sobota, 30 stycznia 2016

Od papieża do sklepu i z powrotem... czyli Parkrun Rumia

Dzisiaj wszystko oficjalnie i legalnie. ;-) Poza tym, jak tydzień temu w Jeleniej Górze, i dzisiaj bez problemu i na czas, a nawet przed czasem. Byłam na miejscu już po 8.00, więc trochę obejrzałam trasę. Tylko jakoś nie mogłam znaleźć miejsca startu. To znaczy znalazłam, ale nie wiedziałam, że to start, bo nikogo tam nie było. Spacerowałam sobie z Fraszką "od papieża do sklepu", potem znalazłam fragment trasy, o którym mowa w filmiku, że niezbyt przyjemny, bo z kocimi łbami, ale start? Dochodziła 8.40, kiedy zjawił się pierwszy biegacz, którego zapytałam, czy na Parkrun. Potwierdził, też zdziwiony, że nikogo nie ma. Ale on miał trochę większe rozeznanie, co do miejsca startu, więc tam poszliśmy i czekaliśmy na resztę, która objawiła się nagle po jakichś pięciu minutach. W tym czasie porozmawialiśmy chwilę o bieganiu, bo jakżeby inaczej. ;-) Nowy znajomy mówił, że głównie w dyszkach gustuje. Nie zdążyłam powiedzieć, że ja ich nie znoszę, kiedy okazało się, że najlepszy czas tego biegacza jest o jakieś 3 minuty gorszy od mojej życiówki. No to nawet nie wspomniałam, że nie lubię. ;) 

Parkrunnerzy pojawili się jak spod ziemi całą grupą i błyskawicznie zabrali się do pracy. Wcześniej myślałam, że może nie mają wiele do roboty, to dlatego tak późno przychodzą. W Jeleniej np. na całej trasie rozstawiane były oznaczenia kilometrów. W Rumi zdaje się tego nie ma. Ale okazało się, że trzeba rozstawić pachołki przy mecie (to chyba wszędzie prawie) i rozciągnąć taśmę, żeby wyznaczyć początek trasy i drogę do mety. Po przebiegnięciu tego fragmentu uznałam, że ten odcinek był najgorszy. Pewno dlatego, że dziś grząsko i mokro. A ja w pamięci miałam, jak zagrzebałam sobie ostatnio auto w takiej niepozornej trawce.

Przed 9.00 wszystko było gotowe. A ja zdążyłam się nieco rozgrzać i przywitać ze znajomym, którego poznałam tydzień temu... w Jeleniej Górze. ;-) Wspominał wtedy, że jest z Rumi, więc się wcale nie zdziwiłam, ale miło spotkać kogoś choć trochę znajomego. Inny biegacz przekonywał mnie dziś, że mam się nie przywiązywać do Parkrunu, bo "jest tyle innych fajnych biegów". A co to przeszkadza? Poza tym inne biegi zwykle nie są za darmo. ;-)

Fraszka jakąś minutę przed startem dała znać o sobie. Jeszcze głośniej zagadała, jak koordynator zapytał, kto dziś pierwszy raz w Rumi na Parkrunie i skąd. 

Kto chce pobiec już?


Na jej hałas odpowiedział: "Poznań, słyszymy was". Potem padły też inne komentarze: "Widać, kto się najbardziej niecierpliwi" i było to bardziej prawdziwe niż stwierdzenie, że to reakcja na tłum. Nie na tłum, tylko na biegnący tłum. ;-) Jeszcze kiedy była spokojna, jedna z pań zapytała, czy może ją pogłaskać. Nie wiem, czy pytała ze strachu przed Fraszką czy przede mną. ;-)

Gwizdek, czyli start


W końcu sygnał do startu - tutaj gwizdek. I chyba dobre rozwiązanie, bo nawet w przypadku szczekacza było słychać. Inna sprawa, że organizatorzy nie mieli żadnego nagłośnienia, więc musieliby krzyczeć. A tak po gwizdku ruszyliśmy.

Zapamiętałam, że pięć nawrotek będzie i cieszyłam się na nie po tym bagienku i kocich łbach. Ale potem zaczęło mi się trochę dłużyć. Zastanawiałam się, czy w całym mieście nie ma miejsca, żeby zorganizować Parkrun bez tylu nawrotek? Chociaż takie zawracanie ma też swój urok, bo często mija się z innymi biegaczami, którym można dodać otuchy, jak jeden z biegaczy, który po "ostatnim papieżu" do tych, co dopiero do papieża biegli, powtarzał: "jeszcze tylko jeden papież, finisz". Poza tym trasa płaska i przyjemna. Po stronie drogi rowerowej trochę gorzej, bo dużo piasku, ale generalnie przyjemnie. Tyle że... po pierwszym papieżu Fraszka zgłupiała: "Dlaczego oni biegną w przeciwną stronę?" i przestała ciągnąć tak bardzo, jak na początku, kiedy jeden pan bardzo chciał się pod nią podczepić. Przez chwilę gnała jeszcze do przodu, ale potem zaczęła zwalniać i w końcu to ja musiałam ją ciągnąć. 

"Hej, hej, ja nie każdego ciągnę" :-)


Taka sytuacja, jak na początku podczas biegania po Cytadeli, kiedy męczyła się po 2-3 kilometrach. Tutaj przyczyna chyba była inna. A może wciąż jest zmęczona po ostatnich treningach? Dziwne, że zanim skończyła rok miała jakąś większą motywację do ciągnięcia. Ostatnio chyba jakieś fochy. ;-) Może pora wrócić na Cytadelę. Tam w końcu nie ma nawrotek, a jeszcze w grudniu wykręciłyśmy bardzo ładny czas. :-)

Rewelacji czasowej nie było, ale w końcu uśmiechnięte zdjęcia (tzn. Fraszka niezbyt się uśmiecha)


Na mecie złapał nas biegacz, który był zdaje się drugi i zaczął opowiadać o swoim psie, z którym biega w Gdyni. Pies ma tam rekord 20.17. A ja na to, że Fraszka na Cytadeli ma życiówkę 20.24, czyli niewiele gorszą i to ze mną a nie z takim szybkim panem. No i Cytadela to jest Cytadela, a Bulwar Nadmorski uchodzi za najszybszą trasę Parkrun w Polsce. ;-) Pan zaproponował, żeby stworzyć grupę biegających z psami na Parkrunie. Pomysł ciekawy i pewnie coś z tym zrobię. Może zorganizujemy zlot wszystkich Parkrunnerów biegających z psami i będzie jeden wielki szczekający Parkrun. :-)

Widać, że chwilowo lokomotywa zamieniła się z wagonikiem ;-)


Po biegu i skanowaniu (w końcu pamiętałam, żeby próbować zeskanować kod z koszulki, ale oczywiście mój też nie zadziałał, to trzeba będzie pewnie zamówić opaskę ;)) wspólne zdjęcie, bo jak powiedziała jedna z wolontariuszek "u nas zdjęcia są zawsze". No i fajnie. :-) Przy okazji przeanalizowałam moje wyjazdowe Parkruny i oprócz nocnego w Lesznie, to z każdego mam zdjęcia z trasy. Dobrze, że wszędzie są fotografowie, bo przynajmniej mam uwiecznione wizyty w różnych lokalizacjach. 

Zdjęcie na koniec


Tymczasem zawieszam podróże parkrunowe na czas... nieokreślony. Ostatnie trochę mnie zmęczyły. Fraszkę też. ;-) Zostało nam jeszcze trochę lokalizacji do odwiedzenia, a jak mówił jeden z wolontariuszy, plany otwarcia 20 nowych w tym roku już są. Nie chce mi się wierzyć, żeby aż tyle, zwłaszcza że ta osoba nie potrafiła podać nawet jednego miasta. Ale pewnie kilka nowych powstanie.

Jutro jeszcze bieg z psem. Mam nadzieję, że damy radę dobiec i jeszcze wrócić do domu. No i że się nie potopimy, bo pada dzisiaj prawie cały dzień.
Jeśli chodzi o Parkrun to wreszcie za tydzień Cytadela i pierwszy raz biegowo w tym roku. :-)

środa, 27 stycznia 2016

Trochę aktualności oraz zapowiedzi bliższych i dalszych wydarzeń biegowych

Jeszcze nie skończył się czas podsumowań 2015 roku, początków planowania biegów na 2016 rok, a tu już pomału koniec stycznia, w którym... prawie nic się nie zdarzyło. Przynajmniej w moim przypadku. Od końca zeszłego roku borykam się z kontuzją kolana, która nasiliła się po Biegu Powstania. I to był do tej pory mój ostatni biegowy Parkrun w Poznaniu (piszę "do tej pory", bo zaraz mnie ktoś zacytuje, że to smutno wygląda, jak napiszę "ostatni Parkrun w Poznaniu" :-)). W tym roku w Poznaniu na razie same wolontariaty i próba leczenia kolana. Moje działania nie przyniosły pozytywnego efektu, więc w końcu musiałam udać się do specjalisty, który... stwierdził, że też właściwie nie wie, od czego te problemy z kolanami. Wskazał kilka propozycji działań i próbujemy. O rezultatach na razie wypowiadać się nie będę, bo za mało i za wolno biegam ostatnio, żeby coś konkretnego już stwierdzić.

A tak się złożyło, że w tym czasie zaplanowałam wyjazd w góry, żeby trochę popróbować innego biegania no i oczywiście odwiedzić Parkrun w Jeleniej Górze. Plany udało się zrealizować. Ale pewnie trzeba będzie powtórzyć, bo to raczej śnieżne wspinanie było niż bieganie. Poza tym Fraszka chyba do takiego biegania nie jest stworzona, bo wróciła bardzo zmęczona. ;-) Ona widać najbardziej po Cytadeli lubi się ścigać. :-) A Parkrun w Jeleniej Górze też będzie trzeba jeszcze odwiedzić, bo po roztopach pewnie wróci na tradycyjną trasę, gdzie jeszcze z Fraszką nie byłam. Okazja zapewne się znajdzie. W maju organizowane są bardzo ciekawe biegi górskie w pobliżu zamku Chojnik. Okolice, w których mieszkałam podczas ostatnich pobytów, więc można ponownie się tam wybrać. Dystans od ok. 20 km do ultra, więc jest, w czym wybierać. Termin normalnie też by pewnie pasował, bo to ostatni weekend maja. W tym roku jednak może być problem, bo to wypada 2 tygodnie po maratonie w Krakowie. Korci mnie górskie bieganie, ale start wolałabym jednak zaplanować na jesień. Zatem myślę dalej. :-)

A w najbliższym czasie, czyli w styczniu jeszcze
- Po górach przenosimy się nad morze - a tam do wyboru trzy Trójmiejskie Parkruny; ja właściwie wybieram z dwóch: Gdynia i Rumia - kusi mnie ten pierwszy, bo to trasa na życiówki przecie, ale...
trasa na życiówki, jak się kolano ma zdrowe ;-) a ponadto jak relacjonuje Darek, Parkrun Rumia też całkiem miły, jeśli chodzi o trasę :-)

Parkrun Rumia - opis trasy

z opisu na oficjalnej stronie przerażały mnie trochę "nawrotki do papieża", ale nie wygląda to aż tak źle :-)
za Rumią  przemawia też to, że w Gdyni i Gdańsku już byłam; czyli taka droga eliminacji :-)

- A w niedzielę - grande finale, czyli dog trekking :) taki niby wielki finał, a w sumie debiut nasz fraszkowy

Może być wesoło, bo dystans znowu większy niż 5 km, a jak się zawodnicy rozproszą, to Fraszka może stracić zapał. Co do naszych ulubionych, krótszych dystansów, to otrzymałyśmy numer 1 na Bieg z Łapką w lipcu w Bydgoszczy. Termin pokrywa się z obozem biegowym na drugim końcu Polski, na który Fraszka pewno nie pojedzie, ale pokombinujemy jakoś. :-)

Po powrocie to już będzie luty, a w lutym dwa ważne starty:

- Bieg Par w Biegu Walentynkowym 13 lutego nad Rusałką



oraz
- Zimowy Cross Pobiedziska 27 lutego




Długo się zastanawiając, nie zdążyłam się zapisać na bieg Tropem Wilczym, ale po tym crossie może i dobrze. Poza tym, po co płacić za bieganie po Cytadeli, kiedy co sobotę można za darmo. No właśnie można... A ja dawno nie korzystałam z tego. Kiedy wreszcie będzie okazja? Nie wiadomo...

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Nielegalny Parkrun w Jeleniej Górze

Oczywiście nikt mnie nie zna i nie wie, że ja to ja. Nikt też nie zna mojego psa...

Udało mi się w końcu dotrzeć na jakiś Parkrun punktualnie i w odpowiednie miejsce. I nawet Parkrun tam był, ale... przed wejściem do Parku Zdrojowego, gdzie przeniesiono Parkrun Jelenia Góra na czas zimowy, widniała wielka tabliczka... zakazująca wjazdu na rowerze. Uff... Ale zaraz pomyślałam, że pewnie będzie druga z zakazem wprowadzania psów. No i była... z "kupciającym psem". Mój nie będzie, bo załatwił potrzeby po drodze. Czytam regulamin. A tam oczywiście napisane, że w ogóle zakaz wprowadzania zwierząt. Nawet nie, że psów tylko. W ogóle zwierząt. To Fraszka dziś nawet fretki udawać nie mogła. Hmmm... mruczę sobie idąc dalej. Nie to, żebym nie sprawdziła. Wczoraj poczytałam w internecie o tym Parku Zdrojowym, ale żadnej informacji na temat zwierząt. Tylko, że kuracjusze korzystają. I mieszkańcy Cieplic też spacerują. No tak, ale nikt nie napisał "spacerują z psami"... Przed wyjazdem do Lubina przeczytałam chociaż, że po zmianie trasy nie będzie można z psami i rowerami wchodzić. A tutaj... Nie było kogo zapytać, bo dotarłyśmy na tyle wcześnie, że nikt z Parkrunnerów się jeszcze nie zjawił. Daleko nie zaszłyśmy, bo dalej znowu informacja, że teren sanatorium i zakaz wchodzenia ze zwierzętami. Temu, kto to wymyślił też powinno się zabronić wchodzić w pewne miejsca. :/ 

Powrót do bramy wejściowej. Kilka osób dziwnie na nas patrzy. Później się okazało, że to biegacze podziwiają Parkrun koszulkę, bo "Tutaj to nikt nie wie, co to Parkrun". Chyba rzeczywiście niewiele osób wie. W pierwotnej lokalizacji kilkanaście osób biegało. A w Cieplicach. Spojrzałam wczoraj na wyniki, a tam zapisane trzy osoby. Zapytałam o to dzisiaj. Usłyszałam, że niby więcej osób było, ale kilka na trasie utknęło. Ślisko podobno, ktoś miał kontuzję, a ktoś inny mu pomagał. Dzisiaj zjawiło się aż dziewięcioro biegaczy. W tym dwoje z Poznania. ;-) No i pies. Zostawiłam Fraszkę na chwilę przed bramą i zapytałam, o co chodzi z tym zakazem. Powiedziano mi, że mam się nie przejmować. A później się dowiedziałam, że jeden chłopak tydzień temu też biegł z psem i nic się nie stało. No to też zaryzykowałam. Inaczej być nie mogło. Bo i ja bym nie pobiegła. Gdyby zaś ona przy bramie została, to umarłaby z rozpaczy. Nikt by się nią nie zajął, bo wolontariusz-koordynator-fotograf w jednym dość już miał zajęć. 





A zdjęcia całkiem sprawnie mógł robić, bo trzy pętle, to ze spokojem pstrykał po pierwszej i drugiej, a przy trzeciej dopiero stoper klikał. Nie wiem, czy tam się coś nie pomyliło, bo mój czas oficjalny od zmierzonego przeze mnie różni się aż o 12 sekund. Ale pomylić token, kiedy biegnie 9 osób, to chyba niemożliwe. :-)



Zresztą dowiedziałam się przy okazji, że skoro regularnie biega tam około 20 osób, to większość z nich przekazała koordynatorowi swoje kody i jak ktoś zapomni zabrać, to zawsze może wziąć i się zeskanować z tamtych. Całkiem fajny pomysł. Oczywiście w przypadku takiej frekwencji. Inne plusy tego takie, że herbata czy też kawa (jak dzisiaj) z jednego termosu starcza dla wszystkich. Babeczki chyba też by starczyły, ale nie próbowałam, bo uciekłam. ;-)



Sama trasa płaściutka i przyjemna. Porównać ją chyba z Opolem można, tylko w Cieplicach trzy okrążenia, to trochę dużo. Ale w sumie wydaje mi się, że jest mniej krążenia. Pętle są naprawdę pętlami. Zgubić się trudno, bo szybko zrobione oznaczenia bardzo pomagają. Ja zresztą biegłam "za tłumem", bo dziś jeszcze spokojnie. W ogóle to mam zalecenie od czwartku, żeby tydzień biegać bardzo powoli, więc dziś to i tak za szybko było. Szybciej być mogło - tradycyjnie na początku, kiedy Fraszka się wyrwała. Potem tak jakoś mało biegaczy do gonienia było, że odechciało jej się ścigania i więcej w śniegu zasuwała. Do tego karygodnie ścinała zakręty - jak chyba wszyscy przed nami - więc nie można jej mieć tego za złe. Przez jakiś kilometr biegłam z dwoma biegaczami, którzy zrobili mi prawie zwiedzanie parku i opowiadali o budynkach, które się tam mieszczą. Jeszcze ze dwa okrążenia i może bym zapamiętała. :-)



Krótka rozmowa po biegu i historia pana, który pojechał nie w to miejsce i dlatego się spóźnił. Jakieś pocieszenie dla mnie, że nie tylko ja taka zakręcona jestem. :-) Ale tym razem wszystko się udało. Pewnie dlatego, że na miejsce startu niecałe 4 km miałam, więc truchtem w jedną i drugą stronę. Chyba z powodu tak małej liczby osób wszyscy witają się z wszystkimi i też podają ręce po biegu, tak jakby gratulując lepszym od siebie, czyli tym, którzy wcześniej od nich dotarli do mety. A może nie tylko. ;-)
Na wieść o tym, że z Poznania jestem, okazało się, że biegacze z Jeleniej czytali o naszym Biegu Powstania Wielkopolskiego i byli w wielkim szoku, że tyle osób wzięło w nim udział. :-)



Zauważyłam, że jakieś bardzo emocjonalne moje oceny odwiedzanych przeze mnie lokalizacji. Każda "świeża", jeśli mi nie podpadnie, jest wysoko w rankingu. Zatem na razie nie oceniam. Za czas jakiś zrobię klasyfikację. Zresztą trasy można porównywać, tylko jak skoro w Jeleniej Górze biegłam trasą, która funkcjonuje w Parkrunie od niedawna a np. w Lubinie ta, którą biegłam już jest nieaktualna. Atmosfery zaś porównać nie sposób.

niedziela, 24 stycznia 2016

Pierwsze nasze górskie bieganie zimowe

Powinnam napisać, że próbowanie biegów górskich, bo mało biegania w tym było. Chociaż starałyśmy się bardzo, tak bardzo, że aż nakładki z kolcami ugrzęzły gdzieś w śniegu. ;-)






A poza tym całkiem przyjemnie. Wyruszyłyśmy, kiedy już zrobiło się jasno. Trasa nie była starannie zaplanowana, bo nie wiadomo, co w górach nas czeka. Wybór drogi był więc nieco impulsywny. A to ładnie wyglądała, a to Fraszce się spodobała. I tak wyszło, że na początku było cały czas pod górę. No a potem w dół. I oczywiście podejście było lepsze niż zsuwanie się. ;-)

Z takim moim luźnym podejściem do trasy, przygotowałam się, że w pewnym momencie trzeba będzie w Garminie wypróbować opcję "Wróć do startu", ale jakoś się udało bez tego, bo w górach znalazłyśmy inne oznaczenia.



Fraszka dziś od rana humorzasta i biec w ogóle nie chciała. Na szczęście jakoś po 2 kilometrach w końcu dała się przekonać.

"Góry są pycha"




Potem zatrzymywać się nie chciała. A ja chciałam trochę zdjęć zrobić górom pokrytym śniegiem. Podczas mojego pobytu chyba ostatnia szansa, bo odwilż dzisiaj przyszła i coraz mniej biało.

Jeden profil

no i drugi :-)

Na zakończenie, kiedy już prawie z gór zeszłyśmy, postanowiłam trochę wydłużyć trasę i pobiec do pałacu Pakoszów, który podobno gdzieś w okolicy, ale jakoś nie mogłam wcześniej znaleźć. Tym razem się udało.


No i trochę po górkach się pośmigało. :-) Fraszka chrapie teraz, bo to dla niej drugi wynik, jeśli chodzi o kilometraż. A najwięcej biegła po płaskim jednak, to się trochę zmęczyła. :-)

"Widać mnie czy nie?"


sobota, 23 stycznia 2016

Powodzenie z Fraszką mamy - odpowiednio u "pimpków" i starszych panów

Napisałam "odpowiednio", żeby nie pomylić, bo nie wszyscy starsi panowie Fraszkę lubią. O czym przekonałam się wczoraj. No ale podróże z Fraszką nigdy nie są nudne. :-)
Zacząć trzeba od tego, że ona rozpuszczona taka dzikuska, że nigdzie nie lubi zostawać sama. Zatem, kiedy wyszłam na chwilę z pokoju (do łazienki), słyszę rozpacz wielka. Po powrocie - dzika radość. Wychodzę po raz drugi - znowu rozpacz, a po powrocie - radość umiarkowana. Wychodzę po raz trzeci - cisza. Wracam - samozadowolenie wyrażone machaniem ogona podczas leżenia... na moim łóżku! O - ta to się potrafi urządzić. :-)



No to dalej wychodzimy na spacer - jest śnieg, jest zabawa! W drodze powrotnej zakupy w zwierzątkowym markecie. Pies przywiązany do poręczy. Wracam i widzę, że moje maleństwo udaje rottweilera. Zeskoczyła z murku, rzucając się na jakiegoś "starszego pana". A on oczywiście do mnie z pretensjami: "Takiego psa pani bez kagańca prowadza?" - "No pewnie, bo kagańcem, to by panu krzywdę zrobił" :-) Zaraz za nim "młodszy pan" z pytaniem, czy mi psa na murek podrzucić, bo widzi, że pies nie może wejść. Podziękowałam chyba niezbyt grzecznie, bo mnie ten pierwszy zdenerwował. Zabrałam rottweilera i poszłyśmy do domu. Po kaganiec. :P



W drodze powrotnej Fraszka przyspieszenia nagle dostała. Nie wiedziałam, czemu tak bardzo się spieszy, czy już pora kolacji, czy co. A przed domem czekał pimpek, a właściwie Łatek. To się pewno umówili. Fakt taki, że od naszego przyjazdu, Łatek chyba zamieszkał przed drzwiami, bo widujemy go tam dniami i wieczorami. A pierwsze spotkanie miało miejsce kilka kilometrów stąd. Dziś biegł na Parkrun z nami, ale chyba nie dał rady, bo po 2 km się zapodział.

czwartek, 21 stycznia 2016

Kolejną lokalizację Parkrun czas odwiedzić

W tym roku w ogóle mało biegam. Na Parkrunie jeszcze wcale. I tak wyszło, a właściwie wyjdzie dopiero, że pierwszy raz na Parkrunie pobiegnę nie w Poznaniu. Na ferie zaplanowałam wyjazd w góry, a właściwie do kotliny, a nie w góry, ale o górach mówić można. A będąc tam nie odwiedzić Parkrunu nie można. :-)

Przy okazji zobaczę, jak mi się w górach biega. A zimną to już w ogóle będzie przygoda. Próbowałam kiedyś latem. Średnio to wyszło. Teraz motywacja większa. Brakuje mi biegania bardzo. Siły są, ochota, motywacja i nawet organizm się dopomina, ale kolano nie pozwala się rozpędzić. Śnieg i lód też nie sprzyjają. Dziś ciut szybciej niż ostatnio, bo kolce założyłam. W górach będzie więc też raczej spokojnie, ale mam nadzieję, że uda się więcej niż ostatnio. 

Dziś wizyta u lekarza, to zobaczę, co zaleci.

Przed wizytą w Parkrun Jelenia Góra śledzę już, co w tej lokalizacji się dzieje. Przede wszystkim dlatego, że ze względu na oblodzenie Wzgórza Kościuszki w Parku Miejskim przeniesiono bieg w inne miejsce. I jak widzę, w tym tygodniu nadal pobiegniemy po zmienionej trasie w Parku Zdojowym w Cieplicach. Cieszę się z tego powodu, bo miło ten park wspominam. Byłam tam kilka lat temu. Latem. Nie biegałam tam niestety, bo w ogóle jeśli wtedy można było cokolwiek o moim bieganiu mówić, to bardzo raczkującym. :-) Ale za to wtedy w Parku był pokaz iluminacji świątecznych, choć miało to miejsce na początku września. Myślę, że teraz wrażenia będą równie dobre. 


To z FB, a na stronie Parkrun Jelenia Góra wciąż info o tradycyjnej trasie...
Jak czas pozwoli, to napiszę relację na świeżo, a jak nie, to po powrocie. :-)

wtorek, 19 stycznia 2016

A może jednak coś słodkiego?

Czasem jest taka okazja albo chociaż fantazja, żeby zjeść jakiś deserek. I niekoniecznie wystarcza jogurt naturalny z płatkami czy granolą albo sałatka owocowa. Ciasto by się zjadło. I to ciasto wcale nie musi składać się tylko z mąki, cukru i proszku do pieczenia. Może być bardziej wartościowe. :-)

Jak wspominałam na początku mojego projektu, korzystam z różnych przepisów, m.in. z książki "Kuchania dla biegaczy" i to tam znalazłam jabłkowego murzynka, którego właśnie dziś przygotowałam. :-)




Wykonanie szybkie i bezproblemowe. Podstawowe składniki: mąka pełnoziarnista, olej rzepakowy, mleko sojowe i oczywiście jabłka. :-) 



Dodatki to przede wszystkim orzechy i rodzynki, a do smaku: kakao, zmielona kawa oraz przyprawa do piernika. No i trochę cukru... trzcinowego. :-)



Żeby słodkie słodsze było, to jeszcze polewę można zrobić. Ale nie tak słodką, bo z gorzkiej czekolady. I tutaj przy okazji ciekawostka. Kupiłam dla porównania dwie czekolady:


jedna gorzka tradycyjna (70% kakao) a druga bez cukru, ale... "zawiera inne substancje słodzące". Jakie? Nie wiadomo. Kalorii ta bez cukru ma niby mniej, ale czym słodzona i czy nie lepiej tą normalną z cukrem zjeść? A i jeszcze cena: gorzka bez cukru ponad 5 zł. Gorzką zwykłą kupiłam w promocji 4 sztuki za niecałe 8 zł.



poniedziałek, 18 stycznia 2016

Bieg spacerowy z łyżwiarstwem figurowym

Sprawdziłam wczoraj wstępnie, że chodniki czyste czy też jak kto woli "czarne" na odcinku odpowiednim, żeby zrobić dziś kolejne podejście do biegania. No i obudziłam się od rana, a za oknem biało wszędzie, więc nie było szans, żeby nagle chodniki czarne były. Pocieszyłam się jednak myślą, że to śnieg jedynie a nie lód i może nawet lepiej dla nóg, że po śniegu miękkim potruchtam niż po twardym podłożu. 

A biegać dziś nieodwołalnie postanowiłam. Po ćwiczeniach wzmacniających i rozciągających, od soboty znacznie lepiej z kolanem. Może mu też nocne tańce pomogły, kto wie. ;-) Wczoraj rowerowanie a dziś w końcu pora na bieganie. :-)




Wystartowałam spokojnie, bo 1 km w tempie 5.50, ale potem miało się okazać, że to jeden z szybszych, bo już na drugim kilometrze odkryłam ukryte lodowisko. Namacalnie odkryłam, kiedy wejście na nie zaczęłam efektownie od figury nazywanej orłem. Niektórzy używają jej wymiennie z nazwą koziołek, ale mnie się orzeł bardziej podoba. Po tym mocnym początku wykonałam nawrotkę w stronę, gdzie miałam nadzieję, że więcej będzie biegu niż ślizgu, ale okazało się, że trochę biegu lodowego było a trochę spacerowego. Ostatecznie na 11 km tego przemieszczania się tempo wyszło 6.30. W normalnych warunkach można by to więc nazwać spacerem biegowym. 



Dziś jednak warunki były niezwyczajne. Dzięki temu mogłam poćwiczyć stabilność, równowagę, wzmocnić nogi, potrenować hamowanie i... cierpliwość. No bo kiedy normalnie zrobiłabym wybieganie w takim tempie? A dziś niesamowicie przyjemnie. :-) Kolano bez bólu w trakcie biegu i do tej pory też nie daje znać o sobie, a to dobry znak. Nie stwierdzę teraz, że cudowne ćwiczenia mnie wyleczyły, ale mam nadzieję, że pomogły i teraz będzie lepiej. W razie czego mam w zapasie namiary na jednego specjalistę i jednego znachora. ;-)

niedziela, 17 stycznia 2016

W temacie odżywiania

Dziś kolejne propozycje jedzeniowe: na obiad, kolację, śniadanie... wg uznania :-)

Posiłek I
Sałatka na słodko - z kukurydzą, ananasem, orzechami oraz ryżem jako głównym składnikiem. :-)
Ja dorzuciłam jeszcze kurczaka, a jak ktoś bardziej słodko woli, to można dodać np. winogrono. Do tego odrobina jogurtu naturalnego.



Posiłek II
Makaron z brokułami w sosie jogurtowo-serowym



Posiłek III
Kasza gryczana z wątróbką i buraczkami (w zestawie z sokiem jabłkowo-buraczkowym)





Posiłek IV
Sałatka owocowa, a wśród owoców: kaki, banan, kiwi, borówki amerykańskie, mandarynki...
(jako posiłek czwarty, a nie piąty, ponieważ wieczorem nie powinno się jeść owoców, zatem tak późnym popołudniem :-))




Posiłek V
Tortilla wieloziarnista z łososiem, szpinakiem i żółtym serem z dodatkiem sosu jogurtowo-czosnkowego




sobota, 16 stycznia 2016

Ślizganie na Parkrunie - Parkrun nr 180

Coś z tą styczniową sobotą jest nie tak. Jeśli ktoś pamięta, to w zeszłym roku trzecia sobota na Parkrunie też była... specyficzna. ;-)

Dzisiaj kontynuacja mojej działalności wolontariackiej. Teraz już coraz bardziej przymusowa. W czwartek z radością pobiegałam, ale potem kolano o sobie przypomniało, więc pauzuję nadal. Poza tym trzeba będzie inne rozwiązania zastosować, bo dotychczasowe - jak widać - nie pomagają. 




Doślizgałam się na Cytadelę znów z aparatem. Ciężko było iść, więc jednak ucieszyłam się, że nie biegnę. Choć znajomi dziwili się i podpytywali, czy to już sportowa emerytura. Śmiałam się i potwierdzałam, więc dopytywali dalej, czy to żart. A ja na to, że nie żart ani emerytura tylko lenistwo. Ale wszystko nieprawda oczywiście. Prawda taka, że bym pobiegała chętnie. Chociaż niekoniecznie po lodzie. ;-)

Dotarłam ostatecznie, żeby przydać się na coś i porobić zdjęcia. Ale aparat nie bardzo chciał współpracować dziś ze mną i swoją oficjalną działalność zakończyłam po 38. zdjęciu... Potem przestawiłam się na aparat w telefonie komórkowym, ale to już nie to samo było. Fotografowanie zatem dzisiaj średnio się udało. Ale przy okazji puchar i medal za Bieg Powstania dla kolegi odebrałam. No i wysłuchałam porad i zaleceń w kwestii dalszego leczenia kolana, z których skorzystam i może coś w końcu pomoże. 



A poza tym dziś dodatkowa atrakcja, bo ściganie z Robertem na cel charytatywny. Że Robert przegra, to niestety było wiadomo (chociaż na początku trzymał się dzielnie w czołówce), na mecie okazało się, ile. :-)



Wszystkie moje zdjęcia z dzisiaj udostępnione do obejrzenia na stronie Fraszkowanie i Bieganie na znanym wszystkim portalu społecznościowym. :-)

czwartek, 14 stycznia 2016

Jeszcze jedno podsumowanie (Liga Biegowa) i prognozy na przyszłość

Dziś zostały opublikowane oficjalne wyniki Ligi Biegowej. Nie do końca się łapałam w Rankingach "Złotym", "Srebrnym" i "Brązowym", za to całym sercem za Rankingiem PZU (bo to głównie Parkrun) i potwierdziły się moje obliczenia: 2. miejsce w klasyfikacji kobiet i nagroda: obóz biegowy w Krościenku. :-) Wyjazd na początku lipca. To już kawałek urlopu zaplanowany.
Jak wspomniałam, głównie Parkrun, ale nie tylko, bo też feralna Kamienna Piątka, która jednak dała mi dodatkowe punkty. A potem szalony wyjazd do Sopotu. :-) No i do tego bieganie głównie z Fraszką. Ciekawe, czy ona też może jechać na obóz. ;-)



A ze spraw bieżących, to... mój organizm po prawie dwóch tygodniach niebiegania, tak bardzo się biegania domagał, że... pomimo planowałam odpoczywać do soboty przynajmniej, od wczoraj rozważałam pobieganie na bieżni. Dziś jednak stwierdziłam, że jak biegać, to tylko na zewnątrz. Rano jeszcze ślizgałam się, idąc, a po południu spokojnie biegłam ścieżką, na którą wcześniej bałabym się nadepnąć. Trzeba walczyć z lękami. :-) 
Tempo zawrotne nie było, bo trasa jednak wywrotna. Na szczęście nic mi się nie stało. A okazało się, że z moich okolic nie tylko ja szalona biegam w takich warunkach. Także przyjemnie, sympatycznie. Mnie się humor poprawił, a organizm przewietrzony też się lepiej czuje. :-)
Oby się pogoda poprawiła, tzn. żeby ślisko nie było, to będziemy mogły z Fraszką razem pośmigać.

wtorek, 12 stycznia 2016

Projekt Życie bez cukru - trochę konkretów

Żeby nie było, że ja tak tylko sobie piszę, że coś robię, a nie robię, to dzisiaj trochę szczegółów. Zresztą ja nigdy nie udaję. Jak nie biegam teraz, to nie biegam i też wszyscy o tym wiedzą. O tym, że zamiast tego taniec trenuję też wiadomo. A przy tej pogodzie to się wkrótce na moją ukochaną jazdę figurową na lodzie wkrótce przerzucę. :-)

A wracając do odżywiania. To tak, pięć dni, to już sukces, a dziś już dzień szósty. Czyli prawie tydzień. :-)
Zatem, jak to wygląda? Oczywiście bez cukru zupełnie się nie da, bo pełno go we wszystkim. A najwięcej pewnie w produktach typu light, bo one mniej tłuszczów mają, a za to więcej cukru.

W każdym razie na pewno eliminacja wszystkich słodkich przekąsek i przegryzek typu czekoladki, ciasteczka i batoniki. Pozostawiam sobie prawo do jedzenia czekolady gorzkiej w razie ostateczności. ;-)
Ciastka owsiane niby też mogą być, ale jak przejrzałam skład opakowania takich ciastek w sklepie, to oczywiście okazało się, że cukru tam mnóstwo. No to odpadają. Przynajmniej na razie. Zamiast tego coś słodkiego domowego. :-)

No to teraz trochę o tym, co rzeczywiście jem (i piję). Zwykle na blogach pojawiają się dzienne jadłospisy, tzn. opis pięciu spożywanych w ciągu dnia posiłków: śniadania, drugiego śniadania, obiadu, podwieczorku i kolacji.
Zastanawiam się, ile osób ma przyjemność i/lub możliwość sobie tak wszystkiego rozplanować. U mnie to zazwyczaj wygląda tak, że jem pierwsze śniadanie w domu, a w pracy... trzeba by to nazwać dwoma kolejnymi śniadaniami. Obiad to już po powrocie z pracy, czyli grubo po południu. Potem zatem już bez kolacji, tylko jakaś drobna przekąska wieczorem. 
 
Ponieważ trudno o idealne rozplanowanie i układ posiłków, to ja opiszę kilka różnych moich, a każdy zaklasyfikuje sobie jako obiad, kolacja albo któreś śniadanie. Zwłaszcza że w przypadku biegaczy rodzaj posiłku i pora jego spożywania jest zależna jeszcze od tego, kiedy i jaki wykonujemy trening. Ja zwykle biegam rano, więc trudno by mi było, gdyby później na śniadanie miały mi wystarczyć płatki z jogurtem. :-)
Ale może od niego zacznę. :-)

I Posiłek
Jogurt naturalny z płatkami - tutaj ilość w zależności od potrzeb żywieniowych. ;-) Dla urozmaicenia można zmieniać płatki i dodawać np. suszone owoce albo mus owocowy. Ja obecnie mam mix trzech rodzajów płatków: kukurydzianych (bezglutenowych), pszennych oraz musli z orzechami i czekoladą.
No i od razu wychodzi, że słodyczy się nie uniknie, bo w płatkach też jest oczywiście cukier...



II Posiłek
Skoro na śniadanie były płatki, to na drugie śniadanie mogą być kanapki. Najlepiej na ciemnym pieczywie, ziarniste, wieloziarniste... z dynią albo ze słonecznikiem. Ilość też w zależności od potrzeb. A co na kanapce?
Pasta jajeczna z curry, czyli ugotowane, rozdrobnione jajka mieszamy z odrobiną jogurtu naturalnego. Dodajemy pietruszkę i curry. Proporcje w zależności od smaku. :-)




III Posiłek (niby obiad)
Zupa selerowa z grzankami - przepis mówił, że zupa idealna, bo "prawie nie czuć selera". Dementuję - w przypadku mojej zupy bardzo czuć, ale w niczym to nie przeszkodziło. :-) Przygotowanie rozpoczynamy od wywaru warzywnego, czyli rosołu, bo wywar z warzyw, ale jak zrobiłam z warzyw i kurczaka, to nic mu nie zaszkodziło. ;-) Ugotowane: seler, ziemniaki i marchewkę blendujemy, żeby powstał krem. Na koniec można wlać troszkę mleka albo jogurtu naturalnego (ale jogurtu naturalnego jak na jeden dzień już i tak dużo było).
Grzanki z razowca pokrojone i obtoczone w jajku z pieprzem i solą pieczemy w piekarniku przez kilka minut aż będą twarde. :-)


IV Posiłek (taki podwieczorek)
Koktajl owocowo warzywny - tutaj opcji mnóstwo. W pierwszej wersji zrobiłam koktaj szpinakowo-pomarańczowo-bananowy wymieszany z sokiem jabłkowym. Szpinaku było bardzo dużo, więc musiałam dosłodzić miodem.




W drugiej wersji koktajl znacznie smaczniejszy. Skorzystałam z gotowej porcji warzyw w paczce z jednego ze zwierzątkowym marketów (paczka takich świeżych warzyw kosztuje parę złotych, a wystarcza na kilka razy). Były tam warzywa: jarmuż, szpinak i marchewka, które wystarczyło dorzucić do pomarańczy i banana. Ponieważ ja lubię koktajl bardziej do picia niż do jedzenia, staram się, żeby najwięcej było pomarańczy.



V Posiłek (kolacja albo drugie danie do obiadu)
Placki ziemniaczane - wersja podstawowa: starte i usmażone ziemniaki (grubo tarte są bardziej chrupiące), można wzbogacić startą cebulą. Można zjeść same albo z dodatkiem np. łososia. :-)



Nie rozpisuję się specjalnie nad wykonaniem. Pomysły znalezione w książkach z przepisami, czasopismach dla biegaczy oraz na blogach. Wykonanie i spożycie: moje. :-)












poniedziałek, 11 stycznia 2016

Życie bez cukru, czyli noworoczny projekt żywieniowy

No to zaczynamy!

Samo bieganie nie wystarcza. Inne treningi to też mało. Dojrzałam w końcu do tego, żeby zająć się dietą.

Zaczęłam oczywiście od teorii:



To takie wstępne przygotowania, przed przygotowaniami właściwymi do zawodów. Ale i w tym wypadku proszę o wsparcie. O przebiegu projektu będę informować. :-)

niedziela, 10 stycznia 2016

Pogoń za "Panem Haskim", czyli nie biegam, a jednak biegam i najważniejsze, jak to dalej będzie z tym moim bieganiem

Piszę w odpowiedzi na:
- uwagi o tym, że nie piszę,
- zmartwienia, że nie biegam,
- pytania, gdzie dalej będę biegać.

Wszystkie powody ważne na tyle, żeby napisać... o czymś innym niż wolontariacie na Parkrunie. Niektórzy zauważyli, że moje ostatnie aktywności fizyczne odbiegają "nieco od biegania", bo na Endomondo pojawia się tylko chodzenie, wędrowanie, jazda na rowerze (tydzień temu 40 km przy -13, to było niesamowicie mrożące przeżycie :-)). Poza tym zwyczajowo trening obwodowy, siłowy i gimnastyka, tyle że teraz częściej, no i taniec. :-)

Większość sobie roztrenowanie w listopadzie i grudniu zrobiła, a ja wykorzystałam to, że śniegu i lodu nie było,  i próbowałam życiówkę na 5 km zrobić. Nie wyszło, więc będę dalej próbować. Ale nie w takich warunkach. Ja się po śliskim biegać boję niemiłosiernie. A poza tym celu nie mam konkretnego ani planu, to nie biegam. ;-) No bo w zeszłym roku się nie przejmowałam, tylko w kolcach śmigałam, żeby zrealizować plan do OWM. 



Tymczasem na razie spokojnie. Dzisiaj ślizgawkowy spacer z Fraszką. Najpierw lodową ścieżką - tzn. Fraszka po lodzie, a pancia po śniegu. W lesie było trochę lepiej, ale Fraszka też trochę lodu dla siebie znalazła. Poza tym znalazłyśmy jeszcze pana biegającego z huskym. Biegli w naszą stronę. Pies był luzem, ale pan na nasz widok szybko przypiął go do smyczy. Potem w tył zwrot i w nogi. A Fraszka oczywiście za nimi. Ona była na smyczy, więc musiałam pognać za nią. Pan i husky skręcili znów w innym kierunku i nas zgubili. A szkoda, może byśmy pobiegali razem, to by Fraszka większą motywację do przyspieszeń miała.



To tyle na razie o moim bieganiu. Ale tak leniwie dalej nie będzie. Jeszcze tydzień odpocznę sobie, a potem pomału trzeba się zacząć przygotowywać do dalszych wydarzeń biegowych. 

W ramach tego oczywiście Parkrun. Nie wiem jeszcze, czy pobiegnę już w najbliższą sobotę. Może będzie kolejny wolontariat. Ale od przyszłego tygodnia zaczynam treningi - na lodzie, w śniegu albo w deszczu. :-) A zapowiada się nadal zimowo. Trzeba się jednak pomału przyzwyczajać, bo dalej w planach są... góry. :-) 
No właśnie - jedziemy z Fraszką na kilka dni potrenować w góry. Zobaczymy, jak to wyjdzie. A jak już będziemy w okolicy, to oczywiście nie obejdzie się bez Parkrunu w Jeleniej Górze. I śledzić będę na bieżąco informacje, bo ostatnio bieg odbył się w zupełnie innym miejscu niż zwykle. Brawa zresztą dla organizatorów, którzy zwrócili uwagę na oblodzenie Wzgórza Kościuszki leżącego na trasie. Pierwsza negatywna wersja była taka, że bieg się w ogóle nie odbędzie. Ostatecznie przeniesiono zawody do Cieplic, gdzie wyznaczono nową trasę. 

Po górach w styczniu w planach jest jeszcze morze. :) Zapisałam się z Fraszką na pierwszy dog trekking i tak wypadło, że akurat na Pomorzu. Bieg karnawałowy, więc wykorzystamy przebranie z biegu noworocznego. A jak już będziemy na pomorzu, to do zaliczenia jest jeszcze jedna parkrunowa lokalizacja w tym rejonie. ;-) Gdyby nie było ślisko, to może byśmy się skusiły na rekord w Gdyni, bo tam trasa szybka i można spróbować, ale się nie zapowiada.

Po powrocie, będzie już luty. W lutym Bieg Walentynkowy, a potem już przygotowania do półmaratonu i maratonu. Jak pisałam wcześniej, nie zamierzam w tym roku się rozdrabniać i za dużo startować. Zwłaszcza płacić nie zamierzam za bieganie za dużo. :-) Ale z pewnych względów rodzinnych zapisałam się w lutym jeszcze na I Zimowy Cross w Pobiedziskach. Bieg kameralny, bo miał być limit 100 osób, później zwiększono do 120. Za tym drugim rzutem udało mi się zapisać, ale to rzutem na taśmę, bo wstałam specjalnie, żeby się załapać, a potem zapomniałam. Na szczęście Facebook grzecznie przypomniał i zdążyłam. :-) Poza tym nic pomniejszego w planach, bo nie zamierzam w tym roku się ścigać w klasyfikacjach ani Parkrunu, ani Ligi Biegowej, ani żadnej innej. Ścigać się będę jedynie ze sobą na różnych dystansach. :-)

Zatem oprócz maratonu i półmaratonu do pełni szczęścia brakuje mi jakiejś szybkiej dyszki, więc chyba Szpot zwycięży z Galopadą Braci Mniejszych. Chociaż termin nadal uważam za niezbyt szczęśliwy. Z Naszej Dychy w Gostyniu, którą wcześniej planowałam, już zrezygnowałam, więc chyba walkę z dziesiątką trzeba będzie przerzucić na jesień bardziej sprzyjającą. Z Fraszką zaś pobiegam na pewno w Bydgoszczy, bo po ostatnim starcie, mamy w tym roku zapewniony darmowy udział. Bieg pewno będzie znów w lipcu, więc w upale, ale damy radę jak poprzednio. A na jesień może wybierzemy się do Międzylesia w ramach akcji: "Zabierz piesia do Międzylesia" i tam powinny być lepsze warunki.

A w ramach przygotowań do krakowskiego maratonu zaczęłam się rozglądać za noclegiem. Mam wprawdzie bazę noclegową w mieście, ale pomyślałam, żeby poszukać czegoś innego i odpowiednio wcześnie zarezerwować. W Krakowie z tym zawsze trudno, a przy okazji maratonu będzie pewno gorzej. Jest oczywiście opcja darmowego spania w hali, ale przed maratonem mi się to nie uśmiecha. Poza tym planuję pojechać w piątek, żeby w sobotę odwiedzić Parkrun. :-) Tutaj wychodzi trochę moja przekora. Miejsce noclegowe, gdzie ostatnio byłam, jest kilkaset metrów od startu Parkrun Kraków. A ja szukam innego miejsca, bo... skoro biegłam już w krakowskim Parkrunie, to lepiej byłoby odwiedzić inny. :-) Propozycje były dwie: Wolbrom i Chrzanów. Padło na Chrzanów, bo tam dojazd lepszy. Niebezpiecznie trochę, bo lokalizacja taka, że zgubić się mogę. Ale może dam radę. :-) Trasa wygląda ciekawie, ponieważ... jest jedna pętla. :-) Życiówek tam oczywiście robić nie będę, bo bez Fraszki no i dzień przed maratonem. Tak czy siak, pobiec warto. 

A kolejny dzisiejszy pomysł, to ultramaraton na dystansie 64 km. Bieg w ramach Festiwalu Biegowego w Krynicy-Zdrój...

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa