poniedziałek, 29 lutego 2016

Przygotowania do maratonu - tydzień drugi

Ten tydzień przygotowań trochę podobny do poprzedniego i trochę inny.
Trochę według planu, a trochę z modyfikacją. Przede wszystkim w tym tygodniu rezygnuję z jednego treningu biegowego, który nadal uznaję za dodatkowy, jako że zwykle biegałam cztery razy w tygodniu, a nie pięć. Ponadto w tym tygodniu planowane dwa starty w weekend: sobota Cross Zimowy w Pobiedziskach - 10 km, a w niedzielę - 5 km na Cytadeli - bieg Tropem Wilczym. Zatem zwykły harmonogram się też zmienia.

Wtorek - trening biegowy wg planu, czyli:
OWB1 6 km + 8 razy rytmy 30''/60'' + 2 km trucht
w moim wykonaniu - pierwsze 3 km z kijem - na szczęście po ciemku, to niewiele osób mnie widziało. ;-)


Środa - dzień wolny - masaż :-)

Czwartek - wolne wybieganie: OWB1 20 km
Bo nie wierzę, że organizm się przestawia na długie wybiegania na niedziele, bo to by znaczyło, że się przestawi w niedziele na taki tryb wolny, a przecież w zawodach ma być szybciej. :-)


Dziwny to był trening. Takie wybieganie w środku tygodnia... Poza tym bieganie po południu. Wracałam z pracy, myśląc że gorąco, bo słońce tak świeciło. Na szczęście zdecydowałam się założyć bluzę, chociaż termometr wskazywał 7 stopni. Nad Trasą Katowicką 6. Ale ciepło. Rękawiczek nie wzięłam. W trakcie jakoś tak wiać zaczęło, grad posypał czy śnieg... Zimno mi było niesamowicie. No i nic dziwnego, bo temperatura spadła do stopnia jednego... Brrr!

Trening ciut szybszy niż w planie. 1 kilometr biegu na palcach i kilkaset metrów tyłem - więcej nie dałam rady. ;-)

Piątek - dzień wolny

Sobota - przełożony trening z czwartku, czyli wg planu OWB1 4 km + 10 km BC2, a w praktyce...
ciut szybciej - szczegóły w opisie crossu w Pobiedziskach.

Niedziela - 5 km, czyli przełożony Jest ParkRUN, jest FUN, czyli szybka piątka na Cytadeli - szczegóły w osobnym wpisie.

niedziela, 28 lutego 2016

Niewidzialne kobiety, czyli o tym jak z piątego miejsca wskoczyłam na trzecie - Tropem Wilczym

Od rana tradycyjnie mi się nie chciało. ;-) I też tradycyjnie się wygrzebałam i pojechałam. Trwało to dłużej niż gdybym jechała sama, bo musiałam jeszcze spakować Fraszkę. Dziwnie to brzmi i wygląda pewnie, ale osoby, które mają psy, dobrze wiedzą, o co chodzi. Zwłaszcza jeśli przewożą psa w klatce, w której on normalnie sypia.

A na Cytadeli wyjątkowo dużo psów i to nie tylko spacerujących i towarzyszących, tylko biegających. Był oczywiście dobry znajomy Fraszki z Parkrunu - Lolek, więc się radośnie przywitali, a nawet zaplątali. 
Kiedy odbierałam pakiet, zaczepiła mnie organizatorka i zapytała: "Czy pani chce biec z tym psem?" - zabrzmiało to jak pretensja, więc odpowiedziałam pytaniem: "A nie mogę?". Ona na to, że mogę, ale... żeby pies rac się nie wystraszył. Odparłam, że się nie wystraszy, bo to pies szkolony do przekazywania komunikatów podczas wojny. Dziwnie na mnie spojrzała, więc jej przypomniałam, że już Fraszkę dokarmiała podczas Biegu Noworocznego. O tym, że Fraszka dwa tygodnie temu była na podium na biegu, gdzie byli ci sami organizatorzy, już nie mówiłam. Widać tyle biegów, że nawet zwycięzców się nie pamięta. A może za mało razy zwyciężamy. ;-) 

Fraszka przed startem trochę nerwowa, bo dość długo czekaliśmy na start. Kiedy już zbliżała się pora, okazało się, że dużo osób nie odebrało jeszcze pakietów. Organizator najpierw ogłosił, że start nie będzie przesunięty. Ale potem zmienił zdanie. Niepotrzebne do tego były groźby i ostrzeżenia, że "następnym razem nie przesuniemy", bo wszystkich interesowało tu i teraz. Po tej informacji zdenerwowana Fraszka zaczęła ujadać i wyrywać się do przodu. Trzymałam ją tak przez kilkanaście minut - potem się dziwię, że po biegu mnie bolą ręce. ;-) Po następnych komunikatach informujących, żeby zbierać się na starcie do odśpiewania hymnu, jakoś się uspokoiła. Pewnie dlatego, że informacje przez mikrofon a nie przez tubę padały. A ten dźwięk jej tak bardzo nie drażni. Poza tym, nastawienie biegaczy też wyraźnie się zmieniło, bo na chwilę wszyscy zapomnieli o ściganiu, tylko śpiewali. 





Mnie - choć z celów mało patriotycznych biegłam - nastrój się udzielił. Fraszka jak na komendę, zrobiła waruj i wytrzymała tak prawie wszystkie zwrotki. Na chwilę wstała i znów się położyła tak, że musiałam budzić ją na odliczanie do startu. Nie wiem, gdzie te race, bardziej je było widać i słychać na grudniowym Biegu Powstania Wielkopolskiego. Tym razem spokojnie. Ale Fraszka po przebudzeniu oczywiście wyrwała. Zastanawiałam się, czy nie poleci trasą Parkrunu, ale nie biegła na pamięć, tylko goniła tych, co przed nami. 


Wykres tempa mojego biegu jest podręcznikowym przykładem: jak nie należy biegać. Wystartowałyśmy tak, jakbyśmy w biegu głównym na 1963 m biegły. Kilka kobiet jeszcze szybciej, bo wyprzedzałyśmy na drugim kilometrze. Dwa równe kilometry po 4.02 napawały mnie nadzieją, że dalej też będzie dobrze. Ale... Przed nami biegł pan z huskym, którego Fraszka ścigała. Ja też chciałam wyprzedzić jeszcze jedną dziewczynę, którą dostrzegłam przed sobą. Po chwili okazało się, że i dziewczyna, i pan z huskym kończą bieg po krótszym dystansie. Na chwilę jakoś motywacja spadła. Zwłaszcza, że widząc, iż zbliżamy się do mety, zastanawiałam się, czy czegoś nie pokręciłam i za chwilę też nie będę musiała skończyć. Niby trasa była tłumaczona przed startem, ale niewiele z tego załapałam. ;-) Na szczęście dla osób kontynuujących bieg na 5 km skręt był tuż przed metą, więc jednak się nie zgubiłam. :-) 

Chwilowo motywacja spadła i tempo też. Wiedziałam, że mam parę szybkich kobiet za sobą, ale jakoś osłabłam. Fraszka niestety też. Wyprzedziła nas więc dziewczyna z Maratończyka a potem Małgosia z Parkrunu. Po drodze pas się znowu odpiął, ale przez to, że Fraszka w tym momencie już raczej na bok ciągnęła, to nawet lżej mi się zrobiło. Dobrnęłyśmy do mety, ale Fraszka już w pozycji: "udaję, że wcale panci nie ciągnęłam", czyli za mną tak, że aż konferansjer na nasz widok wołał: "Dalej psina, nie spowalniaj pani". A jeszcze na ostatniej prostej objawił się wcześniej ścigany pan z huskym. Niestety nie stał za metą tylko z boku, więc jeszcze parę sekund nam umknęło. 



Niestety nie było takiego finiszu jak wczoraj. Fraszka znów usłyszała, że przytyła. To może coś z nią nie tak jednak i forma szybciej słabnie. 

Policzyłam, że dobiegłam jako trzecia kobieta. Znajomi też mówili, że druga albo trzecia byłam. Ale po chwili oficjalne wyniki i mówią, że trzecie miejsce zajęła Małgosia, która mnie wyprzedziła. Czyli jakieś niewidzialne kobiety przed nami. Źle policzyłam, jak w Pniewach. Napoiłam i nakarmiłam Fraszkę, zbierając się już do domu, kiedy nagle korekta wyników i Małgosia pierwsza, a ja trzecia! No to trzeba było na dekorację poczekać. :-)

Kolejka do punktu żywieniowego nieziemska. Ja przygotowana ze swoim jedzeniem i herbatą, więc się nie przejmowałam. Potem się tak długo zajadałam, że prawie na podium z herbatą bym wejść musiała. 

Ale weszłam tylko z Fraszką. Chociaż właściwie ona obok stała, bo za bardzo jej nie zależało na staniu na podium, zwłaszcza że mało stabilne było. W nagrodę puchar i książka. Jeden z organizatorów przeprosił, że nie mają nic dla pieska i wyraził nadzieję, że dostanie coś dobrego od pani. No to dostała. :-)



A ja też po biegu jeszcze na zupę się załapałam. Potem kilka wspólnych zdjęć i w końcu naprawdę pora do domu... 
Podium cieszy, chociaż czas nie zachwyca. Może to efekt wczorajszego crossu, bo kolano w nocy o sobie przypomniało. Na Fraszkę zwalać nie będę, ale widać wyraźnie, że ostatnio nie jest w formie. Tyle, że ruch jej zalecony, no to biegamy razem. Wkrótce będę musiała pobiegać trochę sama, to się okaże, czy będzie różnica. :-)

sobota, 27 lutego 2016

Poloniści językoznawcy nie powinni biegać

Dzisiaj cross zimowy, chociaż pogoda niezimowa w Pobiedziskach. ;-) Ubrałam się dość grubo, bo po ostatnich przygodach na treningu, kiedy wyszłam i było 6 stopni, a wróciłam kiedy ochłodziło się do 1, trochę się obawiałam. Ale dzisiaj odwrotnie. Dzisiaj to się ocieplało.

Musiałam zrezygnować z udziału w Parkrunie. Nie napiszę, że chciałam, bo nie chciałam. Ale tak zakładałam - skupię się na crossie, to nie będę się męczyć wcześniej na Cytadeli, bo żaden bieg mi dobrze nie wyjdzie. Pomysł z wolontariatem na Parkrunie też odrzuciłam, obawiając się, że nie zdążę pakietu odebrać. Ale byli tacy, co pobiegli w Poznaniu, a potem w Pobiedziskach i bez problemu udało się to pogodzić. Przynajmniej logistycznie. :-)

Ja ze spokojem pojechałam prosto z domu. Dotarłam bez problemu przed 10.00 (w moim przypadku to duży postęp, że się nie zgubiłam ;-)). W biurze szybko odebrałam pakiet. Chociaż okazało się, że na liście jestem pod numerem 117, a biegłam z numerem 122. Problem był tylko taki, że chciano mi wręczyć czarną czapkę, a wybrałam szarą, to jakoś bym przeżyła. Ostatecznie i to udało się odkręcić. A dzisiaj pakietowo udało mi się całkiem dobrze obłowić. :-)


Bo poza czapką jeszcze magnezm Kalivit, pomadka i długopis. Do tego oczywiście mnóstwo ulotek. Ale jak za 20 zł to całkiem przyzwoicie. ;-)

Po odebraniu pakietu, żeby nie myśleć za dużo, jak bardzo mi się nie chce, poszłam porozmawiać ze znajomymi i posłuchać, jak bardzo im się nie chce. ;-) I jakoś wtedy bardziej mi się zachciało. Może dlatego, że weselej się zrobiło. Metę przywieźli. To znaczy baner z napisem "meta". Zastanawialiśmy się, czy start też będzie. Okazało się, że napis "start" jest z drugiej strony. I jakoś tak startowaliśmy z mety, a dobiegaliśmy do startu... To chyba żeby na zdjęciach odpowiednio wyglądało. ;-)

A zdjęć dzisiaj mnóstwo. Niby impreza kameralna na nieco ponad 100 osób, a tu z każdej strony fotograf albo kamerzysta. Jeszcze koleżanka film kręciła, bo kamerkę do biegania dostała, więc planowała trasę sfilmować. A zdjęcia to chyba z każdej strony dzisiaj miałam: z tyłu, z przodu, z dołu... i z profilu... bo nawet aparaty zmieniali odpowiednio. :-) Może dlatego, że zawodników tak mało, to mi się wydawało, że zdjęć tak dużo. Na razie żadnego nie widziałam.


Miałam dzisiaj pobiec zgodnie z założeniem planu treningowego z czwartku, ale... oczywiście nie posłuchałam i tak jakoś mnie poniosło, że zamiast tempa 5.10-5.20, wyszło 4.50. Cóż... Pierwszy kilometr dość szalony, ale ciasno, więc trzeba się było trochę przepychać. Poza tym przed startem powiedziano nam, że będzie wąsko i że na 9 kilometrze trasa się dubluje, to możemy się nie pomieścić. Dodatkowo dokładna informacja, że "po przeskoczeniu drugiego drzewa, omińcie też gałęzie". Istotna wiadomość dla mnie, która lubię wpadać w różne rzeczy leżące za drzewami. ;-) No i zmyślnie z komunikatu wydedukowałam sobie, że będą przynajmniej dwa drzewa do przeskoczenia. W rezultacie były nawet trzy. 

Po pierwszym kilometrze jak się uspokoiłam, to oczywiście zwolniłam. Na trzecim więc wyrównanie tempa, ale w moim przypadku to jeszcze nie do końca wychodzi. Koleżanka przed startem pytała, czy mi nie będzie za gorąco w bluzie. Po trzech kilometrach właśnie uznałam, że gorąco, ale głównie w ręce. A dziś akurat założyłam rękawiczki. Bluza gruba, ale jej plus taki, że ma kieszenie, więc tam rękawiczki wsadziłam i od razu mi się chłodniej zrobiło. ;-)  

I nawet zaczęłam wyprzedzać wtedy. Niby wcześnie, ale na mnie to i tak dziwne, bo ja zwykle tak startuję, że potem to tylko mnie wszyscy wyprzedzają. ;-) A dzisiaj pomału, spokojnie, ale mijałam. Atmosfera na trasie też mi pomagała, bo dużo wolontariuszy pilnowało, żebyśmy nie pobłądzili. I całe szczęście, bo w jednym miejscu naprawdę nie wiedziałam, co zrobić. Patrzę w lewo: zamknięte i stoją ludzie, to pewnie w prawo, a tam też zamknięte. Musiałam wyglądać na zdezorientowaną, bo krzyczą do mnie: "prosto, prosto", a droga prosto dla mnie niemal niewidoczna - taka niepozorna wąska ścieżynka, oczywiście pod górę. A na niej kawałek dalej pani fotograf tak pstrykała, że chyba buty mi sfotografowała nawet. :-)

Po pięciu kilometrach kryzys jakiś. Chyba dlatego, że ostatnio najwięcej piątek biegam. Ale jakoś tak po sześciu kilometrach się zebrałam, że trzech panów na raz wyprzedziłam. Dwóch spojrzało krzywo na mnie, a trzeci jeszcze zdopingował do przyspieszenia. Ten trzeci to całą drogę właściwie mi towarzyszył, a właściwie jego głos, kiedy krzyczał za mną: "Brawo kibice, brawo obsługa!" itp. Potem na chwilę mnie wyprzedził. Później właśnie ja jego. Niestety poniosło mnie tak tylko kilometr, bo ostatnie dwa były dużo gorsze. Może przez te drzewa, co trzeba było przeskakiwać, może trochę pod górę było, a może po prostu zmęczona byłam. Nie słuchałam już kibiców, z których śmiałam się na początku, bo jedni krzyczeli: "Biegnijcie, biegnijcie, tylko czemu tak szybko?" a inni: "Dlaczego tak wolno?". Ci na końcu moje imię skandowali, bo założyłam koszulkę imienną. Trochę pomogło. Bardziej chyba jak mnie ten pan znowu wyprzedził, krzycząc: "czekają już na nas". Przerażająco to zabrzmiało, jakby na mecie coś nieprzyjemnego nas miało spotkać, więc chyba nie dlatego przyspieszyłam. Pewno się łudziłam, że go jeszcze wyprzedzę. Ale szans nie miałam, ponieważ on zszedł z trasy tuż przed metą. Widziałam, że był z klubu z Pobiedzisk i chyba jako prywatny zając drugiego biegacza prowadził. Nie wyprzedziłam, ale przyspieszyłam w końcówce do tempa 3.43. Chyba też, żeby się w 49 minut zmieścić, bo widziałam na zegarze 48.40...

Na mecie odebrałam medal, który dopiero potem obejrzałam i zauważyłam datę zapisaną jako "27 luty", dlatego napisałam, że poloniści nie mogą biegać. Na numerze startowym parę razy z takim błędem się już spotkałam, ale na medalu... Szkoda trochę, bo ten medal na lata zostanie. :/

Po medalu chwyciłam wodę i Red Bulla. Tego drugiego zwykle nie piję, ale po biegu brakowało mi wszystkiego. Żałowałam, że przed startem nie zjadłam żela, ale skończyły się i nie zdążyłam kupić. A może pomógłby w drugiej połowie, jak na Biegu Walentynkowym. Chociaż trudno porównywać, to chyba w Pobiedziskach trudniejsza trasa. No i wsparcia drużyny nie było. ;-)

Kiedy już na początku widziałam, jak kilka kobiet wystrzeliło do przodu, to już nie myślałam o specjalnie dobrym miejscu, tylko raczej o przyzwoitym czasie. Potem się okazało, że na ich tle tak źle nie wypadłam. Tzn. pierwsza z czasem poniżej 42 minut zdeklasowała wszystkie, ale druga i trzecia powyżej 47 minut mogły być w zasięgu. Kiedyś. :-) Ja zajęłam 6. miejsce na 44 kobiety, 3 K-20, ale oczywiście nie było nagród w kategoriach wiekowych, 35 pozycja na 126 wszystkich zawodników. 

No to poza tym medalem, zadowolona. :-) Bo po biegu jeszcze grochówki się najadłam. Po wręczeniu pucharów było losowanie nagród: talonów na benzynę, voucherów do klubu fitness, salonu fryzjerskiego, kosmetycznego... Mnie tam najbardziej książka "Panteon polskiego sportu" by ucieszyła, bo taka namacalna nagroda, nigdzie iść nie trzeba i... w końcu książka! :-) Wygrałam za to kartę Piasta, która w związku z akcją, od marca ma uprawniać do zniżek w różnych obiektach na Szlaku Piastowskim. Znajomy liczył na wygranie nagrody dla numeru - założono, że otrzymają osoby na miejscu 27 i 69. A znajomy tak finiszował, że wyprzedzał i dobiegł jako 68.... Czasem lepiej nie wyprzedzać. ;-)

Zmęczona trochę jestem. Trzeba odpocząć przed jutrem. Po Biegu Powstania Fraszka polubiła patriotyczne imprezy, to ją jutro też zabiorę na Cytadelę. :-)





piątek, 26 lutego 2016

Startowy weekend

Dawno się tak nie zdarzyło, żeby tyle startów weekend było. To znaczy aż dwa. ;-) Ostatnio jakoś przestrzegałam zasady, że jak się w niedziele startuje, to w sobotę się nie biega a jak w sobotę się biegnie w południe, to nie biegnie się rano itp. 

A teraz tak jakoś wyszło. ;-) No nie wyszło, bo chciałam w Pobiedziskach pobiec, ale nie udało mi się w pierwszej turze zapisać. Podobnie było z biegiem Tropem Wilczym. Za drugim razem udało się i tu, i tu, więc biegnę oba. :-) 

Miesza mi to trochę w planie przygotowawczym do maratonu, ale trochę pozamieniałam i zmodyfikowałam treningi, więc chyba wielkich szkód nie będzie. Przynajmniej na tym etapie. 

Zatem jutro 10 km crossu w... Pobiedziskach miało być, a tu widzę jakaś zmiana i jest Promno.


Mam nadzieję, że się na tej trasie nie zakręcę i bezpiecznie dotrę do mety.



Powyżej przygotowane pakieciki, a poniżej część ich zawartości


O ile dobrze pamiętam, to szarą wybrałam. To będzie taka szara jak koszulka w pakiecie na półmaraton poznański. ;-)


A niedziela - 5 km Tropem Wilczym. Zobaczymy, jakie siły będą po sobocie.



czwartek, 25 lutego 2016

Projekt "Życie bez cukru" - podsumowanie

Miało być życie, a tu już podsumowanie? Po niecałych dwóch miesiącach? Cóż... Można przyjąć założenie, że bez cukru żyć można za prawdziwe. Pewnie bez wielu rzeczy można. Ale czy trzeba? Zależy, jaka jest potrzeba. :-)

U mnie w zasadzie była taka, że... chciałam sprawdzić, jakie będzie samopoczucie. Czy bez zbędnego cukru będzie mi się lżej i szybciej biegało. Inna sprawa, że ktoś życzliwie zauważył, żeby mi się to przydało... A w zasadzie to miesiąc i tak za krótko, żeby sprawdzić. Zmian spowodowanych innym odżywianiem nie dostrzegam. A życiówkę na Parkrunie zrobiłam rok temu, jak się normalnie odżywiałam. :-)

Pomysłu nie żałuję. Potrawy i przepisy oczywiście jeszcze wykorzystam. Ale przyznam, że nawet po tych zdrowych niby-ciastach pojawiła się ochota na coś naprawdę słodkiego. :-)

środa, 24 lutego 2016

Jak się pozbyć marchewki?

Dzisiaj wpis o żywieniu, ale nie moim tylko Fraszki w końcu. Chociaż niektórzy przysięgają, że danie jadalne także przez ludzi. ;-)

Zainspirowana wpisem na blogu Dziabongowo z przepisem na psie trenerki o smaku wątróbki z ziołami,
postanowiłam też takie zrobić.
Po pierwsze - sama chęć dogodzenia mojemu psiakowi, a po drugie, że sucha tradycyjna karma ostatnio
nie służy, więc ostatnio trochę eksperymentuję z pożywieniem.




Wątróbki w sklepie nie było. Poszukałam trochę w sieci i znalazłam mnóstwo przepisów na ciastka i ciasteczka dla piesków. Na początek wybrałam marchewkowe. :-)

Składniki:
2 marchewki starte na małych oczkach tarki
250g mąki pszennej
0,5 szklanki płatków owsianych
1,5 łyżki miodu
1 jajko
60ml jogurtu
0,5 łyżeczki soli
0,5 łyżki cukru
50g miękkiego masła




Wszystkie składniki wymieszać i zagnieść miękkie, elastyczne ciasto. Rozwałkować i wycinać foremką ciasteczka. Piec ok 15 minut w temperaturze 180 stopni.

Fraszka zjadła ciasteczka niemal z moją ręką. ;-)

wtorek, 23 lutego 2016

Muffiny jogurtowe

Wcale one z założenia nie miały być jogurtowe. Przepis podstawowy zakłada:
2 szklanki mąki, 250 ml mleka (lub jogurtu), 75 ml oleju, 100 g cukru, 2 jajka, 2 łyżeczki proszku do pieczenia.
To u mnie zmodyfikowane - mąka pełnoziarnista, jogurtu zamiast 250, to 400 g (ale to już wedle uznania), olej rzepakowy, cukier trzcinowy. Do tego oczywiście wszelakie dodatki: rodzynki, żurawina, orzechy
i czekolada - im więcej czekolady tym oczywiście bardziej słodkie. :-)



poniedziałek, 22 lutego 2016

Urozmaicony trening biegowy

Od jakiegoś czasu wprowadzam do planu treningowego różne ćwiczenia, zwłaszcza wzmacniające kręgosłup. Wykonuję je stacjonarnie w domowej siłowni, którą pomału wzbogacam w nowe sprzęty. 
Ale teraz w planie więcej treningów biegowych, które także można urozmaicać.

Jednym z dodatkowych ćwiczeń podczas biegania jest właśnie bieganie na palcach - nie biegam tak długich odcinków, tylko po kilkaset metrów, w sumie około 1-2 km w  czasie jednej jednostki treningowej. A skąd się to wzięło? Oczywiście z problemów z kolanami. Rozmawiałam o tym z kilkoma biegaczami, doszliśmy wspólnie do wniosku, że bóle mogą być spowodowane nierównomiernym obciążeniem. A bieganie na palcach może być dobrym ćwiczeniem wspomagającym. Zalecają to m.in. specjaliści z Dynasplint, ale nie tylko.



Inne ćwiczenie - to bieg boso. Próbowałam, ale tylko latem. Więcej na ten temat np. na stronie:
Bieganie na boso

Jakiś czas temu stosowałam bieganie z ciężarkami na kostkach, ale po tym, jak zaczęły mnie męczyć kolana, za bardzo się boję. Za to biegam czasem z ciężarkami na rękach.


No i jeszcze jedno ćwiczenie biegowe wzmacniające kręgosłup - bieganie z kijem. :-)





niedziela, 21 lutego 2016

Pierwsze treningi z nowym planem

Zastanawiałam się nad sugestią Roberta, żeby ujawnić mój plan. Ale w zasadzie to on mój dopiero będzie, jak go zrealizuję, przynajmniej w jakiejś części. ;-) 

Do poprzednich maratonów przygotowywałam się na podstawie zupełnie innego planu, który mogę ujawnić, bo po korektach i opracowaniu jest naprawdę mój. :-) Zresztą podzieliłam się nim już z jednym biegaczem. Ale to plan na złamanie 4 godzin, więc pewnie niewielu się przyda. ;-) 

Teraz marzy mi się to, co nie udało się w Poznaniu w zeszłym roku, czyli 3.45. Myślałam, żeby z gotowca skorzystać, bo nie chce mi się za bardzo kombinować. Taki "gotowiec" znalazłam, ale... i tak pokombinowałam, żeby dopasować do moich startów w zawodach na 10 km i w półmaratonie. Ponadto soboty za bardzo nie pasują do Parkrunu, chyba że jednak będę wolno biegać. 

A w ogóle to zgodnie z tym planem chyba trzeba bardzo wolno biegać. I to mnie nie do końca przekonuje. Bo chyba ze starej szkoły: wolno, ale dużo. A przynajmniej często. Nadal nie jestem przekonana do tego, żeby pięć razy w tygodniu biegać - nawet wolno. :-) 

Pierwszy trening:

6 km OWB1 + 6 razy 30''/60'' + 2 km trucht

Cóż to jest moje OWB1? 
Przedtem robiłam długie wybiegania w określonym tempie 5.40 albo 5.30. Tętno wtedy skakało od 170 do 180. Ostatnie długie wybieganie pobiegłam luźno w tempie 5.43 i tętno znów ok. 170.

Według planu na maraton OWB1 powinnam biec w tempie 6.10-6.15. Żeby się tak bardzo nie skupiać na tempie... biegłam po prostu wolno. Po kilku kilometrach okazało się, że biegnę 5.55/km i tak utrzymałam przez 6 km. Tętno fantastycznie niskie - 156. Potem rytmy na 80%, ale ja dawno nie robiłam takich krótkich przebieżek, więc nie zdążyłam się dobrze rozpędzić a każda wyszła w innym tempie. No i na koniec wolne 2 km oczywiście z przyspieszeniem na końcu, więc tętno ze 160 skoczyło do 179 jak przy przebieżkach.



Drugi trening

7 km OWB1 + 8 razy podbieg 120/120 + 1 km trucht
(w tym 1 km na palcach)


Tego dnia w ogóle nie chciało mi się wstać. Bunt spowodowany był tym, że przecież ja nie biegam w środy! Po przebudzeniu postanowiłam wymienić bieganie na tradycyjną środową siłownię. To postanowienie utrzymało się przez kilka sekund, po czym jednak wygrzebałam się i poszłam biegać. Fraszka nawet nosa nie wystawiła, bo -2 na dworze, więc na posłaniu została i podczas mojego treningu drzemała.
Pewnie z tego zimna za szybko wystartowałam, ale potem znów spokojnie.
I fantastyczne uczucie oraz przyjemność obserwowania tętna na poziomie 150-153 przez dłuższy czas. ;-) Potem  trochę wzrosło. Spotkałam pewnego biegacza, którego wcześniej nie biegałam, pewnie dlatego że w środy nie biegałam. Pomachał do mnie i zawołał "hej", kiedy się mijaliśmy. A ja zaraz po tym zawróciłam, bo akurat 4 kilometry przebiegłam. Po nawrotce go wyprzedziłam, bo przeszedł do marszu. Ale po chwili już słyszałam, że tupta za mną. Nie chciałam się dać wyprzedzić, ale skrócił przez rondo i wybiegł dużo przede mną. A ja już go nie goniłam, bo przede mną jeszcze podbiegi. :-)


Trzeci trening

4 km OWB1 + 8 km BC2 + 2 km trucht

Nie wiem, czy w związku z tym, że to treningi wg planu czy z innego powodu jakieś ciekawsze mi się wydają. Może jak się ma konkretne założenia, to potem większe znaczenie ma ich realizacja niż jak się wyjdzie po prostu pobiegać. Ale też wracają jakieś dziwne sytuacje spotykania innych biegaczy albo innych niebiegaczy-zaczepiaczy, którzy pytają np.: "Ile kilometrów dzisiaj?" jakby myśleli, że codziennie biegam i w dodatku zawsze tak samo.

Tego treningu - w przeciwieństwie do poprzednich - trochę się obawiałam. Miał być szybszy. I to przyspieszenie miało trwać dłużej niż przez kilkaset metrów. Z drugiej strony nie było takie mocne, ale... mnie jest trudno utrzymać równe tempo. W pewien sposób ten plan mi się podoba. Uczy cierpliwości i obserwacji mojego organizmu. Na razie realizacja z powodzeniem, chociaż wciąż uczę się wolnego biegania. ;-)




Pozaplanowy trening z Trenerem

Niby się nie biega kilka dni z rzędu, a tu tak wyszło że już czwarty dzień. A to dlatego, że pod okiem Trenera. I prawdziwe ćwiczenie OWB1. Bieganie w tętnie poniżej 150 - niesamowite. :-)



Czwarty trening - wg planu: OWB1 8 km + 10 razy rytmy 30''/60 + 2 km trucht

Trening poszedł w kąt, bo przecież sobota, to Parkrun - o biegu parkrunowym w osobnym wpisie



Piąty trening 

OWB1 18 km

OWB1 u mnie to miało być 6.10-6.15/km. Tradycyjnie nieco szybciej u mnie wyszło, ale w sumie wolno, a tętno i tak dość wysokie.
W ramach tego treningu ok. 1 km biegu na palcach.



Wnioski:
- biegać jeszcze wolniej(?)
- znowu więcej czasu na myślenie podczas wolnego biegania
- jak mam tak wolno biegać, to muszę wcześniej wstawać ;-)

sobota, 20 lutego 2016

Jest ParkRUN jest FUN

I tym powinnam się kierować a nie ścigać w tempie, w którym nie daję rady. ;-) 

Dziś pierwszy raz w tym roku na Parkrunie w Poznaniu z Fraszką. Nie wiem, czy to dlatego całą noc nie spała, tylko piszczała i po domu łazęgowała. W drodze podskakiwała na widok każdego napotkanego biegacza. A na Cytadeli to już była oczywiście dzika radość i powitania ze znajomymi biegaczami. Szczekać zaczęła jeszcze w miejscu spotkania, więc osoby, które chyba wcześniej jej nie znały, zaczęły podpytywać, jak biega, czemu się tak ekscytuje. Na wiadomość o tym, że ma życiówkę 20.24 byli pod wrażeniem. Ja też ciągle jestem i nie do końca wiem, jak to się stało, że wtedy tak szybko z nią pobiegłam. Wprawdzie to rok temu prawie było, ale jednak się zdarzyło. Tydzień temu też nam się dobrze razem pobiegło, to myślałam, że i dziś szybko będzie. Widać jednak w większej drużynie ostatnio lepiej się biegło. A poza tym dziś tak z Małgosią rozmawiałyśmy, że ta Cytadela nieżyczliwa i niby 5 km, a męczy się człowiek... Ja bardziej zmęczona dziś niż po Rusałce tydzień temu. 

Pierwszy kilometr miał nie być za szybki, więc powyżej 4.00, ale 4.03 to jednak wciąż za szybko, więc potem spadek do 4.24 i już oczekiwałam Grzesia, który - zgodnie z zapowiedziami - miał pobiec po 4.10 kilometr. I wyprzedził nas na trzecim kilometrze, mówiąc: "Ciągnijcie, bo zwalniacie". Jakbym nie wiedziała... 4.17 było. Potem pomyślałam, że gonimy Grzesia i wydawało się, że Fraszka czyta w moich myślach, bo szarpnęła nagle. Jednak nie na widok Grzesia, tylko psów biegających przed nami na polanie. Potem więc chwilę problem był, żeby się ogarnęła. W ogóle dzisiaj znowu fanaberie miała. Oczywiście pohałasowała, wystartowała, ale... biegła z przodu - owszem, tylko że bez pociągu żadnego. Jeden biegacz powiedział do mnie przed biegiem, że powinna mieć na imię Doping, a z niej dzisiaj żaden doping. :-) Trochę wprawdzie smycz rozciągała, ale bardziej na bok niż do przodu, więc w sumie musiałam męczyć się sama. :-) Może i to dobre było, bo rzeczywiście sprawdziłam, jak mi się biegnie. Czwarty kilometr zwolniłam niestety do 4.28 (bo nie było wspomagania przy czołgach). I końcówka w tempie 4.19, czyli zdecydowanie za wolno. Na mecie miałam 21.09 - na Garminie - potem zaokrąglone do 21.10. Robert też mi podał wynik 21.09. Oficjalnie na stronie Parkrun 21.13, ale dziś "małe" zamieszanie z tokenami, więc może miejsce mi się przesunęło trochę i zamiast 33 byłam na przykład 32, bo osoba na tej pozycji ma czas 21.09. Tak czy siak - poniżej 21 miało być, a nie wyszło.



Za tydzień na pewno w Parkrunie nie pobiegnę, bo o 11.00 startuję w crossie w Pobiedziskach. Na wolontariat też się nie zapisuję, bo trzeba wcześniej dojechać i odebrać pakiet. :-)

Dziś na pocieszenie 11. zwycięstwo


Za dwa tygodnie w Poznaniu też mnie nie będzie, bo wyjazd służbowy a przy okazji parkrunowy. :-)

W związku z moim startem w maratonie w Krakowie 15 maja, zaczęłam już przygotowania wg planu. W planie raczej (zdecydowanie) odradza się tak szybkie bieganie, jak moje na Parkrunie. Ale... ostatnia szansa, żeby jakiś dobry wynik uzyskać. Zatem kompromisowo: do końca marca próbuję szybko biegać, a potem grzecznie kilometry klepać będę. Obiecuję. :-)

piątek, 19 lutego 2016

Przełomowy Bieg Walentynkowy

Tydzień nie minął, to jeszcze raz o tym napisać mogę. :-)
O znaczeniu tego biegu w zeszłym roku już pisałam - że tego dnia seria życiówek się zaczęła, że moje samopoczucie zaczęło się poprawiać i w ogóle zaczęło mi się lepiej biegać.

Ale i tak... w zeszłym roku było tak:






czyli bardziej zabawowo niż wyścigowo. Co poskutkowało wynikami takimi:


A w tym roku nieco gorzej to wyglądało - to znaczy ja gorzej wyglądałam, no bo się ścigałam. ;-)



Za to wyniki bardziej kolorowe:


Ale warto zwrócić uwagę, że w zeszłym roku tempo było bardziej równe. ;-) Zabawa podczas biegu w tym i zeszłym roku porównywalna.Czas i wynik w tym roku nieporównywalnie lepszy. :-) A wszystko zasługą osób i zdarzeń, które mnie w międzyczasie spotkały. ;-)

czwartek, 18 lutego 2016

Niewiele trzeba, żeby z radością pobiegać

Odkryłam to na nowo, kiedy po dłuższej przerwie wybrałam się na długie wybieganie. Takich treningów nie robiłam od... dłuższego czasu. A tu nagle: hop - 20 km - postanowiłam i zrobiłam. Wprawdzie tydzień temu pobiegłam niewiele mniej, bo 17 km, ale to trochę sama, trochę z Julią. Poza tym dużo gadania przy tym było a mało zwracania uwagi na tempo. ;-) 

Teraz właściwie też tak bardzo na tempo nie patrzyłam, bo to nie było jeszcze oficjalne wybieganie według planu treningowego. Tylko takie moje - bieganie spacerowe po Biegu Walentynkowym. :-) A że wypadło w walentynki, to założyłam koszulkę (z zeszłorocznego biegu, bo w tym roku miałam pakiet bez koszulki), wzięłam wodę, wodę z miodem oraz żel i wybiegłam.



 Zaczęłam spokojnie w tempie ok. 5.50 i pewnie to było dobre, żeby potem raczej przyspieszyć niż zwalniać. I dzięki temu udało mi się utrzymać tempo w miarę równe i tylko parę kilometrów pobiegłam wolniej niż początek. Przy okazji na tętno patrzyłam, chociaż u mnie ono dziwne takie, bo jakbym biegła cały czas 5.30 pewnie takie samo by było. Następne wybieganie już z rozpiski treningowej, to zobaczę, jak będzie.

Tymczasem miło, sympatycznie, bezstresowo, z muzyczką. Kilku biegaczy też spotkałam, którzy proponowali, żebym z nimi pobiegła, ale ja już do domu wracałam, a mimo że miło się biegało, to 20 kilometrów zupełnie mi wystarczyło. :-)

środa, 17 lutego 2016

Moje działanie na Parkrunie

Dopiero jeden raz w tym roku udało mi się pobiec na Parkrunie. Wszystko przez moje podróże no i działalność wolontariacką. W zeszłą sobotę Parkrun zszedł na dalszy plan, bo ważniejszy był Bieg Walentynkowy, który na szczęście nie przeszkodził mi znów uczestniczyć w roli wolontariusza.


To się chyba nie uda w sobotę 27 lutego, kiedy biegnę w Zimowym Crossie w Pobiedziskach. Start zawodów jest o 11.00, a jeszcze trzeba dojechać no i odebrać pakiet.
W każdym razie na pewno będę w najbliższą sobotę - 20 lutego i jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to zamierzam szybko pobiec - luty i marzec to ostatnia szansa na spróbowanie szybszego śmigania. 

Bieg Walentynkowy pokazał, że możemy z Fraszką szybkie 5 km zrobić. Drugie 5 km, to już niekoniecznie. Ale w tym wypadku wystarczy. Chociaż przyznam, że Rusałka chociaż w błocie dużo lżejsza i łaskawsza się zdaje niż Cytadela. ;-)
Mój związek z Cytadelą w tym roku nieco luźniejszy, a kolejne wolontariaty już typowo "charytatywne", bo bez punktów, ale jeszcze w klasyfikacji w pierwszej dziesiątce się utrzymuję. :-)


A teraz planuję pobiegać trochę. Planowany w marcu wypad do Łodzi stanął ostatnio pod znakiem zapytania. Dalsze plany turystyki parkrunowej to m.in. Szczecin, ale jeszcze nie wiadomo, kiedy. A na maj przy okazji maratonu w Krakowie zamierzam odwiedzić Chrzanów. Myślę, że wcześniej jednak uda się jeszcze na inny Parkrun wybrać.

wtorek, 16 lutego 2016

Poczta walentynkowa

Wpis może spóźniony nieco, ale ostatnio trochę ważnych wydarzeń biegowych było, które chciałam bardziej na świeżo opisać. A jak wspominałam kiedyś, nie lubię kilku wpisów dziennie zamieszczać. Staram się maksymalnie jeden, a teraz też minimum kilka w tygodniu. Ostatnio dzięki temu, że biegam i że znowu dobrze mi się biega (w znaczeniu: miło i przyjemnie, a czasem też szybko ;)) to ochota na pisanie większa. Mam nadzieję, że ktoś czyta. :-)

Wracając do tematu tego wpisu. Poczta w weekend raczej nie działa, więc moja paczka dotarła w piątek tuż przed walentynkami. Oczywiście z tym świętem nic wspólnego nie miała, ale jakoś tak się zbiegło, że za walentynkę uznać można. 

Kiedy tylko przeczytałam na kopercie Liga Biegowa, a do tego "wymacałam" medal, otwarłam nie zważając na to, że pewnie i jakiś dokument tam będzie i mogę przypadkiem go podrzeć. No i przypadkiem podarłam. Nim doczytałam, że to dokument potwierdzający udział w obozie biegowy, który to jest nagrodą właśnie przeze mnie otrzymaną. ;-)


Papier trochę udarty, podkleić będzie trzeba, ale do lipca zdążę chyba. :-) No i medal oryginalny - imienny. :-)

poniedziałek, 15 lutego 2016

Przygotowania do maratonu nr 3 czas zacząć

Wierzyć mi się nie chce, że to będzie już trzeci maraton. Przed pierwszym bardzo się denerwowałam, bo to przecież pierwszy! Znajomi nawet się dziwili, czym tu się denerwować, przecież po prostu się biegnie! No tak, jeśli tylko po to się biegnie, aby dobiec. Gorzej jak się jakieś ramy czasowe zakłada, w które wszyscy albo dużo osób wierzy, więc wypadałoby się w nich zmieścić. I ja tak od pierwszego maratonu miałam. 

Drugim się denerwowałam, bo te normy się zwęziły, a ja niezbyt dobrze przygotowana byłam.

A trzecim się denerwuje, bo oczywiście jeszcze szybciej pobiec bym chciała, a przygotowywać się jeszcze nie zaczęłam. Inni - amatorami zwani - już pilnie wg profesjonalnych planów biegają ;-) a ja startuję z tym dopiero. Plan mam bardziej skomplikowany niż przy dwóch pierwszych maratonach. Do końca więc też nie jestem przekonana. Ale będzie dużo biegania. :-) Bo według planu pięć dni biegowych (wcześniej biegałam cztery razy w tygodniu), dwa dni teoretycznie wolne, ale u mnie jeden to oczywiście będą ćwiczenia siłowe. Przed pierwszym  maratonem ich nie wykonywałam wcale, więc myślę, że teraz postęp jakiś i też trochę pomogą. :-) Bieganie głównie w pierwszym zakresie, z elementami szybszymi i siłą biegową. Cóż - kolejny eksperyment. Jak wypadnie, to się okaże. Muszę spokojnie wejść w rytm przygotowań. O przebiegu będę informować, jakby ktoś był zainteresowany, to zachęcam do czytania relacji. :-)

Treningi pora rozpocząć, żeby potem nie było jak na tym półmaratonie:




Mam na myśli głównie ten odcinek pomiędzy 11 a 21 kilometrem. ;-)

A propos, to oczywiście tak to jest, jak się zapisuje spontanicznie i za namową albo dlatego, że to przecież Kraków! Dopiero teraz dokładniej przyjrzałam się trasie i odkryłam, że... są dwie pętle...


niedziela, 14 lutego 2016

Jakim jestem trenerem?

Tytuł może trochę zaskakujący, jak się weźmie pod uwagę, że tak naprawdę, to ja cały czas potrzebuję trenera. ;-) Ale nie zmienia to faktu, że mogę być bardziej doświadczona od innych. A jak wcześniej wspominałam, kilka osób prosiło mnie ostatnio o rady w różnych sprawach biegowych.

Kilka innych znajomych już jakiś czas temu próbowało zacząć biegać. Bo ja niby z taką pasją o tym opowiadam, że to musi być fajne. Później jednak okazywało się, że opowieści może ciekawe, ale nie na tyle, żeby rzeczywiście się za ćwiczenia zabrać, bo to albo pogoda nie taka albo choroba wymyślna jaka... Ostatecznie do żadnego wspólnego treningu nie doszło. Widać jednak mało przekonująca jestem. ;-)

W zeszłym tygodniu zgłosił się kolejny chętny na trening. Umówiliśmy się na czwartek. Jak wiadomo, w tamten dzień padał deszcz prawie od rana. Niemal pewna byłam więc, że się zniechęci. Pół godziny przed spotkaniem tylko sms z jego strony: "Jak się zapatrujesz na to, co za oknem?". A ja na to zgodnie z prawem biegowym: "Nie ma złej pogody na bieganie", odpisałam: "Dzień jak co dzień". Pamiętałam zresztą, że jemu deszcz w spacerowaniu nie przeszkadza, ale zawsze może być dobrą wymówką. ;-) Jak się spotkaliśmy, to się okazało, że on teraz nie uznaje łatwych wymówek. Zresztą akurat wtedy przestało padać. Wprawdzie nadal trochę wiało, poza tym mokro i błoto nad Wartą, gdzie mieliśmy biegać.

Dla mnie to przeszkoda żadna, tylko nowe buty terenowe miały chrzest bojowy... w terenie... 





A z początkującym biegaczem problem inny, bo strój bardzo amatorski, a właściwie to stroju nie było żadnego. Koszulka, bluza, spodnie do wyboru: dżinsy albo sztruksy... no i oczywiście uparł się, żeby kurtkę założyć, bo przecież zimno. No cóż, aha... W sumie zakładałam na początku, że może trochę marszobiegu zrobimy, więc kurtka mogła się przydać. Wszak ja też tak zaczynałam: kilka minut marszu, kilka biegu. 


W czwartek zaczęliśmy od rozgrzewki. Ale żeby towarzysza nie zniechęcić, że więcej rozgrzewania i rozciągania, to skróciłam maksymalnie i szybko zaczęliśmy biec. A biegliśmy wolno. Zamieszania trochę było i zapomniałam Garmina zabrać, więc nie mogłam na bieżąco sprawdzać tempa. Potem okazało się, że w miarę równo 6.30/km trzymaliśmy, a na końcu trochę szybciej bo nawet 5.50. Na końcu biegu, którego dystans wyniósł prawie 4 kilometry. I to kilometry biegu właściwie bez przerw. Potem oboje stwierdziliśmy, że wystarczy - ja, żeby się nie zmęczył, a mój podopieczny, żeby się nie zniechęcił. 

W trakcie musiało być kilka moich porad i chociaż mówiłam, że od gadania w czasie biegu się człowiek bardziej męczy, to i tak musiał mnie wypytać, np. jak to u mnie się zaczęło. A to dziwne pytanie, bo nie znam na nie odpowiedzi. ;-) Poza tym jego zachęcił głównie Murakami. Książka "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" rzeczywiście jest ciekawa, ale jako poradnik biegacza nie nadaje się w ogóle. Przywołałam zatem Scotta Jurka jak kostkę skręcił w czasie Spartathlonu i cieszył się, że go boli, bo nie myśli o tym, jaki jest zmęczony. ;-)

Truchtaliśmy sobie po te 6.30 a mój towarzysz zastanawiał się, jak te parę kilometrów ma się do czterdziestu maratońskich. Nadal mogłam opowiadać, ale jak ktoś sam nie przeżył, to nie zrozumie. Np. tego, że po 30 kilometrach nie mogłam się zatrzymać, bo nogi były tak przyzwyczajone do biegu, że musiałam kontynuować w biegu a nie chodzie, bo inaczej bym się przewróciła.

Najważniejsze, że po pierwszym treningu biegacz odprężony i zadowolony, pozytywnie nastawiony do kolejnego. :-) No i założył konto na Endomondo. ;-)
A ja też zadowolona, bo nowe doświadczenie, nowa trasa i przy okazji odkryłam na niej fajne miejsce na podbiegi. :-)

sobota, 13 lutego 2016

ZaSZCZYTne miejsce na podium, czyli o Biegu Walentynkowym :-)

Ten wpis wczorajszy chyba proroczy albo realizacja planów, celów i zamiarów. :-)

Start w Biegu Walentynkowym zaplanowałam... dawno temu. Wtedy postanowiłam też zapisać się najszybciej jak się da. W rzeczywistości tego nie zrobiłam, bo plany trochę się zmieniły. Po pierwsze: nie wiedziałam czy pobiegnę sama, czy... z psem. Ówczesne plany nie zakładały innych partnerów w tym biegu. ;-) Zanim podjęłam ostateczną decyzję, postanowiłam upewnić się, jak to z tym psem, żeby w razie czego nikt nie zgłaszał sprzeciwu. Zakazu nie było. Ale i tak w pierwszej wersji miałam zamiar pobiec zupełnie sama. Tyle że ta wersja zakładała specjalne przygotowania i podium w sentymentalnym miejscu nad Rusałką. Potem treningi się posypały a z planu przygotowującego do szybkiej terenowej dziesiątki pozostała rozpiska na komputerze, z której ani razu nie skorzystałam. ;-) 

Wtedy pojawił się pomysł, żeby pobiec w parze, a ostatecznie ustaliliśmy, że do pary damsko-męskiej dołączy też Fraszka. Nastawienie na taki bieg drużynowy było jak najlepsze. Potem trochę się znów posypało, kiedy przeziębienie mnie dorwało. Zwykle łapię na jednym biegu, gubię na kolejnym. A tym razem nie wyszło. I dziś rano jeszcze średnio się czułam. 

Zgodnie z założeniami, pojechałam rano na Parkrun, w którym uczestniczyłam jako wolontariusz. Fraszka za to grzecznie w aucie. Teoretycznie grzecznie, ale pewnie zadowolona nie była. Na widok szykowanego wczoraj pasa biegowego dwa razy gotowała się do wyjścia, bo myślała, że biegamy. A ja tylko pas dopinałam, bo ostatnio często się rozpinał. A tym razem takiej wpadki nie chciałam. :-) 

Na Parkrunie sympatycznie, towarzysko. Prawie wszyscy dziś rozkojarzeni - zakochani chyba - zagadani i zdziwieni, że to już pora się skanować. ;-) Potem pożegnanie, życzenia powodzenia od znajomych. Ja pożartowałam trochę, że dziś Parkrun 184., a ja mam 184 numer w Biegu Walentynkowym, to mi szczęście przyniesie. Robert z auta rzucił do mnie: "Wezmę ci żela" i pobiegłam do auta.

Po Parkrunie od razu nad Rusałkę. Straszono, że miejsc parkingowych nie będzie, ale mnie się udało bez problemu zaparkować. Znowu Fraszkę zostawiłam i poszłam po pakiet. Z odbiorem też poszło sprawnie i szybko. Pozostały prawie dwie godziny do startu. Żeby nie marznąć, wróciłam do auta. Ale takie siedzenie niespecjalnie mnie motywowało do biegu, zwłaszcza że nadal średnio się czułam i zastanawiałam, czy moja para się nie obrazi, jak źle pobiegnę.

W końcu wygrzebałam się z auta - Fraszka jakoś chętniej niż ja - i poszłyśmy w okolice startu, żeby się do biegu sparować. ;-) Spotkaliśmy jeszcze innego znajomego biegacza, który powiedział, że z nami pobiegnie, bo nie chce sam, więc się zrobiła prawdziwa drużyna, co miałam jeszcze bardziej docenić podczas samego biegu. :-) 

Przedtem chwile oczekiwania i lekkiego niepokoju, bo Fraszka zamiast zwyczajnego pobudzenia, wykazywała raczej znudzenie. Położyła się na trawie i być może "zbierała siły" ;-) Pobudziła się trochę na widok jedzenia. Pokręcić się też musiała, kiedy zaczęliśmy rozgrzewkę. Ale głównie skakała do kanapki. ;-)

W końcu przyszła pora, żeby się przedostać do pierwszej strefy startowej. I wtedy się zaczęło. Znaczy ujadanie się zaczęło. Stwierdziliśmy zatem: "jest dobrze" :-) A Piotrek zdziwił się nawet, że ona tak zawsze, bo na Parkrunie jakoś nigdy jej nie słyszał. ;-)

Nie wiem, czy punktualnie o 12.00 wystartowaliśmy. Nie sprawdzałam, bo trzeba było się przedrzeć przez tłum jakoś, a Fraszka omijając grzecznie bokiem, prawie słupki startowe zdewastowała. ;-)



Przedzieramy się przez tłum. Na zegarze: 00.00.00


Dalej było już luźniej i podobno uczestników więcej niż w zeszłym roku, ale jakoś tego nie odczułam. Przed nami trochę osób startujących na 5 kilometrów. Po pierwszym kółku więc zniknęli. A za nami przez jakiś czas też tłumów nie było. 

Na początku chłopaki z tyłu ;-)


Wspólne założenie było na 45 minut. Robert miał jakieś inne, ale z kosmosu ściągnięte, więc przeze mnie i Fraszkę nie brane pod uwagę. ;-) W końcu mój rekord na 10 km 45.43 i to na asfalcie. Nawet 45 minut wydawało mi się... dość trudne.

Ale... wystartowaliśmy w miarę szybko. Szybciej niż mieliśmy, ale też nie polecieliśmy od razu 4.00 jak to zwykle z Fraszką bywa. Ja nie chciałam za szybko, żeby się nie zmęczyć po pierwszym okrążeniu. Trzeba jednak było brać pod uwagę, że po 5 kilometrach Fraszka się zmęczy, a jak zacznie biec na hamulcu, to wtedy za dużo stracimy, więc może lepiej wykorzystać ten napęd na pierwszych 5 kilometrach. Trochę tak było. Na początku znów komentarze o dopingu, a jak coś odpowiedziałam, to zaraz usłyszałam wyjaśnienia, że to żarty i jest ok. Było bardziej niż ok. :-) Inna osoba zaproponowała, żeby Fraszkę na Rzeźnika zabrać, bo Robert powiedział, że ona wytrzymuje tak cały maraton. :-)

Po pierwszym okrążeniu zegar nadal swoje


Pierwsze okrążenie dobrze mi się biegło. Kilometry szybko mijały, a Robert co jakiś czas powtarzał, że jest dobrze, a nawet lepiej niż w założeniach. Wg mojego Garmina też tak było. Tylko że ja dawno nie biegłam szybkiej dyszki, więc obawiałam się drugiego kółka. Po 4. kilometrze mijaliśmy kogoś, kto biegł w przeciwnym kierunku,  Fraszka trochę zgłupiała i się zatrzymała. Ja z nią. A ktoś za nami wpadł na mnie, a potem mnie wyprzedził. Może ciut zwolniliśmy przez to, bo Fraszka się zestresowała i zaczęła chować za nogami Roberta. Co generalnie później pomogło. Robert z Piotrem zresztą cały czas ją zachęcali do przyspieszania, biegnąc przed nią. Ciągnęła, bo miała kogo gonić. Chociaż jak później Piotrek zauważył już "na luźnej smyczy". W każdym razie była cały czas przede mną albo obok i ja nie musiałam jej ciągnąć. A mnie duchowo ciągnęli chłopacy. :-) Na 6. kilometrze Piotrek zapytał, czy ok, bo jak chcę zwolnić, to mam powiedzieć. Ja na to, że nie mam siły mówić. Robert stwierdził: "Ciężko dyszy, to dobrze". A Piotr na to, że właśnie niekoniecznie dobrze. Na zdjęciach też rzeczywiście nie wyglądam najlepiej, a nie czułam się aż tak źle. Tzn. oczywiście po połowie już było gorzej, ale nie aż tak źle jak wyglądało. :-) Chyba. No właśnie najgorzej, że akurat to widać na zdjęciach, 

A tu tak bardzo nie widać ;-)


Na 7. kilometrze chyba zaczął działać żel, którego mi Robert dał przed startem, to w ogóle lepiej się poczułąm. A może po prostu przypomniało mi się o tym żelu. ;-)  Albo pomógł też widok Grzegorza z aparatem. ;-) Pomyślałam, że tylko 3 kilometry zostały, a wyprzedzały nas tylko pojedyncze osoby. Właśnie: pojedyncze i do tego mężczyźni. ;-)

Wygląda na to, że będzie dobrze :-)


Niestety to drugie kółko było wolniejsze. A po tych siedmiu kilometrach przypomniało mi się, że w końcówce jeszcze podbieg, a potem błotko na ostatniej prostej. Minęliśmy jakoś bokiem po trawie, ale Robert zaczął straszyć, że tłumy za nami. Nie wiedziałam, czy naprawdę, czy tylko tak, żeby przyspieszyć, ale też usłyszałam głos za nami. I to damski. Zatem niebezpieczeństwo, że to jakaś para. Nie wiem, na ile przyspieszyłam i czy w ogóle. Może mi się wydawało. Zaraz po przekroczeniu mety, jakaś pani nam powiedziała, że chyba pierwsza para. Nieoficjalne to było, bo oficjalnie nikt nas nie informował. 

Meta, meta! A czas rzeczywisty + 40 sekund


Podziękowania i gratulacje, a potem poczłapałam z Fraszką do auta przebrać się, a Fraszkę nakarmić i napoić. Fraszka niby zmęczona taka, co nie przeszkodziło jej akitę i owczarka obszczekać aż auto skakało. Ja na nikogo nie krzyczałam. ;-) Tylko zaczęłam przyjmować gratulacje, bo pierwsze miejsce się potwierdziło. Potem wprawdzie jedna osoba gratulowała mi drugiego miejsca, ale wszystko się wyjaśniło i poprawiła się na gratulacje pierwszego miejsca. :-) 

Na dekorację specjalnie długo nie czekaliśmy. Myślałam, że w tym czasie załapię się na herbatę i drożdżówkę. Na to pierwsze się udało, na drugie tylko Fraszce, która drożdżówkę sobie po drodze znalazła. Szkoda trochę, że tak mało tego jedzenia było. Na szczęście miałam dla siebie i Fraszki banana, a dla niej dodatkowo psie smakołyki. 

Podium - udało się zmieścić :-)


W końcu dekoracja i upragnione podium - no i wreszcie pierwsza, a nie ewentualnie druga albo trzecia. A konkretnie pierwsi :-) Ciasno trochę i nie mogliśmy się zmieścić. Fraszka ze strachu chyba zrzuciła z podium całą resztę i ostatecznie sama wylądowała za nim. ;-) Przyjemnie bardzo postać sobie było. Oczywiście żarty, że czas dla fotoreporterów, ale naprawdę ludzi robiących zdjęć było mnóstwo - i tych bardziej profesjonalnych i tych, którzy wyciągali smartphony, żeby Fraszkę sfotografować. :-)

Pozostał problem taki - jak tu puchar podzielić?


Wrażenia fantastyczne z biegu i po biegu. I podziękowania wielkie dla Roberta, który zmotywował mnie bardzo (a bałam się, że będzie krzyczał na mnie ;)) i również dla Piotrka, który też wspierał, chociaż na końcu nas zostawił. ;-) 

I dzięki za nagrody. Masaże, masaże... a przede wszystkim czekoladowe mydło wymiata :-)

piątek, 12 lutego 2016

Szybciej pobiec byśmy chciały

Po tych tygodniach stresów i niebiegania, marzy się, żeby w końcu znowu szybciej pobiec. Pod koniec roku już się poprawiło, zbliżyłyśmy się do najlepszych wyników z początku 2015, a potem... można powiedzieć, że się zatrzymało. Życzliwi nazwali to "równą formą". A może udałoby się ją poprawić, gdyby nie problemy z kolanem. Chociaż tu nie tylko kolano przeszkodziło, bo potem ślizgawka taka się zrobiła, że życiówek bym nie przewidywała.



Poza tym chyba nie powinnam narzekać, tylko cieszyć się, że jest lepiej, więc szansa krótka na trochę szybsze pobieganie. Potem pora zacząć przygotowania do maratonu w Krakowie. No i w kwietniu przecież poznański półmaraton, którego trochę się boję. Tzn. boję się, że nie uda się zrealizować przyjętego dawno temu założenia, bo przygotowania marne. 

Na walentynkowy bieg się nastawiam, ale też nie wiadomo, jak będzie, bo mnie znów jakieś przeziębienie dla odmiany złapało - a podobno biegacze nie chorują. ;-) Spróbuję je jeszcze przed startem "wybiegać", żeby w sobotę nie męczyło, ale nie wiem, czy się uda. 

Od przyszłego tygodnia rozpoczynam realizację planu do maratonu. Wtedy coś więcej o nim napiszę. I może jeszcze w lutym i na początku marca trochę szybciej pobiegam. A potem będę spokojnie... klepać kilometry. :-)

czwartek, 11 lutego 2016

Marchewka na Wielki Post

Ostatnio były niesłodkie pączki, a teraz marchewka. Warzywo to samo w sobie słodkie, więc wiele dosładzać nie trzeba, a można z niego bardzo dobre ciasto zrobić. :-)

Przepis kolejny raz z książki "Kuchnia dla biegaczy".





Składniki:
1 i 1/2 szklanki startej marchewki, 1/3 szklanki oleju rzepakowego, 1/3 szklanki cukru trzcinowego (trochę dosłodzić jednak można ;)), łyżka proszku do pieczenia, 1 i 1/4 szklanki mąki owsianej, 1/2 szklanki rodzynek, 1/2 szklanki orzechów włoskich, łyżeczka cynamonu, szczypta soli.
Ja dodałam łyżkę przyprawy do piernika :-)
Mieszamy, a potem pieczemy godzinę w temperaturze 175 stopni. To oczywiście wersja wegańska, w oryginale wzbogacona bananem (u mnie sama marchewa :-)), a nieweganie mogą dodać jajka. :-) 



No to smacznego!

środa, 10 lutego 2016

O kolejnych startach

Słyszałam ostatnio, że mało piszę, a dokładniej "nic się na tym Twoim blogu nie dzieje". Ale to tak poza internetem. A na blogu cicho, głucho - ja nie piszę, komentarzy też mniej i czytelników chyba też. No to będę pisać sama dla siebie i dla samego pisania. :-)

Ostatnio biega mi się coraz lepiej, zwłaszcza w nowych butach. Dobrze, że się poprawiło, bo to nastraja optymistycznie przed najbliższymi startami.

Poza bieganiem dalej uskuteczniam ćwiczenia siłowe. Montuję sprzęt i przygotowuję nową siłownię na poddaszu. Ale o tym trochę więcej, jak już skończę.

W sobotę odpuszczam Parkrun, a właściwie to nie odpuszczam, bo przecież wolontariuszem będę. :-) A potem w trójkącie biegowym ruszamy nad Rusałkę. W związku z tym, że już lepiej (szybciej) mi się biega, nastawiam się pozytywnie. Poza tym dobrze wspominam zeszłoroczny Bieg Walentynkowy. Wprawdzie wtedy rano wystartowałam w Parkrunie, ale i tak był to dzień życiówek: i na Cytadeli, i nad Rusałką. Wprawdzie wtedy byłam już w fazie przygotowań do maratonu i forma była wyższa, ale myślę, że od tego czasu sporo się zmieniło i  jestem już generalnie na nieco wyższym poziomie biegowym, więc też można  więcej oczekiwać. A dowodem na to jest fakt, że do mnie przychodzą inni biegacze (i niebiegacze) po porady związane z bieganiem. ;-)
Pomysł na sobotę to 45 min - z Zającem i Fraszką może się udać. Zobaczymy. :-)

Tydzień później kolejne zawody dogtrekkingowe, ale jeszcze się ostatecznie nie zdecydowałam.

Na pewno pobiegnę w Pobiedziskach w crossie zimowym, chociaż pogodowo pewnie wiosennym.
Miałam dużo nie startować, ale zapisałam się jednak na bieg Tropem Wilczym 28 lutego, czyli dzień po crossie. Sprawdzę, jak się na Cytadeli inną piątkę biega, tzn. inną trasą. 



No i to cały startowy luty będzie. :-)


poniedziałek, 8 lutego 2016

Plotobieg w nowych Asicsach

Dawno już nie miałam okazji nad Rusałką pobiegać. Ostatnio chyba jak na trening przed poznańskim maratonem się wybrałam. Potem to już raczej sama, a jak sama, to zwykle w swoich okolicach. Dzisiaj praca w Poznaniu, więc skorzystałam z przerwy, żeby pobiegać. Poza tym umówiłam się na to wybieganie tak że nie biegałam sama. Dobrze mi ten "plotobieg" zrobił, bo jakoś odwykłam od treningów dłuższych niż 10 km, a zwłaszcza samotnych. Kiedyś, jak chciałam więcej kilometrów zrobić, zabierałam ze sobą Fraszkę. Ale się zbuntowała ostatnio. Samej jakoś nie miałam ochoty. Muszę na nowo wejść w rytm biegowy. Za tydzień rozpoczynam realizację planu treningowego do maratonu i myślę, że dobrze mi to zrobi. Długie wybiegania, chociaż czasem irytowały, zwykle później dobrze na moją psychikę wpływały. Teraz może być trochę inaczej, bo plan taki podejrzany z dziwnymi jednostkami. Ale zobaczymy. :-)



Tymczasem dzisiaj jeszcze na luzie, ale przygotowawczo, więc 17 kilometrów. Tempo... wolne... :-) I też niskie tętno dzięki temu. A tempo też równe w miarę. Bieg jednak męczący, pewno przez to, że przegadany. Przyjemnie dzisiaj nad Rusałką - słonecznie i przez to ciepło, a prawie wiosennie. Pewnie też  z tego powodu biegaczy mnóstwo. Chociaż zawsze dużo, ale ja odwykłam od tego, żeby co chwilę znajomych biegaczy spotykać. A dookoła Rusałki biegając, to po kilka razy te same osoby. Pora treningu do Orlen Warsaw Marathon, a wśród uczestników też wielu Parkrunnerów. Ja w tym roku OWM odpuszczam, ale z sentymentem wspominam i maraton i przygotowania, bo się dużo w tamtym czasie o bieganiu dowiedziałam. :-)

A w tym roku, zgodnie z planem w tym roku (chyba) jeden maraton asfaltowy, a potem... bieganie górskie. Zobaczymy, jak wyjdzie. Na razie, coby lepiej się biegało, dokonałam zakupu butów terenowych a nie asfaltowych.



Mówią, że na terenowe nie wyglądają wcale. A według opisu nadają się i do biegania po lesie, i po błocie, no i po górach nawet - może do wszystkiego, czyli do niczego. :P Ale mam nadzieję, że tak nie będzie. Wyglądają podobnie, jak i wszystkie Asicsy, to może dlatego mniej terenowo niż inne. Ale jak się jest kobietą, potrzebującą wsparcia (w butach :-)) o rozmiarze 42, to wybór niewielki. (W sumie w innych kwestiach też ;-)). A pierwszy test wyszedł pozytywnie. Buty najśliczniejsze nie są. Poprzednie były śliczne, a już są dziurawe i co z tego. ;-)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa