poniedziałek, 30 listopada 2015

O biegach mikołajkowych

Po ostatnich przemyśleniach i wpisach różnego rodzaju, doszłam do wniosku, żeby nie zasypywać tego bloga zbyt często wpisami. Przez jakiś czas pisałam tutaj dość często, czasem nawet codziennie. Opisywałam różne wydarzenia i swoje treningi. Ale ile można opisywać treningi? Wprawdzie moje ostatnio bardzo ewoluowały, ale to nie powód, żeby je opisywać. A może powód, żeby właśnie tego nie robić. W każdym razie postanowiłam, że będę opisywała tylko te ważniejsze - zarówno treningi jak i wydarzenia biegowe. Opisywania zawodów sobie nie daruję. Tyle, że ostatnio mało startuję. Może jak rozpocznę przygotowania do kolejnego maratonu i będą one prowadzone zgodnie z rozpisanym planem, to zmienię zdanie. Na razie decyzja jest taka, że 1-2 wpisy w tygodniu - treściwe i mam nadzieję ciekawe. 

Dziś zatem o wydarzeniach biegowym, które będą miały miejsce w sobotę 5 grudnia:


Parkrun z okazji Mikołajek 

Informacje od prowadzącego:
- zalecane, aby wszyscy przyszli przebrani za Mikołajów, czapki mikołajowe to absolutne minimum !!!
- zbieramy rzeczy dla rodzinnego domu dziecka, dzieciaki od lat 5 do 17, wszystkie te rzeczy przynosimy na bieg 5 grudnia i potem obdarowujemy nimi rodzinny dom dziecka. Ubrania na zimę, czapki, rękawiczki, środki czystości dla dzieci (szampony, mydła itp.), oczywiście słodycze, zabawki. Mogą oczywiście być używane, niepotrzebne z Waszych domów (byleby nie zniszczone, można też coś dokupić specjalnie dla nich.

Bieg Mikołajkowy na Strzeszynku
 Piszę o nim, choć nie biegnę, ale trochę włączam się w pomoc i organizację. Przypominam, że pakiety można odebrać już od środy. Osobiście zapraszam w piątek, bo wtedy wydawać je będę ja. :-)



A jak się uda, to pojawię się też w sobotę - z niespodziankami dla Znajomych Parkrunnerów. :-)

sobota, 28 listopada 2015

Bo życiówki się nie planuje

Ktoś kiedyś napisał jako komentarz na innym blogu, że do życiówki nie wystarczy być dobrze przygotowanym, bo na wynik składają się też inne czynniki, takie jak pogoda i dyspozycja dnia. W moim przypadku pogoda była idealna, więc może przygotowanie zawiodło albo ta dyspozycja jednak nie taka. Przyznam, że po treningach w zeszłym tygodniu czułam się zmęczona. Nie tak, jak kiedyś, gdy nic nie bolało, tylko sił brakowało, lecz wprost przeciwnie: ogólnie siły niby były i motywacja też, tylko nogi bolały i za głową nie nadążały. Dużo ćwiczeń siłowych na nogi i ręce. Teraz ręce mocniejsze, a nogi zmęczone i takie efekty. Albo może co innego zaważyło...

Od rana tradycyjny wyjazd na Parkrun, z radością, że noc spokojna, bo po tym, jak wczoraj Fraszka objadła się andrzejkowymi cukierkami z wróżbą istniało niebezpieczeństwo, że nie pośpimy sobie. Na szczęście żołądek Fraszki trawi wszystko, prawie wszystko, a w każdym razie krówki i papierki. Dzisiaj więc pobudka jak w piosence o Kubusiu Puchatku: "Już pora wstać, wyruszyć z domu..." i w drogę.

Przed startem powitania ze znajomymi, sugestie, żebym ustawiła się z przodu, bo przecież życiówkę robię. Stanęłam zatem blisko linii startu, ale zaraz potem zostałam poproszona, żeby przejść do tyłu, bo Fraszka zagłuszy komunikaty o mikołajkowej zbiórce. Posłusznie przeszłyśmy na koniec. Moja towarzyszka tak się z tego powodu rozgniewała, że ja nie słyszałam nic. Inni podobno słyszeli. Chętnie następnym razem też tak zrobimy, jeśli to cokolwiek pomoże. Sugestia taka, żeby mi potem dać znać, że "koniec ogłoszeń parafialnych", to zdążymy przesunąć się do przodu, żeby potem nie musieć gonić, jeśli - tak jak dziś - zależy nam na wyniku. 

Ostatecznie wyszło gorzej o 8 sekund niż tydzień temu, czyli życiówka odjechała. Na pocieszenie kolejne zwycięstwo. Ale nie o to przecież dziś chodziło. To pewnie dlatego, żeby nie za łatwo było. Po ostatnich coraz lepszych wynikach zaczęłam się zastanawiać, co będę robić, jak już cel osiągnę. No to cel się odsunął w czasie. A ja tymczasem mam co poprawiać jeszcze. Znajdowanie tego do poprawy też dużą frajdę sprawia. 

"Życiówka życiówką, a odpocząć i tak trzeba. Najważniejsze, żeby się o coś oprzeć, wszystko jedno, o co". :-)


Kontynuując temat życiówki, to ostatnie badania pokazują, że życiówka jest dla biegaczy bardzo ważna, a - może nawet - najważniejsza. Tak można stwierdzić na podstawie częstotliwości używania przez nas - biegaczy tego słowa. W tekstach internetowych jest na pierwszym miejscu, tuż przed interwałami.
Wszystkie często używane słowa w tabelce specjalnie dla jednego z moich ulubionych Czytelników:



życiówka
50
interwał
48
podbieg
38
połówka
35
plan treningowy
30
dyszka
21
Endomondo
21
długie wybieganie
19
dycha
17
kilometraż
17
przebieżka
17
rozbieganie
17



Wracając do "życiówki" to pojawia się w kontekstach wszelakich:

Życiówka określa biegacza:
Ponieważ obecnie zyciowki wyglądają następująco: 19.32 na 5km, oraz 41.44 na 10km 
z czego jak podkreśliłem biegam więcej startów na 5km
Życiówkę na 5k mam 19:46 na 10k dawno nie biegłem ale 11.11 będę biegł na 42:00.


Życiówka świadczy o trasie:
Trasa na życiówki.


nie biegałem - ale słyszałem że trasa i termin sprzyjają biciu życiówek

Życiówka jest celem:
Zaplanowałem na 10 maja start w Biegu Europejskim na 10km i mam chrapkę na poprawienie
życiówki na tym dystansie.


Chociaż nie każde zawody kończą się życiówką:
Nie może to być ciągła pogoń za życiówką.
 
To jednak robienie życiówki jest po prostu niesamowitym przeżyciem:
Teraz nie mam takiej presji na wynik bo wiem ile wysilku kosztowala zyciowka 
ale jeszcze choc raz chcialbym przezyc ten moment ekstazy!!! 





czwartek, 26 listopada 2015

O nowym trenerze, zbuntowanej Fraszce oraz prognozach na najbliższy Parkrun

Pewnie nie powinnam tych wszystkich tematów wrzucać do jednego wora, ale jakoś tak skumulowały się w tym tygodniu, a ja nie miałam weny, żeby opisać wcześniej. Prawdopodobnie dlatego, że mało biegania w ostatnim czasie było. A najlepiej myśli się podczas biegania. Dzisiaj w końcu porządny trening biegowy, więc piszę...
Nie to, żeby pozostałe były nieporządne - dementuję natychmiast. Ale jakoś tak, mało biegowe. 






Na ten tydzień zaplanowałam pierwszy trening pod okiem, uchem (i czym tam jeszcze) nowego trenera, ale z przyzwyczajenia rozpoczęłam swoimi ćwiczeniami siłowymi. A wieczorem trening funkcjonalny. Trwać miał 60-90 minut, ale przedłużył się do dwóch godzin prawie. No i świetnie, bo przecież taki trening poprawia koordynację, równowagę, a do tego stabilizuję sylwetkę - co mnie bardzo jest potrzebne. Odkryłam swoje ulubione ćwiczenie - burpee, czyli przysiad, deska, pompka i dynamiczny wyskok w górę. Kilka, a właściwie kilkanaście ćwiczeń takich i podobnych, a na koniec treningu wyłam do księżyca (dosłownie i w przenośni).

Ponieważ po tym cudownym treningu nic mnie od rana nie bolało, jeszcze w ciemnościach poszłam biegać. Po drodze się jednak okazało, że coś niecoś pobolewa, więc w trakcie zastanawiałam się, czy trochę tego biegania nie skrócić. Miało być rozbieganie i skipy. Z myślą o tym, że ćwiczeń niebiegowych ostatnio było wystarczająco, wydłużyłam bieganie i skróciłam drugą część ćwiczeniową. 




Dzisiaj w końcu miał być porządny trening biegowy, czyli interwały. Zastanawiałam się tylko, czy z Fraszką czy bez. Ale pomyślałam, że skoro z nią wynik parkrunowy mam poprawić, to też czasem z nią trzeba potrenować. Na widok pasa biegowa radość nieskończona. Wyrwała się do przodu, jakby nie wiedziała, że to rozgrzewka dopiero. 
Ale my z Fraszką poruszamy się zgodnie z I zasadą dynamiki,   
Jeżeli na ciało nie działają siły zewnętrzne (...) to ciało pozostaje w spoczynku --> JA
lub porusza się ruchem jednostajnym prostoliniowym --> FRASZKA
Dlatego, dzisiaj, kiedy nie działałam na Fraszkę, to ona ciągnęła jak wariatka, a kiedy oddziaływałam na nią, aby przyspieszyła, to nagle jej się odechciało. Biegła przy nodze jak nigdy - bardzo z siebie zadowolona. Potem nawet z tyłu została jakby chciała powiedzieć: "Pancia słabsze ogniwo, to niech pancia pociągnie".
Chcąc rzeczywiście szybkość potrenować, musiałam to zrobić. Kiedy interwały się skończyły, a ja zmęczona bieganiem i pociąganiem Fraszki chciałam zwolnić, ona nagle przyspieszyła i mnie w tempie przegoniła jeszcze 3km. 



Wniosek taki, że wynik na najbliższym Pakrunie zależny od nastroju księżniczki Frasencji...

sobota, 21 listopada 2015

Fraszka zwarta i gotowa, wkrótce życiówka będzie nowa :-)

Naszą, wyśróbowaną, wiosenną życiówkę gonimy już od maratonu. Najpierw było 21.40. Potem mała przerwa na moje ćwiczenia. Później miałyśmy biec jako wspomaganie, ale niezupełnie to wyszło i na 21.37 skończyłyśmy. Następnym razem już przyspieszenie zgodnie z planem i efekt 21.08. Potem znowu trochę zwolnienia przed Biegiem Niepodległości. I dziś znów przyspieszenie. Pogoda w miarę sprzyjała, bo chłodno było. Chociaż deszcz od rana padał niemiłosiernie, gorzej niż w Pniewach w niedzielę. Siedziałyśmy więc z Fraszką długo w aucie. Spytałam ją, czy wychodzimy, a ona piszczeć zaczęła, no to poszłyśmy. Jeszcze trochę padało, ale cud Parkrunu oczywiście i już tylko lekko kropiło. Zapuściłyśmy się tradycyjnie w chaszcze za potrzebami Fraszki. A tu już słychać głos Roberta: "Zapraszamy na start". Fraszka oczywiście pierwsza się wyrywa. Przez to, że później dotarłyśmy, to trochę więcej może słychać było zanim ona zaczęła swój przedstartowy koncert. Nauczona doświadczeniem i czterosekundowym przyspieszeniem mojego Garmina, włączyłam go już w momencie, kiedy startujący mówił "3" (licząc: 3,2,1 start) i pognałyśmy. Dziwny lęk mam zawsze, że padniemy gdzieś na tym zbiegu albo na liściach, albo bez liści. Na szczęście to jeszcze nie miało miejsca, a czas - pomimo mojego oporu stawianego Fraszce - znowu na tym 1. km był najlepszy. Ucząc się dobrych dla mnie nawyków, nie sprawdzam już co chwilę, jakie tempo. Myślałam więc tylko, że ciężko mi się biegnie, więc albo generalnie jest ciężko, albo po prostu biegniemy za szybko. Wyszło na to drugie, bo tempo po 1. km było 3.57 - coraz lepiej. Tzn. jeśli chodzi o pierwszy kilometr. Patrząc na tych, co przed nami biegli, to nie wydawało mi się aż tak szybko. Widać oni też gnali po prostu. Usłyszałam tylko komentarz wyprzedzanego biegacza: "Ale pomoc". To o Fraszce oczywiście. Nic nie odpowiedziałam, ale spotkaliśmy się jeszcze na trasie i - mimo tej pomocy - w wyścigu przegrałam.



"No i gdzie ta życiówka?"


Gnałyśmy dziś w walce o czas pomiędzy dwoma najlepszymi wynikami, czyli 20.24 i 20.41 i z planem, żeby nas żadna kobieta na ostatniej prostej nie wyprzedziła. Z tych dwóch powodów, ścigałyśmy się z panami tylko. Widać po niektórych było, że ciężko wyprzedzanie znosili. Po pierwszym, kolejne kilometry już wolniejsze, ale do końca równe i niestety ten pierwszy na całym wyniku zaważył. W końcówce przyspieszyłyśmy niewiele. Nie na tyle, żeby wyprzedzić biegacza, z którym mijaliśmy się kilka razy. On chyba zdziwiony przybiegł kilka sekund przed nami. Pozwoliłyśmy mu łaskawie. Inaczej pewnie by było, gdybyśmy świadome były, że to walka o pierwszą dziesiątkę, w której jeszcze w Poznaniu się nie znalazłyśmy. Udało się utrzymać miejsce 11., bo za plecami już ktoś nadbiegał. 11. to i tak najlepsza pozycja. Wcześniej najwyższa była 13. Dziś nie tak dużo osób jak zwykle, to może nie tak wielki sukces, ale i tak cieszy. Na mecie usłyszałam od Roberta: "Fraszka dwanaście..." - "Jakie dwanaście?" - pytam się - "Dwadzieścia czterdzieści dwa". Aha... sekundy zabrakło do wiceżyciówki. Czyli wciąż dwa lepsze wyniki od tych z jesieni. Ale pierwsze miejsce wśród kobiet i 8. zwycięstwo w Poznańskim Parkrunie.



Trochę lepiej być mogło, ale nie umierałam, tzn. że zapas jeszcze jakiś jest - taką mam nadzieję przynajmniej. 
Po Fraszce widać dziś, że zmęczona - naciągnęła się w końcu. :-)  Czytałam ostatnio, że dobrze wyszkolony pies może sprawić tempo lepsze o kilkadziesiąt sekund na kilometr. Fraszka oczywiście wyszkolona dobrze, ale mała trochę na takie ciągnięcie. Pewnie wychodzi w granicach 10 sekund. W końcu pani wina, że taka wolna.
A jeden z panów zapytał po biegu, czy dziś rekord i zdziwił się bardzo, że nie. A my dawno tak szybko nie biegłyśmy, więc może dlatego tak mu się wydawało.
Chociaż dziś i tak wyjątkowo wcześnie na mecie, więc długie oczekiwanie na ostatniego biegacza. Przyjemne uczucie. :-) W tym czasie psie zabawy i radość wielka jak z biegania.
Już się nie mogę doczekać wpisu tej "miłej osoby", która tak bardzo mnie i mojego psa nie lubi. Może napisze coś ciekawego, ale i tak tego nie zamieszczę. :-) A może nie napisze, bo ją deszcz dziś odstraszył i przynajmniej spokojny dzień miała - bez mojego psa szczekającego.
Czytałam dziś regulamin pewnego biegu: "Można biec z psem albo suką, z wózkiem dziecięcym (wypełnionym lub nie)". Szkoda, że tak mało jest biegów oficjalnie dopuszczających biegi z psem.



Po wspólnym zdjęciu, ponieważ padało nadal lekko, tradycyjny spacerek na siłownię i ćwiczenia rąk. 

Informacja z ostatniej chwili: życiówka z Fraszką zagrożona. Zbuntowana Fraszka pogryzła smycz biegowa. Prawdopodobnie następnym razem będzie musiała wystartować luzem - zatem na życiówkę nie pociągnie...

piątek, 20 listopada 2015

Kobiety znane biegającym mężczyznom, czyli kobiety, które zmieniły oblicze biegów

O biegających kobietach się nie mówi albo mówiąc, podkreśla ich płeć: „W zawodach zwyciężył… a pierwszą kobietą była…” No tak, bo przecież kobiety nie wygrywają. To mężczyźni się ścigają. Mężczyźni śmigają, a kobiety… może po prostu biegają?      
                      
Według badań przeprowadzonych w zeszłym roku przez Uniwersytet Ekonomiczny, 39% biegaczy stanowią kobiety. Może dlatego niektórzy mężczyźni twierdzą, że kobietom jest łatwiej, że są faworyzowane: „Była siedemnasta a dostała nagrodę” -  tak, zajęła siedemnaste miejsce, ale przybiegła jako pierwsza w klasyfikacji kobiet. Biegających kobiet wciąż jest mniej niż mężczyzn – natura zdecydowała, że mężczyźni biegają szybciej. Kobiety przy mniejszej konkurencji może i „mają łatwiej w maratonach”, ale zmagają się
z innymi przeciwnościami. I pokazują, że świetnie sobie z nimi radzą.     
  
Mężczyznom wychodzącym na trening, zdarza się traktować własne dzieci, jakby ktoś im je podrzucił, kobiety tak nie robią, bo przecież, jak głosi reklama: „Mamy nie biorą wolnego”. Większość kobiet rzeczywiście nie ma wolnego na bieganie, częściej zmuszona jest wziąć wolne od biegania.  

Jak wygląda sytuacja biegających kobiet pozostających w cieniu mężczyzn, pisano już wcześniej, dlatego postanowiłam podjąć temat kobiet, które swoim bieganiem czy innym działaniem, tak wpłynęły na środowisko biegowe, że na pewno nie można powiedzieć o nich, że pozostają na drugim planie.

Informacji o nich postanowiłam poszukać u źródła, czyli u biegaczy. W tym celu wybrałam się w sobotę na poznańską Cytadelę, gdzie co tydzień od rana można spotkać kilkadziesiąt osób przygotowujących się do udziału w Parkrunie. Ponieważ procentowy udział kobiet i mężczyzn utrzymuje się również w tym biegu, spotkałam głównie mężczyzn. Zatem to z nimi rozmawiałam.

Zapytałam najpierw o znane w historii osoby, które przyczyniły się do rozwoju dyscypliny, którą uprawiają. Biegacze sypali nazwiskami jak z rękawa: Zatopek, Gebrselassie, Galloway („Chociaż nie jestem pewien, bo on trochę chodził a nie biegał”), z polskich, uznawany za guru: Jerzy Skarżyński.

A co z kobietami? I w tym momencie pojawił się problem. Po dłuższym namyśle, jeden z biegaczy powiedział zadowolony: „Paula Radcliffe”. Pozostali z aprobatą pokiwali głowami. A inne? Biegające kobiety… zastanawiali się. I w końcu: „No przecież, Kobiety Biegają”. Stojący obok mężczyzna uzupełnił: „Te siostry – Zosia i Magda chyba założyły tę organizację”. „Dla mnie ikoną biegających kobiet jest pani z parasolką” – wydyszał mężczyzna, który właśnie do nas dobiegł. „No tak, pani Maria, oczywiście!” – potwierdzili inni.              
                                                                                                                        
Panie, z którymi udało mi się porozmawiać, nie były zbyt chętne do odpowiedzi, tłumacząc się tym, że biegają sporadycznie i nie znają słynnych biegaczy. Na pytanie o promotorki biegania, odparły, że one same oczywiście propagują, ale jednej z nich nagle się coś przypomniało: „Tak! Ta dziewczyna, która wyjaśniła mi, co to interwał”. „Ta od słownika” – okazało się, że biegający panowie też ją znają.                                                              

Kim są zatem te – znane mężczyznom – biegające kobiety?                                                                                                         
Paula Radcliffe



Brytyjska biegaczka, jako rekordzistka świata w większości długodystansowych zawodów rozgrywanych w biegach ulicznych, za swoją konsekwencję może być stawiana za wzór nie tylko biegającym kobietom. Udowodniła sobie i innym, że dobre wyniki są osiągalne nawet pomimo mało efektywnej techniki (Paula podczas biegu rytmicznie kiwała głową). O pozytywnym aspekcie biegania opowiada w swej książce pt. „Sztuka biegania”, w której specjalny rozdział poświęca biegom kobiet. Jednak, co najważniejsze, jej porady dotyczące treningu, sprzętu i zawodów, przydać się mogą także mężczyznom.      

                                       
Kobiety Biegają



Magda Ratajczak i Zosia Wawrzyniak rozpoczęły swoją przygodę z bieganiem kilkanaście lat temu i do tego zupełnie niezależnie. Wspólnie zaczęły biegać, później prowadzić blog o bieganiu i tak powstała nieformalna organizacja „Kobiety biegają”, która jako grupa na Facebooku zrzesza prawie 2000 członkiń, a ile kobiet biega w różowych koszulkach z inicjałami KB trudno policzyć…    

                                                                                                                               
Pani z parasolką

Zdjęcie ze strony lazarz.pl


Jedną z najbardziej znanych i rozpoznawanych biegających kobiet jest pani Maria Pańczak. Chociaż po nazwisku niekoniecznie wszyscy orientują się, o kogo chodzi. Łatwiej rozpoznać tę kobietę na zdjęciu – „biała pani z niebieską parasolką”. Pani Maria, pomimo swojego zaawansowanego wieku (w tym roku skończyła 76 lat), aktywnie uczestniczyła we wszystkich większych imprezach biegowych. Tradycyjnie ubrana na biało: „Bo jestem lekarzem”, z niebieską parasolką: „Bo trzeba mieć swój styl”, wyjaśniała swój strój. Jest dowodem na to, że bieganie może sprawiać radość w każdym wieku.  

                                                                                                
Dziewczyna, która wyjaśniła, czym jest interwał (i nie tylko)

zdjęcie ze strony magazynbieganie.pl

Marta Tittenbrun to miłośniczka języka oraz biegania, łącząc te dwie pasje, odważyła się udowodnić całej Polsce (a także samym biegaczom), że istnieje taki twór jak socjolekt biegowy, czyli język środowiskowy grupy biegaczy. To dzięki stworzonemu przez nią słownikowi, przeciętny użytkownik języka polskiego ma szanse zrozumieć, co biegacz ma na myśli, kiedy mówi o bengaju, tejpingu albo ładowaniu karbo.
 
Pod tytułem „Kobiety, które zmieniły oblicze biegów” można oczekiwać więcej międzynarodowych nazwisk, zapisanych w historii. Jednak obecnie biegające kobiety także to oblicze zmieniają. Dlatego warto je dostrzec wśród biegających mężczyzn.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa