czwartek, 31 marca 2016

O czym nadal zapominam przed zawodami - rozważania nieco ponad dwa tygodnie przed Poznańskim Półmaratonem

Napisałam gdzieś ostatnio (zapewne na Facebooku), że to będzie mój szesnasty półmaraton. A jednak zawsze, kiedy ktoś pyta o liczbę zawodów na tym dystansie, muszę się zastanowić. Podobnie, jak w momencie, kiedy ktoś zadaje pytanie o liczbę biegów w ramach Parkrun. A to wstyd po prostu. ;-) Na szczęście na razie w tej kwestii jestem na bieżąco. Najbliższy Parkrun będzie moim 80, więc taki mniejszy jubileusz. ;-)

Co do większych zawodów, to przeczytałam dziś jeden z wielu tekstów z poradami przed półmaratonem. Tego typu artykuły zwykle skierowane są do debiutantów. A przynajmniej na to wskazuje tytuł. Nie wiem jednak, czy wszyscy bardziej zaawansowani się do nich stosują. Ja na przykład z wieloma "zalecanymi" zasadami mam problem.

Cały tekst na stronie:

A ja tylko o punktach, z którymi sama mam problemy. Albo może nie do końca się zgadzam?
No to od początku:

1. Nie wystartujesz w sprzęcie (bielizna/buty), który nie był biegany, gdyż bąbli i obtarć nie chcesz 

No i co było w zeszłym roku? Spódniczka wprawdzie nie taka nowiutka, ale nie testowana na dłuższym dystansie. A poza tym niemal pewna byłam, że obetrze. ;-)




3. Z pomocy Google skorzystasz i na Street View kluczowe punkty trasy obejrzysz. Takoż z dojazdem i z rozkładem miasteczka startowego się zapoznasz, oraz zapamiętasz gdzie jest meta (by nie umrzeć na finiszu) 

A po co sprawdzać na mapie skoro się nie umie czytać mapy? :P

    7. Nie będziesz zakładać na siebie więcej niż trzeba: odczuwalna temperatura na zawodach to termometr + 10C!

    Z tym już ostatnio lepiej, ale zdarzyło się biec w grubej bluzie, kiedy temperatura dochodziła do 20 stopni. ;-)

    10. W swojej strefie startu się ustawisz i ruszysz z niej spokojnie. Będziesz się trzymać za ucho co by nie przyśpieszać w napadzie euforii (czytaj: głupoty) 

    Gdzie to ja stałam przed maratonem? Na 3.30 czy jakoś tak? :-) Z trzymaniem za ucho może być dobry patent. Chyba wypróbuję. ;-)

    11.Będziesz pilnować stałego tempa biegu – żadnych slalomów i zrywów! 

    Aha. Człowiek ćwiczy interwały, a potem mu każą równym tempem biegać. :/ A pilnowanie tempa oznacza wgapianie się w Garmina aż głowa boli od tego.

    14. Mądrze, taktycznie pobiegniesz, planując pierwszą połowę półmaratonu nieco wolniejszą od drugiej 

    Hehe. Jasne... :-D

    Jak ktoś na 1 km tak wygląda, to od razu widać, że za szybko zaczął ;-)



    18. Im bliżej mety będziesz, tym bardziej na technikę biegu uwagę zwrócisz. Gdyż zacznie się sypać 

    I to jest wielce prawdopodobne. Chociaż ostatnio z bujaniem coraz lepiej. Tzn. mniej go u mnie. ;-)

    19. Ostatnie 2 kilometry polecisz w trupa. Ból tylko boli, nie ma czym się przejmować. On minie, duma pozostanie! 

    To powinnam zapisać gdzieś sobie i cały czas powtarzać, a nie tylko na końcu.

    20. Na 100 metrów przed metą ogarniesz się trochę i przygotujesz do zdjęcia, bo to ono będzie Twoim dowodem chwały przed wszystkimi znajomymi 

    Równie ważne jak poprzednie. Chyba że fotograf gdzieś wcześniej się zaczai. ;-)


    Warto o wszystkim pamiętać, bo półmaraton już tuż tuż. A jakoś to do mnie nie dociera. Pewno przez "wariactwo" na krótszych dystansach no i spokojnym klepaniu kilometrów do maratonu. Chociaż ostatnio to klepanie wcale nie takie spokojne. Na półmaraton zapisy już jakiś czas zamknięte, bo limit osiągnięty. 13 tysięcy zgłoszonych za 90 zł każdy. A wierzyć mi się nie chciało, że tak będzie. Pewnie około 10 tysięcy pobiegnie... 

    poniedziałek, 28 marca 2016

    Bieganie dla zaawansowanych i początkujących, czyli o ścieżce zdrowia Białej Damy

    Obiecałam jakieś dwa tygodnie temu, że opiszę dokładnie ścieżkę zdrowia, która znajduje się w Kórniku. Tytuł oczywiście nawiązujący do tej miejscowości, a także do tego, że trasa ścieżki, to tylko 3 800 metrów. Znajduje się na niej 14 stacji z ćwiczeniami (chociaż może już tylko 12, bo dwóch nie znalazłam) oznaczonymi kolorami:
    zielony - ćwiczenia na wytrzymałość, żółty - ćwiczenia na zręczność, czerwony - ćwiczenia na siłę mięśni.



    No to startujemy.





    A po drodze widok m.in. na znaną restaurację "Pod Złotym Łukiem" ;-)



    Na trasie dwa mostki drewniane dłuższy i krótszy (na zdjęciu ten drugi)


    Zdjęcia opromienione słońcem pokazują, jak ładna pogoda wczoraj była :-)
    Stacji nr 4 brak


    Widok głównie na jezioro, a za jeziorem zamek Białej Damy:



    Przy niektórych stacjach są i ławki, na których można na chwilę odpocząć ;-)





    Mostki też bardziej prowizoryczne:




    Stacji nr 8 brak, więc od razu 9:


    Oznaczenia kierunku pod niektórymi stacjami:


    A także poza nimi (chociaż trochę za wysoko):








    No i meta. Wyłączamy stoper i sprawdzamy (bez oszukiwania), w którym przedziale się mieścimy. :-)


    niedziela, 27 marca 2016

    Przygotowania do maratonu - tydzień szósty

    Ten tydzień był treningowo bardzo męczący, choć się na taki nie zapowiadał, bo zgodnie z początkowymi ustaleniami, ta środa, jak co druga, miała być wolna. 
    Zeszły tydzień zakończył się spokojnie, bo tylko biegiem na orientację. Dystans wyszedł nieco ponad 10 km, więc raczej długim wybieganiem nie był. We wtorek miał być mocny trening, ale z racji tego, że w czwartek miałam więcej czasu, zamieniłam te dni. I to był chyba błąd. 

    We wtorek lajtowe 12 km. Miało być OWB1, co wyszło pod względem tętna. Tempo było nieco szybsze, bo bieg z Fraszką.


    Środa wolna, a czwartek...

    Po zamianie w czwartek miało być tak:
    OWB1 4 km plus WT 2 razy 3 km (tempo 5.00) plus 2 razy 2 km (tempo 4.55) plus trucht 2 km

    Tempo podczas WT niby niezbyt wymagające, a jednak jego utrzymanie sprawiało trudności. Może też dlatego, że pokombinowałam trochę z trasą. Ostatnio dużo szybkich treningów kończyłam na odcinku dość crossowym, co bardziej mnie męczyło. Teraz postanowiłam rozpocząć od 4 wolnych kilometrów po lesie, a szybkie pobiec po asfalcie. Niestety okazało się, że w tych asfaltowych okolicach było trochę świateł. Zatrzymywanie się i ruszanie nie sprzyjało równemu tempu. Poza tym tyle kilometrów po tak twardej nawierzchni spowodowało, że moje kolano o sobie przypomniało, co objawiło się także na sobotnim Parkrunie.

    Trening niedzielny, to spokojne wybieganie 28 km



    I rzeczywiście taki był. Tętno jednak jak na to tempo zdecydowanie za wysokie. Może to też przez zatrzymywanie się i ruszanie na ścieżce zdrowia, której stacje chciałam sfotografować. A może po prostu za gorąco. Trochę za ciepło się ubrałam jak na bieganie, kiedy stopni prawie 14. Na szczęście miałam ze sobą dużo wody.

    sobota, 26 marca 2016

    Bo jak się bardzo chce, to zwykle nie udaje się, czyli o tym, dlaczego nie złamałyśmy 20 minut na Parkrunie

    W tytule główny powód chyba. :-) Bardzo chciałam i postanowiłam sobie... jak rok temu. Wtedy też łatwo mi przychodziły te parkrunowe życiówki. Potem zatrzymałam je sama, kiedy zbliżał się termin maratonu. Wtedy wymyśliłam sobie, że mogę złamać 20 minut na jakiejś szybkiej trasie. Skończyło się to totalną klapą podczas Kamiennej Piątki w Bydgoszczy. 

    Na życiówkę na Parkrunie czekałam prawie rok. Przyszła na tyle łatwo, że siłą rozpędu postanowiłam ją poprawić po tygodniu, żeby znów rok nie czekać. ;-) I znów bieganie dało mi lekcję pokory, a Cytadela pokazała, że tak łatwo i szybko nie będzie. 

     Zresztą cały ten tydzień nie był najlepszy. Na atak na 20 minut zdecydowałam się tydzień temu, a potem trochę się wydarzyło. Treningi w tym tygodniu nie były zbyt udane. Zwłaszcza w czwartek. Zmieniłam trasę, dużo po asfalcie biegałam i kolano dało o sobie znać, więc znów musiałam środkami przeciwbólowymi się wspomagać, żeby w ogóle myśleć o jakimkolwiek bieganiu. 

    Dziś od rana kolejna przygoda, bo samochód nie chciał odpalić. Jakoś się udało ruszyć, ale na Cytadelę dojechałam dużo później niż zwykle i do tego zdenerwowana. Rozgrzać się nie zdążyłam, bo już Robert wołał na start. Pozostało trochę się uspokoić i skoncentrować. Robert jeszcze przypomniał o moim planie łamania 20 minut, co było bardzo miłe, ale jednak wywołało dodatkową presję.

    Fraszka wyrywała się jak zwykle. Chociaż dzisiaj to już przesadziła, bo poza linię startu wybiegała. ;-) Wystartowałyśmy zgodnie z założeniami. Tutaj małe wyjaśnienie dla tych, co pouczają i uwagę zwracają, że za szybko biegnę z Fraszką na początku. Otóż takie jest założenie, żeby biec tak, jak pies pozwala i wykorzystywać kiedy ciągnie. W zeszłym tygodniu to było przez pierwszy kilometr tempem 3.48. Ale wtedy Fraszkę spowalniałam, bo jednak tak szybko startować się bałam. Dzisiaj bez spowalniania, poza tym z pierwszej linii, więc wyszło 3.43, a pierwsze 500 metrów jeszcze szybciej. Na wyciągnięcie ręki miałam Grzegorza Pawła, a wielu szybkobiegaczy jeszcze za sobą. 

    Różnica była taka, że tydzień temu biegnąc tak szybko na początku czułam się dużo lepiej. Dziś było gorzej, co widać po tętnie, które gwałtownie skoczyło, a potem spadło. Spadło też dlatego, że tempo spadło. Wprawdzie drugi kilometr wyszedł jeszcze w miarę, bo 4.10, ale tempo bardzo szarpane też z tego powodu, że biegłam wtedy z dwoma psami... Ktoś spacerował z psem bez smyczy. Pies zobaczył moją Fraszkę i nic dziwnego, że za nią pobiegł. ;-) Potem udawał niedostępnego trochę, bo niby przed nią uciekał. Pomagało to trochę, bo Fraszka go goniła. Ale potem on zwalniał i wpadał mi pod nogi. Ostatecznie udało się go zgubić przed Rosarium, gdzie spotkał inne psie towarzystwo. Mnie tak wymęczyły te psie interwały, że kolejne kilometry coraz gorsze. Słońce może zbyt mocno nie grzało, ale mnie przeszkadzało. Fraszka sapała i zwalniała przy kałużach. 




    Ostatecznie do mety dotarłyśmy po 20 minutach i 25 sekundach. Całe szczęście, że tydzień temu zeszłoroczna życiówka porządnie poprawiona, bo inaczej żal by był wielki, że teraz niewiele do niej zabrakło. 
    Może taktyka jednak nie do końca dobrze zaplanowana, może pogoda nie sprzyjała. Albo inne okoliczności. A może mnie zabrakło woli walki, bo kiedy widzę, że szanse niewielkie, to tracę motywację. 

    Znajomi i nieznajomi, którzy słyszeli przed startem, że 20 minut łamię, pytali, czy się udało. Niektórzy nawet składali reklamację, że ich na 20 minut nie pociągnęłam. Reklamacje to do Roberta. Ja, a tym bardziej Fraszka za zająca się nie ofiarowałam. ;-) 

    Mówią, że mam na inny dystans się przerzucić, ale... to by znaczyło, że się poddałam. A przecież tak nie jest. Tyle, że teraz już trzeba zawiesić szybkie bieganie. To kolejna szansa na łamanie 20 minut pewno jednak za rok dopiero...

    Na pocieszenie dziś czternasty raz pierwsza wśród kobiet. Fraszka niestety dała się wyprzedzić szczeniakowi. ;-)
    A no i po zeszłotygodniowej życiówce jeden z szybkobiegaczy parkrunowych zaprosił mnie do znajomych na Facebooku. ;-)

    środa, 23 marca 2016

    Operacja "Łamiemy 20 minut"

    Tym razem wszystko idzie zgodnie z planem i nadspodziewanie dobrze, tzn. szybko. Lepiej niż jesienią wyjść to miało, bo podchody do życiówki zaczęły się już po maratonie. Ale na początku za ciepło, potem za ślisko, a w międzyczasie problemy z kolanami. Ostatnio słabe samopoczucie Fraszki. A teraz - w marcu - niż już przeszkodzić nie mogło. Życiówka pobita i to o całe 14 sekund! A jeszcze niedawno się zastanawiałam, czy może już osiągnęłam granice możliwości na tej trasie i na tym dystansie. Na szczęście okazało się, że nie. Zatem jak tu nie wykorzystać i nie pójść za ciosem?



    Chociaż Fraszka najpierw chciała dać nogę


    W najbliższą sobotę próbujemy ponownie. Na zeszłym Parkrunie pobiegłyśmy aż o 24 sekundy szybciej niż podczas 188. A teraz wystarczy poprawić się o 11 sekund. Tylko 11. Nie wiem, jak to zrobimy. Tętno wskazuje na to, że może się udać. Chociaż to tętno moje, a nie Fraszki. Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią - ścigamy się do końca marca, zatem to ostatnia szansa.


    Później rwała się do przodu


    Najnowsza życiówka udokumentowana na zdjęciach i filmie, które pokazują, że można.

    Parkrun # 189


    I tradycyjnie wyrywała do przodu, a to ja ją spowalniałam


    Strategia na najbliższy Parkrun - po konsultacjach - opracowana.

    A ona ciągnęła dzielnie nawet pod górę


    Wszelkie formy wsparcia i motywacji dla mnie i Fraszki (zarówno tutaj jak i na Cytadeli) mile widziane, a nawet bardzo oczekiwane. :-) 

    poniedziałek, 21 marca 2016

    A jak się uda, to będę... druga - o naszym drugim dogtrekkingu

    Po pierwszym dogtrekkingu odczucia ambiwalentne. Oczywiście u mnie. Ale jakie u mnie, takie również u Fraszki. Samo wędrowanie jej się podobało. Oczekiwanie przed i po już niekoniecznie. Ona pośród tak dużej liczby psów nie najlepiej się czuje. Woli grono znajomych najlepiej z Cytadeli. Kiedy jednak okazało się, że dogtrekking jest tak blisko, że nie trzeba jechać na Pomorze ani w góry, zapisałam się natychmiast.

    Żeby się Fraszka tak bardzo nie denerwowała, przyjechałam na tyle wcześnie, żebym ja się nie stresowała, i na tyle późno, żeby ona była w miarę spokojna. Na szczęście się udało. Odebrałam pakiet, który w porównaniu z pomorskim dogtrekkingiem, bardzo bogaty, bo zawierał butelkę wody mineralnej, wafelka, próbkę szamponu dla psa, smakołyk, kalendarz i numer startowy. Do tego oczywiście jakieś ulotki. No i oczywiście mapa i karta uczestnika.



    Przed startem trzeba się przywitać


    Przed odbiorem pakietu weterynarz sprawdzał wpisy w książeczkach zdrowia. I tak długo się wpatrywał, że myślałam, że zaraz wpis o szczepieniu Fraszki zniknie. Przed startem udzielił jeszcze mrocznej porady, jak rozdzielić walczące psy.

    A potem ruszyliśmy. Atmosfera jakaś taka bardziej przyjazna niż na tych pierwszych zawodach. Spacerujący, którzy się nie ścigali, z uśmiechem nas przepuszczali. Ci, którzy biegli, ale w przeciwnym kierunku, bo zaczęli zaliczać punkty od drugiej strony, też życzliwie machali. Bez problemu można też było wyciągnąć od nich informacje o punkcie, z którego przyszli. A punktów sporo, bo na 10 km - 10 punktów. Ostatnio jak startowałam, było ok. 12 km i 9 punktów. Tutaj więc częściej trzeba było się zatrzymywać. Wydawało się, że tempo całkiem szybkie, a przez zatrzymania spadało. Mimo to, czuję chyba większe zmęczenie. Bo bieganie też takimi zrywami: od punktu, do punktu. A przy punkcie jeszcze trzeba było rozwiązać zadanie. Potem szybko zapisać rozwiązanie, sprawdzić, gdzie dalej i znowu biec. 

    A zagadki na przykład takie

    Okazało się, że dużo osób startowało w takich zawodach po raz pierwszy i w ogóle nie miało pojęcia, że to tak będzie wyglądało. Tzn. myśleli, że przyjdą i pobiegną 10 km i tyle. A tu dodatkowe atrakcje. :-)

    Mnie i Fraszce poszło dużo szybciej niż ostatnio. Po drodze zakumplowałyśmy się z Alicją, Błażejem i Marcinem oraz ich psami. Fraszka szczególnie polubiła malamutkę, z którą dokazywała po drodze. Z labradorem za to się ścigała, bo każde z nich ma taką naturę, że musi być pierwsze. 

    Do mety dotarliśmy w podobnym czasie. Tam dowiedziałam się, że mam z Fraszką 2. miejsce wśród kobiet. Alicja i Błażej zajęli 1. pozycję w kategorii duetów.

    A na mecie ognisko


    Po biegu zaplanowany był ciepły posiłek i ognisko. Spieszyłam się trochę też dlatego, że chciałam szybko wrócić do domu. A tu pospieszyłam się za bardzo, bo 2. miejsce oznaczało, że trzeba poczekać do dekoracji, którą zaplanowano na godzinę 13.00. A była dopiero 11.30.

    Na podium też się spieszyć trzeba


    Poszłam zatem się przebrać, bo zgrzałam się dużo bardziej niż za pierwszym razem. Wydawało mi się, że znów może być więcej chodzenia niż biegania i za grubo się ubrałam. A tu biegi bardzo szybkie. Fraszka wciągnęła mnie na Dziewiczą Górę tak, że musiałam tylko nogami do przodu przebierać. I od razu przypomniałam sobie, że podczas crossu, który biegłam tam sama, na górę wchodziłam. 



    Nie pożałowałam, że zostałam. Jedzenia rzeczywiście mnóstwo: grochówka, kiełbaski i pączki. A do picia gorąca kawa i herbata. Poza tym nowe znajomości, a towarzystwo przednie. 

    Pozujemy ;-)


    Krótko po 13.00 dekoracja. Obłowiłyśmy się z Fraszką niesamowicie. To znaczy głównie ona. Wśród nagród mnóstwo psich przysmaków, m.in. z kurczakiem oraz dorszem z brokułami. A dla mnie duży kalendarz, długopis, medal i dyplom.

    niedziela, 20 marca 2016

    Przygotowania do maratonu - tydzień piąty

    Maraton coraz bliżej, a treningi coraz... lżejsze. ;-) Tzn. przynajmniej w tym tygodniu nie było męczących odcinków BC2. Ale w sumie miałam za to rytmy w tempie 4.55/1km no i wybieganie z BNP, więc tak naprawdę chyba gorzej. Ale nie odczułam tego tak bardzo i to chyba dobrze. :-)

    Ale po kolei. Ze względu na udział w zawodach dogtrekkingu, które zaplanowane były na niedziele, wszystkie inne treningi biegowe zostały poprzestawiane. We wtorek biegałam wg planu na środę, czyli:


    Trening nr 1 OWB1 4 km plus WT 4 razy 2 km (tempo odcinków 4.55/1km) plus trucht 2 km



    Trening nr 2 OWB1 8 km plus podbiegi 10 razy 120 m plus trucht 2 km


    Trening popołudniowy z Fraszką. Trochę skróciłyśmy, bo jej gorąco było, zwłaszcza na podbiegach. W czwartek dałam jej wolne, a w piątek tylko spacer i poskutkowało świetnym biegiem w sobotę na Cytadeli.


    Trening nr 3 OWB1 10 km plus BNP 12 km (4 km - 5.35, 4 km-5.30, 4 km-5.25) plus trucht 4 km

    W czwartek trening przełożony z niedzieli. Trochę męczący, ale na szczęście przed weekendem był wolny piątek. Zakręciłam się trochę, a właściwie za wcześnie zawróciłam i potem zabrakło kilometrów. Poza tym trudno mi tak dokładnie utrzymać założone tempo. 
    Wnioski jednak pozytywne, bo tętno niższe niż zwykle.
    Trening 4. i 5. w osobnych wpisach - o Parkrunie i dogtrekkingu na Dziewiczej Górze.
    Bo w niedzielę niby OWB1 km, ale jak to na dogtrekkingu nie do końca tak było, bo bieg szybszy, ale z przerwami.

    sobota, 19 marca 2016

    Pogoda w marcu odlotowa, więc życiówka jest już nowa :-)

    Informacja najważniejsza:




    Wyników oficjalnych jeszcze nie ma, bo dzisiejszy prowadzący sobie biega w Maniackiej. ;-) Zdjęć też jeszcze nie ma, choć fotografów dziś na trasie mnóstwo. Dużo też wolontariuszy, też z powodu tego późniejszego biegu. W roli wolontariusza wystąpiły osoby, których wcześniej na tym miejscu rzadko widziano. ;-)



    Trasa dziś z przeszkodami, bo już zaczęły się przygotowania do Misterium Męki Pańskiej, które wieczorem na Cytadeli. Przez to już po kilkuset metrach... płotek, który trzeba było przeskoczyć albo ominąć, co ja z Fraszką uczyniłam. Jakoś mając w pamięci jeden feralny skok, wolę nie kombinować z innymi. Całe szczęście, że usunięto z trasy samochody, które blokowały końcowy odcinek prawie na całej szerokości. 

    Ja już dziś po wdrapaniu się na górę stwierdziłam, że mi się nie chce. Na szczęście była ze mną Fraszka, która od kilku tygodni piszczy z radości na sam widok Cytadeli. Kiedyś też tak reagowała, ale zwykle, kiedy widziała tam inne psy. Kiedy psów nie ma, też piszczy, więc to raczej ochota do biegania. Chociaż na trasie dziś też psów mnóstwo. Trudno stwierdzić, czy ich obecność bardziej przeszkadzała czy pomagała. Fraszka na ich widok trochę skręcała, ale jednak przyspieszała. 



    Po tym pierwszym płotku czułam, że jakoś dziwnie dziś biegniemy, jakby zakrętów więcej było. A może źle się ustawiłyśmy? Wydawało mi się, że nadrabiamy drogi niepotrzebnie. Pierwszy raz chyba zdarzyło mi się spojrzeć na zegarek wcześniej niż po 1.kilometrze, a tam czas: 2 minuty, tempo 3.50. Czyli za szybko oczywiście. Pomyślałam, że przez te kilkaset metrów do oznaczenia 1 km trochę zwolnię. Ale tam z górki było, więc nie wyszło. Pozostawało tylko nie zwolnić za bardzo na 2. kilometrze. Zaobserwowałam tydzień temu i dziwi mnie to bardzo, że pomimo tego, iż zwalniam po tym 1. kilometrze, jednak na drugim dużo osób wyprzedzam. A jak mi się to udaje, to jeszcze większej mocy dostaję, żeby kolejnych wyprzedzać. I tak mniej więcej do końca 3. kilometra. 4. to niestety nadal najgorszy. Wszyscy powiedzą, że to normalne, bo czołgi itd. Ale zwalnianie do 4.17 to i tak za bardzo. Tam też oczywiście pani fotograf. Na mój widok zawołała: "Pierwsza pani, brawo!", więc mnie to trochę popchnęło do przodu. Fraszka mi na kilka sekund zwolniła, ale ją zachęciłam do przyspieszenia i pomogło. Widać wspólne treningi też nam dużo dają. Jeszcze przed samą metą kolejna przeszkoda. Dogonił nas jeden pan, który spowodował, że przyspieszyłyśmy. Przepuścił nas mówiąc: "panie przodem". Przed przedostatnim zakrętem spojrzałam na zegarek (czego też raczej nie robię) a tam 18.00. Przede mną nieco ponad 500 m. Dziś wyjątkowo często spoglądałam. Patrzyłam też, kiedy było już 19.37 i szanse na złamanie 20 właściwie odpłynęły. Dobiegając do mety, zauważyłam, że na zegarze 20.04. Dociągnęłam więc do końca i zatrzymałam Garmina na 20.10. Fraszka przede mną, więc czas oczywiście ma lepszy. ;-) 



    Żartowaliśmy przed biegiem z Pawłem, który był dziś wolontariuszem i uruchamiał ten zegar na starcie, że ma mi zatrzymać na 20.15. A tu wyszło nawet wcześniej. Tzn. ja wcześniej dobiegłam. ;-)



    Dziś na mecie tylko 97 biegaczy, a dzięki temu 16. miejsce. Czas lepszy od życiówki z 28 marca 2015, a miejsce gorsze. Wtedy było 13. A dziś 13 raz dobiegłam jako pierwsza. Jak będzie oficjalnie wiadomo, jaki czas, to zmienię tablicę z rekordami na blogu. :-)

    Wychodzi na to, że... za tydzień Operacja "Łamiemy 20 minut". :-)

    czwartek, 17 marca 2016

    Już za miesiąc półmaraton

    Przygotowania do maratonu oczywiście pełną parą. Ja tak jakoś bez pary, to chyba znaczy, że wymagające i efekt będzie dobry.
    Półmaraton tegoroczny znów wpleciony w te przygotowania. Ostatnio wyszło to bardzo dobrze. Teraz nie jestem do końca przekonana. Według specjalistów z czasopisma "Bieganie" treningowy półmaraton powinno się pobiec pięć tygodni albo trzy tygodnie przed maratonem. A mój wypada cztery. Chociaż tym się mniej przejmuję niż np. tym, że jednak nie dam rady utrzymać planowanego tempa. 
    W zeszłym roku problemy były mniejsze, bo mój ówczesny rekord wynosił ponad dwie godziny, więc pobijałam go wielokrotnie nawet podczas treningów. Założony wynik poniżej 1 h 50 min też nie był tak wygórowany. Przynajmniej trener tak twierdził, bo w rzeczywistości to ja się ledwo zmieściłam. :-) Teraz gorzej, bo marzenia o 1 h 40 min. A jak ktoś na znajomym blogu napisał, to duża poprawa jak na półmaraton. O czym ja myślę zresztą. Jeden rok miałam wyniki około 2 godzin, przez następny miałam walczyć z ich złamaniem, a tymczasem biegałam po 2 h 20 min do nawet 2 h 30 min... Dopiero rok temu cel udało się zrealizować. Ale też przygotowania inne. Myślę, że jak będzie czas około 1 h 45 minut, to też będzie dobrze. Jakoś nie wyobrażam sobie, żebym mogła 21 km przebiec w tempie 4.50/km. 


    Z przyjemniejszych, niebiegowych rzeczy, to wiadomo już coraz więcej o pakiecie, w którym znajdą się:
    • numer startowy + agrafki
    • jednorazowy chip do pomiaru czasu
    • gąbka
    • worek na odzież do szatni
    • bon na Pasta – Party oraz piwo
    • startową koszulkę marki 4F
    • żel energetyczny Diamant PRO Sport
    • worek półmaratoński


    Mam dziwne wrażenie, że im droższe pakiety, tym mniej ciekawe. A może w mniejszych miastach, jak np. Pobiedziska czy Murowana Goślina, biegi są jakoś lepiej dofinansowane? Myślę np., że dla osób, które zapisały się dużo wcześniej i zapłaciły 90 zł, koszulki mogłyby być bardziej spersonalizowane. Sam numer z imieniem, to żadna łaska. Chociaż koszulki brzydkie takie, że pewnie i tak często nosić nie będę. 


     Trasa za to mi się podoba. I jeszcze to, że start o 9.00, a nie o 10.00 jak rok temu. Zawsze miałam sentyment do Malty, ale po maratonie ze startem i metą na Targach Poznańskich stwierdzam, że to dobre rozwiązanie. Muszę kiedyś znów pobiec ten półmaraton jako bieg docelowy i się odpowiednio do niego przygotować, to się okaże, na ile rzeczywiście mnie stać na tym dystansie.

    A liczydło biegowe pokazuje tak:

     

    wtorek, 15 marca 2016

    Ćwiczenia rozciągające

    Jakiś czas temu obiecałam, że coś o ćwiczeniach pozabiegowych napiszę. Podobno biegacze najbardziej w bieganiu lubią bieganie, co nie jest dziwne wcale. Niestety nie zawsze samo bieganie wystarczy. A mnie nawet ostatnio takie ćwiczenia uzupełniające zaczęły sprawiać większą przyjemność niż... nie napiszę niż bieganie, ale większą radość niż do tej pory. Chociaż prawda jest taka, że prawdziwa satysfakcja występuje tylko po dobrze wykonanym treningu biegowym. O tym poczuciu satysfakcji i uzależnieniu od biegania w jednym z późniejszych wpisów też wspomnę.

    O ćwiczeniach wzmacniających też napiszę kiedy indziej. Dzisiaj tylko o rozciągających. Jakiś czas temu temat rozciągania po biegu pojawił się na znajomych blogach. Przyznaję od razu, że kiedyś specjalnie się tym rozciąganiem nie przejmowałam. Podobnie jak rozgrzewką. Nigdy specjalnie na to czasu nie było. A później pojawiały się kontuzje i inne problemy, nie wiadomo, skąd i dlaczego. A ja np. przez długi czas cieszyłam się, że nie mam problemów z kolanami, a teraz długo już je mam. Ostatnio może mniej, ale ciiiiii. ;-)

    Problemy z kolanami chwilowo zażegnane po zakupie specjalnych wkładek i... nastawieniu na rozciąganie. Jeszcze przed wizytą u specjalisty odkryłam, że kiedy dobrze rozciągnę się po biegu, to kolano aż tak nie boli. Co to znaczy dobrze? U mnie dobrze to z taśmami. A taśmy mam takie:



    Tyle, że moje: żółta, różowa i niebieska.  Ale co tam kolory? - Też tak pomyślałam, kiedy mnie lekarz zapytał. Oto odpowiedź:



    Wiedziałam, że ten opór różny, ale nie myślałam, że zaznaczony kolorami. W każdym razie zaczynałam spokojnie od żółtej, potem przerzuciłam się na różową. Tyle, że od tego rozciągania różowa się już pozrywała, a nie myślałam, że to możliwe w ogóle.

    Ćwiczenia rozciągające wykonuję teraz regularnie po każdym bieganiu. Jeśli nie uda mi się zaraz po treningu, np. po Parkrunie, to rozciągam się w domu. Chociaż nad Rusałką już zdarzyło mi się wymachiwać nogami z taśmami. W każdym razie, nie odpuszczam, bo dzięki temu kolano naprawdę mniej znać o sobie daje. A wystarczy rozciąganie około 15-20 minut.

    Ćwiczenia wygrzebane w książce pt. "Projekt bieganie", którą można było kiedyś wygrać na Parkrunie:














    Jak widać, zamiast taśm mogą być gumy. Polecam i ćwiczenia, i książkę, bo w niej również inne propozycje na rozgrzewkę i rozciąganie.



    MOJE REKORDY

    MOJE REKORDY

    Turystyka parkrunowa

    Turystyka parkrunowa