sobota, 31 grudnia 2016

Biegowe podsumowanie roku 2016

Zaczynając statystycznie, czyli tak, jak ostatnio nie lubię, bo coraz mniej do mnie cyferki przemawiają, w tym roku przebiegniętych kilometrów było na pewno znacznie mniej niż w poprzednim. Jest to jasne i oczywiste, skoro wiadomo, że biegłam tylko w jednym maratonie. Świadczą też o tym moje - w całkiem dobrym stanie - buty. Tak dobrze wyglądają tylko dlatego, że żadnego maratonu jeszcze nie biegły. :-) I także z tego powodu, że do żadnego się nie przygotowywały. ;-)

Tak skrótowo od początku. Zaczęło się od kilkutygodniowego odpoczynku w styczniu, spowodowanego dręczącym bólem kolan, co poskutkowało wizytą u specjalisty, zakupem wkładek ortopedycznych i... poprawą na krótki czas, dzięki temu mogłam pobiegać trochę w górach oraz nad morzem, gdzie wzięłyśmy z Fraszką udział w pierwszym dogtrekkingu.

W lutym pierwszy raz stanęłam na szczycie podium, ale nie sama, tylko w parze, a do tego z psem. ;-) Fraszka znakomicie sobie poradziła, ale do teraz nie miała okazji poprawić ówczesnej życiówki 48.49 na 10 km. Potem zaczął się mały kryzys, bo szybko się męczyła i w biegu Tropem Wilczym zajęłyśmy dopiero trzecie miejsce. Ja sama na crossie w Pobiedziskach wypadłam jeszcze gorzej, bo byłam dopiero szósta. Ale to wtedy po raz kolejny pojawiło się rozważanie nad bieganiem przełajowym. Na wiosnę zaplanowałam udział w maratonie w Krakowie i trzeba było rozpocząć przygotowania.

Marzec to zawsze najlepszy dla nas miesiąc, więc po niemal roku udało się poprawić życiówkę na Cytadeli. Nie powiodła się jednak próba łamania 20 minut. Później skończyło się ściganie, więc z kolejnym podejściem trzeba było czekać... myślałam, że do przyszłego roku, ale plany się trochę zmieniły. W tym miesiącu zajęłyśmy też z Fraszką drugie miejsce na zawodach dogtrekkingu na Dziewiczej Górze.

Po marcu nadszedł fantastyczny kwiecień, czyli poprawa wyniku w półmaratonie o 7 minut. Radość była wielka, bo pomimo oczekiwań, do końca nie wierzyłam, że jestem w stanie tak szybko biec przez tyle kilometrów. Osiągnięty rezultat napawał optymizmem przed docelowym startem w maratonie, zwłaszcza że jeszcze przed połówką wybrałam się na badania, które potwierdziły, że z sercem wszystko w porządku i mogę dalej biegać.

W maju wszystko nadal wyglądało dobrze, tylko dla mnie było zbyt gorąco. Z tego powodu zamiast rekordu na dychę w Swarzędzu, skończyło się na wyniku powyżej 47 minut, który i tak dawał miejsce nagradzane w kategorii wiekowej. Start w maratonie krakowskim był dla mnie ówcześnie wielką porażką i na miesiąc zupełnie zniechęcił do biegania.

W czerwcu zaczęłam szukać zastępczych tematów biegowych, m.in. wzięłam udział w Drużynowych Mistrzostwach na Parkrunie, a później zaplanowałam i dopilnowałam realizacji Śniadania po Parkrunie. W ramach przełamania wzięłyśmy z Fraszką udział w Biegu Świętojańskim.

W lipcu biegowe nastawienie trochę się poprawiło. Najpierw dzięki wyprawie do Bydgoszczy i udziale w Biegu z Łapką (z Fraszką się zawsze poprawia :-)), a później na obozie biegowym. Zaczęłam też uczęszczać na treningi w Zalasewie, które mi dużo dały. W tym miesiącu rozpoczęłam też przygotowania do maratonu, ale po skręceniu kostki (prawie jak rok wcześniej), podjęłam decyzję o odpuszczeniu. Po czasie myślę, że to była dobra decyzja, bo nie byłam dobrze nastawiona do kolejnego biegu na tym dystansie.

Prawie cały sierpień spędziłam w rozjazdach - w Hiszpanii, gdzie nauczyłam się biegać w upale, a później odwiedzając lokalizacje Parkrun na Ursynowie w Warszawie oraz w Kołobrzegu.

We wrześniu kontynuowałam turystykę parkrunową. Miałam też z Fraszką wziąć udział w zawodach canicrossu we Wrocławiu, ale... nie udało nam się dotrzeć. Nie rezygnujemy i jeśli tylko w przyszłym roku będą takie biegi, na pewno się wybierzemy. No i przyszła pora, żeby się ogarnąć i zacząć przygotowywać do jesieni. Po decyzji o odpuszczeniu jesiennego maratonu, zaplanowałam poprawę wyników na 5 i 10 km.

Pierwsza próba pobicia rekordu na dychę miała miejsce już na początku października, jednak zakończyła się wielką klęską, co tylko bardziej zdeterminowało mnie do dalszych przygotowań i w drugim podejściu ustanowiłam nową życiówkę: 43 minuty i 37 sekund. A miałam tylko złamać 45 minut! ;-) 

Pozostawało jeszcze poprawić wynik na 5 km, co udało się na początku listopada, kiedy uzyskałyśmy z Fraszką rezultat 20 minut 2 sekundy. Szkoda trochę tych sekund, bo mogło być 19 z przodu... Później poprawa indywidualnego rezultatu na 5 km i kolejny wynik poniżej 45 minut na dychę. Na zakończenie ponownie znalazłam się na szczycie podium, tym razem w biegu przełajowym, podczas którego naprawdę zaczęłam poważnie myśleć, że lubię ścigać się po lesie. ;-) Może jednak ten listopad lepszy niż marzec? :-)

No i  w końcu odpoczynek. Miał być już od połowy listopada i w sumie w tygodniu odpoczywałam, a w weekendy startowałam i forma przez jakiś czas się jeszcze utrzymywała. Potem spadła, ale już pomału pora, żeby wrócić do biegania...m.in. trzeba było w końcu pojawić się na City Trail, na który to cykl się zapisałam...



Rok sukcesów i porażek. Sukcesów zdecydowanie więcej. Za porażkę uznaję cały czas wynik w maratonie, zwłaszcza że po pierwszych dwóch biegach na królewskim dystansie zapowiadało się, że to może stać się mój ulubiony dystans. Okazuje się jednak, że to nie zależy od dystansu, tylko od treningu i dlatego na jesień moim ulubionym dystansem zostało... 10 km. :-) 

Oprócz medali w tym roku przybyło sporo pucharów i parę dodatkowych nagród, które dodały radości do samego biegania i poprawy wyników. 
Poza bieganiem też większa integracją z rodziną biegową - do tego stopnia, że zostałam okrzyknięta Matką Parkrun Poznań. :-)



O ile wyklepane kilometry mniej ważne, to policzyłam udział w zawodach (chociażby po to, żeby porównać z zeszłym rokiem). Nie liczę na razie wydanej na zawody kasy... ;-)



Zawody, w których brałam udział:
5 km: 6 -Tropem Wilczym (3. miejsce K Open), Bieg Niepodległości w Obornikach (1. miejsce K Open), Zalasewska Piątka (4. miejsce K Open), Bieg Charytatywny im. A. Szozdy (1. miejsce K Open), Bieg Papieski (1. miejsce K Open), City Trail (jeden bieg )
10 km: 5 - Zimowy Cross w Pobiedziskach, Szpot Swarzędz (5. miejsce w kategorii), Międzynarodowy Bieg Ptolemeusza w Kaliszu, Bieg Republiki Ostrowskiej, Bieg Niepodległości w Krzyżu (3. miejsce K Open)
półmaraton: 1 - Poznań Półmaraton
maraton: 1 - Cracovia Maraton
inne: 3 - Nocny Bieg Świętojański (3. miejsce K Open), Bieg z Łapką (3. miejsce K Open), XLPL Ekiden (4. miejsce drużyny mieszane)

Liczba Parkrunów: 34
w tym Poznań: 19
inne lokalizacje: 15

(w porównaniu z zeszłym rokiem więcej było Parkrunów wyjazdowych).

Parkrunem sylwestrowym, czyli na biegowo kończy się ten rok, a już jutro dalsze bieganie na biegu noworocznym. I teraz nie ma już czasu na odpoczynek, bo starty zaplanowane niemal do połowy 2017 roku. Ale o tym może później.
Tymczasem życzę wszystkim udanego roku: wiele radości z udziału w zawodach i z samego biegania, poprawy rezultatów na wszystkich dystansach oraz braku kontuzji! Szczęśliwego Nowego Roku!



sobota, 10 grudnia 2016

Piątka nad Rusałką, czyli Fraszka podbija City Trail

Udział w tym cyklu, jak zwykle, zaplanowałam dawno temu. Później plany trochę się zmieniły. A może nie tyle plany, co priorytety biegowe i jakoś tak wyglądało, że starty będą mi kolidowały z innymi zawodami. Później poczytałam jednak jeszcze parę razy regulamin i zdecydowałam, że jednak mogę się zapisać, zwłaszcza że przy rejestracji na cały cykl będę miała 20 procent zniżki. No i zapisałam się. Też dawno temu. Nie pojawiłam się jednak: na pierwszym biegu, ponieważ "odpoczywałam" przed dychą w Ostrowie Wielkopolskim (i to wyszło mi na bardzo dobre, a konkretnie na rekord na tę dychę - 43 minuty 37 sekund); na drugim biegu, ponieważ wtedy biegłam Parkrun w Warszawie, który również wspominam bardzo dobrze, bo uzyskałam na nim najlepszy parkrunowy rezultat, czyli 20 minut 55 sekund. 

Czas na debiut w City Trail też nie przypadł dobry, bo po czterech tygodniach bez trenowania. Ale w końcu, skoro zapisana do drużyny Parkrun Poznań, to - opuszczając Parkrun - pobiegłam nad Rusałką. Trochę było znów zastanawiania, czy sama, czy z Fraszką i z której fali. Po konsultacjach (wewnętrznych i zewnętrznych), zdecydowałam, że z Fraszką i z drugiej fali. 

Przed 10.00 zjawiłam się zatem z Fraszką, żeby odebrać pakiet - cały pakiet, bo wcześniej nie biegłam i koszulki oraz chusty jeszcze nie miałam. Na dzień dobry niemiła niespodzianka, bo okazało się, że mojego numeru nie ma. Trochę było przy tym zamieszania (i skakania Fraszki), dostałam "numer zastępczy", ale dane miały być moje...Na szczęście tak rzeczywiście było. Odebrałam też koszulkę w biurze, a chustę w depozycie (dziwnie jakoś rozstrzelone to było, nie wspominając o strzałce wskazującej, że biuro jest zupełnie z innej strony). Przynajmniej dowiedziałam się, że jest depozyt. I dobrze, bo samochód zostawiłam "na końcu świata". Taki urok startowania w biegu z takim tłumem. Długo nie mogłam też nikogo znajomego spotkać. Niby zjawiłam się wcześniej, ale jakoś tak nie mogłam się ogarnąć. Pewnie dlatego, że Fraszka była dość zdenerwowana, kręciła się i wszystkich zaczepiała. 

Nie wiedziałam, że na start jest tak daleko, ale na szczęście zdążyłam. Zresztą, skoro miałam czekać na drugą falę, to miałam trochę więcej czasu. Po drodze spostrzegłam, że było dużo psów, które miały biec. Ucieszyłam się więc, że nikt nie będzie miał pretensji, że ja startuję z dopingiem. 

Przy starcie Fraszka dalej hałasowała, więc jeszcze kilka znajomych osób podeszło się przywitać i zapytać, z której strefy startujemy. Pierwsza była do 22 minut, ale zostawiłam ją dla ścigaczy. Ustawiłyśmy się z Fraszką zaraz, jak ci pierwsi polecieli, i wtedy zaczął się koncert. Trwał na szczęście tylko kilkadziesiąt sekund, chociaż spiker zdążył zauważyć, że go jakiś pies zagłusza.  ;-)



Poleciałyśmy jak zawsze na maksa, ale trasa błotna (a nie leśna wcale), więc szybko się zmęczyłam. W przeciwieństwie do Fraszki, która ciągnęła jak zwykle, a kilka osób skomentowało, że "ogień" i nawet poleciło, żebym ją z pierwszą falą puściła.





No cóż, nadawałaby się. I tak dogoniłyśmy tych maruderów, co wystartowali wcześniej i musiałyśmy ich wyprzedzać. 



Fraszka - inaczej niż na poznańskim Parkrunie - utrzymała tempo przez 1,5 kilometra, a nie przez 1, jak na Cytadeli. Potem jednak było gorzej, może bardziej przeze mnie albo przez nas obie, bo nie biegamy i nie trenujemy ostatnio. Na trzecim kilometrze zaczęło robić się ciasno, ja już byłam zmęczona bieganiem, a co dopiero wyprzedzaniem. Fraszka też zwolniła trochę, ale zaraz zaczęła się przeciskać i pociągnęła mnie za sobą.



Kilometr przed metą spotkałyśmy pana z chartem, więc po koncercie, zaczął się taniec. Nie było tylko wiadomo, kto prowadzi, bo raz Logan z przodu, a raz Fraszka. ;-) Ostatecznie - dżentelmeńsko - panowie nas przepuścili, ale na metę wpadliśmy jakoś równo we czwórkę. 

Trudno mi cały cykl po jednym biegu oceniać. Coś ten bieg w sobie ma, skoro biegło w nim dzisiaj 1109 osób. Ja byłam 184 (i wynik rzeczywiście przypisany dobrze do mojego właściwego numeru). Wśród kobiet miejsce 14 na 415 i 4 w kategorii K-20. Wniosek z tego taki, że poziom bardzo wysoki i jak się chce dobrze wypaść, to pora kończyć to roztrenowanie i brać się za bieganie. Zwłaszcza, że straszą jakąś rywalizacją w biegu walentynkowym. ;-)

niedziela, 4 grudnia 2016

(Nawet moja) forma nie trwa wiecznie

Dzisiaj po dwutygodniowej nieobecności pojawiłam się na Cytadeli. Mnie nie było dwa razy, a Fraszki jeszcze więcej. Ja w tygodniu nie biegam (trenuję biegania) wcale już od trzech tygodniu. Ale zdarzyło mi się wystartować w zawodach zarówno tydzień, jak i dwa tygodnie temu. Fraszka za to ma totalne roztrenowanie - lepsze niż ja. ;-) Wydawało się jednak, że podczas takiej zimnej pogody jak dzisiaj ma więcej energii. No i chyba miała, ale wytrzymałość gdzieś zgubiła, przez to, że pani ostatnio tylko na spacery ją zabierała. 



Dobrze było się spotkać z jakiś czas niewidzianymi znajomymi biegaczami. A atmosfera wyjątkowo świąteczna i mikołajkowa. Dużo osób założyło czapeczki, a niektórzy pełen strój św. Mikołaja. Z okazji Mikołajek zbierano też dary dla domu dziecka.


Coś mi tam chodziło po głowie o łamaniu 20 minut, zwłaszcza po ostatnich dobrych wynikach w biegach bez Fraszki. No i gdyby Fraszka dzisiaj była w formie, to jeszcze można by się o to pokusić, no ale nie była, ja już też coraz mniej, bo ćwiczenia core stability, bieganie z kijem oraz skakanka dają może lepszą technikę, ale ćwiczeń szybkościowych nie zastąpią. Poza tym po tych ćwiczeniach to jakoś lepiej w terenie mi się biega, a nie po asfalcie, to na Cytadeli dziś liści i korzeni zabrakło. ;-)

Wystartowałyśmy tradycyjnie dość szybko. Fraszka niecierpliwiła się bardzo, bo dziś długo trwała odprawa. ;-) Jeszcze usłyszałam od jednego z biegaczy: "Oszukuje się jak można", bo stałyśmy znowu w kącie. Jakoś nie miałam motywacji i nastawienia psychicznego do walki, bo niestety dzisiaj to by było znowu "muszę" a nie "chcę", a jak miało nie wyjść to szkoda się męczyć. No i po 500 metrach doszłam do wniosku, że za szybko i za bardzo zmęczona jestem. Fraszka ciągnęła, ale nie tak bardzo, żebym musiała za nią lecieć. 1 km wyszedł w tempie 3.55, czyli dużo za wolno, bo wiadomo było, że następne będą jeszcze gorsze. No i pewnie bym odpuściła zupełnie, ale jakoś tak ciągnięta utrzymałam takie tempo, żeby wynik był poniżej 21 minut. Zmęczyłam się jednak dużo bardziej niż tydzień temu na przełaju, więc chyba jednak Cytadela zabija podbiegami, zbiegami i zakrętami. Albo jednak brak treningów daje się we znaki. ;-)




Do pełni nieszczęścia wyprzedziła mnie dziewczynka w wieku pomiędzy 11 a 14 lat. Minęła mnie na drugiej pętli, jakby dopiero zaczynała, więc myślałam, że to jej pierwsze okrążenie, ale szybkość i technika nie wskazywały na to. Porozmawiałam z nią po biegu, bo przyszła mi pogratulować (chociaż nie wiem, czego), a mnie raczej wstyd było. ;-) Ale może to talent wrodzony, niech rozwija. :-) Później okazało się, że regularnie biega na Parkrunie w Kołobrzegu i ma tam rekord... 20.01. 

Wniosek tak, że po prostu trzeba odpuścić i się nie spinać na wyniki, kiedy jest roztrenowanie. Bo to tylko niepotrzebnie rozstraja. Teraz zatem trochę prawdziwej przerwy, chociaż znowu nie do końca, bo za tydzień City Trail. A później może udałoby się trochę naprawdę odpocząć, bo 17 grudnia mam zaplanowany wolontariat na Parkrunie, ale wtedy to już pomału będzie trzeba rozpoczynać treningi. Ale tym razem nie tak szybkie, bo w planach głównie półmaraton, a reszta może... przy okazji... ;-)



Po Parkrunie, w parkrunowym gronie, kawa u Brismanów i narobiliśmy dziś takiego zamieszania, że aż jeden z klientów zagranicznych podszedł do nas i zapytał, czy my z Parkrunu. ;-) No, ale trudno się dziwić, skoro w parkrunowej koszulce (będącej prezentem od św. Mikołaja) robiłam za reklamę Parkrun. :-)

poniedziałek, 28 listopada 2016

1. miejsce na trasie, co "najpierw daje, a potem odbiera", czyli lecę, bo chcę, a potem wspinam się albo inaczej: o radości z biegania podczas roztrenowania

Miało być tak, jak w sobotę, czyli "panuję nad sytuacją", ale... jakoś tak mi się poleciało. ;-)
Zapisałam się (za namową) dawno temu. Teraz pewnie bym się nie zdecydowała. A może jednak... tak, jak tydzień temu. No i jakoś tak bardziej mi się chciało jechać na te zawody, bo wiedziałam, że nie będę sama, jak na kilku ostatnich biegach. 

Nie było żadnego stresu ani napięcia przedstartowego. Spokojnie odebrałam pakiet i zdziwiłam się, bo okazało się, że zawierał dużo kosmetyków firmy Ziaja, a ja lubię i wspieram, bo przecież ta firma wspiera Parkrun. ;-) Była też koszulka. Dostałam w rozmiarze M, czyli bardziej szeroka niż długa. ;-) Ale nie ma co wybrzydzać, skoro to chyba mój najtańszy bieg. :-)

Start zaplanowano na 13.30, chociaż ta godzina podobno parę razy się zmieniała. Około 13.00 wyszłam się trochę rozruszać. Wtedy też zaproszono na oficjalną rozgrzewkę, którą prowadziła instruktorka z klubu fitness. Zapowiadała się dobrze, ale stacjonarna i z dużą liczbą skoków, więc zrezygnowałam i poszłam trochę potruchtać. Po kilkunastu minutach wróciłam ogrzać się trochę w środku i wtedy przyszedł pan z tubą nagłaśniającą, żeby specjalnie zaprosić na start osoby, które nie brały udziału w rozgrzewce.

Nie zwróciłam nawet uwagi na to, która rzeczywiście była godzina, bo po drodze spotkałam kolejnych znajomych, z którymi chwilę porozmawiałam. Życzenia powodzenia, odliczanie i syrena, która dała sygnał do startu. Pobiegłam za prowadzącymi parkrunowymi i przez dłuższy czas trzymałam się ich pleców, nie sprawdzając nawet, jak szybko biegnę. Spojrzałam na zegarek po około 700 metrach i okazało się, że lecę w  tempie 3.47, czyli tak szybko jak z Fraszką, chociaż bez niej. Drugi kilometr zaczęłam równie szybko, ale za plecami usłyszałam innego znajomego z Parkrunu, który właśnie mnie wyprzedzał. Pozwoliłam mu na to, ale tylko na chwilę, bo potem dogoniłam i przegoniłam, chociaż biegłam już znacznie wolniej.


Dopiero na końcu się okazało, że trasa na początku daje, a potem odbiera, dlatego chyba większość osób zaczęła tak szybko z górki. Nie byłam pewna, jak z moją wytrzymałością szybkościową, zwłaszcza po sobotnim biegu. I rzeczywiście na drugim kilometrze zwolniłam do 4.11, a kolejne były jeszcze wolniejsze. Na szczęście miałam ten zapas z początku i myślałam, że dobrze by było utrzymać średnie tempo 4.15, chociaż nikt mnie nie gonił. Przez pewien czas miałam wrażenie, że biegnę sama w lesie i momentami wydawało mi się, że przelatuję nad korzeniami drzew. Na ostatniej prostej zobaczyłam kilku biegaczy przed sobą. Jednego dogoniłam, więc zawołał: "Dawaj!".


Nie wiem, czy do mnie czy bardziej do siebie. ;-) Tak się dobrze startowało, że nie przyszło mi do głowy, że końcówka będzie taka trudna. Ale dałam radę. Wpadłam na metę, słysząc 20... i no właśnie, ile? Nie dosłyszałam. Garmin po zatrzymaniu pokazał mi 21.01 i dystans równe 5 km. Potem dojrzałam na komputerze oficjalny wynik netto 20 minut 58 sekund, czyli poniżej 21 minut! Dopiero niedawno ustanowiłam rekord indywidualny z 20 z przodu, a tu kolejny taki wynik i to na biegu przełajowym!

Za metą zaczęłam rozglądać się za chłopakami, którzy dobiegli przede mną, ale żadnego nie widziałam. Przykucnęłam więc z boku i zaczęłam wyplątywać chip ze sznurówki. Wtedy zobaczyłam, że biegacze parkrunowi pojawili się przy komputerze z wynikami i dostrzegli, że powinnam już być na mecie. "Ale gdzie ona jest? Ktoś przybiegł z Agnieszki chipem!" - usłyszałam, nadal pozostając niewidzialna. Dowiedziałam się potem, że "za nisko byłam" i dlatego mnie nie widzieli. Dopiero inny biegacz wskazał na mnie i się znaleźliśmy. 






Zdążyłam jeszcze spojrzeć w monitor, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i nagle lunął deszcz, więc uciekliśmy się schować. W środku drożdżówka, herbata i oczekiwanie na dekorację.

Przed biegiem zwróciłam uwagę, że puchary przyznawane były tylko za I miejsce, więc pomyślałam, że trzeba walczyć o jedynkę. Jakoś dziwnie dyskryminująco puchar dla kobiet był mniejszy niż ten dla mężczyzn. Ale w domu okazało się, że dzięki temu puchar mieści się na mojej półce. ;-)


Oprócz pucharu otrzymałam "złoty" medal z napisem 1 oraz głośnik bezprzewodowy. Nieco dziwny był system wyróżniania, bo nagradzano Open tylko 1. miejsca wśród mężczyzn i kobiet, a 1, 2 i 3 jedynie w kategoriach wiekowych.


Bieg kameralny, prawie tak jak Parkrun w Świnoujściu. Ukończyły go 53 osoby, a ja byłam ósma Open. Żeby wygrać wśród kobiet wystarczyłoby pobiec tak jak w Świnoujściu albo jeszcze wolniej, ale jakoś tak mi się dobrze leciało. Pewnie dlatego, że chciałam, a nie musiałam. Poza tym towarzystwo doborowe. Serdecznie dziękuję! Gratulacje dla chłopaków z Parkrunu, bo mnie trochę wyprzedzili. ;-)

niedziela, 27 listopada 2016

Promem na bieg, czyli Parkrun Świnoujście

Przymierzałam się do odwiedzenia tej lokalizacji od wakacji. Bo nad morze, to przecież najlepiej jechać latem. Ale jakoś bałam się promu i wydawało mi się, że tam się nie da dotrzeć. Takie lęki szczura lądowego. ;-) Dlatego wybrałam się wtedy tylko do Gdańska i Kołobrzegu. Przyszła jednak pora na Świnoujście. I oczywiście okazało się, że z dotarciem nie było żadnego problemu (przynajmniej wodnym, bo z transportem lądowym to inna sprawa ;)) 

Miasto niewielkie. Wszędzie blisko, więc przed startem wybrałam się jeszcze na chwilę na plażę, gdzie cisza i spokój. Spotkałam tylko nielicznych spacerowiczów i jednego biegacza. Mniej mnie korciło, żeby po plaży pobiegać niż w sierpniu, więc bez żalu pożegnała się z morzem i udałam się w stronę Parku Zdrojowego. Tam już wszystko prawie do biegu przygotowane, a zaspanych biegaczy rozbudzała głośna muzyka. Przywitałam się nieśmiało i odeszłam na bok. Dopiero, kiedy podeszłam drugi raz, zostałam od razu wypatrzona przez koordynatorkę Elę, która z miejsca rozpoznała, że przyszłam na Parkrun i że pierwszy raz. Potwierdziłam oba fakty i wyjaśniłam, że wprawdzie w Świnoujściu pobiegnę pierwszy raz, ale w ogóle na Parkrunie to już dużo więcej biegałam i wyjaśniłam krótko, że zwiedzam różne lokalizacje. Ela natychmiast przedstawiła mnie wszystkim obecnym jako Agnieszkę z Poznania. Porozmawiałam później jeszcze z innymi biegaczami i wolontariuszami. Potwierdziły się moje przekonania, że Świnoujście, to jeden z najbardziej psich Parkrunów. Ze względu na Fraszkę zwracam zawsze na to uwagę i dlatego zauważyłam na jednym ze zdjęć dużo psów i przede wszystkim jednego, trochę do Fraszki podobnego. Wczoraj mogłam zobaczyć na żywo - taka fraszkowa miniaturka płci męskiej. :-)

Kiedy zaczął się zbliżać czas startu, zostawiłam rzeczy i pobiegłam trochę się rozgrzać. Minęłam się wtedy z biegaczem, który zapytał: "Biegniesz ten Parkrun?". Potwierdziłam, więc zaczął mnie pytać o trasę. Wyjaśniłam, że ja też pierwszy raz, więc ma pytać innych, co ze śmiechem pobiegł uczynić.



Kiedy wróciłam z mojej biegowej rozgrzewki, okazało się, że na miejscu zbiórki była też oficjalna wspólna rozgrzewka, ale się nie załapałam. Pokręciłam się jeszcze trochę i pięć minut przed 9.00 zebraliśmy się na linii startu. Osób było mniej niż w Poznaniu, bo około pięćdziesięciu. Poza tym - inaczej niż u nas - jakoś nikt nie kwapił się, żeby stanąć w pierwszym rzędzie, który zajmowały m.in. osoby chodzące z kijkami zamiast ścigaczy. Psów dostrzegłam kilka, ale cisza na starcie i dopiero podczas odliczania słychać było szczekanie.



A przedtem podziękowania dla sponsorów, którzy tym razem przygotowali batoniki oraz dla zespołu Parkrun, który zapewnił na mecie gorącą herbatę. Była też informacja na temat roweru bezpieczeństwa, na którym jechała dziewczyna wskazująca trasę, zamykającego stawkę oraz innych wolontariuszy.



No i kolejne powitanie Agnieszki z Poznania, czyli mnie...aż mi głupio trochę było. Ale przede wszystkim miło, zwłaszcza, że Ela wiedziała nawet, że trasa w Poznaniu wiedzie przez aleje Cytadeli i że ostatnio osiągamy frekwencję około 200 uczestników. Wystartowaliśmy po wspólnym odliczaniu.



Biegam nadal na roztrenowaniu, więc nie zamierzałam się ścigać, ale ruszyłam w czołówce. Podłuchałam rozmowę dwóch panów obserwujących pierwszego biegacza, który ruszył znacznie szybciej niż pozostali i niemal wyprzedzał dziewczynę na rowerze. Jeden z nich skomentował  z uśmiechem, że on na pewno nie od nich, bo tak szybko biega. Drugi potwierdził, dodając, że nie stąd, bo go o trasę pytał. Jeden z nich powiedział jeszcze, że trzeba przyspieszyć, bo zaraz nas dogoni, robiąc drugą pętlę. I tyle ich słyszałam. ;-)



Co do pętli i w ogóle trasy, to hmmm... przed wyjazdem wyczytałam, że w większości asfaltowa, więc zabrałam buty do biegania po asfalcie, a tu... w większości liściasta...ślisko, mokro i wydawało mi się, że dużo zakrętów, ale może dlatego, że właśnie dwie pętle. 



Na każdym zakręcie jednak strzałeczki z oznaczeniami oraz przede wszystkim wolontariusze, którzy tworzyli właściwie mini strefy kibica albo punkty foto, bo zdjęć z tego biegu mam mnóstwo. I bardzo ładne, więc dzięki wielkie! :-)



Po pierwszej pętli następna niespodzianka, bo Ela prawie każdego witała po imieniu, co na pewno dodawało sił przed drugim okrążeniem.



Ja tak bardziej zabawowo i postanowiłam przyspieszyć tylko po trzecim kilometrze, bo zwykle na czwartym zwalniam, więc trzeba się tego oduczyć. ;-) I rzeczywiście ten odcinek wyszedł najszybciej. Zakładałam czas w granicach 22 minut 30 sekund, wyszło trochę szybciej, bo 22 minuty 8 sekund. Miejsce 7 i 1 wśród kobiet. A Garmin tym razem pokazał trasę powyżej 5 km, konkretnie 5.02. 


Po biegu skanowanie i od razu zaproszenie na herbatkę, więc poszłam się napić oraz poczęstować batonikiem. Potem jeszcze - też bardzo miłe - wspólne zdjęcie trzech pierwszych kobiet (pewnie mężczyzn też było, ale dużo wcześniej). Jedna z dziewczyn zażartowała przed startem, że powinnam biec na końcu i potem to potwierdziła, dodając, że nie miały ze mną szans. 



Nie czekałam już do końca, bo pewno trochę to jeszcze trwało, ponieważ w biegu brało też udział dużo osób chodzących z kijkami, a ja musiałam biec na śniadanie. Poszłam więc szybko pożegnać się z prowadzącą. Zaprosiłam do Poznania i otrzymałam zapewnienie: "Wyślemy kogoś", podziękowałam i pobiegłam.

wtorek, 22 listopada 2016

Spontaniczny udział w IV Biegu "Agrobex Zalasewska Piątka"

Niby roztrenowanie i odpoczynek, ale nie mam takiej depresji i antypatii do biegania, jak po krakowskim maratonie, więc nadal mi chodzi po głowie startowanie. Zwłaszcza, że forma dobra, więc biega się przyjemnie bez większego wysiłku.

O zawodach w Zalasewie co nieco słyszałam, kiedy zaczęłam tam trenować. Poza tym jakoś informacje o tego typu biegach mi uciekają. Prawdopodobnie dlatego, że przygotowuję się zawsze do określonych startów, a inne zwykle w tych przygotowaniach przeszkadzają. Teraz mam wolne, więc... co szkodzi pobiec? A z treningów zapamiętałam, że trasa ciekawa. Chociaż my tam zwykle biegaliśmy w tempie 5.50, a w zawodach wypadałoby jednak ciut szybciej. ;-) 

Dojechałam szybko i sprawnie z jednym postojem. Na kontrolę. Ale nie antydopingową tylko antyalkoholową. Policyjną. :-)

Kiedy weszłam do szkoły, w której zorganizowane było biuro zawodów, od razu wpadłam na znajomych z Parkrunu, z którymi rozmawiałam przed biegiem i po nim. I brakowało mi tego, bo na ostatnich zawodach w Obornikach i w Krzyżu prawie żadnych znanych twarzy nie widziałam. A w Zalasewie mnóstwo. Poza tym miejsce bardzo blisko mnie, bez konieczności dojazdu do Poznania albo dalej. Wszystko szybko, sprawnie. Do tego kameralnie. Limit był 250 osób, wystartowało chyba 220 (może reszta została zatrzymana na tej kontroli przez panią policjantkę). Ze znajomych osób pojawił się też mój uczeń, który mnie oczywiście nie rozpoznał. ;-)

W pakiecie numer startowy i upominek od sponsorów, czyli... latarka czołowa. Kolejna. Chyba jakaś taka zmiana, bo kiedyś głównie koszulki, a teraz kubki i właśnie latarki. Jakby ktoś był zainteresowany, to oddam albo wymienię (na buffa albo frotkę ;-)). 






Start trochę wąski, ale jakoś udało się zmieścić. Gorzej było na dobiegu do lasu, na którym slalom po błocie między kałużami i myśl, że taki sam będzie finisz. Nie zaplanowałam dokładnie tempa, nie zamierzałam się ścigać specjalnie. Liczyłam raczej na to, że zacznę spokojnie, a później przyspieszę. Trudno stwierdzić, jak było, bo nie ufam już Garminowi, ale kilka osób wyprzedziłam. Mnie minął chyba tylko jeden biegacz. Widziałam, że startowałam na 5. pozycji wśród kobiet, jakoś po czwartym kilometrze przesunęłam się na 4. miejsce. Na tym błotnym dobiegu zobaczyłam przed sobą trzecią kobietę, ale nie było już szans jej dogonić. Zabrakło jakieś 12 sekund. Oficjalny czas 22 minuty 6 sekund.



Trasa znana, ale przy tej pogodzie trochę inna: mokra, śliska i korzenie bardziej niebezpieczne niż podczas suchego lata. 

Po biegu woda i drożdżówki, których nie zabrakło. :-) Znowu szybkie i sprawne wręczenie pucharów oraz losowanie nagród. I naprawdę tak mi się spodobało, że zapisuję się od razu na kolejny bieg z cyklu. Na szczęście to będzie dopiero 22 stycznia, bo trzeba jednak trochę odpocząć. ;-)

niedziela, 20 listopada 2016

Wkręta Garmina i nowa indywidualna życiówka na Parkrunie (ale na wyjeździe podobno się nie liczy ;)) czyli Parkrun Warszawa-Praga

Teoretycznie rozpoczął się okres roztrenowania, na który podobno tak bardzo czekałam. Z tej okazji w  tygodniu przebiegłam tylko 7 km i to w tempie żółwio-ślimaczym, bo z dodatkowymi ćwiczeniami. Jedyny prawdziwy bieg zaplanowałam na sobotę - miał to być kolejny Parkrun wyjazdowy, tym razem Warszawa-Praga. 

Po ostatnich dobrych wynikach, wiedząc że jest forma oraz to, że przecież nic nie muszę... nie muszę, ale mogę, to zachciało mi się. :-) Chociaż może nie do końca...

Miałam bardzo blisko do Parku Skaryszewskiego, gdzie odbywał się bieg. Dotarłam tam około 8.20 i jeszcze zdążyłam trochę pospacerować. Później zauważyłam wolontariuszy rozkładających sprzęt i już po kilku minutach wszystkie flagi i meta były gotowe. 

Podeszłam do ławki zostawić rzeczy i przywitałam się ogólnie ze wszystkimi, tym razem nie zaczepiając nikogo. Nikt też mną się nie zainteresował i nie zwrócił uwagi na koszulkę Parkrun Poznań. 


Gdzieś wyczytałam, że przed startem jest rozgrzewka, ale oficjalnie nic nie było, więc sama potruchtałam w okolicy zbiórki. Około 8.55 padł komunikat, aby przejść na linię startu, do której było kilkaset metrów. Tam przyjazna atmosfera, chociaż dużo krzyczenia, bo nie było nagłośnienia. Prowadzący za to oficjalnie powitał wszystkich, osobno debiutantów, wyczytał sponsorów, poinformował o różnych akcjach charytatywnych, takich jak zbieranie nakrętek czy odzieży. Jeden z biegaczy z okazji 180. rocznicy, przybliżył postać Ignacego Paderewskiego, przypominając, że park, w którym odbywa się Parkrun Warszawa-Praga nosi jego imię. Trochę to trwało, więc wystartowaliśmy około 9.05. 



Biegłam niby luźno, ale szybko. Aż tak bardzo szybko nie chciałam, więc zwolniłam do 4.10. To było na pierwszym kilometrze. Kolejne wg Garmina znacznie wolniejsze, a ja czułam że aż tak nie zwolniłam, zwłaszcza że dużo osób wyprzedzałam po drodze. Trasa płaska, ale nierówna, asfalt dość stary, mokry i miałam wrażenie, że się klei do butów. Inne osoby też mówiły, że ślisko. 



Biegłam cały czas jako pierwsza kobieta i nudziło mnie to trochę, ale też denerwowało to, że tak źle mi się biegnie, tzn. tak wolno. Na ostatnim kilometrze rzuciłam okiem na zegarek, wg którego miałam tempo 4.20, czyli była szansa, że dobiegnę poniżej 22 minut, no to nie tak źle. Tradycyjnie przyspieszyłam na dobiegu do mety, nie sprawdzając, ile metrów jeszcze przede mną. Dopiero za metą spojrzałam kolejny raz na Garmina, a tam: dystans: 4.83, czas: 20 min 56 sekund.



Zapytałam później drugą kobietę, czy mają krótszą trasę. Ona na to, że może 5 metrów. Hmmm... 170 metrów to jednak by było dużo za krótka, więc chyba jednak Garmin zażartował sobie, żebym przyspieszała. Dzięki temu uzyskałam najlepszy wynik na Parkrunie bez Fraszki. Miejsce 18 na 87 biegaczy i pierwsze wśród kobiet.



Po biegu wspólne zdjęcie i powrót.

niedziela, 13 listopada 2016

Na zakończenie sezonu startowego: 3. miejsce na znienawidzonym dystansie

Szczyt i zakończenie sezonu zaplanowałam na początku albo nawet bardziej w połowie listopada, czyli podczas biegów nazywanych Biegami Niepodległości. Ostatni miał być 13 listopada w Krzyżu. Ustaliłam, że to podczas tych zawodów będę walczyć z życiówką na znienawidzonym przeze mnie dystansie 10 km. Ta myśl potwierdziła się po biegu w Kaliszu, w czasie którego do wyrównania rekordu zabrakło mi 6 sekund. Dlatego zmieniłam i uzupełniłam treningi, co poskutkowało zaskoczeniem nawet dla mnie, czyli czasem 43 minuty 37 sekund na biegu w Ostrowie Wielkopolskim. Może mniej by mnie to zdziwiło, gdyby udało mi się osiągnąć taki wynik po dłuższym czasie, czyli właśnie w listopadzie. Forma przyszła znacznie wcześniej, a dzięki temu, że ustaliłam nowy wynik na 10 km, skupiłam się później na poprawieniu czasu na 5 km, co też się udało. 

Do biegu w Krzyżu przystąpiłam więc z mniejszymi oczekiwaniami. Oczywiście korciła myśl o kolejnej życiówce, ale... po pierwsze: nie wypoczęłam do końca po zawodach na 5 km - przynajmniej w moim przypadku potrzebne są dwa dni. A na pewno w tym konkretnym przypadku, bo nie czułam się zupełnie dobrze. Druga sprawa była taka, że pamiętałam z regulaminu, że bieg ma odbywać się po: asfalcie, polbruku, kostce brukowej, a nawet szutrze. I nie było napisane, jak w przypadku niektórych zawodów, że ten szutr czy kostka stanowią 5 albo 10 procent, zatem mogło być go dużo więcej.



Wystartowałam zatem ze spokojem i wiarą w swoje możliwości.Chociaż wcześniej długo się rozgrzewałam, śledząc potencjalną konkurencję. ;-) Zaczęłam w tempie 4.15 i myśląc, że jeśli jednak trasa będzie sprzyjać, to to tempo utrzymam. Jednak jeszcze na tym kilometrze zaczął się piach, czyli ów "szutr", a można powiedzieć nawet, że błoto, czy jak nazywali niektórzy: bieg przełajowy, a w zasadzie także: z przeszkodami, bo na skrzyżowaniu z rozkopaną drogą trzeba było niemal skakać. Dziwne oznaczenia, bo po 1 km znalazła się tabliczka z napisem 6 km, a dalej 8... czyli...dwie pętle? Tak to jest, jak się wcześniej nie zna trasy. Rozmawiałam po biegu z kilkoma zawodnikami. Mówili, że zapoznali się z trasą. Nie wiem tylko, kiedy. Ja też się zapoznałam: dzisiaj rano zobaczyłam mapkę, która nie mówiła mi kompletnie nic. I nawet nie wyczytałam z niej, że są pętle i to nie dwie, ale trzy. Dotarło to do mnie, kiedy drugi raz dobiegłam do mety, nie będącej wtedy wcale metą, tylko czymś więcej niż półmetkiem. ;-) Ale od 1/3 mety wiedziałam, że jestem trzecia i widziałam też, że od tej pory żadna z kobiet mnie nie wyprzedzała. Przez pierwszych 5 km trzymałam się za znajomym z Parkrunu. Jakoś zniechęcił mnie ten przełaj i nie walczyłam za bardzo na piaszczystych odcinkach, bo wiedziałam, że to może skutkować tylko większym zmęczeniem później. Trzymaliśmy tempo w granicach 4.22. Na 5. kilometrze zwolniliśmy oboje, ale ja mniej, więc go wyprzedziłam. Pozostała motywacja, żeby utrzymać trzecie miejsce i czas poniżej 45 minut. Prowadzące dziewczyny też musiały zwolnić, bo dogoniłam je na tyle, że pojawiły się w zasięgu mojego wzroku. Wciąż jednak dużo przede mną. Zmęczyły mnie te pętle i odcinki, na których zmieniała się nawierzchnia, co zmuszało mnie do zmian tempa a także nadrabiania trasy, np. poprzez przechodzenie z kostki na chodnik albo na piaszczystą, ale ubitą drogę. 



Bieg ukończyłam z czasem 44 minuty 11 sekund, czyli wiceżyciówką i gdyby nie wynik z Ostrowa, to byłabym bardzo szczęśliwa, że poprawiłam się o tak dużo.



A po Ostrowie i tak się cieszę, bo dzisiejsza trasa nie była na życiówki, a mój czas jest 34 sekundy gorszy od PB i może do drugiej dziewczyny, która uzyskała czas 43 minuty 48 minut, byłabym w stanie się zbliżyć, jednak z pierwszą (43 minuty 20 sekund) nie miałam dziś szans. Tradycyjnie jednak motywuje mnie to do dalszych treningów i zwiększania szybkości. :-)






Ale... już nie dzisiaj, nie teraz... nie w najbliższym czasie. Dzisiaj się cieszę z pierwszego podium po biegu na dystansie 10 km, czyli na tym dystansie, którego nienawidziłam, a do którego teraz podchodzę bez lęku. No i ponieważ jestem pamiętliwa, to przypomnę, że dwa lata temu ktoś wypomniał mi, że to nie sztuka znaleźć się na podium w biegu na 5 km, "spróbuj dostać wyróżnienie na 10 km albo półmaratonie". No to jest. :-)



Statuetka i... pierwsze moje zawody z kopertą. :-D



Organizacja też w porządku: opłata startowa w wysokości 30 zł, a w pakiecie kubek, breloczek i opaska odblaskowa. Na mecie medal z plexi. Później ciasto, gorące kawa i herbata oraz makaron z sosem bolońskim albo pieczarkowym. Nawalił chyba tylko sprzęt grający z hymnem, bo prawie nikt go nie słyszał. Do mnie dotarło tylko: "Po hymnie". Problem był też z pomiarem czasu. I to od samego początku, kiedy okazało się, że numer startowy jest zwrotny. Cóż... ja mój i tak musiałam podziurkować i to nie agrafkami, tylko czymś większym, żeby pasek przyczepić. Ale chyba nie chodziło o sam numer, tylko bardziej o gąbkę. Po biegu pomieszały się kategorie wiekowe. Otrzymałam wyniki w kategorii K-30 i pomyślałam, że to widocznie już ta pora i ten wiek, ale po kilkunastu minutach dotarł kolejny sms z poprawioną kategorią. I okazało się, że dużo osób miało podobnie. Przez to zmieniły się ich miejsca w kategorii. U mnie pozostało bez zmian, bo ja klasyfikowana w Open, nie zostałam sklasyfikowana w kategorii wiekowej.Być może też z tego powodu opóźniała się dekoracja. Poza tym konferansjer przedłużał jakoś wszystko. Niby fajnie, że indywidualnie każdego wywoływał, czasem coś dodawał i każdy dekorowany mógł sobie dość długo na podium postać, ale... jednak dobrze by było też w miarę szybko wrócić do domu.

Cieszę się bardzo z ostatnich wyników. Konkretnie z trzech: 20.02 na Cytadeli oraz z I miejsca w Obornikach i podium w Krzyżu. Przygotowując się do tych startów znacznie zmniejszyłam kilometraż, ale interwały, tempówki i przyspieszenia mocno dały mi w kość, więc już trochę czekałam na to, co teraz nastąpi, czyli... roztrenowanie. Mam wrażenie, że mój organizm też się cieszy na myśl o tym. A ja cieszę się dodatkowo, bo okazuje się, że pozostał tylko jeden znienawidzony dystans, z którym znowu przyjdzie powalczyć...

Bardzo dziękuję za wsparcie: życzliwość, rady i porady związane z treningami i startami, gratulacje... Na świeżo dziękuję też nowym znajomym z Drezdenka, ale przede wszystkim tym "starym", którzy cały czas pomagają. :-)

sobota, 12 listopada 2016

Podium w Obornikach po raz drugi

W tym roku - podobnie jak w poprzednim, ale inaczej niż większość biegających mieszkańców Poznania i okolic - pobiegłam w Biegu Niepodległości w Obornikach. Wybrałam te zawody z różnych powodów. Jeden z nich był taki, że na jesień zaplanowałam poprawę wyników na dystansach 5 i 10 km. Ta poprawa miała nastąpić właśnie w listopadzie. Dawno temu zapisałam się na bieg w Poznaniu, który został odwołany. Zaczęłam więc szukać czegoś innego. W Luboniu i na innym biegu w Poznaniu także można było pobiec tylko na 10 km. Ale w tej pierwszej miejscowości biegłam już dwa razy. W Poznaniu zaś odstraszały mnie tłumy i myśl, że "będą tam wszyscy". Dobrze wspominałam zawody w Obornikach, gdzie w zeszłym roku zajęłam drugie miejsce na dystansie 5 km. Myślałam, żeby pobiec tam w tym roku na 10 km, ale później znalazłam inne zawody na tym dłuższym dystansie, które zaplanowano na niedzielę. Uznałam więc, że dobrze będzie dwa dni wcześniej pobiec 5 km. Później okazało się, że pomiędzy tymi dwoma Biegami Niepodległości mam poprowadzić Parkrun. Wszystko więc "zaczęło zgrywać".

Ostatnie wyniki nastrajały optymistycznie. Zwłaszcza zeszłotygodniowy Parkrun pozwalał mieć nadzieję na dobry czas w Obornikach. Słyszę zewsząd, że Cytadela trudna, z podbiegami, teraz z dwiema pętlami, to wszędzie indziej powinno być lepiej. Widocznie jednak do niektórych nie dociera, że: na Cytadeli z Fraszką szybciej, a poza tym mojemu Garminowi zawsze trasa cytadelowa krócej wychodzi. I - nawet, jeśli taka nie jest - u mnie wygląda, że tak, więc na ostatnim kilometrze następuje "gwałtowne przyspieszenie", które znacznie poprawia cały wynik. 

Ponieważ w Obornikach bez Fraszki, nastawiałam się nie na życiówkę, lecz na poprawę mojego rezultatu z zeszłego roku i ewentualnie wyników uzyskanych indywidualnie na Parkrunie (bez Fraszki), czyli 21.11 w Poznaniu oraz 21.07 w Pabianicach. No i świetnie by było, gdyby udało się cokolwiek poniżej 21 minut. 



Troszkę może mnie poniosła wyobraźnia i myślałam, że coś bliżej 20 niż 21 minut się uda, ale cóż... Miałam zacząć w tempie 4.00. Wystartowałam wolno, bo nie mogłam się przepchać, więc potem przyspieszyłam do 3.50. Było za szybko, więc zwolniłam, ale znów za mocno, bo do 4.03. Trochę więc za dużo zmian tempa już na pierwszym kilometrze, który ostatecznie wg Endomondo wyszedł w 3.59. Potem zatem wolniej: 4.06. Przede mną widziałam dużo dziewczyn, które chyba poleciały z tłumem, bo powoli je doganiałam i wyprzedzałam. Na drugim kilometrze pan biegnący obok mnie spojrzał na zegarek, a po chwili zapytał, czy na 20.30 biegnę. Odparłam, że dobrze by było. Miałam jeszcze siły mówić, ale nadzieję, że będzie czas w okolicach 20 minut, już utraciłam. On na to: "To może pomogę". I wybiegł przede mnie. Ładnie mnie prowadził, chociaż przez chwilę byłam zblokowana przez dwójkę biegaczy. Z trudem zebrałam siły, żeby ich wyprzedzić. Trzeci kilometr w czasie: 4.04. "Ładnie" - powiedział mój towarzysz - "jeszcze tylko dwójka". Czyli zaczął się najgorszy kilometr - pomyślałam. Na początku dobrze się trzymałam. Miałam motywację, bo mój prywatny zając biegł przede mną i odwracał się co chwilę, sprawdzając, czy jestem w pobliżu. Osłabłam niestety na tym czwartym kilometrze. Trochę mniej niż na Cytadeli, bo do 4.10. Mój pacemaker powiedział wtedy, że jeszcze jest szansa, więc przyspieszyłam, ale na kostce brukowej na rynku wiele już nie zrobiłam i wyszło ostatecznie 20.48. Sama wbiegłam na metę, bo mój towarzysz poleciał dalej, pewno na dychę w granicach 42 minut. Nie zdążyłam mu nawet podziękować, a nie znam nawet jego numeru startowego... W każdym razie jestem wdzięczna, bo taki wynik to mój indywidualny sukces: rezultat z zeszłego roku poprawiony o ponad 50 sekund. Czas lepszy też o prawie 20 sekund od tego z Pabianic. 

Wprawdzie, kiedy dobiegałam do mety, jeden pan krzyczał, że witamy pierwszą panią, ale na oficjalne potwierdzenie przyszło długo czekać... Wyniki miały być przywieszone na rynku na tablicy, ale... nie było ich przez ponad godzinę. Zbliżał się już czas dekoracji, a nadal nie było wiadomo, kto będzie nagrodzony. W końcu pojawiły się wydruki czasów na 5 km i zobaczyłam siebie na 12. miejscu Open i 1 w klasyfikacji kobiet. Potem czekaliśmy jeszcze na wyniki na 10 km i dopiero później nastąpiła dekoracja - opóźniona o jakieś 1,5 godziny. Późno i zimno, ale w końcu. :-) 



Puchar podobny do tego z zeszłego roku, ale jednak inny, bo za I, a nie II miejsce. Dodatkowo niespodzianka, bo w tym roku oprócz trofeów sportowych były też nagrody. I tak otrzymałam voucher do restauracji. Restauracja mieści się w Obornikach, ale może się wybiorę. ;-)


Ostatecznie oficjalnie: K Open: 1/197, Open: 12/324.

sobota, 5 listopada 2016

Pogoda prawie zimowa, więc życiówka na Parkrunie...prawie odlotowa

Taki był termin, a właściwie przedtermin: przed 11 listopada, czyli: przed Biegiem Niepodległości zrobić życiówkę na Cytadeli. Sprzyjało właściwie wszystko: pogoda, ostatnie wyniki i mocne treningi pokazujące, że jest forma oraz Fraszka tak nastawiona na ciągnięcie, że mogłam dziś biec na jednej nodze. :-) Ważne też chyba było moje nastawienie. Przyznam, że ostatnio mi się nie chciało - ani wstawać, ani jechać. A wczoraj poszłam spać tak wcześnie, że aż wstyd, ale dzięki temu od rana byłam zwarta i gotowa na to, że życiówka będzie nowa.:-)

Nadal mamy trochę trudny dojazd na Cytadelę, ale pomału się przyzwyczajamy. Ja i Fraszka też, dlatego nie jest zmęczona samą podróżą.



Przed startem spotkanie ze znajomymi biegaczami, widzianymi co tydzień i tymi niewidzianymi tydzień temu, którzy dopiero mieli okazję pogratulować "setki". Miło zobaczyć wszystkich, ale nie sposób z wszystkimi porozmawiać czy choćby się przywitać. Od czasu kiedy frekwencja tak wzrosła, to nawet trudno niektórych wypatrzeć.;-)

Jak wspomniałam, dzisiaj zimno, więc trzeba było szybko się przebrać i zdążyć choć trochę rozgrzać. Fraszka wybitnie ciągnęła do startu i za bardzo nie pozwalała biec gdzie indziej, ale udało mi się trochę rozruszać. 

Potem tradycyjne oczekiwanie w kącie i w końcu start ku uciesze Fraszki, która pognała, ile sił w łapach. Leciałyśmy w tempie 3.42, ale tym razem nie udało się poprowadzić wyścigu, czego nie żałuję, bo i tak bałam się, że mnie Fraszka zbyt mocno na tym pierwszym kilometrze zmęczy.



Ale było dobrze. Ciut przed nami biegacze, którzy zwykle mocno nas wyprzedzali. Dziś długo się utrzymałyśmy w pobliżu. Niektórzy nawet, których zwykle plecy śledzimy, dziś nas nie dogonili. W zeszłym tygodniu wg Endomondo było: 3.48, 4.10, 4.07, 4.30 oraz 3.47. W tym tygodniu - zgodnie z moim planem (i życzeniem) - miał być dużo szybszy 4. kilometr, a 2. i 3. ciut szybszy. Wyszło tak: 3.50, 4.04, 4.06, 4.16 i 3.46. Czwarty kilometr kryzysowy, jak w zeszłym tygodniu, chociaż dzisiaj żadnego psa tam nie było. Pies był za to wcześniej i Fraszka się z nim zderzyła, ale potem pociągnęła dalej i tradycyjnie kilometr przed metą poczułam się strasznie słabo i nawet pomyślałam przez chwilę, po co mi to wszystko, bo tak bardzo mi się nie chciało.



Ale ogarnęłam się jakoś w końcówce, chociaż trochę za mało. A może za późno? Na ostatniej prostej widziałam czas na Garminie 19.24, a dobiegając do mety na zegarze 19.5... no właśnie, ile? Za metą słyszę: 20.01. Garmin pokazuje 20.03 i potem okazało się, że oficjalnie 20.02. Czyli życiówka nowa - jak najbardziej. Poprawa o 8 sekund. A od zeszłego tygodnia poprawiłyśmy się o sekund 20. :-) Miejsce 21 na 221 osób oraz 1 na 67 kobiet.



Do klubu kobiet poniżej 20 minut nie trafiłam jeszcze, ale wierzę, że jest to możliwe. :-) I dzisiaj, jak dobiegłam, to byłam w stanie mówić. A pamiętam, że tydzień temu stanęłam i musiałam 30 sekund odczekać, zanim cokolwiek do kogoś powiedziałam. 



Atmosfera dziś na biegu szczególnie przyjemna. Miło szczególnie, bo oprócz radości z wyniku na mecie otrzymałam jeszcze od młodego dżentelmena różyczkę. :-) Potem wspólne zajadanie, bo dziś dużo smakołyków na Cytadeli: i tych słodszych i tych trochę mniej cukrowych. Ktoś mnie zapytał, z jakiej okazji rogaliki, a ja na to, że z okazji życiówki oczywiście. :-) Jak już kiedyś pisałam: kocham bieganie, jak wychodzi zgodnie z planem. :-)

sobota, 29 października 2016

Mój 100. Parkrun po zmienionej trasie

Dziś przy moich wynikach pojawiła się koszulka w kolorze czarnym. 

A jeszcze wczoraj była czerwona. ;-) Zabawnie przypadł mój 100. bieg po innej trasie. I tak wypadłoby również, gdybym - zamiast odsuwać w czasie - zaliczyła go już tydzień temu. No, ale ja jestem przyzwyczajona do różnych ścieżek parkrunowych. Tak naprawdę w Poznaniu biegłam "tylko" 77. razy, a pozostałe 23 w innych miastach. Niemniej, dzisiejszy bieg na Cytadeli był pewną odmianą. Wydawało mi się, że po prześledzeniu całej nowej trasy, a przede wszystkim miejsc skrętów, nie zgubię się. Ale co na to Fraszka? Tzn. jak pobiegnie? 

Takie poświęcenie, żeby pobiec w Parkrunie

Pytanie czysto retoryczne i na siłę problemowe, ponieważ pamiętałam dokładnie, że na biegu "Tropem Wilczym" doskonale wiedziała, że trzeba się ścigać z czołówką, a nie lecieć na pamięć. 

Dzisiaj też tak było. Zabawne, ale pod nieobecność kilku czołowych biegaczy, to ona wydarła naprzód na pierwszych kilkuset metrach. Ktoś zawołał: "Dawaj, Dżeki!", ktoś inny: "Puść tego psa!". A ja na to w myślach: "Co ona robi? Przecież długo tak nie wytrzymam". No i rzeczywiście. Było tradycyjnie szybko na początku: tempo 3.53 na pierwszym kilometrze, na drugim jeszcze całkiem przyzwoicie, ale oczywiście wolniej, bo 4.09, czyli jednak bez gwałtownego zwolnienia do 4.15 czy 4.20. Pewnie dlatego, że nie było tego ostrego "zakrętu śmierci". ;-)



Trzeci kilometr jeszcze lepszy, bo 4.07 i... newralgiczny czwarty. Trudny, jak zwykle, bo czwarty. Zwolniłyśmy podobnie jak na początku trzeciego. Myślałam, że się podniesiemy, ale jakiś dziwny widok: ktoś z psem. Przed nami? Niemożliwe. Szybkie otrząśnięcie i przypomnienie, że przecież to drugie kółko, więc dublujemy panią z jamniczkiem. I niestety. Fraszka pociągnęła do niego, a po wyprzedzeniu ciągnęła do tyłu. Posiłowałam się z nią trochę i z tego szarpania wyszło nam 4.30. Poprawiło się, kiedy oddaliłyśmy się od jamniczka, ale dobrego wyniku nie udało się już uratować. Dobrego, tzn. takiego, o jakim mogłam marzyć po połowie, po której miałam czas 9 minut 38 sekund. No, ale niestety. Wynik i tak najlepszy tej jesieni: 20 minut 28 sekund, czyli 9 sekund lepszy od poprzedniego z Fraszką. 




Niesamowicie wysokie 21. miejsce na 238 biegaczy. Do tego dziś też 21 wolontariat (tym razem pobiegowy), 




18 zwycięstwo wśród kobiet na Cytadeli i taki mały zbieg okoliczności: 18 babeczek (niestety nie dałam rady przywieźć więcej pociągiem). 




Do 50. biegu jakoś szybko przeleciało, na "setkę" dłużej czekałam.



Cieszę się, że w końcu się udało. Dziękuję wszystkim za miłe słowa i za oklaski przed startem (chyba były dla mnie, ale Fraszka dzisiaj tak szalała, że słów Grzegorza wcale nie słyszałam :-)) i mam nadzieję, że jeszcze trochę Parkrunów pobiegam. 



Miło się dowiedzieć, że ludzie podziwiają i też czytają, co tu piszę. Wierzę, że do zimy uda mi się poprawić wynik na Cytadeli. Założenia po dzisiejszym biegu proste: ciut szybciej drugi i trzeci kilometr i dużo szybciej czwarty. No i tyle. :-)

W takim stanie tylko po Parkrunie :-)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa