sobota, 31 października 2015

Najlepiej biega się w drużynie... swojej drużynie :-)

Kiedyś już sygnalizowałam mój problem z określeniem przynależności do jakiejś drużyny sportowej. Ze względu na badania naukowe, zapisana jestem do wielu grup biegowych, w tym np. Biegaczy z Pogórza Przemyskiego, którzy też regularnie zapraszają mnie na treningi. Tak bardziej praktycznie, to biegałam jakiś czas z Night Runnerami, z którymi może bardziej łączy mnie też posiadanie klubowej koszulki. Później więcej treningów odbyłam z gRUNwaldem Team Poznań czy grupą Maratończyk Poznań. Trudno jednak mówić o przynależności do którejś z tych drużyn. Oczywiście, najbardziej związana jestem z Parkrunem. Ale przecież to nie jest żaden klub biegowy! Tutaj oficjalnie każdy przychodzi się pościgać, a nie trenować. Choć w rzeczywistości bywa różnie... Bo czasem cele i powody towarzyskie. W każdym razie nikt nie opracowuje planu treningowego realizowanego w sobotę o 9.00 rano. Każdy biegnie swoje, a potem zmyka do domu. Żadna to drużyna zatem, choć koszulkę można dostać. Jeszcze jakiś czas temu, kiedy daleko mi było do mojej "pięćdziesiątki", nie wydawało mi się, żeby to miało jakieś znaczenie. Teraz bardzo chętnie biegam w mojej parkrunowej koszulce i cieszę się też z tego, że chyba jako jedna z ostatnich osób w Poznaniu nie musiałam płacić za przesyłkę. W czarnej bym chętnie pobiegała, ale jeszcze trochę mi brakuje. Z tego poczucia przynależności do parkrunowej rodziny, zamówiłam też specjalną koszulkę, z napisem i kodami. 



I tutaj pojawia się moja drużyna prawdziwa. :-) czyli ja i Fraszka. :-) Oczywiście dużo osób uzna to za dziwne albo przynajmniej stwierdzi, że mam sobie poszukać oficjalnych biegów z psami. Na szczęście wielu biegaczy patrzy też przychylnie na nas, a także na inne psy. W parkrunowym biuletynie Fraszka rozpoczęła cykl: "Czworonożny uczestnik tygodnia". Cykl niestety szybko się skończył, bo chyba psów biegających w Parkrunie mało. Ale też nie sądzę, żeby wszystkie się załapały. Ostatnio na jednych zawodach zamiast uznać psa za nielegalny doping, o czym ja często słyszę, pies dostał drugi medal. Fraszce się to niestety nie zdarzyło. Tylko na Biegu z Łapką nikt na nas krzywo nie patrzył, kiedy Fraszka ujadała. 
A ja zabieram ją ze sobą tylko na Parkrun, bo w regulaminie brak przeciwwskazań co do tego. Na paru oficjalnych treningach przed OWM ze mną była i też nikomu nie wadziła. I na Bieg Walentynkowy ją zabrałam. I planuję też w przyszłym roku. Właśnie jutro ruszają zapisy, więc to będzie pierwszy bieg w 2016 roku, w którym zamierzam wziąć udział. Poza noworocznym oczywiście. :-)



Nie biegałam z Fraszką latem, bo za gorąco dla niej było. Poza tym realizowałam mój plan treningowy pod maraton. Trudno z Fraszką ćwiczyć interwały... Zresztą, jak wyczytałam, nawet nie powinno się tego robić. Oczywiście, jeśli przygotowuje się psa zawodowo do canicrossu. Zatem Fraszce to za bardzo nie przeszkodzi. Dwa razy ćwiczyłyśmy razem interwały. Pierwszy raz rzeczywiście było za ciepło, ale zarówno dla niej, jak i dla mnie. Mnie w ogóle wtedy było ciężko. A jak mnie ciężko, to z Fraszką dużo lżej. I zaraz wyjdzie, że to prawda, iż Fraszka mnie ciągnie. A ja na to: "Haha, taki mały piesek?". A jak jest naprawdę?
Fraszka ciągnie - owszem. To widać. Kiedy biegnę z nią sama, ciągnie mniej niż kiedy biegaczy jest więcej. Ale i tak ciągnie, bo cieszy się, że biegniemy. Na treningu często zwalnia, kiedy ja zwalniam. Ponadto na treningu zatrzymuje się na siusiu i kupkę, czego od dawna nie robi na zawodach. :-) Jest genialna i reaguje na komendy: prawa/lewa. Ostatnio ćwiczyłyśmy właśnie te reakcje, z konieczności dodawać musiałam też prosto, bo poza reagowaniem na komendy, zapamiętuje też trasę i uparcie chciała skręcić tam, gdzie zawsze, a ja wyjątkowo chciałam pobiegać prosto, żeby potrenować interwały.
Jak wyglądają interwały z Fraszką? Po pierwsze trzeba jej rzucić komendę przed włączeniem przycisku Start, bo inaczej wystartujemy z opóźnieniem, a po drugie, Fracha rozpędza się dopiero po 200m, więc wynik nie zachwyca. To znaczy wychodzi coś około 3.min 60 s, czyli inaczej 4 minuty. I takie tempo może utrzymać przez cały kilometr, ale dopiero, kiedy się rozpędzi. Ktoś się żalił dziś, że nie jest sprinterem. Fracha nie jest nim na pewno. Po interwałach pobiegłyśmy jeszcze kilka kilometrów, choć z canicrossu zrobił się dog trekking, bo nam drogę zaorali i trzeba było nowej szukać, to jednak Fraszka rozpędzona, trzymała tempo.



I tak samo dzisiaj na Parkrunie. Może nie było aż tak szybko. Ale też nie miało. Dzisiaj moja drużyna, czyli ja i Fraszka miałyśmy wspierać w życiówce kogo innego, który zresztą miał wsparcie dużo bardziej profesjonalne. Nasze miało być czysto koleżeńskie. :-) Na Cytadelę dotarłyśmy dosyć późno, a jeszcze tak się ucieszyłam na widok znajomych i dawno niewidzianych biegaczy, a zwłaszcza jednego najbardziej dla mnie pozytywnego, że nie było dużo czasu na rozgrzewkę. Ponieważ bieg nie miał być szybki, tylko taki jak w zeszłym tygodniu, czyli ok. 23.20... ustawiłyśmy się absolutnie na końcu. Nieszybki, tak dziś piszę, a tydzień temu wcale tak dobrze się nie biegło. Ale dziś ze znacznie lepszym samopoczuciem i z Frachą lepszą niż ulubiona szczęśliwa koszulka. Fraszka powiadamiała wszystkich, że jest zwarta i gotowa tak głośno, że nawet z tyłu było ją słychać. Na minutę ciszy, o którą prowadzący poprosił, posłusznie zamilkła, a potem dalej koncert. Aż zdawało mi się, że głos traci, tak się naśpiewała, jak to Paweł w komentarzu wczoraj napisał. 
Wystartowałyśmy. Niezupełnie spokojnie, bo musiałyśmy gonić naszego dzisiejszego "Rekordzistę", więc przebijałyśmy się po trawie. A Fracha nakręcona bardzo nie zwracała wielkiej uwagi na to, że może zostać stratowana. Może jednak trzeba było bliżej się ustawić. W końcu dopadłyśmy go i razem biegliśmy przez kilometr, po którym na Garminie było tempo 4.25. A potem... potem "Rekordzista" nam gdzieś zginął. Trudno się w tłumie było znaleźć, bo dziś aż 137 osób pobiegło, ale żeby aż tak? Przez chwilę zwolniłam do tempa 5.17, ale to nie tempo na jego życiówkę. No to przyspieszyłyśmy, żeby choć nasz dobry wynik utrzymać. Przez to zwalnianie i też inne trudności, na które Parkrunnerzy na trasie zwracają uwagę, drugi kilometr w tempie 4.37. No to na trzecim 4.03 i lecimy, wyprzedzamy: znajomych i nieznajomych. A ja jak nigdy słyszę komentarze: "Piesek, ciągnie" i odpowiedź: "Ciągnie, chyba że się znudzi" i jeszcze zaprzeczenie tego pierwszego: "Nie, on zawsze ciągnie". Kawałek dalej kolejne rozmowy: "Piesek, będzie pierwszy w swojej kategorii" i mnóstwo, naprawdę mnóstwo gadania o psie. Nie usłyszałam na szczęście niczego negatywnego. Ale takie niemiłe rzeczy to skrywa się w sobie i potem najwyżej pisze anonimowo na blogu. W biegu bardzo pozytywnie, zwłaszcza kiedy wyprzedzałam znajomych biegaczy. Choć jeden zawzięty, zamruczał coś ze złością i tradycyjnie na zbiegu mnie wyprzedził. A ja się tak zakręciłam, że nawet nie zauważyłam, kiedy jednak go wyprzedziłam. I innego znajomego mijałam, ale jego ostatecznie wyprzedzić nie miałam, bo bardzo przyspieszył na końcu ze słowami: "Muszę szybko biec, bo mnie pies goni". A Fraszka goniła dziś całą drogę. Nie pojawiło się zmęczenie i wycofanie występujące często na 4-5. kilometrze. Dziś gnała ze mną do przodu, a ja po ostatnich treningach czułam, że mogę, mimo że ona jak zwykle była z przodu. Wyniki ostatnich badań pokazują, że nie ma przeciwwskazań, żebym szybko biegała, żebym mogła, no to biegłam. I niosła mnie radość z przyspieszania, wyprzedzania i radość z radości Fraszki, która z zadowoleniem parła do przodu, co jakiś czas tylko oglądając się, czy druga część drużyny, czyli ja, nadal biegnie. Czwarty kilometr w tempie 4.12, podobnie piąty, który pewno byłby szybszy, ale Fraszka najpierw pobiegła trochę po trawie, a potem coś ją zaciekawiło po lewej stronie i nieco zboczyła, ale ostatecznie dotarłyśmy do mety po czasie...hmmm... zegar wskazywał 21.35. Garmin ciut mniej. Oficjalnych wyników jeszcze nie ma. Ale to tym razem nieważne, bo to nie było ściganie, tylko sprawdzanie.

piątek, 30 października 2015

Cierpliwości wiele trzeba, żeby z moją Panią biegać, czyli Z Pamiętnika Fraszki




Kiedy słyszę słowo "bieganie", 
cieszę się niesłychanie.
Zaraz jestem gotowa i zwarta
i czekam tylko na drzwi otwarte.
Co innego moja Pancia,
co guzdra się od oczu przetarcia.
I szykuje się na to bieganie,
jakby najważniejsze było ubranie.
Zakłada zegarek, pakuje chusteczki,
aż zastanawiam się, czy weźmie też łyżeczki.
Bardzo długo pije wodę,
jakby nie wiedziała, że na dworze chłodno.
Potem sobie przypomina właśnie
(oczywiście wtedy, gdy już drzwi zatrzaśnie),
że zimno i trzeba wziąć opaskę.
W końcu wreszcie robi mi tę łaskę,
zakłada pas i szelki
Wzdycham i mruczę, bo czas już na to wielki.
A Pancia nie dość, że tak długo banana jadła,
to jeszcze poprawia sznurowadła.
O nie, ona jeszcze rękawiczki zakłada,
skaczę, szczekam i za siebie nie odpowiadam.
Wreszcie, po uruchomieniu wszystkich gadżetów i aplikacji,
ruszamy do akcji.
Nie ma co - cierpliwości wiele trzeba,
żeby z moją Panią biegać.
Ale zaraz się okaże, 
czy i ona taką cierpliwość wykaże,
jak zaczniemy biegać 
i będzie się musiała zatrzymać... przy moich potrzebach...

czwartek, 29 października 2015

O bieganiu na różnych dystansach

Ostatnio moja kuzynka, który tegoroczny poznański maraton ukończyła z czasem 3 godziny 38 minut, powiedziała mi, że to był jej ostatni maraton, bo "nie lubi" tego dystansu. Też bym chciała pobiec w takim czasie i tak powiedzieć. Tylko na jaki dystans, bardziej lubiany, mogłabym się przerzucić? 
Od zawsze za najbardziej przyjazne uznawałam półmaratony - nie za szybkie, nie za długie... Takie w sam raz. Zwłaszcza podczas maratonów przez chwilę pojawiał się żal, że to nie półmaraton, który można by szybciej skończyć. Z moim obecnym rekordem życiowym, to wystarczyłoby pobiec tylko trochę szybciej, żeby go pobić na dystansie półmaratonu właśnie. 
Może ta myśl o połówce wciąż do mnie wraca, bo tylko w jednej w tym roku pobiegłam, a przyszłoroczny Poznań Półmaraton przesunięty aż o 2 tygodnie, czyli dopiero 17 kwietnia. Ale nie, przecież postanowiłam sobie, że z ilości przerzucam się na jakość, po Koronie Półmaratonów żadnych innych koron nie zbieram. Miejsca na medale brak, a wciąż nie mogę się zebrać na zakup kolejnego wieszaka. Ten, który jest, ma jednak oznaczenie półmaratonu...


Teraz i tak nie wiedziałabym, który wybrać, bo na "Moje maratony" dwa medale, to trochę mało. To chyba lepiej "Biegam sobie". Tyle, że "sobie" to już od dawna nie biegam.
Co ciekawe, brak wieszaków z napisem 5km. Dziesiątki gdzieś widziałam. A mnie się bardzo przyjemnie przeskoczyło z półmaratonów na piątki. Oczywiście z pominięciem umierania na pierwszych kilku poznańskich Parkrunach. Może nawet więcej niż kilku, kiedy myślałam tylko: "nienawidzę tej trasy" albo zamiast motywujących słów wyczytanych w poradnikach biegowych: "siła, moc, energia" czy jakoś tak, to u mnie brzmiało: "nie mogę, nie mam siły...". Cóż... :-) Ale to też dlatego, że zaczynałam tam biegać latem, więc na jesień trochę się zmieniło. Tylko potem ZIMNO BYŁO. 
Teraz na 5km szybkiego biegu mogę się nastawić. Chociaż z dystansem tak naprawdę w dół schodziłam od półmaratonu przez dziesiątkę. I na płatne zawody na 5km długo się nie zapisywałam. Po tych pierwszych, w których wystartowałam, czyli Biegu Maltańskim i później okolicznościowym She runs the night. Potem minimum 10 musiało być. Dzięki temu, że tak późno zaczęłam dyszki biegać, to najgorszy mój wynik to 57 minut, czyli poniżej 1 godziny. Na 5km mam natomiast odnotowany czas około 33 minut... Nie wspominając o zapisanym wyniku na Parkrunie 59.59...





I tak z dyszkami ciężko, bo żeby dobrze pobiec, to trzeba biec prawie tak szybko jak piątkę, ale dwa razy dłużej i dlatego te dziesiątki omijam. W tym roku dwie pobiegłam: w Biegu Walentynkowym i później w Środzie Wielkopolskiej. Z ostatnich treningów wynika, że mogłabym się przymierzyć do bicia życiówki na tym dystansie, ale nie wiem, czy chce mi się tak męczyć... :-) Przecież podczas maratonu myślałam o biednej Julii, która dziesiątkę wtedy biegła, że się męczy, bo szybciej musi biec ode mnie. I to nie żadna ironia, tylko prawda. :-) Chociaż Julia akurat lubi ten dystans, to pewnie się tak jak ja nie męczy. Może trzeba się przełamać i spróbować. 



To na zakończenie tylko cytat z pewnego bloga, którego autor bardzo obrazowo opisuje wszelkie biegowe sprawy i też wykorzystał bardzo ciekawe porównanie dla opisania biegu na dystansie 10km.


Nie lubię biegać na 10 kilometrów. Nie podchodzi mi ten dystans. Bieganie na dychę jest trochę jak spacer z czterolatkiem. Wymaga nie lada precyzji w doborze tempa do możliwości organizmu. Ani ognia dać od startu nie można, bo jak zaczniesz za szybko, to potem będziesz musiał go nosić na rękach. Z kolei jak zaczniecie za wolno, to albo się dzieciak zanudzi, albo nigdzie nie zdążycie na czas.
(www.suchaszosa.pl)

środa, 28 października 2015

Radość z jesiennego biegania w oczekiwaniu na zimę

Wciąż pozostaję pod wrażeniem jesiennych uroków, których można doświadczyć podczas biegania o tej porze roku. Niektórych może przeraża myśl o porannym wstawaniu i wychodzeniu z domu, kiedy jest tak zimno. Odkąd pamiętam, z bieganiem w mrozie nie miałam problemu. Może nie do końca przyjemnie się wstaje w ciemnościach, ale po wyjściu z domu, chłód bardzo mobilizuje do szybkiego przebierania nogami. I od zawsze wolę biegać bardziej, kiedy jest zimno. Chociaż dużo niebiegających osób uważa, że biega się najlepiej, kiedy jest ciepło i słonecznie. Słonecznie, to owszem, ale mroźnie, z temperaturą ujemną jest bardzo przyjemnie.
Zatem od maratonu, bo wtedy się gwałtownie ochłodziło, jest coraz lepiej. Może też maraton wpłynął na to, że biega mi się lepiej.


Dziś też piękny dzień na bieganie. I nie dziwi już pytanie, czy było szybko, skoro zimno dzisiaj. W końcu trzeba się rozgrzać i szybko biec. Pewnie dlatego mamy z Fraszką życiówkę na Parkrunie właśnie z dnia, kiedy było zimno. Właśnie. Fraszce też się teraz dużo lepiej biega. I dużo szybciej. Pokazała to w niedzielę, kiedy w końcu zabrałam ją na dłuższy trening, na którym przebiegłyśmy 10km prawie w takim tempie, w jakim uzyskałam mój rekordowy wynik na tym dystansie. A oczywiście było trochę przerw na Fraszkowe potrzeby. Skłania to więc do rozważania, czy Robert nie miał racji, że pora zaatakować ten dystans na zawodach, bo wstyd z takim wynikiem. Chodzi mi taki pomysł po głowie, żeby jeszcze w tym roku spróbować. Bo myślę, że będzie to łatwiejsze niż pobicie rekordu na 5km...
Na razie spokojnie biegam swoje i uzupełniam bieganie nowymi ćwiczeniami. Jaki będzie efekt, się okaże... w listopadzie. No i czekam na zimę - mroźną, ale bez lodu, żeby dało się biegać. :-)

niedziela, 25 października 2015

Nizinny uklepywacz asfaltu

Dawno temu, kiedy biegałam tylko na zawodach w półmaratonach (i trochę pomiędzy), ktoś powiedział mi, że są biegi przełajowe na 5km nad Rusałką. Wtedy to się chyba nazywało Grand Prix. Nie wiem, bo nie zainteresowałam się w ogóle. Odpowiedziałam, że ja po lasach nie biegam. A poza tym, co to jest bieg na 5km? 



Dowiedziałam się dużo później i właściwie więcej teraz po drogach polnych i leśnych biegam, a jednak asfalt jakiś taki najprzyjemniejszy. 
Treningi tradycyjnie w lesie, nawet z ćwiczeniami podbiegów, ale... może te podbiegi treningowe za małe?

Coś mnie podkusiło i w paru takich przełajowych zawodach też wzięłam udział, ale wszystko w bólach i mękach. Na 50km się zapisałam i cieszyć się powinnam, że nie wystartowałam, bo 12,5km z górkami wymęczyło mnie wystarczająco. 



Jeszcze większy hardkor to bieganie po piasku, np. na plaży albo chociażby takim wysuszonym letnim słońcem.



Na treningu może być wszystko: zbiegi, podbiegi, nawet od czasu do czasu trochę interwałów. Ale na zawodach: tylko prosty, równy asfalt. :-)


sobota, 24 października 2015

Piękna jesienna Cytadela

Kiedyś nieopatrznie powiedziałam albo napisałam, że ja urodzona jesienią, więc o tej porze roku lepiej mi się biega. Teraz zrobić coś z tym trzeba. A właściwie nie do końca tak jest, bo jakoś nie pamiętam, żebym w zeszłym roku jesienią jakoś bardzo szybko biegała. 
Parkrunowy rekord, do którego wstyd się przyznać, ustanowiłam w sierpniu, a pobiłam go dopiero pod koniec listopada, a i tak nie był to jakiś wspaniały wynik.


Skoro jednak latem tłumaczyłam, że mi za gorąco, to teraz wytłumaczenia nie ma żadnego i trzeba biegać. :-)
Po ostatnim parkrunowym szaleństwie z Fraszką, dziś pobiegłam sama, bo zaplanowane było zmienne tempo. Fraszka owszem, by zmieniała, ale tak, jakby sama chciała. Zresztą mnie samej też nie do końca się udało, bo szybkie kilometry były za wolne, a wolne... też za wolne.


Zatem po zakończeniu Parkrunu jeszcze trochę na Cytadeli zostałam. Wiele osób się zachwycało, jak tam ładnie, a ja niestety od jakiegoś czasu, jak biegam, to za bardzo okolicy nie zapamiętuję. Potem pobiegłam jeszcze wolniej niż w Parkrunie, więc trochę mogłam się porozglądać. Po kilku kilometrach przerwa i ćwiczenia na nowej siłowni pod chmurką. Później trochę szybciej i znów zakończenie na siłowni. Bardziej mi się na tej siłowni spodobało aniżeli na tej w Kórniku niestety. Chociaż na Cytadeli siłownia obok placu zabaw i mnóstwo tam dzieci i rodziców. Nikt się nie przejmuje, że na przyrządach napisano: "Od 14 roku życia", tylko sadzają dzieciaki. Ja sama dziś byłam świadkiem, jak taki zaaferowany tatuś chciał się z dzieckiem pobawić (bo przecież nie poćwiczyć) i uderzył to dziecko w głowę...

Ale nie o tym miał być wpis. Oto, co nakręciłam dziś poza oficjalnym Parkrunem:


Wszystkiego wyszło mi jakieś 16km i to bardzo męczących, ale dość satysfakcjonujących. Jutro w takim razie tylko dziesiątka z Fraszką, żeby wybaczyła, że dziś na Cytadeli nie była...

piątek, 23 października 2015

O Kórnickim Centrum Rekreacji i Sportu, czyli trochę lokalnej reklamy

W ramach uzupełnienia moich treningów biegowych, postanowiłam poszukać czegoś dodatkowego. Czegoś, czego oczywiście biegacze bardzo nie lubią. Bo biegacze, to przecież biegać lubią a nie ćwiczyć, rozciągać się itp. Ja grzecznie takie ćwiczenia w domu wykonywałam, zwłaszcza kiedy skręcona kostka uniemożliwiała mi bieganie, ale... jakoś znudziło mnie to nieco ostatnio, a poza tym, jak to znajomy powiedział: "Po co ćwiczyć  w domu, skoro w siłowni jest dużo lepszy sprzęt?". Może dlatego, że w domu za darmo... A u mnie w sumie już i bieżnia jest, i ławka, sztanga, step, piłka do ćwiczeń, gumy do rozciągania i pewnie jeszcze parę dziwnych rzeczy, których biegacze mieć nie powinni. 

Stwierdziłam, że może w siłowni trochę bardziej się zmobilizuję. No i rzeczywiście. Samo wyjście z domu już było bardzo mobilizujące, żeby na 6.30 dojechać. Wybrałam Kórnik, bo najbliżej ode mnie, ale też najtaniej chyba, bo o tej porze za wejście 7zł, no to jak za darmo. 

W samej OAZIE jeszcze błądzę ciągle. Zaczęło się od tego, jak parę tygodni temu byłam na basenie i w saunie, a tam trasa stu zakrętów. Siłownia po drugiej stronie i też mi jakoś trudno było trafić. Po drodze hala sportowa i salki treningowe na zajęcia grupowe. O tych zajęciach też czytałam i bardzo ciekawe znalazłam, m.in.:

BODYCOMBAT ® energetyczny trening interwałowy. W rytm inspirującej muzyki i przy pomocy skutecznych technik wywodzących się z różnych sztuk walki, rzucasz wyzwanie wyimaginowanemu przeciwnikowi. Podczas treningu spalasz przeszło 500 kalorii, wzmacniasz mięsnie, stabilizujesz sylwetkę, zwiększasz pewność siebie.

BODYPUMP ® – jest treningiem intensywnym, przy użyciu gryfu z obciążeniem. Głównym celem tych zajęć jest wzmocnienie mięśni i spalenie tłuszczu. Każdy utwór jest dopasowany do ćwiczeń, w których koncentrujemy się na jednej grupie mięśniowej. Na tych zajęciach nie budujemy masy mięśniowej, tylko wysmuklamy mięśnie. Pump to odpowiedź na wszystkie potrzeby: utrata wagi, rehabilitacja i wysmuklenie mięśni.

JUMP&SHAPE - specjalnie opracowany system treningowy na trampolinach, składający się z czterech części: rozgrzewki, cardio, wzmacniania i rozciągania.  Pomaga wzmacniać i kształtować sylwetkę przy jednoczesnym czerpaniu frajdy ze skakania. Jump&Shape to ćwiczenia wyjątkowo bezpieczne dla stawów i kręgosłupa, usprawniają krążenie i przemianę materii. Podczas jednego treningu można spalić nawet 1000 kalorii.

POWERFIT- program treningu siłowego i kondycyjnego. Podczas ćwiczeń rozwija się siłę i masę mięśni przy wykorzystaniu różnego rodzaju sprzętu: sztangi, ciężarki, piłki itd. 

(www.oaza.kornik.pl)

W końcu dotarłam do siłowni. Najpierw szatnia męska, potem damska. Chyba standardowo szafki i obok łazienka z prysznicem. W damskiej szatni tylko jedna. Może  w męskiej więcej?
O 6.30 tylko ja. Po chwili przyszła starsza pani z ręcznikiem. Podeszła do bieżni, włączyła i zaczęła pomykać. A ja się rozglądać. Zaraz przyszedł pan z napisem: "Instruktor" na koszulce i zasiadł przy stoliku obok telewizora. W tv niestety głośne wiadomości na temat wyborów. Na szczęście, jak zaczęłam ćwiczyć, to ten dźwięk trochę zagłuszył. 
O 7.00 wpadło pięciu dużych mężczyzn i poczułam się bardzo klaustrofobicznie. Zwłaszcza, kiedy jeden z nich zaczął wyciskać obok mnie, co chwilę zmieniając obciążenie, a ja bałam się, że któreś na mnie spadnie. Poszłam więc wypróbować inny sprzęt. Wtedy pojawił się inny mężczyzna. Trochę mniej niebezpiecznie wyglądał, bo tamci, z którymi ćwiczyć musiałam tak wyglądali, że spotkać ich bym się bała. Ten, który podszedł, zaczął mi grzecznie mówić, co źle robię. I tak za każdym razem. Zanim mnie ostatecznie zdenerwował, to przeprasza, że się nie przedstawił i mówi, że jest trenerem personalnym i proponuje, że może mnie trenować. Hmmm... 

To taka męska siłownia. Wieczorem trafiłam na inną, w której tylko panie były. I wszystkie na bieżni biegały...

czwartek, 22 października 2015

Półmaraton w Poznaniu

Podobno wstawanie o 5.40, żeby pobiegać nie jest normalne, ale już bardziej normalne niż wstawanie o 5.40, żeby jechać poćwiczyć na siłowni. A co powiedzieć o planowaniu startów na przyszły rok i to już prawie jego połowę? 

Dla mnie zupełnie normalne, no bo sezon biegowy już się kończy, to nic tylko pora myśleć o kolejnym. Nic konkretnego jeszcze nie postanowiłam, ponieważ decyzje zależą od paru jeszcze tegorocznych zdarzeń. Ale... życiówka  w półmaratonie mi się marzy. W tym roku przez to, że pobiegłam w dwóch maratonach, przygotowania do nich tak mnie pochłonęły, że nie było czasu skoncentrować się na półmaratonach, od których właściwie zaczynałam bieganie. Może  w zeszłym roku przez Koronę było ich tak dużo, że też ich odpuszczenie dobrze mi zrobiło. Chociaż w sumie trudno nazwać odpuszczeniem start w poznańskim półmaratonie, w którym poprawiłam rekord o ponad 10 minut. Jakbym więcej poprawiła, to teraz byłoby za trudno. A tak... spokojnie można popracować. 



Tak, tak. Wiem, że zarzekałam się, że żadnego więcej półmaratonu w Poznaniu. Tym samym musiałabym nie pobiec w maratonie w Poznaniu, a jednak to zrobiłam. A z tegorocznego półmaratonu źle wspominam tylko przeciskanie się na starcie, ale to moja wina, bo widocznie źle się ustawiłam. Później już tego błędu nie popełniłam. A w końcu sześciokrotny udział w tej imprezie bardziej mnie zobowiązuje do siódmego aniżeli do zrezygnowania. Gorzej, że termin tegoroczny taki niefortunny. Przyzwyczaiłam się, że zawsze bieg był w pierwszą lub drugą niedzielę kwietnia. A tu 17 kwietnia dopiero. Jakby organizatorzy się bali, że może przymrozić jak trzy lata temu. A ten sprzed trzech lat ja akurat najlepiej wspominam...

środa, 21 października 2015

Ekstremalne (eksperymentalne) przygotowania do szybkiego (szybszego) biegania

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, po maratonie przechodzę do krótszych dystansów. Chociaż teoretycznie 5km to nadal bieg długodystansowy. Moi uczniowie zapytani o bieganie, też odpowiadali, że biegają długie dystanse, czyli 5km. 
Zatem rozpoczynam przygotowania do szybkiego biegania na 5km. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, bo metoda nieco eksperymentalna, dlatego na razie za dużo nie będę pisać. Więcej później. Chociaż, jeśli się nie powiedzie, to nie będzie czym się chwalić. No chyba, że przestrzegać: jak nie trenować. :-) 
Zobaczymy. Jakiekolwiek efekty zaplanowane są na Bieg Niepodległości 11 listopada.

Tym razem startuję na 5km w Obornikach. Zrezygnowałam z tradycji udziału w biegu lubońskim, z których zdjęcia poniżej. I zagadka: Które zdjęcie jest z 2013 a które z 2014 roku? :-)





niedziela, 18 października 2015

O Biegu Papieskim

Bieg pod każdym względem wyjątkowy: idei, organizatorów, uczestników, miejsca oraz opłaty startowej, a właściwie jej braku. Miejsce może nie dla wszystkich takie oryginalne, jak dla mnie, bo przecież niektórzy tam biegają. A w tym roku w lasach maltańskich miał też miejsce Bieg Zajączka. Ja jednak pierwszy raz miałam okazję zjawić się w tym miejscu, żeby pobiegać. Jedna z organizatorek bardzo zachwalała trasę, więc się zdecydowałam.
Prawdopodobnie przez to, że bieg darmowy, na liście startowej wczoraj widniało 86 nazwisk. Wg danych z mmpoznan.pl pobiegło 47 zawodników i to niekoniecznie tych zapisanych, bo jeszcze dziś była możliwość rejestracji. Pozostałych pewnie pogoda odstraszyła, bo od rana zimno, wiatr i deszcz. Mnie takie warunki nie odstraszają, więc już około 9.30 zjawiłam się na miejscu. Ze spokojem zdążyłam na bieg dzieci, który nieco się opóźnił... Tym samym przesunięty też był czas odbioru pakietów, a konkretnie numerów. Przez to, że byłam tak wcześnie, otrzymałam numer 2. Kiedy zbliżała się godzina startu, pora była przebrać się w ciuchy startowe i rozgrzać trochę. Ale okazało się, że nie było co się za bardzo spieszyć, bo i bieg główny miał opóźnienie, z powodu nieoznaczonej trasy... Trasa więc była oznaczana... Ja już po rozgrzewce... potem oficjalna rozgrzewka, która przeciągała się i przeciągała aż poczułam, że jestem zmęczona, jakbym już pobiegła. 


Taka reakcja na informację, że start opóźniony i jeszcze 15 min fitnessu


W końcu padł sygnał, że cała trasa została oznaczona (oznaczenia co 0,5km), więc ustawiliśmy się na linii startu. 

Na linii startu (mmpoznan.pl)

Trasa miała 2,5km więc 2,5km w jedną stronę i 2,5km w drugą. Razem miało być 5km. Wyszło tak mniej więcej, tak około, u mnie 5.14km. Zaczęło się od dużego podbiegu, potem taki sam albo większy zbieg. Należało jednak pamiętać, że z powrotem będzie odwrotnie i to tuż przed samą metą. Dalej większych różnic w wysokości nie pamiętam. Biegłam, zgodnie z założeniem, nieco wolniej niż wczoraj, bo las to nie asfalt. Dogonił mnie znajomy biegacz z numerem 1., kawałek biegliśmy w pobliżu, ale ostatecznie go wyprzedziłam. Nie mam pojęcia, które miejsce zajęłam, bo czas mierzony tylko brutto. Oficjalnych wyników jeszcze nie ma. Wypada podkreślić, że ze względu na kameralny charakter biegu, niesamowita była atmosfera na mecie, gdzie wielu biegaczy witanych było bardzo indywidualnie i oklaskiwanych niemal jak zwycięzców.



Na mecie mnóstwo słodkich smakołyków do spałaszowania. Chociaż biegacze z przyzwyczajenia najpierw rzucili się na wodę i banany, a dopiero potem na ciasteczka, wafelki i czekoladę. Słodycze też jako nagrody dla zdobywców pierwszych trzech miejsc. W końcu jednym ze sponsorów był Piotr i Paweł. A po biegu można było też wylicytować obrazy oraz paczki niespodzianki.

sobota, 17 października 2015

Parkrun zgodnie z planem

Po maratonie miał być w końcu Parkrun poniżej 22 minut i jest, udało się. :) Chociaż niepewność przed startem się pojawiła, a to za sprawą Fraszki, z którą bieganie zależy od jej humoru oraz osobników, których napotkamy po drodze. Dzisiaj na starcie zjawiła się osoba, która bardzo jej nie lubi, więc Fraszka okazała to ostentacyjnie, szczekając głośniej niż zwykle. Swoje zdanie podkreśliła jeszcze na zakończenie biegu.



A w trakcie zawodów? W swoim żywiole. Pociągnęła mnie na początku w tempie 3.50, a i tak ją hamowałam. Pierwszy kilometr tempo 4.03. Potem już oczywiście wolniej, bo ona raczej positive split preferuje. Ja też obawiałam się, że raczej zwolnię niż przyspieszę po takim początku. Drugi i trzeci kilometr miałyśmy znacznie wolniejszy, ale wciąż pozostawał zapas. Cudownie na czwartym kilometrze wyprzedził nas Piotrek z dwoma psami. Fraszka, gdy je zobaczyła, dostała nagłego przypływu energii i dalej za nimi. 

Fot. D. Niedzielski


Niestety jeden z piesków przed nami się zbuntował i uciekł. No to Fraszka już nie do przodu, tylko do tyłu. A już była szansa, że zamiast poniżej 22 minut, wyciągniemy 21. :-) Na szczęście Fraszka choć wróciła do rytmu i dotarłyśmy do mety po 21 minuta i 40 sekundach...

Fot. D. Niedzielski


Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej. Po maratonie skupiam się na krótszych dystansach.

piątek, 16 października 2015

Dementuję plotki, jakobym nie była zadowolona z Poznańskiego Maratonu :-)

Poznański Maraton podobał mi się, ponieważ:
- dobiegłam, a przecież mogłam nie dać rady; :-)
- przebiegłam, a przecież mogłam iść, :-)
- przebiegłam w czasie 3.58.41 a mogło być powyżej 4 godzin albo duuużo powyżej 4 godzin, :-)
- przebiegłam w czasie 3.58.41, pomimo wcześniejszej kontuzji, :-)
- przebiegłam w czasie 3.58.41, pomimo że już zapadła decyzja, że nie pobiegnę, :-)
- przebiegłam w czasie 3.58.41, pomimo że przed zawodami miałam tylko trzy wybiegania:
10, 20 i 30km :-)



- nie zmęczyłam się specjalnie przygotowaniami, ponieważ przez miesiąc odpoczywałam ze skręconą kostką, :-)
- podczas tego maratonu czułam się znacznie lepiej niż podczas pierwszego, :-)
- nie zgubiłam butów, chociaż wcześniej istniały takie obawy, :-)
- buty mnie nie obtarły, choć nie były za bardzo rozbiegane, :-)
- pas do pulsometru mnie nie obtarł, :-)
- inne części odzieży biegowej też mnie nie obtarły, :-)
- kostka bolała mnie tylko do 10km, :-)
- tylko przez ok. 30 s odczuwałam coś na podobieństwo kolki (ale mogło mi się tylko wydawać), :-)

- podczas maratonu zaczęła mi smakować kranówka z Aquanetu, :-)
- podczas maratonu smakował mi nawet izotonik, :-)



- dostałam kwiatka na mecie, a ja lubię takie chwasty :-)
- na mecie był sok tłoczony, :-)
- na trasie i na mecie były pomarańcze, :-)
- na trasie było wystarczająco dużo punktów odżywczych i wodopojowych, :-)
- nie przewróciłam się na skórkach od bananów w okolicach punktów żywieniowych, :-)
- na trasie było tylko kilka podbiegów, :-)
- o tym, jak mi źle myślałam tylko przez kilka kilometrów, :-)

- spotkałam dużo znajomych wśród biegaczy oraz kibiców, od których otrzymałam dużo wsparcia :-)
- mogłam ustawić się w swojej strefie i nie musiałam przepychać się po starcie, :-)
- w dniu maratonu była idealna pogoda i nawet na starcie nie było mi zimno, :-)



- cały pakiet startowy mi się podobał (zwłaszcza to, że od kilku lat damskie koszulki są odpowiedniej dla mnie długości), :-)
- w pakiecie było dobre piwo i sok pomidorowy, :-)

- mam zdjęcia z Fotomaratonu, chociaż prawie nie było widać mojego numeru startowego, :-) (mam też inne zdjęcia - dużo lepsze :-))

- powtarzałam sobie, że ten maraton się kiedyś skończy i tak właśnie było :-) :-) :-)


czwartek, 15 października 2015

Co myśli maratończyk?

Pisałam już wcześniej, że podczas tego maratonu nie skupiałam się tyle na otoczeniu, co na sobie. A ponieważ nadal przeżywam (do tygodnia chyba mogę :-)) to trochę maratońskich myśli z trasy (z zaznaczenie, że nie wszystkich), w kolejności chronologicznej:

Po starcie:
Dlaczego ja tak szybko biegnę? Chyba muszę zwolnić. Ale mi gorąco. Dobra, to zdejmę już tę bluzę. I czapkę też. Z rękawiczkami jeszcze trochę wytrzymam, bo tak ciasno, że nie ma gdzie tego wyrzucać.




O, drugi kilometr, to jeszcze czterdzieści... Chyba nie powinnam tak liczyć. Jeszcze nie teraz...

Fajnie spotkać znajomych na trasie. Zaraz będzie punkt żywieniowy. A mi się wcale nie chce pić...

5km
Dobra, wyrzucam rękawiczki. Wciąż biegnę za szybko. Ale tylko trochę...

9-10km
Zaraz będzie następny punkt żywieniowy, to pora na śniadanko, trzeba żel wygrzebać. Woda w tych kubeczkach z żółtymi elementami nie wygląda zachęcająco. Izotonika też nie chcę... Ale ciasno na tym punkcie.



15km
Kolejny punkt żywieniowy. Gdzieś tu powinni być uczniowie z mojej szkoły. O, są. I nauczyciele. Przywitam się.

17km
Jakieś gwałtowne przyspieszenie...

18km
Kenijczycy to już kończą prawie. Życie jest niesprawiedliwe...

Dalej
Czy ta górka się kiedyś skończy?

Połówka
Według rozpiski na 3.59 powinnam teraz mieć 1.59... A mam... 1.57.

24km
Malta...ale wieje... Czy teraz już cały czas będzie pod górę?

Po 27km
Jeszcze tylko 4km i będą 32 kilometry...
Jak to dopiero 28km? To ile było przedtem? No dobra, no to jeszcze 4km i będą 32km...

29km
Szkoda, że to nie 39km...

30km
Nie znam tej kobiety, co mnie zaczepiła... A może znam?

32km
32km... dlaczego zwalniam? O, dobra, przyspieszyłam...Tu jest dużo znajomych, trzeba dobrze wyglądać.

33km
O już po... ale to nie znaczy, że mogę zwalniać... Dlaczego zwalniam? Co mi tam jeszcze do jedzenia zostało? Żel i magnez... żel z kofeiną, to jeszcze zostawię. Teraz pora na magnez....

34km
Ale mi się pić chce. Jakiś wodopój będzie?
Dobra, biorę wszystko. Kranówa z Aquanetu może być... Co tak ładnie pachnie? O, jaki pyszny izotonik cytrynowy!

Gdzieś w tych okolicach:
Co za kretyn jedzie na rowerze i dzwoni?
Kurczę, nadal zwalniam, nieodobrze... co? 6.30? Trzeba przyspieszyć...jakoś...
O, straciłam już wszystkie minuty, o które byłam do przodu. To może chociaż 5.50?
Tego faceta też nie znam, a nie, jednak znam... Fajnie, że jest jeszcze ktoś znajomy. Myślałam, że do mety nikogo nie będzie...

37km
O, stadion... Tutaj biegaliśmy z gRUNwaldem... Ale to już przeszłość... Nawet 5km to już jest przeszłość.
Mówią, że wizyta na stadionie i meta.
Ale zimno na tym stadionie, trzeba jak najszybciej stąd uciekać.
Udało się, jest 5.50...

38km
Dobra, teraz jeszcze dobiegnę. Ale już nigdy więcej.

39km
Pora na ostatniego żela.

40km
Dawajcie wszystko co macie: woda, izotonik i... pomarańcze! Mam ochotę na pomarańcze. Już mi nic nie zaszkodzi...



Ostatnie 2km
No to teraz prosto do mety. Trzeba przyspieszyć. Taaa, jasne... Gdzie ta meta? Start widzę. Gdzie meta? Bo się znowu zgubię...

Ostatnie kilkaset metrów
Jaka znowu runda honorowa? Dobra, to chyba jakieś 200m, dam radę... Mówią, że minęło 3.58, ja mam 3.57, to 3.58 powinno być na mecie...

Meta
To jeszcze trzeba się zatrzymać. :-)




wtorek, 13 października 2015

W ciągłym poczuciu omnipotencji z nieśmiałym pytaniem, co dalej?

Teraz tak czytam wczorajszy wpis i to, na co Robert zwrócił uwagę i widzę, że rzeczywiście smutne to zdanie, że mnie nic takiego już w tym roku nie czeka. Jakoś tak sentymentalnie mi się zrobiło po tym maratonie. Wymodliłam pogodę taką, jaka była i teraz już na dobre jesień przyszła. A myślałam, że wrócą te wcześniejsze temperatury, jak np. 17 stopni, które były tydzień przed maratonem. A tu szaro, buro i ponuro... Idę z kawą z McDonald's (bo od poniedziałku za darmo rozdają) do pracy, skręcam w ulicę Grunwaldzką i tak dumam sobie o starcie i mecie. Zdziwiona dostrzegam, że po starcie już trochę pod górę było, ale skoro to początek, to nawet nie poczułam. Zresztą wyprzedzali mnie wtedy wszyscy, a ja spokojnie, żeby nie ruszyć za szybko, to się nie przejmowałam. 
Koniec niby z górki, ale też nie zwróciłam uwagi. Tylko pamiętam, jak ktoś powiedział, że teraz cały czas prosto, no to biegłam. Chociaż słyszałam, że ktoś skręcał w Szylinga. Dziwne to mi się wydaje i wierzyć się nie chce... 

Znajome pracownicze okolice teraz jakoś inaczej mi się kojarzą. Całe miasto może powinno zresztą. Ale przez to, że inne wspomnienia z nim związane, to to maratońskie nie tak wyraźne. Ten finisz bardziej pamiętam i krzyk spikera, że runda honorowa teraz, a ja naprawdę wystraszona, to jak daleko to będzie? Na szczęście nie ciągnęło się tak bardzo. Niektórzy mówią, że przy kolejnym maratonie już nie mają takich kryzysów jak wcześniej i nie myślą o tym, że nie dadzą rady. Może coś w tym jest. Zawsze można powiedzieć sobie, że skoro wcześniej dało się radę, to i teraz. Ja w podświadomości chyba tylko tak powtarzałam, bo świadomie, to trzy kilometry przed metą pomyślałam, że nigdy więcej. Ale nie było myśli o tym, że tego maratonu nie ukończę. Wiedziałam już, że dobiegnę i nawet, że poniżej tych czterech godzin będzie. Jeśli pobiegnę. O przejściu do marszu zatem nie mogło być mowy. 
Jeszcze kiedy się zmagałam z wątpliwościami, czy w ogóle pobiec po kontuzji, stwierdziłam, że wystartuję, a najwyżej, jeśli stwierdzę gdzieś po drodze, że nie dam rady, to zrezygnuję. Takie było postanowienie, żeby nie gromadzić "śmieciowych wyników" jak w przypadku półmaratonów. Potem plany te jakoś uleciały albo w ogóle nie brałam pod uwagę, że będzie taka konieczność.
Jeszcze wcześniej - po pierwszym maratonie - była nawet taka ewentualność, że to jedyny maraton będzie. Kiedy zaczynałam biegać, to wcale nie z planami maratońskimi. Startowałam w półmaratonach i to wszystko. Choć pamiętam, że przed pierwszym maratonem ktoś chcąc wywiad przeprowadzić, zapytał, czy "całe maratony też pani biega". Zaprzeczyłam, nie tłumacząc, że półmaratonów właściwie też jeszcze nie. 
 Pomysł startu w maratonie narodził się w mojej głowie dwa lata temu. Zostałam wtedy wolontariuszką na Poznańskim Maratonie z założeniem, że ostatni raz mogę pomóc, bo za rok sama pobiegnę. Udział "z tamtej strony" potwierdził to, że powinnam być "z tej". Rok temu jakoś na wiosnę zaczęłam bardziej poważnie myśleć o tym, ale po treningach i zawodach uznałam, że jestem kompletnie bez formy i nie ma szans, skoro każdy półmaraton kończyłam z czasem dużo powyżej dwóch godzin. 
Kiedy zaczęły się przygotowania do OWM, to też forma nie była dużo lepsza, ale na początku tego roku wszystko się zmieniło i można było zacząć stawiać realne cele - ambitniejsze niż tylko "żeby ukończyć". 
I to mi się wtedy najbardziej podobało: wszystko zgodnie z planem: wszystkie kilometry wybieganie, choć nie zawsze zakładanym tempem, ale treningi zrobione, odhaczone.
Teraz tego nie było, za to pojawiło się coś innego. Ten pierwszy maraton był wyjątkowy i niestety żaden inny już taki nie będzie. Dał mi on pewność, punkt odniesienia, który mogę wykorzystać przy każdym kolejnym. Teraz mogę bawić się dalej i walczyć z czasem, może w końcu o to 3.50... wrócić do krótszych dystansów i zmagać się z szybkością albo... albo pomyśleć o czymś nowym, co mi wciąż po głowie chodzi...

A po maratonie... wczoraj samopoczucie dobre. Znajomi straszyli, że dziś gorzej będzie. Zatem od rana poszłam wybiegać nadchodzące zakwasy. I znów mogę porównywać, jak po pierwszym maratonie ciułałam kilometry, bo po dwóch dniach pobiegłam ledwie 5, potem 8 i to w tempie 6.30 i 6.00. Dzisiaj 10km znacznie szybciej i bez większego wysiłku. Tak się dobrze ten maraton ze mną obszedł albo jednak za wolno pobiegłam i dlatego za dobrze się czuję. :-)

poniedziałek, 12 października 2015

Jeszcze trochę o moim drugim maratonie

W tytule, że jeszcze trochę, ale może trochę więcej będzie, bo jednak żyję tym. Chociaż muszę przyznać, że odczuwam ulgę wielką, że to już po i w tym roku już nic takiego mnie nie czeka.



Najgorsze, że jeszcze przed tym biegiem podjęłam decyzję, że w następnym roku żadnego maratonu nie będzie. Ale w tym roku miał być tylko jeden, a wyszły dwa, to nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. ;)  
Z wczorajszego biegu cieszę się szczególnie, że udało mi się pobiec poniżej 4 godzin, choć wcześniej plany były bardziej ambitne. Potem trzeba je było trochę zrewidować. Jakaś nadzieja jeszcze przed startem została. Ale też bałam się, że jak poszaleję na początku, to na końcu może wyjść fatalnie.
Zatem nie "z palcem w nosie", jak to Julia napisała, ale "w uchu" może i ze świadomością, że chwilowy kryzys minie. :) Bo choć słabość pojawiła się - zgodnie z proroctwem - po 32. kilometrze, to nie myślałam wtedy wcale: "co ja tu robię i po co biegnę?". O tym myślałam wcześniej. A potem już wiedziałam. :)


Dzisiaj też czuję się znacznie lepiej niż po pierwszym maratonie. Po trzecim to już powinno być w ogóle bezboleśnie. ;) A tak poważnie, to rzeczywiście łagodnie mnie ten maraton potraktował, bo żadnych przygód na trasie nie było, tzn. obtarć, kolek, skurczów... Kostka na początku bolała, ale to od niebiegania chyba, bo jak pobiegła 42 kilometry wczoraj, to dzisiaj czuje się świetnie. I ja też. :-)

Poczucie omnipotencji może już mniejsze niż ostatnio, ale jednak jest. Przede mną jeszcze jeden ważny bieg w tym roku, ale dużo krótszy. I śnił mi się dzisiaj już, jakbym wczoraj mało biegania miała...

Potem sąsiedzi mnie przyłapali, jak szłam z medalem i szampanem. A że sąsiad niegdyś biegał, to od razu padło pytanie, "która byłaś" zaraz poprawiane na to: "jaki miałaś czas?" 

Do analizy też zamieszczam, chociaż spadającym tempem nie ma się co chwalić. ;)



niedziela, 11 października 2015

O kolejnej lekcji pokory, rozbieraniu na trasie oraz zmuszaniu ludzi do kibicowania, czyli 16 PKO Poznań Maraton

Po maratonie, ale jeszcze trochę na gorąco, chociaż tętno już szczęśliwie spadło. :) W nocy nawet udało mi się dobrze wyspać. Pewnie dlatego, że położyłam się już po 21.00 z mocnym postanowieniem, żeby do rana nie sprawdzać, "co tam na fejsie". Do rana, czyli do 5.50, kiedy budzik oznajmił, że pora wstawać. Hmmm... a już myślałam, że zaśpię i nie będę musiała pobiec. :-) No, ale skoro już zadzwoniło, to... śniadanie, ostatnie przygotowania, ubieranie, pakowanie i pożegnanie z Fraszką. Zapytałam ją przed wyjściem, czy 3.58 może być. A że Fracha się z panią zwykle zgadza (zwłaszcza, jeśli czeka na pożegnalny smaczek), to machnęła łapą na potwierdzenie, no i wyszłam. 

W drodze na PKP spotkałam mężczyznę w stroju sportowym, który wyraźnie na biegnącego maraton wyglądał. Ja trochę mniej, ale widać też, bo zapytał: "Pani na maraton jedzie?". Potwierdziłam. Zaproponował podwiezienie. Wow - jaka to biegowa życzliwość. :)

Na Targi dotarłam przed 8.00. Na miejscu już tłumy biegaczy. A że to był mój pierwszy maraton w Poznaniu, to trudno mi było cokolwiek znaleźć. Za to co chwilę wpadałam na znajomych, więc zatrzymanie, przywitanie, krótka rozmowa i życzenia powodzenia, potem jeszcze przedstartowe zdjęcia... Czasu miałam sporo i tym się pocieszałam, ale jak u tego żółwia z dowcipu: "wszystko działo się tak szybko", że już trzeba było udać się na start. A i tak się bałam, że nie wejdę już do mojej strefy i znowu gonić będę. Ale udało się i - o dziwo - w strefie B pustki. Może dlatego, że weszłam na sam jej początek, tam gdzie stali pacemakerzy na czas 3.00. Nie przeszkadzało mnie to wcale. Nawet to, że głównie panowie tam stali. Stwierdziłam, że pognają wszyscy, wyprzedzać mnie będą, a ja spokojnie. Nie najlepiej się czułam, bo pomimo smarowania i masowania kostki, od rana mi dokuczała. Na szczęście choć kolano się nie odezwało i do samego końca znać o sobie nie dało. Podobno przed startem na bardzo zestresowaną wyglądałam, więc dobrze, że mnie niektórzy nie widzieli. :-)



Miało być wolno na początku, ale jak wiadomo, ja wszystko muszę po swojemu. Chociaż i tak nie poszalałam chyba tak bardzo jak na pierwszych kilometrach OWM. Zresztą myślałam tylko o tym, że mi gorąco, a miało być zimno (rano ok. 0 stopni), więc kombinowałam, kiedy zacząć zbędne ciuchy z siebie zrzucać. Bluzy pozbyłam się chyba już na pierwszym kilometrze. Dalej poszła czapka, więc już słyszę komentarze: "O, kobieta się rozbiera". Z rękawiczkami wytrzymałam do punktu odżywczego, gdzie porzucałam nimi trochę. Ale bezskutecznie, bo nikt nie podjął rękawicy. :-) No i dalsze kilometry jeszcze przyjemne, np. Hetmańska pod wiaduktem, przed którym pacemakerzy na 3.45 (dopiero wtedy przedarli się, by mnie wyprzedzić) zarządzili rozgrzewkę a potem okrzyki, które niosły się głośnym echem, że aż mnie trochę głowa rozbolała. Ale efekt był niesamowity. 





Dalej coraz mniejszą uwagę zwracałam na otoczenie. Jakoś tak inaczej niż podczas pierwszego maratonu, kiedy podsłuchiwałam różne rozmowy. Może dziś było ich mniej, albo mniej słyszałam. Trochę szybciej biegłam, to też może dlatego mniej piknikowo było na trasie. Chociaż atmosfera też przyjemna. Panowie wyprzedzali "włączając kierunkowskazy". Niektórzy jak zwykle przebrani byli. Czytałam, że Batman szukał Supermana, a mnie właśnie Superman mijał. No, ale że to Superman, to się nie przejęłam. ;)
Nastawiłam się za to bardziej na wyszukiwanie znajomych - wśród biegaczy, ale też wśród kibiców. I oni mi dużo dali, chociaż po 33 kilometrach już nie wszystkich od razu poznawałam. Niektórych do teraz nie skojarzyłam. Może zresztą wcale ich nie znam, a tylko tak z grzeczności wspierali i krzyczeli, jak jedna pani, która wołała: "Parkrun". Znajomych miło było spotkać i nawet, jak mnie nie widzieli, to ja ich zaczepiałam i na kilka następnych kilometrów przejmowałam od nich energię.


Wciąż nie wiem, co to ściana i gdzie jest wymurowana. W okolicach 34. kilometra chyba kibice ustawili taką prowizoryczną, żeby przez nią przebiec. Ja sobie odpuściłam, bo już wtedy mnie męczyło coś. Może to moja prywatna ściana była, kiedy już minęłam 32. kilometr, gdzie większość kibiców miało być i myślałam o tym, że teraz przez 10 kilometrów już nikogo znajomego. Okazało się później, że się myliłam sporo, ale i tak poczułam nagle, jak mi ciężko. I tempo z 5.30 spadło do 6.30, a ja niewiele mogłam zrobić. Przypomniałam sobie, że na tę okazję spakowałam magnez, więc łyknęłam szybko. Jeśli nie pomoże, to chociaż będzie mi się wydawało, że pomogło - pomyślałam sobie. Byle dotrwać do 40 kilometra, gdzie można łyknąć ostatni żel z kofeiną. Zresztą już wcześniej zaczęłam korzystać z punktów żywieniowych, choć planowałam opierać się tylko na swoich zapasach. Pić mi się jednak tak chciało, że przestałam się przejmować, że to woda kranowa. Ponadto na zapach pomarańczy, od razu zapragnęłam czegoś kwaśnego - cokolwiek bardziej kwaśnego niż słodkie żele. Wypatrzyłam w punkcie wodopojowym izotonik cytrynowy. Jak to izotonik - słodki był, ale coś cytrynopodobnego było czuć. Konsekwentnie odmówiłam wolontariuszom rozdającym banany i - o zgrozo - czekoladę. Na ostatnim punkcie znów jeszcze woda, izotonik i skusiłam się na pomarańczko. Teraz to już mi nic nie zaszkodzi - pomyślałam. Tempo od 33. kilometra marnie i szybko roztrwoniłam pieczołowicie zbierane metry, które prowadziły mnie na abstrakcyjny czas 3.52. Było cały czas powyżej 6.00, więc zmuszałam się, żeby przyspieszyć choć do 5.50, a 5.40 to już było cudownie. Poza tym wciąż nie dogonili mnie pacemakerzy na 4.00. A przede mną ktoś krzyczy: "Wizyta na stadionie i meta". Aha, 37 kilometrów. Liczyłam, że na ten stadion się jakoś zmobilizuję. Chociaż nie do końca tak było, bo zimno tam i wiało, ale pierwszy raz tam byłam, to jakoś przeleciało. Potem lekkie przyspieszenie na 39., bo tam zdecydowałam się na żel. A u mnie tak dziwnie, że na kilometrach, gdzie jest podbieg albo coś jem/piję, to przyspieszam, jakby w obawie, żeby nie zwolnić za bardzo. Problem też wielki z utrzymaniem równego tempa...



Końcówka. Zjadłam wszystko, co miałam. Picie na ostatnim wodopoju na 40. kilometrze, chociaż Garmin pokazywał 40 już 400m wcześniej. Jakoś pomimo starań, znacznie więcej mi wyszło niż powinno. Ale jakieś nowe siły i udało mi się trochę przyspieszyć. Na ostatnim kilometrze jeszcze więcej, chociaż to był cud jakiś, bo nienawidzę tego i nie znoszę. Jak mówiłam kiedyś i pisałam pewnie też: ja na wynik biegnę cały maraton a nie ostatnie metry. A jak widzę, że już meta, a okazuje się że to start... spiker krzyczy: "Teraz wasza runda honorowa", a ja myślę sobie: "Niby ile jeszcze?" bo Garminowi już nie wierzę. Spiker dalej pokrzykuje, że zbliża się granica 4 godzin. To jego zbliżanie okazuje się, że 3.58 brutto. Niby finisz, a wciąż nie mogę skończyć. Następna banda, ale nie meta, i kolejna też nie meta, w końcu trzecia z zegarem na którym widzę te 3.58 i dwadzieścia kilka sekund. U mnie netto 3.57, to jest szansa na to 3.58 dobiec. No i udało się. 

Wpadam i jakoś idę dalej. Większość się kręci w poszukiwaniu medali i pyta tych nielicznych, co gdzieś dostali. To ja najpierw: woda, pomarańcze, izotonik, woda, izotonik, pomarańcze... No dobra, gdzie te medale? O i koc termiczny też się przyda... Do tego tradycyjna różyczka. Super. Będę żyć. A propos różyczki, to zastanawiałam się wczoraj, co panowie mogliby dostawać zamiast kwiatka? A dlaczego nie kwiatka? Może niektórzy panowie lubią kwiatki? A może nie wszystkie panie lubią? :-)

Potem znowu spotkania ze znajomymi, wymienianie informacjami o wynikach, wrażeniami z trasy, bólami po drodze... Mnie to do 10 kilometra ta kostka bolała, więc nie myślałam o niczym innym, a jak przestała, to nagle poczułam, że zmęczona jestem. :-)



Chyba przez to, że już po jednym maratonie byłam, to bardziej się stresowałam, ale dzięki temu, kiedy mi już ciężko było, wiedziałam, że to jest do przejścia - znaczy przebiegnięcia. Bo wiedziałam też, że jak się zatrzymam i zacznę iść, to już nic się nie uda, a wynik powyżej 4 godzin nie zadowalał mnie w ogóle. 

Chyba bardziej pozytywny ten mój drugi maraton i pokorny też bardziej. Kontuzja zrobiła swoje i przerwa w bieganiu spowodowała, że pomimo najszczerszych chęci nie wyszło tak, jak chciałam. Ale jest radość z tego, co wybiegałam, bo wynik i tak prawie 5 minut lepszy od OWM. Przede wszystkim dobrze, że pogoda tak sprzyjała. No i kibice oczywiście. Jak ja nie lubię ludzi, tak dzisiaj kocham wszystkich znajomych - biegających i niebiegających, którzy mnie dziś wspierali - świadomie i z własnej woli oraz z przymusu, bo ich zaczepiałam się tego domagałam. :-)

Jeszcze raz dziękuję Wszystkim za wsparcie - tym, co na żywo kibicowali i co duchowo wspierali. Gratulacje dla Znajomych, zwłaszcza Parkrunnerów, bo wszyscy osiągnęli prywatne sukcesy. :-)

sobota, 10 października 2015

Maraton z Parkrunem i Fraszką... na plecach ;-)

Zgodnie z obietnicą dziś wpis jeszcze jeden. Odebrałam specjalną koszulkę parkrunową i - miłość zwyciężyła - więc w niej jutro pobiegnę.


Fraszka - mimo moich próśb i błagań - nie chce pobiec za mnie (ani nawet ze mną), ale obiecała, że będzie kibicować. :-)


Kibiców na trasie też poproszę. :-) Wszyscy, co mnie znają wiedzą, że będzie dobrze, jeśli nie za szybko na początku.

piątek, 9 października 2015

Pakiet odebrany, akumulator nienaładowany, organizm nieprzygotowany

Z przyczyn praktycznych już dziś wybrałam się na Targi Poznańskie, aby odebrać pakiet na maraton. Niepraktyczne jest może to, że ominie mnie jutrzejsze pasta party z makaronem od "leniwej Danuty", ale może to i lepiej. Zastanawiałam się też nad udziałem w prelekcjach, ale może niekoniecznie warto na to jutrzejszy dzień poświęcić. Przy okazji odpoczynku od biegania, jak zwykle czytam różne książki o bieganiu, więc teorii mam aż nadto, a zgodnie z obietnicami tudzież groźbami, jeszcze trochę wiedzy i zaleceń otrzymam. :-)

Takie prywatne Pasta Party


Wracając do expo, to jakoś mnie nie rzuciło na kolana. Bardziej spektakularnie wspominam targi w Arenie przy okazji półmaratonu poznańskiego. A tutaj jakoś tak spokojnie. Dobrze, że ludzi mało, to kolejek po pakiety nie było. Dziwi mnie zawsze tylko to, że, pomimo wcześniejszego przygotowania, wszystko trzeba odbierać osobno. Kwestia hologramu została już poruszona zaprzyjaźnionym blogu Biegacza Amatora. A tutaj okazuje się, że nie tylko po hologram trzeba podejść gdzie indziej. Najpierw bowiem odbiera się numer i agrafki oraz podpisuje oświadczenie. Potem można sprawdzić, czy dane na chipie są dobrze zakodowane (po moich doświadczeniach, oczywiście sprawdziłam). Niektórzy wolontariusze jak słyszałam informowali o możliwości odbioru hologramu na bezpłatną komunikację. Mnie takiej informacji nie przekazano, ale że wiedziałam wcześniej, to podeszłam hologram odebrać. Ale dopiero po tym jak udałam się do stoiska z koszulkami oraz kolejnego, na którym pakiet uzupełniono o napoje i czekoladę. Nie wiem, czy to rozdzielenie z troski o potłuczenie butelek czy połamanie czekolady. Byłam już na innych biegach, na których również dawano piwo, ale wszystko było od razu zapakowane. Ja nie lubię, jak mnie ktoś tak odsyła od Annasza do Kajfasza... 

Dostrzegam małe podobieństwo

Co do zawartości pakietu, to zgodnie z opisem: koszulka, czekolada, dwa piwa Grodziskie, sok pomidorowy, bidon, kupony, ulotki... Wszystko w maratońskiej torbie. Szkoda, że białej. Znów marudzę. Koleżanka powiedziała, że chętnie przyjmie. :-)

Taki pakiet - na bogato! :-)

To teraz coś pozytywnego: na stanowisku Asicsa można odebrać opaskę z planowanymi międzyczasami oraz mapkę z oznaczeniem punktów i godziny, o której - zgodnie z założeniami - się tam dobiegnie. Mapka idealna dla kibiców. Opaskę taką sobie z internetu drukowałam na półmaraton i maraton w Warszawie. Pamiętam, że bardzo się przydały. Na półmaratonie wiedziałam, ile muszę nadgonić, a na maratonie, ile mam zapasu. Teraz nie planowałam, bo Garmin przecie wyliczy wszystko. :-) Jak ktoś nie ma, to polecam. 

Żeby zbyt optymistycznie nie było


Po zakończeniu diety białkowej, jest jeszcze przyjemniejszy etap przygotowań, bo można jeść i nic nie robić. Tylko z Fraszką spaceruję, bo ona biedna - niewybiegana. Jak mnie wcześniej nic nie bolało, to od kilku dni na zmianę ból obu nóg (dobrze, że tylko dwie): na zmianę kostka z kolanem i ścięgnem albo jedno, drugie i trzecie... Przed OWM też coś bolało. Niektórzy mówią, że to podłoże psychiczne ma, więc się nie przejmuję. Od niebiegania boli pewno.

"Znajdź Agnieszkę"


Jutro jeszcze pewnie będzie krótki wpis, ale za dużo nie mogę w internecie grzebać, bo jest efekt taki jak na studiach przed kolokwium: student się nauczył i ma wolny wieczór, a potem zagląda na jakieś forum grupowe i widzi, że inni zestresowani, to on też...

Tradycyjnie o wsparcie też proszę: Kibiców wiernych i tych, co się obrazili i przestali udzielać na moim blogu. :-) Dziękuję też tym życzliwym, którzy już od kilku dni piszą do mnie, podnoszą na duchu teraz i będą też na trasie.

czwartek, 8 października 2015

Co o biegaczach mówi ich język? - czyli o bieganiu i języku biegaczy trochę bardziej naukowo

Kto ma ochotę i chęć - zapraszam do przeczytania bardziej naukowego artykułu na temat biegania. :)


O istotnych aspektach biegania w świetle leksyki socjolektalnej (na podstawie artykułów poświęconych treningom zamieszczonych na portalach biegowych)

1. Wstęp
W związku ze zwiększającą się modą na bieganie wzrasta liczba ludzi uprawiających ten sport. Osoby preferujące aktywność fizyczną nie są już w naszym otoczeniu rzadkością. Spotyka się je często i to nie pojedynczo, lecz zwykle w kilku- albo nawet kilkunastoosobowych grupach towarzyskich lub treningowych. Zjawisko popularyzacji biegania, w dodatku odbywającego się nieindywidualnie, skłania do refleksji nad istnieniem środowiska biegaczy. Jako grupa społeczna połączona pewnego rodzaju więzią posługują się oni w komunikacji charakterystycznym dla nich zbiorem leksyki i frazeologii. Jak pisze Aleksander Wilkoń, samo istnienie grupy społecznej nie jest jednak jeszcze wyznacznikiem tworzenia przez nią odrębnego języka. Według badacza konieczne są następujące warunki:
a) istnienie środowiska społecznego, którego członkowie pozostają w silnych relacjach różnego rodzaju,
b) względna stabilność grupy,
c) wyraźne poczucie odrębności wobec innych grup,
d) ciągłość tradycji,
e) kontakty członków grupy przynajmniej częściowo wykraczające poza sytuacje zawodowe [Wilkoń 2000: 92].
Wilkoń uważa, że by istniał socjolekt, wszystkie te warunki muszą zostać spełnione jednocześnie. Trudno w przypadku biegaczy mówić o stabilności grupy oraz ciągłości tradycji, gdyż bieganie wciąż jest zjawiskiem nowym. Wydaje się jednak, że na tej podstawie nie można uznać, iż biegacze odrębnego słownictwa i swoistej frazeologii nie mają. Nawet pobieżna obserwacja ich komunikacji potwierdza istnienie takiego socjolektu. Spełnia on przy tym funkcje wymieniane przez Stanisława Grabiasa [1997: 135]: utożsamiającą (z innymi członkami grupy), wyodrębniającą (spośród innych grup), kreacyjną (utrwalanie systemu wartości) i nobilitacyjną (wysoka ranga we wspólnocie komunikacyjnej). Przyjmuję zatem, że język, którym posługują się biegacze między sobą, można uznać za odrębny socjolekt. Przedmiotem mojego zainteresowania w niniejszym artykule będzie zaś niewielki repertuar ich środowiskowego zasobu leksykalnego i frazeologicznego.
Najczęstszą formą komunikacji biegaczy, podobnie jak w przypadku innych środowisk sportowych, jest komunikacja ustna. W celu umówienia się na wspólne spotkanie treningowe biegacze coraz częściej wykorzystują jednak również internetowe portale, na których rejestrują też specjalne grupy biegowe. Komunikacja zachodząca w ten sposób ma cechy typowe dla komunikacji online: zarówno jej form asynchronicznych, takich jak blogi i fora, które zakładają reakcje konwersacyjne odroczone w czasie, jak i form synchronicznych, takich jak czaty, przewidujące odpowiedź w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Zakłada się przy tym udział wielu osób – jest to więc komunikacja wielostronna[1].
Dla uzyskania całościowego obrazu socjolektu biegaczy konieczne wydaje się również zbadanie bardziej oficjalnych form pisemnych, takich jak książki i czasopisma o tematyce biegowej. Nie można pominąć także fachowych portali internetowych – i to ich analizą zajmę się w niniejszym tekście, bowiem uważam je za szczególnie istotne dla tych badań. Mają one charakter oficjalnych stron internetowych, jednak zamieszczane na nich artykuły pisane są nie tyle przez profesjonalnych redaktorów, ile przez profesjonalnych – albo raczej bardziej doświadczonych – biegaczy, czyli takich, którzy trenują od dłuższego czasu i dzielą się swoją wiedzą z innymi. Autorzy tekstów są zatem przedstawicielami grupy społecznej biegaczy i posługują się tym samym językiem co inni członkowie środowiska. Ponadto czytelnicy mogą komentować i „zamawiać” artykuły na określony temat, więc są one wyrazem aktualnych zainteresowań treningowych biegaczy.
W jednej z najważniejszych prac dotyczących słownictwa sportowego Jan Ożdżyński [1970: 10] wyróżnił następujące pola semantyczne: nazwy miejsc rywalizacji sportowej, nazwy uczestników imprez sportowych, nazwy sprzętu, ubioru, urządzeń i obiektów sportowych, nazwy dyscyplin i konkurencji sportowych, określenia klubów, stowarzyszeń i organizacji, określenia kategorii zawodniczych, cech czynności i przedmiotów spotykanych w sporcie, określenia dotyczące organizacji zawodów i przepisów sportowych, określenia położeń ciała, ruchów i czynności treningowych, określenia stanów psychicznych i fizycznych sportowców, określenia dotyczące życia kulturalnego w kręgach sportowych. Ze względu na podrzędność biegania w stosunku do sportu liczbę pól należy zawęzić, podobnie jak to uczynił Tomasz Piekot w opracowaniu dotyczącym języka kulturystów nieprofesjonalnych. Wyróżnił on:  określenia odnoszące się do ogólnego wyglądu człowieka i jego poszczególnych mięśni, wyrazy i wyrażenia dotyczące treningu, a zwłaszcza osób ćwiczących, rodzajów ćwiczeń oraz sposobów wyrażania wysiłku, zmęczenia i bólu, określenia związane z dietą, dotyczące sprzętu, nazwy sal treningowych, powiedzenia, przysłowia, okrzyki [Piekot 2008: 70–71]. Zupełnie inne pola semantyczne wydzieliła Barbara Pędzich [2012], która zajmowała się socjolektem paralotniarzy. Znalazły się wśród tych pól takie, jak: lot paralotnią, paralotnia, paralotniarz i osoby z jego otoczenia, pogoda, zjawiska atmosferyczne, paralotniarstwo i jego odmiany.
W pracy magisterskiej na temat biegania Marta Szewczuk [2013: 57] również wyróżniła kilka grup tematycznych, takich jak: trening, zawody, bieg, sprzęt, stany fizyczne, nazwy biegacza, zdrowie, nazwy dystansów, dieta, części ciała. Autorka zwróciła uwagę na różnorodność komunikacji między biegaczami, która odbywa się: podczas zawodów, obozów biegowych i treningów, w internecie, za pośrednictwem tekstu pisanego, w sytuacjach prywatnych oraz niezwiązanych z bieganiem [Szewczuk 2013: 46]. Wśród źródeł internetowych uwzględnionych jako podstawa materiałowa[2] (fora dyskusyjne, blogi o tematyce biegowej, internetowe dzienniczki treningowe, portale społecznościowe) badaczka pominęła jednak fachowe portale internetowe dotyczące biegania, które w tym artykule czynię przedmiotem mojego zainteresowania. Ponieważ, jak wspomniałam wcześniej, artykuły na takich portalach pisane są na tematy interesujące czytelników, a nierzadko na ich wyraźne życzenie, uwzględnienie szacunkowo najczęstszych socjolektalnych jednostek leksykalnych pozwoli na wskazanie najważniejszych obecnie aspektów biegania.
Na potrzeby niniejszego tekstu przeprowadziłam analizę najpopularniejszych portali poświęconych tematyce biegowej[3]: bieganie.pl, treningbiegacza.pl, wszystkoobieganiu.com.pl, biegajznami.pl, portalbiegacza.pl, polskabiega.sport.pl, maratony24.pl. Ponieważ aspektów biegania jest bardzo dużo i każda z wymienionych stron internetowych uwzględnia częściowo inne z nich, na początku postanowiłam zbadać słownictwo dotyczące elementu nieodłącznie związanego ze sportem, czyli treningu. Wcześniej dokonałam pilotażowej analizy wszystkich wybranych portali, aby upewnić się, że zawierają one artykuły z tym aspektem związane; okazało się, że na każdym istnieje osobny dział „Trening”. Do dalszej analizy zdecydowałam się wytypować po pięć losowo wybranych artykułów zamieszczonych na każdej ze stron. Zmuszona byłam jednak odrzucić portalbiegacza.pl, ponieważ wyróżniony tam dział „Trening biegowy” nie zawiera artykułów będących przedmiotem mojego zainteresowania[4]. Z wyznaczonych w ten sposób źródeł wyekscerpowałam słownictwo, połączenia wyrazowe i frazeologię związane z bieganiem, zakładając, że zgodnie z działem, do którego artykuły zostały przypisane, jednostki leksykalne będą dotyczyć przede wszystkim treningu. Brałam jednak pod uwagę fakt, że dla większości biegaczy trening nie jest celem samym w sobie, lecz ma przygotowywać do zawodów, dlatego mogą się też pojawić wyrazy i ich połączenia odnoszące się do innych aspektów biegania i należące do różnych pól semantycznych.
W artykule tym uwzględniam wyłącznie słownictwo, połączenia wyrazowe i frazeologię swoiste dla środowiska biegaczy, a więc dyferencyjne w stosunku do zasobu leksykalnego polszczyzny ogólnej[5].           
  Elementy uznane przeze mnie za charakterystyczne tylko dla środowiska biegaczy uzupełnione zostały jednostkami leksykalnymi wskazanymi przez niezależną osobę, niezwiązaną ze sportem, którą poproszono o przeczytanie artykułów i zaznaczenie niezrozumiałych dla niej słów – jej zdaniem – kojarzących się z bieganiem. Wyekscerpowany w ten sposób zasób leksykalny został dodatkowo zweryfikowany w słownikach: Uniwersalnym słowniku języka polskiego pod redakcją Stanisława Dubisza [red. 2003], Słowniku polskich leksemów potocznych pod redakcją Władysława Lubasia [red. 2001–2013] oraz Słowniku frazeologicznym współczesnej polszczyzny Stanisława Bąby i Jarosława Liberka [2001][6]. Należy podkreślić, że przeprowadzone badania mają charakter rekonesansu, więc artykuł zawiera jedynie wstępne obserwacje na temat socjolektu biegaczy.
Analiza materiału potwierdziła przypuszczenia, że słownictwo i frazeologia charakterystyczne dla treningów biegaczy związane są także z innymi tematami, takimi jak: rodzaje biegów, stany fizyczne, nazwy biegacza, zawody, dieta, a także sprzęt. Najwięcej jednostek leksykalnych, bo aż 69 (na 216), dotyczy jednak rzeczywiście treningu[7].

2. Trening
W tej grupie znajdują się wyrazy odnoszące się zarówno do jego początku, przykładowo: rozbieganie ‘spokojny bieg na początku treningu’[8]: „Część treningową wypełniło lekkie 8-kilometrowe rozbieganie” [biegajznami.pl], jak i do poszczególnych jego elementów, np. przebieżki (2)[9] ‘ćwiczenie treningowe polegające na szybkim pokonywaniu krótkich (60–200 m) odcinków’: „We wtorki, zgodnie z wcześniejszą decyzją, latałem II zakres i przebieżki” [biegajznami.pl], rytmy ‘ćwiczenie treningowe polegające na pokonywaniu biegiem kolejnych odcinków w równym tempie i z równą ilością kroków’: „Rytmy są niezbędne po rozgrzewce przed zawodami ponieważ po strzale startera zostajemy porwani przez tłum i nasze tempo jest większe od tego jakim biegniemy cały dystans” [maratony24.pl], podbiegi ‘jednostka treningowa polegająca na pokonywaniu wzniesień (często kilka razy tego samego)’: „Wykonujesz podbiegi, sprinty, interwały, długie wybiegania, a wciąż nie jesteś w stanie pobić rekordu życiowego?” [polskabiega.sport.pl], zbieg ‘jednostka treningowa polegająca na pokonywaniu obniżeń, odwrotna w stosunku do podbiegów’: „Kolejny trening to 16 km górskich tras – podbieg do Schroniska pod Łabskim Szczytem, Śnieżne Kotły, Schronisko Szrenica i zbieg do Szklarskiej Poręby” [biegajznami.pl], zabawa biegowa: „Dzisiaj chciałbym przedstawić trening zabawy biegowej jako jedną z form we wszechstronnym przygotowaniu wytrzymałościowym” [maratony24.pl], która może być dużacharakterystyczna forma treningu wyrabiającego wytrzymałość specjalną lub ogólną (w zależności od szybkości przebieganych odcinków tempowych)’: „Duża zabawa biegowa składa się z czterech części: rozgrzewki, pracy nad rytmem, pracy na tempem i zakończenia” [treningbiegacza.pl] lub mała ‘charakterystyczna forma treningu wyrabiającego szybkość i technikę’: „Jeśli chodzi o małą zabawę biegową jest ona w podobnej formule z tą różnicą że czasowo o połowę krótsza, a co za tym idzie odcinki biegowe są krótsze i mają charakter tlenowy” [maratony24.pl]. Określenia odnoszące się do całości treningu, np. plan i plan treningowy ‘program treningów rozpisany najczęściej tygodniowo, mający przygotować do zawodów’: „Gdy wcześniej nie trenowali na podstawie planu, to ciężko im nawet domyślać się możliwego wyniku” [treningbiegacza.pl],  „W każdym planie treningowym kluczowe jest dostosowanie ćwiczeń do wyjściowych możliwości biegacza, a potem stopniowe zwiększanie intensywności, objętości oraz częstotliwość treningów” [biegajznami.pl] oraz sesja treningowa ‘jednostka treningu, na którą składają się określone ćwiczenia’: „Złożyły się na to 33 sesje treningowe” [biegajznami.pl] – wskazują, że odbywa się on zgodnie z przygotowanym wcześniej programem.
Widać też, że istotne jest ćwiczenie na treningu różnego rodzaju wytrzymałości: siłowej oraz tempowej. Świadczą o tym połączenia wyrazowe typu: wytrzymałość siłowa ‘zdolność do pokonywania określonego obciążenia przez odpowiednio długi czas’: „Wytrzymałość siłowa ma szczególne znaczenie w dyscyplinach sportowych, w których zawodnicy w czasie walki sportowej, wielokrotnie pokonują duże opory zewnętrzne” [maratony24.pl], wytrzymałość tempowa ‘jednostka treningowa kształtująca zdolność utrzymywania szybkiego, założonego tempa na określonym dystansie’: „W każdej dyscyplinie sportowej występuje termin zwany wytrzymałością tempową” [maratony24.pl] czy (z)budować wytrzymałość ‘biegać długo i wolno, chcąc zwiększyć liczbę kilometrów tygodniowo przebytych przez biegacza i przyzwyczaić go do długotrwałego wysiłku’: „Będziesz musiał zbudować wytrzymałość, a jednym z najskuteczniejszych sposobów na jej poprawę jest regularne pokonywanie odległości rzędu 15, 20, 25 a nawet 30 km” [maratony24.pl].
Długi trening oparty na samym bieganiu nazywają biegacze wybieganiem: „Wspólne treningi z partnerem, przygotowania do maratonów czy zwyczajnych wybiegań – takie pasje łączą i są kapitalnym sposobem na spędzanie wolnego czasu we dwoje” [treningbiegacza.pl] albo długim wybieganiem: „Długie wybiegania powinnam robić w 5:53–6:30 min/km, tempo w 5:04–5:17 min/km, itd.” [polskabiega.sport.pl], a czasem wybieganiem wolnym: „W niedziele robię wolne wybieganie w tym 4x10 sek. przebieżki” [wszystkoobieganiu.com.pl]. Wybieganie, długie wybieganie oraz wolne wybieganie oznaczają ‘długi bieg o niskiej intensywności, trwający zwykle 1,5–2,5 godz., mający zwiększyć liczbę kilometrów pokonywanych przez biegacza w ciągu tygodnia’. Istotne podczas treningu są pokonywane kilometry oraz tempo, co można stwierdzić na podstawie liczby jednostek leksykalnych zawierających wyraz tempo, np. tempo biegu na  x km, ‘tempo, z jakim biegacz zamierza lub mógłby pobiec w biegu na dystansie iluś km’: „Analogicznie: tempo biegu na 5 km i 10 km” [wszystkoobieganiu.com.pl], tempo maratonu ‘tempo, z jakim biegacz zamierza lub mógłby pobiec w biegu na dystansie maratonu’: „12–22 km wybiegania, w tym 8–14 km spokojnie, potem 6–8 km w tempie maratonu” [wszystkoobieganiu.com.pl], tempo półmaratonu ‘tempo, z jakim biegacz zamierza lub mógłby pobiec w biegu na dystansie półmaratonu’: Jeśli w planach treningowych jest założone na przykład tempo półmaratonu – oznacza to, że każdy kilometr powinien być pokonywany w tym czasie, w jakim zakładamy przebiec półmaraton” [wszystkoobieganiu.com.pl], tempo progowe ‘tempo, po przekroczeniu którego w organizmie biegacza zaczyna kumulować się kwas mlekowy i nie jest on już w stanie kontynuować wysiłku’: „Zrobiłem po raz pierwszy swoje Hrmax = 174, oraz tempo progowe 80% = 139” [biegajznami.sport.pl]. Ważne jest też, by nabijać/kręcić kilometry albo inaczej ‘wykonywać treningi nastawione na przebiegnięcie określonej liczby kilometrów’: „Założyłem sobie, że w pierwszych tygodniach będę przede wszystkim nabijał spokojnie kilometry” [biegajznami.sport.pl]; „Wybrane kilometry kręcę nawet w okolicach 4:00 na kilometr” [bieganie.pl]. Inne treningi, w których też ważne są te jednostki miary, to  kilometrówki, czyli ‘odcinki o długości jednego kilometra pokonywane biegiem w założonym tempie’: „To właśnie kilometrówki  realizowałem w czwartki” [biegajznami.sport.pl]. Niektóre kilometry uznawane są przez biegaczy za śmieciowe, czyli ‘takie, których liczba nie przekłada się na dobry wynik w zawodach’: „Zobaczysz, że warto biegać także szybciej, a nie wykręcać po asfalcie  «śmieciowe» kilometry” [wszystoobieganiu.com.pl].
Zestawienia z różnymi przymiotnikami używane są do określenia całego treningu – przykładowo: crossowy trening ‘trening odbywający się w urozmaiconym terenie’: „Łącznie nasz crossowy trening powinien liczyć do 6 km (rób po kilka sesji zaczynając od jednego zestawu 4x500 m)” [wszystkoobieganiu.com.pl] czy trening szybkościowy ‘trening mający na celu wyćwiczenie określonego szybkiego tempa’: „Jeśli w planach masz maraton, to potraktuj 5 km jako trening szybkościowy” [wszystkoobieganiu.com.pl].
Podczas treningów wykonuje się różnego rodzaju biegi określane m.in. jako: bieg na samopoczucie, czyli ‘bieg dostosowany do aktualnego samopoczucia, z uwzględnieniem sygnałów wysyłanych przez organizm’: „Bieg na samopoczucie wydaje się najrozsądniejszą taktyką dla debiutantów” [treningbiegacza.pl], bieg w II zakresie[10], czyli ‘bieg o intensywności pomiędzy 75% a 85% tętna maksymalnego’: „Zaliczyłem też jeden bieg w II zakresie” [biegajznami.pl] oraz sprint i trucht powszechne również w środowisku niebiegowym.
Specyficznym rodzajem ćwiczenia biegowego jest interwał, czyli ‘jednostka treningowa polegająca na bardzo szybkim pokonywaniu niedługich odcinków z przerwami w truchcie trwającymi nie dłużej niż dany odcinek’: „Zaczynamy w tempie biegu na 10 km, z każdym interwałem podkręcamy tempo o 2–3 sekundy” [wszystkoobieganiu.com.pl]. Termin ten został odnotowany w pięciu artykułach, w jednym z nich pojawił się z przymiotnikiem terenowy: Niech to będzie odnośnik terenowych interwałów” [wszystkoobieganiu.com.pl]. Odcinki pokonywane podczas ćwiczenia interwałów nazwane zostały odcinkami interwałowymi: „3–5 km wolno, następnie odcinki interwałowe: 2 km, 1500 m” [wszystkoobieganiu.com.pl].

3. Rodzaje biegów
Wśród biegów można wyróżnić rozmaite ich typy, nie tylko do celów treningowych, ale także, a właściwie przede wszystkim, w odniesieniu do zawodów. Obrazują to odpowiednie zestawienia. W zależności od podłoża, na którym się odbywają, są to: bieg uliczny ‘bieg odbywający się na ulicach’, bieg górski ‘bieg odbywający się w górach’, przełaj ‘bieg terenowy, w odróżnieniu od ulicznego’: „Jeśli czujesz brak motywacji do biegania, potrzeba Ci nowych, ambitniejszych wyzwań jak biegi uliczne, biegi górskie, ultramaratony czy triathlon” [polskabiega.sport.pl]; „Choć przełaje (o różnym stopniu trudności) są biegami tradycyjnie organizowanymi wiosną i jesienią, to jednak coraz więcej biegów tego typu odbywa się latem” [wszystkoobieganiu.com.pl].
W analizowanych przeze mnie artykułach pojawił się również termin określający bieg ze względu na liczbę uczestników, taki jak bieg masowy, czyli ‘bieg organizowany dla wszystkich, także amatorów’: „Kiedy biegamy tylko dla siebie, start w biegach masowych niespecjalnie nas interesuje”. [polskabiega.sport.pl].
Biegacze w specyficzny sposób określają także dystanse, na których startują. Nazwy te występują w tekstach bardzo często ze względu na to, że tryb przygotowań jest różny w zależności od długości trasy biegu, w którym planuje się wystartować. Najczęściej pojawiało się ogólnopolskie słowo maraton (7), czyli ‘bieg na dystansie 42 km 195 m’, następnie półmaraton (6) ‘bieg na dystansie 21 km 97,5 m’. Maraton w badanym socjolekcie zawsze określany jest przy użyciu nazwy podstawowej, nie tworzy się od niej derywatów (np. zdrobnień) ani nie zastępuje się jej neosemantyzmami. Na półmaraton niektórzy biegacze mówią natomiast połówka, jakby nadając mu mniejszą rangę niż „całemu” maratonowi, nie odnotowano tego jednak w badanym materiale: „Organizowane regularnie maratony, półmaratony, różnego rodzaju biegi przełajowe, a także zawody, są dowodem na to, że się biega… i dobrze!” [wszystkoobieganiu.com.pl]. W analizowanych artykułach znalazły się natomiast przykłady socjolektalnych nazw biegów na krótszych dystansach, które w polszczyźnie ogólnej, oficjalnej nie mają określeń jednowyrazowych, jedynie opisowe: bieg na x (5, 10 itp.) kilometrów. W środowisku biegaczy używa się leksemów: dycha, dyszka w znaczeniu ‘bieg na dystansie 10 km’: „Ale dycha nie jest tylko stadium pośrednim – to także świetny dystans do określania swojej formy” [polskabiega.sport.pl]; „Wiecie, gdzie odbywają się maratony i półmaratony oraz dyszki” [wszystkoobieganiu.com.pl] oraz piątka (2), czyli ‘bieg na dystansie 5 km’: „Mimo że piątka na pozór wydaje się łatwa i przyjemna, radzę wstrzymać się ze startem w zawodach na tym dystansie” [polskabiega.sport.pl]. Z kolei w odniesieniu do dystansów dłuższych poza wyrazem maraton występuje także leksem ultramaraton ‘bieg na dystansie większym niż maraton’: „Bieg uliczny, ultramaraton a może triathlon?” [polskabiega.sport.pl], stosowany wymiennie z nazwą bieg ultra: „Biegi ultra w Polsce to w większości biegi górskie” [polskabiega.sport.pl].

4. Stany fizyczne
Podczas biegania ważną rolę odgrywają parametry fizyczne organizmu, dlatego wśród jednostek leksykalnych stosowanych przez biegaczy pojawia się dużo wyrazów i połączeń wyrazowych związanych ze stanami fizycznymi. Co ciekawe, chętnie wykorzystuje się w tym celu obrazowanie metaforyczne. W badanym materiale znalazło się kilka określeń zmęczenia, świadczących o reifikacji biegacza jako pojazdu, któremu brakuje paliwa: bieg na wyczerpanym baku: „Nie ma nic gorszego niż bieg na wyczerpanym baku, gdy mózg – zamiast pomagać i motywować ciało – dobija nas negatywnymi myślami” [treningbiegacza.pl], zaczyna brakować paliwa w baku: „Problem pojawia się jednak po kilkudziesięciu kilometrach, kiedy zaczyna brakować paliwa w baku, a najbliższa stacja dopiero za metą” [treningbiegacza.pl], gwałtowne odcięcie paliwa: „W sytuacji obniżenia się poziomu glukozy we krwi do poziomów, które mózg uzna za zagrażające jego funkcjonowaniu, mózg znacznie obniża możliwość wykonywania przez nas intensywnego wysiłku, włącznie z gwałtownym odcięciem paliwa, co objawić się może zemdleniem” [bieganie.pl]. W tych połączeniach wyrazowych paliwo jest przenośnym odpowiednikiem ‘energii’. Organizm biegacza porównywany bywa także do stanu urządzenia, któremu odcięto prąd, co ma oznaczać ‘nagły spadek energii, uniemożliwiający kontynuowanie wysiłku’: „Odcięło wam prąd tuż po starcie?”. Zły stan fizyczny, będący konsekwencją zbyt dużej liczby lub intensywności treningów, został określony także jako przetrenowanie: „Najczęściej jednak bóle pojawiają się przy przetrenowaniu, a więc długotrwałym przeciążeniu zbyt intensywnym treningiem” [biegajznami.pl]. Dobry stan fizyczny oznacza posiadanie zapasu w znaczeniu ‘zapas energii’: „I tak też z reguły dzieje się, jeśli biegniemy w zbyt szybkim tempie, nawet jeśli początkowo wydaje się, że mamy jeszcze sporo zapasu” [treningbiegacza.pl].  
Uważna lektura artykułów poddanych ekscerpcji pozwala stwierdzić, że nie tylko nogi, ale także ręce są istotną częścią ciała biegaczy. Świadczą o tym fragmenty tekstów, w których pisze się o braku pary w rękach (tutaj para w znaczeniu ‘energia’): „Nogi chcą biec, a w rękach nie ma pary” [treningbiegacza.pl]. Odpalenie rąk, czyli ‘nagłe zwiększenie ich pracy podczas biegu’, może spowodować lepszy efekt niż skupienie się tylko na aktywności nóg: „Nogi możemy mieć już miękkie, bardzo zmęczone nogi, ale kiedy odpalimy ręce, polecimy jak strzała do celu”. [treningbiegacza.pl].

5. Nazwy biegacza
Nazwy biegacza, jakie pojawiły się w analizowanym materiale, to jedynie: biegacz uliczny ‘biegacz uczestniczący tylko w biegach ulicznych, po asfalcie’: „Podbiegi oraz samo bieganie z terenie zapewnia nam znakomita sprawność i robi z nas bardziej wydajnych biegaczy ulicznych” [wszystkoobieganiu.com.pl], elita biegaczy ‘biegacze najszybsi w danych zawodach, kraju i tym podobne’: „Żeby odpowiedzieć na to pytanie, zapytaliśmy ekspertów, trenerów i elitę biegaczy o wpływ starzenia się na wytrzymałość” [wszystkoobieganiu.com.pl] oraz pacemaker (2) ‘biegacz nadający tempo podczas zawodów, mający doprowadzić grupę do mety w założonym czasie’: „Wpływ ten będzie wzrastał, gdy obok nas będzie jeszcze kilkunastu lub kilkudziesięciu biegaczy, a to nierzadki widok przy «popularnych» pacemakerach” [treningbiegacza.pl].

6. Zawody
W artykułach występują też nazwy dotyczące technik i metod stosowanych podczas zawodów: negative split, czyli ‘sposób pokonywania dystansu, głównie podczas maratonu, polegający na tym, że pierwszą połowę biegnie się wolniej, a drugą nieco szybciej’: „Negative split – czyli, że najpierw biegniemy wolniej a potem przyspieszamy” [bieganie.pl], oraz positive split, czyli ‘sposób pokonywania dystansu, głównie podczas maratonu, polegający na tym, że pierwszą połowę biegnie się szybciej, a drugą nieco wolniej: „Positive split – czyli, że najpierw biegniemy mocno żeby w drugiej połowie było z czego tracić” [bieganie.pl].
W odniesieniu do zawodów pojawiają się też jednostki leksykalne nawiązujące do szybkiego biegania, np. polecieć wyścig: „Poza ParkRunem w końcówce miesiąca, poleciałem jeszcze 15-kilometrowy wyścig w Hengelo oraz przełajową 12-stkę w Oldenzaal” [biegajznami.sport.pl] (w odróżnieniu od wyrażenia przelecieć kilometry związanego z treningiem), czy do pobijania rekordów nazywanych przez biegaczy życiówkami (6) ‘najlepszymi osobistymi wynikami osiągniętymi na danym dystansie’: „Często słyszymy od znajomych o ich życiówkach czy atmosferze panującej na zawodach” [polskabiega.sport.pl]. W odniesieniu do czasu biegu w maratonie pisze się też o rekordach, że pękną ‘pokonane zostaną’ pewne granice czasowe: „3 godziny pękną” [bieganie.pl], lub że można je złamać ‘pokonać’: „Jak złamałem popularną trójkę w maratonie?” [biegajznami.pl][11].

7. Dieta
W analizowanych artykułach zwraca się też uwagę na dietę stosowaną przez biegaczy, głównie jednak podczas zawodów, dlatego pojawiają się takie nazwy, jak bufet i punkt żywieniowy, oba w znaczeniu ‘miejsce na trasie biegu, gdzie dostępne są napoje i przekąski regeneracyjne’: „Jeżeli tak, to w strategii żywieniowej postaw na większe porcje w drugiej części biegu i nie zapominaj o korzystaniu z każdego bufetu” [treningbiegacza.pl]; „Korzystaj z każdego punktu żywieniowego” [wszystkoobieganiu.com]. Nie występują natomiast, co nieco zaskakuje, żadne środowiskowe nazwy posiłków i napojów.

8. Sprzęt
Nie ma też w ogóle porad dotyczących gadżetów, a pojawiają się tylko jednokrotnie notowane nazwy sprzętów: roller ‘wałek służący do masowania’: „Świetnym uzupełnieniem masażu całościowego mogą być krótkie formy automasażu, które możemy wykonywać w domu, z wykorzystaniem rollera, piłeczki tenisowej (np. do rozmasowania grzbietu) lub golfowej (do rozmasowywania spodu stopy)” [wszystkoobieganiu.com.pl] oraz obuwie trailowe ‘obuwie służące do biegania w terenie’: „Obfitująca w ciekawe terenowe trasy okolica pozwoliła poddać testom obuwie trailowe – ostatnią edycję modelu ASICS GEL-FUJIATTACK i ASICS GEL-FUJITRAINER” [biegajznami.pl].
Dziwi przede wszystkim to, że wpisów zawierających inne określenia typów butów nie pojawia się więcej. W analizowanych tekstach występuje kilka nazw aplikacji biegowych, takich jak: Endomondo ‘aplikacja służąca do pomiaru dystansu oraz tempa’: „Pamiętajmy tylko, że mówimy o prawdziwym teście Coopera, czyli 12 minutowym wysiłku maksymalnym a nie o najszybszych 12 minutach na treningu co wylicza np. Endomondo” [bieganie.pl], kalkulator biegowy, czyli ‘program komputerowy, którego głównym zadaniem jest przeliczanie i przewidywanie czasu na docelowym dystansie, na podstawie wyników z dystansów krótszych’: „Wynik na 10 km wpisany do zmyślnego kalkulatora biegowego powie nam jak trenować, jakie tempa treningowe powinniśmy rozwijać” [polskabiega.sport.pl].

9. Zakończenie
Na podstawie analizy próbki materiału badawczego wyekscerpowanego z kilku portali internetowych można stwierdzić, jakie aspekty biegania są dla osób uprawiających ten sport najważniejsze. Przede wszystkim większość z osób trenujących uprawia ten sport z myślą o udziale w maratonie czy choćby półmaratonie. Krótsze dystanse nie są dla nich istotne, o czym świadczy ukierunkowanie na pokonywanie/kręcenie/nabijanie kilometrów. Szybkość ćwiczona jest przede wszystkim poprzez interwały[12].
Bieganie jest dyscypliną coraz popularniejszą i organizuje się coraz więcej zawodów, co skutkuje koniecznością odróżniania rozmaitych typów biegania. Biegaczom trenującym kilka razy w tygodniu nie wystarcza sama aktywność biegania. Wzbogacają ją o dodatkowe ćwiczenia i działania mające poprawić efektywność treningów. Stosują też coraz to nowsze metody i techniki treningów. To wszystko przyczynia się do poszerzania zasobu słownictwa socjolektu biegaczy.
Zanalizowany materiał, ze względu na bardziej fachowy charakter źródeł niż codzienna komunikacja biegaczy, zawiera najprawdopodobniej więcej specjalistycznych terminów niż te, którymi osoby uprawiające ten sport posługują się w kontakcie bezpośrednim, i zapewne mniej niż profesjonalne poradniki. Jakie są podobieństwa i różnice pomiędzy środowiskowym zasobem leksykalnym w tych rozmaitych typach komunikacji – to temat na dalsze badania socjolektu biegaczy.


Bibliografia

Źródła
biegajznami.pl [dostęp: 2 lipca 2015]
bieganie.pl [dostęp: 1 lipca 2015]
maratony24.pl [dostęp: 8 lipca 2015]
polskabiega.sport.pl [dostęp: 3 lipca 2015]
portalaktywni.com [dostęp: 1 lipca 2015]
portalbiegacza.pl [dostęp: 1 lipca 2015]
treningbiegacza.pl [dostęp: 2 lipca 2015]
trening-indywidualny.pl [dostęp: 4 lipca 2015]
trizarza.pl [dostęp: 8 lipca 2015]
wszystkoobieganiu.com.pl [dostęp: 3 lipca 2015]
www.magazynbieganie.pl [dostęp: 2 lipca 2015]

Literatura
Baran Stanley J., Davis Dennis K. (2007), Teorie komunikowania masowego, Wydawnictwo UJ, Kraków.
Bąba Stanisław, Liberek Jarosław, red. (2001), Słownik frazeologiczny współczesnej polszczyzny, PWN, Warszawa.
Dubisz Stanisław, red. (2003-2006), Uniwersalny słownik języka polskiego, t. 1-4, PWN, Warszawa .
Fitzgerald Matt (2015), Bieganie 80/20. Zwolnij na treningu, by przyspieszyć na zawodach, AHA, Łódź.
Grabias Stanisław (1997), Język w zachowaniach społecznych, Wydawnictwo UMCS, Lublin.
Lisowska-Magdziarz Małgorzata (2004), Analiza zawartości mediów. Przewodnik dla
studentów, Uniwersytet Jagielloński, Kraków.
Lubaś Władysław, red. (2001–2013), Słownik polskich leksemów potocznych, t. 1–7 [A-Oż], DWN, Kraków.
Markowski Andrzej (1992), Gwary zawodowe i środowiskowe, w: tegoż, Polszczyzna końca XX wieku, Wiedza Powszechna, Warszawa, s. 87–116.
Ożdżyński Jan (1970), Polskie współczesne słownictwo sportowe, Ossolineum, Wrocław.
Pędzich Barbara (2012), Jak powstaje socjolekt? Studium słownictwa paralotniarzy, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa.
Piekot Tomasz (2008), Język w grupie społecznej. Wprowadzenie do analizy socjolektu, Wydawnictwo Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. Angelusa Silesiusa, Wałbrzych.
Szewczuk Marta (2013), Trzy rympały, jedno zawieruszenie, a i tak trzeba było zrobić dokrętkę. Analiza socjolektu biegaczy amatorów, [praca magisterska dostępna w Archiwum Prac Dyplomowych Uniwersytetu Warszawskiego], Warszawa.
Wielki Słownik Języka Polskiego, wsjp.pl, [dostęp: 1 lipca 2015].
Wilkoń Aleksander (2000), Typologia odmian językowych współczesnej polszczyzny, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice.
Żydek-Bednarczuk Urszula (2013), Dyskurs internetowy, w: Style współczesnej polszczyzny. Przewodnik po stylistyce polskiej, red. Ewa Malinowska, Jolanta Nocoń, Urszula Żydek- Bednarczuk, Kraków, s. 185-187.




[1] Komunikacja ta ma więc charakter dyskursów: oralnego i pisemnego, co zauważa Urszula Żydek-Bednarczuk. [2013: 347–379].
[2] Autorka ekscerpowała materiał także z prasy i literatury fachowej w wersji papierowej.
[3] Według pozycjonowania przez wyszukiwarkę Google.
[4] Stan na 1 lipca 2015 roku.
[5] Inaczej czyni w swej pracy magisterskiej Marta Szewczuk. Podkreśla ona fakt, że biegacze czerpią z języka polszczyzny ogólnej oraz z nadrzędnego w stosunku do socjolektu, którym się posługują, języka sportu. W ich komunikacji można więc wyróżnić leksykę: a) wspólną dla całej polszczyzny, b) wspólną dla środowiska sportowego, c) wspólną dla wszystkich biegaczy oraz d) odrębną dla różnych typów biegania (biegi uliczne, biegi górskie itp.) [Szewczuk 2013: 50].
[6] Część jednostek leksykalnych zaklasyfikowanych jako typowe dla socjolektu biegacza oczywiście występuje w tych słownikach, jednak w innym znaczeniu.
[7] Marta Szewczuk [2013: 104], badając socjolekt biegaczy, także wykazała, że trening jest najbogatszym polem semantycznym.
[8] Definicje formułuję na podstawie informacji zamieszczanych w słownikach i słowniczkach biegacza dostępnych na portalach internetowych: portalaktywni.com, trizarza.pl, www.magazynbieganie.pl, trening-indywidualny.pl.
[9] W przypadku odnotowania danej jednostki leksykalnej więcej niż jeden raz w nawiasie zamieszczam liczbę użyć.
[10] Mówi się też o biegu w I i III zakresie. Bieg w I zakresie to ‘bieg o intensywności poniżej 75% tętna maksymalnego’, bieg w III zakresie – ‘bieg o intensywności pomiędzy 80 a 90% tętna maksymalnego’.
[11] W obu przypadkach oznacza to przebiegnięcie dystansu maratońskiego w czasie krótszym niż trzy godziny.
[12] Potwierdzają to poradniki dla biegaczy [zob. Fitzgerald 2015: 40].

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa