wiek metaboliczny, który na szczęście jest niższy niż rzeczywisty. :-)

Podczas drugiej wizyty odebrałam wyniki badań laboratoryjnych. Ta część mnie trochę rozczarowała. Lekarz nie omówił jakoś szczegółowo wyników. Powiedział tylko, że są dobre. Podczas testów wysiłkowych spodziewałam się uzyskania informacji chociażby o tym, jakie jest moje tętno maksymalne. Niestety zostało ono wyliczone ze wzoru uwzględniającego wiek, wagę i płeć. Na bieżni, na której przeprowadzano testy, zamiast biec, miałam iść, co spowodowało, że czułam się o wiele bardziej zmęczona niż zwykle przy 90% tego wyliczonego tętna maksymalnego, a osiągnęłam tylko 80%. Całe to moje maszerowanie trwało około 9 minut. Dowiedziałam się tylko, że wszystko w porządku i mogę dalej trenować.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Nie szalejemy, tylko formę utrzymujemy - o 10. tygodniu przygotowań do maratonu

Tydzień odpoczynku po półmaratonie i dalszego przygotowania do maratonu. Poniedziałek lajtowy - dużo rozciągania, wałkowania i doprowadzania kolana do stanu bezbolesnego. :-)

We wtorek już bieganie.
OWB1 6 km plus RT 10 razy 40''/60'' plus trucht


W środę przymusowy odpoczynek od treningów, spowodowany brakiem czasu.

W czwartek podbiegowo:

7 km OWB1 plus 10 razy podbieg 120 m/10 razy zbieg 120 m plus trucht


Oba treningi robiłam z Fraszką, bo myślałam, że nie pobiegnie ze mną w Parkrunie. A jednak udało nam się pobiec razem, więc w tym tygodniu trzy razy ze mną biegała. Podbiegi szczególnie jej się podobają. Patrzy na mnie wyszczerzona albo podskakuje radośnie, co jednak powoduje obniżenie tempa. Najważniejsze, że jest dobra zabawa. :-)

W niedzielę ostatnie dłuuugie wybieganie. 34 kilometry.


Miało być tradycyjnie w tempie 6.10-6.15, ale ostatnio stwierdziłam, że się przy tym wolnym bieganiu za bardzo męczę. Miałam tylko trochę przyspieszyć, ale pogoda taka sprzyjająca, tzn. nawet mi chwilami zimno było, że ostatecznie tempo wyszło 5.46. Oczywiście, o ile wierzyć Garminowi, który na 1. km tak poszalał, że wyszło, że to ja szalałam, a on po 700 m pokazał, że to już 1 kilometr. :-) Ale potem już prawidłowo. Oprócz tętna, które dziwnie spadło. Wyszło, że pas niepotrzebny, bo tylko obtarł, a rzeczywistych wyników nie pokazał. Nie liczyłam dokładnie, ale mam wrażenie, że druga połowa szybsza, a to dlatego że sił nie miałam i chciałam jak najszybciej skończyć. ;-) Ostatnie wybieganie jak najbardziej udane. Za tydzień już tylko 24 kilometry. :-)

niedziela, 24 kwietnia 2016

Po rekordy na Parkrun Szczecin

Jeszcze w czwartek planowałam jechać do Tczewa. Potem przyszedł mi do głowy Szczecin. I - jak to u mnie - trochę na wariata. Trasę i dojazd sprawdzałam dawno temu. Oczywiście nie pamiętałam. Nie mogłam też sobie przypomnieć, jaka jest nawierzchnia. Z doświadczenia kojarzyłam, że dużo biegów parkrunowych jest po lesie. Dlatego wzięłam buty trailowe. Zresztą asfaltówki po półmaratonie jeszcze bardziej zmaltretowane niż były, więc wstyd trochę je nosić.

Nocowałam w Szczecinie, żeby się wyspać. To się jednak nie udało, ponieważ się okazało... że Fraszka bardzo jest wrażliwa na wszelkie dźwięki dochodzące z sąsiedztwa. Budziła mnie co chwilę (tak naprawdę, to nie wiem, jak często), głośno szczekając, warcząc a w najlepszym wypadku mrucząc. Pobudka nie była więc przyjemna. Na szczęście lokalizacja blisko. Na miejscu byłam już około 8.20. Ze znalezieniem też nie było problemu. Miejsce zbiórki, jak opisano na stronie, przy parkingu obok pływalni. Dojeżdżając do Parku Arkońskiego, w którym Parkrun Szczecin się odbywa, rzuciłam coś, że mam nadzieję, że to taki park bardziej w stylu naszej Cytadeli a nie taki z tabliczką: "Zakaz wprowadzania psów". Tego wcześniej nie sprawdziłam. Zdążyłam natomiast przeczytać, że nie zmieniono godziny startu. :-)

Nietrudno było znaleźć miejsce, bo już biegacze i organizatorzy kręcili się w pobliżu. Na stole czekała gorąca herbatka, a wolontariusze rozwieszali flagi. Na drzewie przy starcie znalazłam też taką karteczkę:



Wygląda na to, że ta karteczka na stałe. Na trasie natomiast oznaczenia kilometrów (co pół) oraz strzałki wskazujące kierunek no i oznaczenie miejsca nawrotu - te raczej przygotowywane przed samym biegiem. Dlatego wolontariusze musieli pojawić się tak wcześnie. 




Już o 8.40 rozpoczęła się rozgrzewka. Przydatna wczoraj, bo naprawdę było zimno. Trwała 15 minut. Potem wspólne zdjęcie - przed startem, a nie po nim, więc wszyscy piękni świeżutcy i uśmiechnięci. :-)



Fraszka chyba zdezorientowana i dopiero po chwili zaczęła się wyrywać. Jakiś biegacz na widok mnie i psa, rzucił coś, że mam tylko krótko trzymać. Nie przejęłam się szczególnie, chociaż ton miał niezbyt miły. Potem zaczął się czepiać, bo Fraszka oczywiście rwała się do startu. Wszyscy inni śmiali się i żartowali. Jemu tylko przeszkadzało, bo powtarzał: "Stał z tym z tyłu". Ale z czym? 



Prowadzący wyjaśnił, że biegniemy ścieżką spacerowo-biegową 2,5 km. Potem zawracamy i tą samą trasą 
wracamy. Trasa rewelacja! Równiutka, prościutka... Podzielona na między pieszych i rowerzystów. Biegliśmy oczywiście po stronie właściwej. :-) 
Pamiętałam, że ostatnio panie w Szczecinie nie biegały za szybko. Tydzień temu pierwsza miała czas około 22 min 37 sekund. Wydawało się więc, że spokojnie mogę dobiec z Fraszką pierwsza. Wczoraj jednak zjawiła się szybkobiegaczka biegająca poniżej 20 minut i to bliżej 19 niż 20. ;-) Nie było z nią szans, ale i tak biegło się dobrze. Pierwsze 500 m jakoś bardzo szybko, potem uspokojone i 1 km w tempie 3.58. 2 nawet 3. 57. Zapowiadało się pięknie, gdyby nie ta nawrotka. Ja nawrotek nie lubię i Fraszka też nie. Oczywiście wtedy zwolniłam. Ona zupełnie się rozproszyła i w ogóle nie wiedziała, co dalej robić. Zachowała się tak samo jak w Rumi, kiedy część osób biegła w jedną stronę, część w drugą, a ona nie wiedziała, o co chodzi. No i niestety bardzo dużo straciłyśmy. Przyspieszała w pogoni za psem, który biegł przed nami luzem. Potem jednak został z tyłu i już straciła tempo. Nie to, żeby ciągnęła gdzieś na boki albo z tyłu została. Po prostu za bardzo pomagać nie chciała, trochę pod nogami się pałętała. ;-)



Myślę jednak, że gdybym na Parkrunie w Szczecinie biegała, to już dawno miałabym rekord na 5 km poniżej 20 minut. :-) 
Wszystkim, którzy chcą się pościgać, polecam - warunki jak najbardziej sprzyjają. A ja pewno kiedyś wrócę i spróbuję rozpędzić się sama. :-)



Tak czy siak, z wynikiem 20 min 34 s ustanowiłam rekord w tej lokalizacji w mojej kategorii wiekowej (miejsce 13. na 37, czyli panowie jednak szybko biegają). O rekordzie trasy nie mam co marzyć, bo wśród kobiet wynosi 19 min 5 s. Chociaż, jak mi powiedział jeden z biegaczy: "tutaj kobiety tak szybko nie biegają". Widać miałam pecha, że trafiłam na ten dzień, kiedy akurat jedna pobiegła. ;-)
Jeszcze wczoraj znalazłam się na liście:




czwartek, 21 kwietnia 2016

Jak poprawić wynik w półmaratonie o 50 minut?

Ostatnio taki czas rocznic różnych, jubileuszów bardziej lub mniej okrągłych, postanowiłam włączyć się w ten trend i zrobić małe podsumowanie moich półmaratonów, których łącznie z niedzielnym, przebiegłam piętnaście.

1. 3. Poznań Półmaraton 28 marca 2010 czas: 2 h 31 min 44 s
Debiut z decyzją kilka miesięcy przed, ale bez specjalnego przygotowania. Dzisiaj powiedziałabym, że w ogóle bez przygotowania. Efekt taki, że cały półmaraton przebiegłam bez zatrzymywania i marszu i to nawet z uśmiechem, jak widać. ;-)



2. 4 Poznań Półmaraton 3 kwietnia 2011 czas: 2 h 16 min 20 s
Kontynuacja tradycji "od zawodów do zawodów", czyli pewnie parę razy przed zawodami pobiegałam. No i jest efekt. Wynik poprawiony o ponad 15 minut! ;-)



3. VII Międzynarodowy Kościański Półmaraton 6. listopada 2011 czas: 2 h 11 min 49 s
Pierwszy półmaraton w innym mieście. Dlaczego akurat Kościan? Pewnie dlatego, że parę lat wcześniej pobiegłam tam jedne z pierwszych zawodów - Bieg Coccodrillo. Wynik znów lepszy, a to najważniejsze. ;-)



4. 5. Poznań Półmaraton 1 kwietnia 2012 czas: 2 h 6 min 50 s
 Ciągle coraz lepiej. :-)




5. 8. Półmaraton Kościan 4 listopada 2012 czas: 2 h 12 min 50 s
Pierwszy półmaraton, w którym wynik był gorszy od poprzednich. Jak to możliwe? Przecież się przygotowywałam! Tym razem naprawdę. Wprawdzie głównie na bieżni stacjonarnej, ale przecież biegałam!





6. 6. Poznań Półmaraton 7 kwietnia 2013 czas: 2 h 1 min 35 s
Pierwszy półmaraton, do którego przygotowywałam się według planu treningowego znalezionego "gdzieś w internecie". Zakładał bieganie 3 razy w tygodniu. Z tego co pamiętam czas trwania treningów od 45 min do 2 godzin. Nie było rozpisanego tempa. I dobrze, bo ja wtedy tylko z krokomierzem biegałam. Plan miał przygotować pobiegnięcie w czasie 2 godzin, co się prawie udało. Od 18. km walczyłam z naciągniętym ścięgnem/więzadłem - z bólem w każdym razie.



7. II Leśny Półmaraton z Brylantem 31 sierpnia 2013 czas: 2 h 6 min 11 s
Powrót do biegania po miesięcznej przerwie nastąpił jakoś na początku maja. Od tego czasu staranne przygotowania do kolejnych półmaratonów. Tzn. bardziej intuicyjne i przede wszystkim długie wybiegania. Przyszło mi wtedy do głowy, że jak przebiegnę parę razy 24-26 km, to potem mniej się będę męczyć na 20 w półmaratonie. ;-) 
Zawody w upale, po dwutygodniowym urlopie w Chorwacji (bez biegania), więc rewelacji nie było. ;-)



8. III Samsung Półmaraton Szamotuły 20 października 2013 czas: 2 h 2 min 25 s 
W tamtym roku zrezygnowałam z Kościana na rzecz biegu niepodległości, więc znalazłam półmaraton w innym mieście. Potwierdzenie formy z wiosny.



9. 7. Poznań Półmaraton 6 kwietnia 2014 czas: 2 h 7 min 22 s
Tym razem nastawiłam się konkretnie na bieg poniżej 2 godzin, a tu nic nie wyszło. Pierwsze 10 km w męczarniach, a potem było już tylko gorzej. Pierwszy półmaraton, w którym parę razy przerzuciłam się na marsz.  




Po tym biegu jakiś kryzys, ale nie spowodowany kontuzją, lecz jakieś wypalenie i zniechęcenie. Zarzuciłam bieganie na jakiś miesiąc, po którym wróciłam do biegania i rozpoczęłam treningi na nowych trasach biegowych.


10. VIII Grodziski Półmaraton Słowaka 8 czerwca 2014 czas: 2 h 26 min 37 s
Trudno sprawdzić formę podczas półmaratonu w temperaturze 30 stopni. Ale taki sobie wybrałam jako drugi w drodze do Korony.



11. 24. Międzynarodowy Półmaraton Philips Piła 7 września 2014 czas: 2 h 23 min 55 s
 Kolejny dowód, że ilość nie przekłada się na jakość. Poza tym wrzesień to dla mnie ciągle za gorąco.



12. IV Samsung Półmaraton Szamotuły 19 października 2014 czas: 2 h 15 min 12 s
Już od czerwca bieganie z Endomondo, ale jakoś nie wpłynęło to szczególnie na moje wyniki. A półmaratony ciągle marszobiegowe. :/





13. X Międzynarodowy Kościański Półmaraton 9 listopada 2014 czas: 2 h 12 min 15 s
Kolejne podejście do "łamania" 2 godzin i znów nieudane. Plus taki, że w końcu jakiś półmaraton cały przebiegłam.



14. 8. Poznań Półmaraton 14 kwietnia 2015 czas: 1 h 49 min 20 s
Przygotowania do tego półmaratonu na poważnie, chociaż w cieniu treningów do maratonu. Efekt, jak widać. Nie wiem, czy można było szybciej. Plan był na 1 godzinę i 50 minut. :-)




15. 9. Poznań Półmaraton 17 kwietnia 2016 czas: 1 h 42 min

Od maja 2015 roku bieganie z Garminem z wykorzystaniem różnych środków treningowych, a nie tylko długich wybiegań. :-) Półmaraton w deszczu, który prawie nie przeszkadzał, a na pewno nie przeszkodził w osiągnięciu planowanego wyniku. :-)



Tytuł chyba jest już jasny. Chociaż powinnam pewnie dodać, że na poprawę tego wyniku trzeba czekać sześć lat. Ale co to jest? Nie warto rezygnować z czegoś, co wymaga czasu. Czas i tak upłynie. ;-)
A propos, czas spędzony na trasie wszystkich moich biegów półmaratońskich: 32 h 28 min 25 s.
Średni wynik:2 h 10 min.
Wynik rzeczywiście średni. Ale najważniejszy ten najnowszy. :-)

środa, 20 kwietnia 2016

Jakie wnioski z półmaratonu wypływają i jak one wpływają na dalsze przygotowania do maratonu

Jakiś czas temu w "Bieganiu" ukazał się artykuł na temat tego, jak podczas półmaratonu zweryfikować swoje przygotowanie do maratonu. Generalnie chodziło o to, żeby ustalić, czy trzeba popracować nad wytrzymałością czy nad szybkością. Ja w sumie nie wiem, co u mnie bardziej szwankuje. Pobiegłam zgodnie z liczydłem biegowym, które zakładało, że po wyniku 45 min 43 s na 10 km, w półmaratonie powinnam osiągnąć wynik poniżej 1 godziny i 43 minut. 

Początek biegu, trochę się rozluźniło i można przyspieszyć

Po półmaratonie, wpisałam wynik z tego biegu, żeby sprawdzić, jak zmienią się prognozy na kolejne zawody. Zmiany niewielkie. Zamiast planowanego czasu w maratonie 3 h 45 min 35 s, prognozy są na równe 3 h 45 min. Prognozowany wynik biegu na 10 km po niedzielnych zawodach to 45 min i 36 s. 

Wprawdzie to liczydło przed półmaratonem dało mi jakiś obraz tego, jak jestem w stanie pobiec. Ale w sumie... może trzeba było pobiec szybciej. ;-) Na pewno w biegu na 10 km postaram się pobiec szybciej, żeby poniżej 45 minut było. Jeśli oczywiście pogoda pozwoli. :-)

Tak przyspieszyłam, że właśnie odkryłam, że zamiast 4.44, biegnę 4.24...


Start w półmaratonie na pewno mi pomógł, przede wszystkim uwierzyć, że mogę biec szybciej niż podczas długich wybiegań, które teraz robię wyjątkowo wolne.

Okręcam numer naprzód i do przodu - finisz :-)

niedziela, 17 kwietnia 2016

Pełna blasku, euforii i chwały po 9. PKO Poznań Półmaratonie

Na razie relacja na sucho, tzn. bez zdjęć moich. Chociaż trudno dziś mówić o czymkolwiek suchym. ;-)
Ale od początku, czyli właściwie od wczoraj. 
Nie lubię tych dni przed, bo nie wiem, co ze sobą zrobić. Biegać nie mogę, spać za bardzo mi się nie chce. Z Fraszką miałam pospacerować, ale się rozpadało, więc trzeba było w domu zostać. A deszcz przypomniał, że na dziś też prognozowano opady. Miałam tylko dwa życzenia: żeby nie padało i żeby mnie kolano nie bolało. A z resztą sobie poradzę - myślałam. Marzenia się nie spełniły. Do tego w nocy problemy żołądkowe mnie obudziły. Nie wiem, skąd, bo jadłam wszystko, jak zwykle. Tzn. na obiad makaron, na kolację kurczak i jajecznica. Taka noc ciągnęła się do rana. Ostatnio cieszyłam się, że schudłam i będzie mi się lżej biegło. Teraz zapowiadało się jeszcze lżej. Niestety padało, a kolano - mimo środków przeciwbólowych - bolało. Nic już na nie nie działa, bo pewnie starość, reumatyzm już, to przy takiej pogodzie się odzywa.
Do tego u mnie niestety zawsze tak, że choćbym nie wiadomo jak wieczorem się zmotywowała, o poranku cała motywacja znika nie wiadomo, gdzie.
W ponurym nastroju zjadłam śniadanie i wygrzebałam się do wyjścia. Do Poznania dotarłam już o 7.20, a na Targi 10 minut później. Tłumy biegaczy nie poprawiły mi humoru, bo nie widziałam nikogo znajomego. Pałętałam się więc po hali, zastanawiając się, co tu robię. Później spotkałam znajomych Parkrunnerów i jakoś się poprawiło. Chociaż jeden z nich, który na wstępie zaczął przeklinać na deszcz, też raczej nie nastawiał pozytywnie. Ale przynajmniej było z kim ponarzekać. Ogarnęłam się jakoś. Przebrałam, oddałam rzeczy do depozytu. Kilka razy dla bezpieczeństwa odwiedziłam toaletę. W końcu przyszła pora, żeby wyjść na deszcz, tzn. na start. Tam się rozdzieliliśmy i stanęliśmy w różnych strefach. Szczęśliwie w mojej wpadłam na kolejnego znajomego z Parkrunu, który dla odmiany na deszcz nie narzekał i tak jakoś mi się raźniej zrobiło. Trochę trwała jeszcze rozgrzewka, chociaż mało kto brał w niej udział, bo większość kuliła się pod kocami termicznymi, workami i innymi pelerynami. Jak ktoś kiedyś mądrze zauważył: najgorsze jest przed, potem tylko się biegnie. I rzeczywiście tak było.
W nadziei na jakiekolwiek wsparcie planowałam podczepić się do pacemakerów na 1 godz. 40 min i trzymać ich, choćby nie wiem, co. Ale... widziałam ich na Targach, a na trasie już nie. Startowałam ze strefy 1 godz. 30 min - 1 godz. 39 min, więc w mojej strefie były baloniki 1 godz. 35 min, które szybko mnie wyprzedziły. Czekałam potem ze spokojem na kolejne, ale się nie pojawiły. A może ja je przeoczyłam? Nie wiem. Skoro na pierwszych kilometrach ich nie dostrzegłam, skupiłam się na Garminie i samodzielnym pilnowaniu tempa. Wystartowałam bardzo spokojnie, bo w tempie 5.30, ale to było na pierwszych kilkuset metrach. Potem stopniowo przyspieszałam. W pewnym momencie aż za bardzo, bo tempo okrążenia pomyliło mi się ze średnim tempem. Chyba za dużo nagrzebałam wczoraj w zegarku. Ale chciałam go ustawić tak, żeby pokazywał mi tempo średnie, tempo okrążenia, czas i dystans. Reszta nieważna. Miałam ze sobą też rozpiskę z międzyczasami, jakie powinnam mieć, żeby dopiec w czasie 1 godzina 40 minut, ale... ani razu na nią nie spojrzałam. A pod koniec odkleiła się i sobie spadła. Spadł też mój żel z kofeiną, który nazwałam "drugim życiem", bo miał mnie uratować po 17. kilometrze. Niestety zgubiłam go już chyba po pierwszym. Oba miałam przyczepione przy pasie z numerem startowym. Znajomy pytał, czy się nie boję, że wypadną. Powiedziałam, że nie wiem, bo nigdy tak nie biegłam. Może jakoś źle przymocowałam, bo jeden wypadł, a drugi dotrwał aż do 10. kilometra, kiedy go zjadłam. Na szczęście na 17. kilometrze miała czekać koleżanka też z żelem z kofeiną, więc pozostawała nadzieja, że wypatrzymy się na trasie.



Biegłam właściwie zgodnie z planem. Tylko... no właśnie, z jakim planem? Zeszłoroczna życiówka niewyśrubowana, bo "tylko" 1 godz. 49 min 20 s. Wystarczyłoby mi spokojnie 1 godz. 45 min. Ale dlaczego nie spróbować szybciej? Kalkulator biegowy, którego wyniki zamieściłam tutaj jakiś czas temu, pokazał, że mogę pobiec półmaraton w czasie poniżej 1 godziny i 43 minut, czyli w średnim tempie 4.50. No to dlaczego nie spróbować? Jakiś czas temu pojawił się też pomysł o wyniku 1 godz. 40 minut. Takim wyniku, a nie żadnym łamaniu. ;-) Kto mnie zna, ten wie, że ja łamać nie lubię. Kiedy osiągnęłam w półmaratonie 2 godz. 1 minutę, to potem przez rok w pięciu kolejnych zawodach "łamałam" 2 godziny i nie złamałam ich aż do zeszłego roku, kiedy to dobiegłam w czasie poniżej 1 godziny i 50 minut. Chociaż nic nie łamałam. ;-) 
W zasadzie zadowoliłby mnie każdy wynik pomiędzy 1 godz. 40 min a 1 godz. 49 min. Im bliżej tego pierwszego, tym lepiej. ;-) Na 1 godz. 40 min powinnam biec w tempie 4.44. Trochę się tego bałam, bo nie trenowałam biegu w tym tempie. Nie wiedziałam, jak mi pójdzie jego utrzymanie. Garmin i wyniki z półmaratonu pokazują jakieś dziwne rzeczy.



Tzn. niezgodne. Im większy dystans, tym bardziej są rozbieżne. A to dlatego, że przez wymijanie, omijanie i wyprzedzanie, zwiększała się różnica pomiędzy dystansem trasy, a tym, który ja pokonywałam. Ostatecznie wyszło mi ponad 300 metrów więcej. Oczywiście podobno wszyscy to zawsze zakładają, ale mnie i tak to jakoś irytuje. Nie wiem, na ile można zaplanować liczbę nadprogramowych metrów. Może gdybym to zrobiła, to dziś wynik byłby lepszy. Źle mi się nie biegło. Starałam się nie wystartować za szybko, ale też nie za wolno, bo niestety nadal nie umiem przyspieszać w drugiej części. Zwłaszcza, że dzisiaj podbiegi zaczęły się po 10. kilometrze. Od tego momentu zaczęły się też moje problemy z tempem. Inny kłopot to oczywiście zwalnianie przy wodopojach. Pierwszy na 5 kilometrze przeleciałam niezauważalnie. Na 10 km. było nieco gorzej, bo nie mogłam znaleźć wody pośród izotoników. Na kolejnych też zwalniałam, a potem nie mogłam się rozpędzić. Garmin pokazuje też dziwne przyspieszenie na 13. kilometrze. To chyba było pod wiaduktem, kiedy zgubiłam sygnał. No ale Garmin po konsultacji z Endomondo uznał też, że biegałam dziś przy przelotnych opadach śniegu. ;-)
W okolicach 15. kilometra usłyszałam zachwyty nad pieskiem. Ja dziś bez Fraszki, więc nie chodziło o mojego. Pomyślałam, że to pewnie ten duży czarny, którego widziałam na starcie. Ale nie. Nagle z impetem przebiega obok mnie dziewczyna z białym psem wielkości 1/3 Fraszki. Psiak gna do przodu, a kobieta za nim. Ciekawe czy oni tak całą trasę przebiegli? Fraszce trzeba przyznać, że pomaga, ale nie wiem, czy ciągnęłaby mnie przez 21 kilometrów. Pewnie zatrzymywałaby się w kałużach. Ja się nie zatrzymywałam, ale wpadałam w nie albo omijałam i obrywałam wodą od innych, którzy w nie wpadali. Wodą na wodopoju też się przez przypadek polałam, ale cała byłam tak mokra, że nie robiło mi to żadnej różnicy.
Na 17. kilometrze czekała oczekiwana przeze mnie koleżanka z żelem i wodą, a zatem full service. :-) I w końcu zamiast wody z Aquanetu mogłam się napić Cisowianki. :-) A pomogło mi to bardzo, bo wcześniej wymęczyła mnie długa agrafka. Jakoś nie lubię takich sztucznych zakrętów. Pozostały jeszcze cztery kilometry, więc starałam się pruć do przodu, chociaż zdarzyło mi się zwolnić do tempa 5.13. Na szczęście na 19. kilometrze wypatrzyłam znajomego z gRUNwaldu, więc pognałam do niego po wsparcie i od razu przyspieszyłam do 4.47. Jeszcze tylko 2 kilometry. Ostatni rzeczywiście - chcąc nie chcąc - był najszybszy. Nogi same rwały do przodu, zwłaszcza na głos spikera, który pokrzykiwał: "Jeszcze 200 metrów". On pewnie stał gdzieś 200 m przed metą, ale słychać go było na kilometr (dosłownie i w przenośni). Do jego słów doszło moje: "Niech to się już skończy. Jak szybciej pobiegnę, to się szybciej skończy". No i rzeczywiście tak było. :-) Na Garmina spojrzałam dopiero za metą. Chciałam sprawdzić czas na mecie, chociaż brutto dużo gorszy od netto, bo startowałam dopiero z drugą falą, ale i tak nic nie było widać. 
Oficjalne potwierdzenie wyniku dostałam smsem dopiero po upływie pół godziny. Czas netto: 1 godz. 42 minuty. Potem sprawdziłam jeszcze w tabeli z wynikami: Miejsce K Open 125/3052,  K-18 56/2145. W komunikacie na stronie podano, że do mety dobiegło 11 351 zawodników, ale w wynikach sklasyfikowano tylko 11 345 (a ja 2479.!), co i tak pewnie stanowi rekord. Przewidywałam, że pobiegnie około 10 tysięcy, a jednak więcej. Niektórych pewno odstraszyła pogoda. A innych co innego. :-) Szczęśliwi, którzy biegają, a nawet się ścigają, a nic ich nie boli. :-)
Warto jeszcze dodać, że z moich 15 półmaratonów, to był pierwszy... bez muzyki. :-) Wprawdzie kilka dni temu kupiłam nowe słuchawki sportowe, ale przecież nie na półmaraton, który minął tak szybko. ;-)



piątek, 15 kwietnia 2016

Ile kilometrów ma ten półmaraton? - Nie wiem, ale przebiegnę wszystkie (Przed półmaratonem z treningami w tle)

W tym tygodniu z biegowych treningi tylko dwa. Oba w granicach 10 km, więc niewiele. Poza tym tradycyjnie w poniedziałek ćwiczenia siłowe. Do tego spacerkowanie z Fraszką, ale to się chyba nie liczy. ;-) No i dieta... Też tradycyjnie. :-) Chociaż może mniej restrykcyjnie niż kiedyś. Z piosenką w tle:

Chce się jeść, chce się jeść

Wtorek 
6 km plus 10 razy RT 60''/30'' plus trucht




Środa 
10 km OWB1 
Ale było z Fraszką, więc wyszło ciut szybciej. ;-) Kiedy wyszłam z domu, termometr pokazywał 18 stopni, więc myślałam, że spokojnie sobie pobiegniemy. No ale mojemu psiakowi się nudzi wolno, więc rozpoczęła od pociągu ok. 5.50. Wytrzymała tak przez 4 km. Potem wybiegłyśmy z lasu, zgrzała się trochę, więc trzeba było wszystkie kałuże zaliczyć. Po 5 km nawrót. Na komendę "do domu", nawet nie spojrzała na kałuże, tylko pognała powrotne 4 km w tempie 5.40 i szybciej. Ostatni po asfalcie tradycyjnie wolniej. Bo kto lubi biegać po asfalcie? ;-)





Dieta od poniedziałku do środy, czyli jak zwykle: biały ser, ryby i pomidorki, trochę bananów. A tym razem dorzuciłam też codziennie świeży sok z buraków, marchewki i selera naciowego zmiksowany z bananem i sokiem jabłkowym. Z warzyw to jeszcze ziemniaczki i brokuły - głównie zupy. Po takich trzech dniach, jak się zważyłam, to wyszło na to, że 2 kg schudłam. Nie wiem, czy to dobrze. Mniej dźwigania w każdym razie będzie. Czytałam wczoraj, że zawodnik startujący na 100 km po utracie 5 kg może przyspieszyć nawet z 6.20 do 5.40. Ciekawe, jakby to przeliczyć w półmaratonie. Ktoś ma jakiś pomysł?

Od czwartku ładowanie węgli: stałych i płynnych, czyli moje ulubione Vitargo! :-) Jutro ciąg dalszy. Dziś byłam już odebrać pakiet startowy. Trudno było się na Targi dostać, bo uroczystości z okazji 1050. rocznicy chrztu Polski. Wszędzie pełno policji, a na Targach zwłaszcza. Szczęśliwie udało mi się trafić i jeszcze po expo trochę powędrować. Z pakietem poszło szybko. Na expo też - takie ekspersowe zakupy, bo wiedziałam, co potrzebuję. Ostatecznie kupiłam to, co chciałam i jeszcze więcej, a mianowicie: w końcu zainwestowałam w pas na numer startowy i - przede wszystkim - żele. Do tego trzeba było dokupić żele. A zupełnie przypadkiem kupiłam też czapkę. Bo zimno ma być podobno. ;-) Z tych prognoz, od których zaczęłam analizę przed półmaratonem, to z 20 stopni planowana temperatura "zjechała" już do 11, to nie jest źle. W zeszłym roku zdaje się cieplej było. Nie pamiętam, ile dokładnie, ale narzekałam, że mi gorąco. Zatem jutro elektrolity. :-)
W samym pakiecie koszulka (za krótka, ale co za różnica, skoro i tak raczej nieczęsto będę ją nosić), piwo (tylko jedno, a na maratonie były dwa) dziwny żel firmy Diamant (tej od cukru ;-)) oraz... hmmm... ulotki, jakaś ulotka bankowa (w końcu sponsor to PKO), gąbka, worek, numer i chip. Wszystko zapakowane w worek jak na maratonie, tyle że praktyczniejszy i ładniejszy kolor, bo fioletowy. Bez rewelacji. W tym roku - zdaje się - nie ma też bezpłatnej komunikacji. Przynajmniej nie znalazłam o tym nigdzie informacji.
Poszłam jeszcze na stanowisko Maratonów Polskich, żeby odebrać opaskę z planowanymi międzyczasami. Nic na ten temat nie piszę. Kto przewidzi, w jakim czasie do mety dobiegnę jest mistrzem i w nagrodę piwo dostanie. Niekoniecznie to z pakietu. :-D
Szybko przez pawilon przemknęłam, więc tylko jednego znajomego parkrunnera spotkałam. 
Jutro oczywiście Parkrun. Zgodnie z planem, nie biegnę. Od miesiąca jestem zapisana na wolontariat. Ale jutro osób w tej roli mnóstwo, to nie wiem, czy się przydam na co...



poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Dyszka na moich ścieżkach biegowych

Dowiedziałam się niedawno (niestety dopiero niedawno), że w mojej okolicy, dokładniej w jednej z wiosek sąsiednich, a mianowicie w Borówcu, odbędzie się bieg na 10 km. Zawody zostały mało oryginalnie nazwane Borówiecką ZaDyszką i będą miały miejsce... no właśnie 15 maja. A ja wtedy... w Krakowie tuptać będę. Trudno. Prawdopodobnie wtedy, gdy organizatorzy planowali ten bieg w Borówcu, ja już dawno na maraton zapisana byłam. A ciekawie by było pobiec w zawodach po tak dobrze znanej trasie. Chociaż w sumie nie wiem, czy dobrze znanej, bo - na razie - trasa nieznana. :-) O samym biegu dowiedziałam się od rodziny, która przeczytała w lokalnej gazecie. Może niewiele osób o nim wiedzieć. Na razie na liście startowej tylko 59 osób - głównie z okolicy. Z Poznania kilka osób. Zatem informuję i zachęcam znajomych z Poznania, którzy w tym terminie nie mają innych planów. :-) Do Borówca rzut beretem. 



Więcej szczegółów: bieg na dystansie 10 km, jak wspomniałam wcześniej, trasa nieznana. Ma być udostępniona najpóźniej 14 dni przed biegiem. Trochę słabo, bo w sumie nie wiadomo, czy leśna czy asfaltowa. Trudno mi przewidzieć, chociaż okolice trochę znam. Bo może pętle będą, a może nawrotki... O 12.30 bieg dla dzieci na dystansie 300 m. Start biegu głównego o godz. 13.00. Pora może trochę nieszczęśliwa, bo w tym terminie już ciepło może być. Ja przynajmniej mam nadzieję, że będę wtedy już po maratonie. ;-)
Opłata startowa bardzo przyjemna: 25 zł (dzieci 10 zł). Zapisy do 11 maja.
Na trasie zaplanowano 1 punkt odżywania (w okolicach 5. km)
Nagrody: w klasyfikacji generalnej kobiet i mężczyzn (1-3): "Nagrody uzależnione od hojności sponsorów" (hehe). Każdy uczestnik otrzyma pamiątkowy medal. 
Biuro zawodów czynne niestety tylko do 11.45 (od 10.00).

A resztę to już zainteresowani mogą doczytać w regulaminie:
Regulamin Borówiecka ZaDyszka

Ja w każdym razie zachęcam. Przynajmniej dopóki nie znam trasy. ;-) Gdyby nie Kraków, sama bym na pewno pobiegła. :-)

niedziela, 10 kwietnia 2016

Idealna pogoda na bieganie na koniec 8. tygodnia przygotowań do maratonu/tydzień przed półmaratonem


Trochę się ostatnio odcięłam od internetowych mediów biegowych. Pomyślałam nawet, że tu też przestanę pisać. Ale... naczytałam się (dla odmiany) w prasie biegowej, jakie to ważne pisanie i późniejsze analizowanie dzienniczków treningowych, że muszę napisać - choćby sama dla siebie. Co do analizy jeszcze, to kilka dni temu przejrzałam kilka wpisów na tym blogu i odkryłam... Nie, nic dotyczącego jakiegoś elementu treningowego. ;-) Czytałam m.in. relację z Biegu Niepodległości w Obornikach. Tak, ten najdłuższy opis biegu na 5 km. :-) Bo oprócz samego startu analizowałam także wcześniejsze sny. W jednym z nich śniło mi się, że pobiegnę 5 km w czasie 20 minut 10 sekund. Abstrakcja to była dla mnie i pisałam, że dobrze by było, żeby kiedyś się spełniło. No i co? Co do sekundy. :-) Teraz czekam na sen, w którym będzie 19 minut 50 sekund. :-D A tak na poważnie, to dobrze pamiętać o tym, co się kiedyś zapisało. To rada także dla znajomych blogerów. ;-) Chociaż i mnie zdarzyło się popełnić taki zapis, że w 2016 roku żadnego maratonu nie będzie. Haha.

Wracając do treningów, to ten tydzień znów poplątany. Dawno (a może wcale?) nie było tygodnia zgodnego z planem treningowym. Zresztą jak biegam według tej rozpiski to myślę sobie różne rzeczy na temat tego, który go układał. Ale na papier te myśli przeleję może dopiero po maratonie. ;-)

W tym tygodniu poniedziałek tradycyjnie bezbiegowy. Zwykle wtedy trening siłowy, obwodowy itp. W tym tygodniu testy wysiłkowe. Zatem trochę tego biegania jednak było (9 minut :-)). Była to druga część badań przed półmaratonem i maratonem. Więcej na ten temat za czas jakiś w osobnym wpisie.

Wtorek - tradycyjnie biegowy. W tym tygodniu wypadło to tak: 7 km OWB1 plus podbiegi plus 1 km trucht




Podbiegi gorzej niż ostatnio. Fraszka ze mną biegła. Nudziła się w pierwszej strefie, a po 10 podbiegu już jej się nie chciało. Cóż...

Środa - zabawy z kettlami - nawet nie wiedziałam, że tyle ćwiczeń z tym można robić. :-)

Czwartek - "moje ulubione" ćwiczenia wytrzymałości tempowej:
4 km OWB1 plus 2 razy 5 km w tempie 5.05 plus trucht

17 stopni było, więc myślałam sobie tylko o tym, że w niedzielę na półmaratonie ma być 20, a ja będę musiała szybciej pobiec. Toteż z takich myśli zgubiłam aż butelkę z wodą. No to dodatkowo zaczęłam się znów zastanawiać, czy ja przy takim tempie dam radę pić cokolwiek. Ostatecznie trening nie wyszedł źle, bo zamiast 5.05 zrobiłam po 4.57, żeby wypróbować tempo na półmaraton.

Piątek - niespodzianka, bo ja zwykle w piątki nie biegam. Tydzień bez Parkrunu, więc miał być spokojny trening dzień wcześniej. Co to znaczy spokojny? 
8 km OWB1 plus RT 12 razy 40''/80'' plus trucht

Niby 5 szybkich kilometrów to źle. Lepiej... no właśnie ile? 12? 14 wolnych z przyspieszeniami. Po czwartku, w którym wyszło mi ponad 17 km, zbuntowałam się i stwierdziłam, że stanowczo za dużo kilometrów biegam. W piątek wprawdzie trochę się już ochłodziło i nawet przyjemnie, ale nie miałam ochoty znowu biegać prawie 15 km, skoro na niedzielę miałam zaplanowane wybieganie 30 km! 8 pierwszych kilometrów skróciłam więc do 6. Z rytmami trochę problemów było, bo w Garminie ustawiłam najpierw, że każdy ma trwać 40 minut zamiast 40 sekund i tak jakoś długo mi się wydawało. ;-) Poza tym z przyzwyczajenia (wcześniej robiłam 30/60) ustawiłam 60 sekund odpoczynku. Gdybym wydłużyła, to jeszcze więcej kilometrów by wyszło. :-/ Ostatecznie do maratonu ustalam zasadę ograniczania kilometrów śmieciowych - wybiegania to rozumiem, ale jak interwały to interwały, a jak podbiegi to podbiegi z krótką rozgrzewką a nie taką trwającą 3/4 treningu. Co na to trener powie nie wiem. Bloga nie czyta, a wszystkiego wiedzieć nie musi. ;-) W piątek trening też z Fraszką, żeby wynagrodzić jakoś brak Parkrunu w sobotę.

No i niedziela - 30 km 


To już przedostatnie takie długie wybieganie. Za tydzień półmaraton. Za dwa ostatnie - 34 km (OMG!), potem już tylko 24 km. Tydzień przed maratonem dyszka w Swarzędzu, a potem już tylko Kraków!
Dziś pogoda na bieganie idealna - rano, kiedy wybiegałam około 7 stopni. Do tego po deszczu. Jak wracałam, to temperatura wzrosła zaledwie do 9 stopni. Dodatkowo przyjemnie mżyło. Z moim tempem tego wybiegania to mogłam w długim rękawie pobiec, żeby nie zmarznąć. Przyjemnie, bo nie miałam problemów z utrzymaniem, a na koniec swobodnie przyspieszyłam - BNP daje jakiś efekt. Ale co to jest za tempo?! ;-) 4.49 na finiszu. A za tydzień będzie trzeba tak 21 km przebiec!

Dziś też dzień maratonów. Gratulacje dla debiutantki startującej za zachodnią granicą! :-)

Przyszły tydzień okrojony treningowo będzie, bo zamierzam zakończyć bieganie w środę, a od czwartku do soboty bumelować :-) tzn. się regenerować czy raczej pregenerować przed niedzielą. ;-) Masaż by się też przydał jaki. Od jutra też dieta przedstartowa, czyli twaróg, rybki, pomidorki... :-)

A najnowsze doniesienia pogodowe na niedzielę są takie, że już nie 20 stopni i prawie bezchmurnie, lecz 17 stopni i zachmurzenie umiarkowane, to może bez opalania, ale za to lepiej biegowo. :-)

piątek, 8 kwietnia 2016

O wiosennych startach

Na początku bardzo dziękuję tym osobom, które wypełniły ankietę. Jeszcze trochę mi brakuje, więc proszę osoby, które tego nie zrobiły o pomoc (szczególnie część 4,5,7).

Tej wiosny skoncentrowałam się na poprawieniu wyniku na 5 km. A konkretnie na Parkrunie. Na innych zawodach to różnie wychodzi. A na Parkrunie wyśrubowałam sobie życiówkę w zeszłym roku i chciałam ją poprawić. Pierwsza próba była na jesień, a druga - i jak zwykle lepsza - na wiosnę. Mnie się lepiej wtedy biega i Fraszce też, więc udało się to wykorzystać. Może trzeba było skorzystać z okazji i pobiec też w jakichś zawodach na innym dystansie. Ale jakoś nie znalazłam nic interesującego. Poza tym częste biegi w tempie startowym za bardzo mnie stresują. 

Teraz koniec chwilowy koniec walki z piątką. Efekt nie do końca osiągnięty - czas poprawiony, ale 20 minut nie udało się złamać. Będzie więc co robić. Tylko jeszcze nie wiem, kiedy. Na jesień różne pomysły, ale najpierw trzeba się z wiosną uporać. ;-)

A tej wiosny ze ścigania jeszcze:

17 kwietnia PKO Poznań Półmaraton



8 maja Opel Szpot Swarzędz 10 km 



15 maja PZU Cracovia Marathon



A potem odpoczywam i chyba przerzucę się na rower. :-) Albo cokolwiek innego...
Przed zawodami temperatury się boję. Już teraz bardzo się ociepliło. Wczoraj biegałam, jak było 17 stopni. Podczas półmaratonu poznańskiego ma być 20! Chyba że się coś zmieni i ochłodzi się, jak na maraton... ;-)
Więcej o treningach w kolejnym wpisie.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa