środa, 30 września 2015

Z pamiętnika Fraszki: "Jestem groźnym psem"

Jeden raz w miesiącu sprawozdanie z punktu widzenia Fraszki. Ponieważ miesiąc się kończy zatem. Oddaję jej... klawiaturę. :)

W tym miesiącu wizyta u weterynarza. Znowu szczepienia jakie. Trochę mnie zmylili, bo pojechaliśmy gdzie indziej. Ten pan całkiem miły - jak na weta oczywiście. Chociaż oczywiście trochę się bałam. Na szczęście tym razem wszystko szybko poszło. A potem Pancia zabrała mnie do lasu na bieganko! W końcu! Cieszyłam się bardzo na początku. Potem też, ale już siły nie miałam, a Pancia ciągnęła jak szalona. Chyba jej się coś pomyliło przez to niebieganie.

W zeszłą sobotę już normalnie - Parkrun - ja ciągnę przez 3km, a potem ona. Nie do końca sprawiedliwie, ale w porządku. Jak się zrobi chłodniej, to może ja nawet dłużej pociągnę. No, chyba że Pancia zacznie szybciej biegać ode mnie. Wszystko możliwe, bo mi ostatnio mówią, że przytyłam... Nie wiem, od czego.

Parkrun, to nie jedyna sobotnia atrakcja, bo pojechałyśmy jeszcze potem na Bieg Grażyny nad Rusałką. A tam mnóstwo osób, które ja bardzo lubię (jedna w szczególności :)) No i wcale nie jeść lubię, chociaż lizać jak najbardziej. :) A ten nowy weterynarz jednak dziwny trochę, bo powiedział, że ja się ludzi boję. No niebiegaczy nie wszystkich lubię. Jak pojechałam z Pancią na triathlon, to niektórzy kibice jacyś dziwni byli.

Nad Rusałką super, bo mam nową sesję zdjęciową. A na niektórych zdjęciach wyglądam bardzo groźnie. :)

Coś czuję

Chyba dobrze smakuje

No to poluję!


Mam go!

wtorek, 29 września 2015

O różnych czynnikach wpływających na mój nastrój biegowy

Mówi się często, że bieganie pozytywnie wpływa na nastrój, a są przecież różne elementy i zdarzenia decydujące o tym, jak się biega. U mnie jest takich rzeczy sporo.


Co mnie denerwuje i irytuje?
Denerwuje mnie, kiedy podejrzani faceci zaczepiają mnie podczas treningów i pytają, dokąd mi się spieszy albo mówią, że mam zwolnić. W ogóle większość osób, które do mnie coś mówią, kiedy biegam mnie irytuje.

Co już dawno mi się znudziło?
Żarty w stylu: "Nie poznałam cię. A to dlatego, że nie biegłaś" albo: "Tak szybko wróciłaś? Na pewno biegłaś".

Co mnie bawi?
Kiedy ktoś podczas biegania pyta, co robię albo: "Czy pani biega?".

Co mnie rozśmiesza?
Humor ciągle poprawiają mi pytania: "Na ile kilometrów ten maraton?", "Czy półmaraton to połowa maratonu"? i nowsze: "A w tym roku maraton ma tyle samo kilometrów? Czy coś się zmieniło?",
"Tyle kilometrów oni biegają? A przerwy jakieś są?" 



W związku ze zbliżającym się maratonem to takie przypomnienie o kibicach. Na szczęście ci najbardziej przeze mnie lubiani i motywujący będą na trasie. Na razie wiadomo, że w punktach przy Hetmańskiej i na Sołaczu. Ponieważ nie lubię, kiedy ktoś mnie pogania, bardzo proszę NIE krzyczeć: "Dalej, dalej" ani "Szybciej". Z wiadomych powodów lepiej nie krzyczeć też: "Zwolnij, biegniesz za szybko". Najlepiej zatem: "Jest dobrze, tak trzymaj" - oczywiście, jeśli rzeczywiście będzie dobrze...

niedziela, 27 września 2015

Krótkie rozważania o moich wybieganiach

Dawno temu włączyłam komputer z myślą, żeby coś na blogu napisać. A tu najpierw zgrać trzeba wyniki na Endo, przy okazji zobaczyć, co tam inni wytrenowali. A jak już o treningach to koniecznie trzeba zajrzeć na blogi znajomych biegaczy i poczytać sprawozdania z ich biegania. Potem to jeszcze warto sprawdzić, jakie biegi i gdzie organizowane, bo skoro już biegam, to może gdzieś wystartuję... I tak czas mija. :)
Tak zaczęłam, że dawno temu, żeby wyszło, że już jakiś czas temu skończyłam długie wybieganie i nawet doszłam po nim do siebie. Dziękuję bardzo Panom (tak wnioskuję, chociaż jedna osoba się nie podpisała) za wsparcie. Przepraszam, że męczę i wymagam tego przy okazji treningów a nie zawodów. Jednak odzwyczaiłam się trochę od takiego długiego biegania. Dzisiaj - zgodnie z planem - 30km. I jak już ustaliliśmy z Grzegorzem na Endomondo - pogoda na wybieganie idealna. No to tyle z plusów. Z ciekawostek, to dziś podczas wybiegania odkryłam, że dawno nie zmieniałam playlisty w odtwarzaczu mp3, bo tam utwory świąteczne, które towarzyszyły mi niemal przez całą drogę. Super. Nie narzekam. Ciekawe to było, zwłaszcza kiedy słońce mocniej świeciło i trochę cieplej się w końcu zrobiło. Nie narzekałam, kiedy było chłodniej. Po ostatnich niezbyt ciepłych porankach, nie zrywałam się dziś tak wcześnie i wystartowałam o 7.30. Oprócz muzyki wtedy towarzyszył mi dźwięk dzwonów nawołujących na mszę poranną. A ja w drugą stronę... 
Niestety dzisiaj nikogo nie spotkałam. Jednak wciąż za wcześnie biegałam. Ostatnio biegaczy widziałam na trasie, kiedy robiłam wybieganie od 9.00. Dzisiaj tylko jedna pani skomentowała, że z góry szybciej biegłam niż pod górę. No takie odkrycie: Pani Kolumb po prostu. :) W Rogalinie to było, bo wybrałam się tam biegiem po raz drugi. Dobrze wspominam pierwszą wyprawę przed maratonem w Warszawie. Dzisiaj też dobiegłam pod bramę pałacu (z góry właśnie) i zawróciłam z powrotem na polną drogę. Potem do lasu, w którym za wcześnie skręciłam, ale ostatecznie wróciłam na moją drogę, by szczęśliwie dotrzeć do końca.
Nadal nic nie wiem, bo z wyniku niezadowolona jestem. Ale jak ktoś tutaj kiedyś zauważył, ja nawet po maratonie byłam niezadowolona. 
Analizuję sobie liczbę i tempo wybiegań przed pierwszym maratonem oraz przed ewentualnym drugim. Porównuję to z uwzględnieniem założeń, bo przecież ten maraton ma być szybszy. Po co inaczej brać w nim udział? Tak źle to nie wygląda, bo przed warszawskim miałam 10 długich wybiegań, tzn. powyżej 20km plus jeszcze półmaraton, teraz było wybiegań 8, ale jednak z przerwą. Może organizm nie zapomniał, co wytrenował. Dziś jakby sobie przypominał, bo wybiegło to lepiej niż tydzień temu. No ale tydzień temu to było po Foreście...
No to sobie pofilozofowałam...

sobota, 26 września 2015

Parkrun i Bieg dla Grażyny biegami ultra w tle

Od tego tła powinnam zacząć. Wczoraj przed snem wygrzebałam książkę pt. "Szczęśliwi biegają ultra", bo tak mi po głowie wciąż chodzi to 50km, których nie pobiegłam tydzień temu. Zastanawiam się, czy w ogóle dałabym radę. Trudno porównywać moją formę sprzed miesiąca i teraz oraz gdybać, jaka by była, gdyby nie kontuzja... Niektórym się jednak wydaje, że nic się nie zmieniło i że jeśli noga mnie nie boli, to wszystko powinno być dobrze. A teraz tym lepiej, bo chłodniej, a wcześniej narzekałam, że za gorąco. Cóż... niestety nie do końca tak jest. Zresztą, po co mam teraz biegać bardzo szybko jeśli celem jest maraton a nie życiówka na 5km? 
Książki miałam przeczytać tylko kilka stron. Na początku rzeczywiście nie miałam ochoty na więcej. Pozycja do czytania bardzo fabularna a do tego nie do końca chronologiczna. Kiedy dotarłam do opisów biegów na 200 i 500km, bardzo się wciągnęłam. Do tego co jakiś czas sprawdzałam wyniki Spartathlonu, w którym uczestniczyło kilku Polaków. I tak nawet kiedy w końcu odłożyłam książkę i zasnęłam na czas jakiś, śniłam że biegnę gdzieś tam pomiędzy Maratonem a Spartą. Zmęczyłam się strasznie, bo myśl o takim bieganiu przeraża mnie jeszcze bardziej niż triathlon... 
A przed 6.00 pobudka, która wyratowała mnie od tego zmęczenia. Śniadanko dla mnie i Fraszki no i przygotowania do Parkrunu. Dzisiaj wspólnie, więc to więcej czasu zajęło.
Na widok Cytadeli Fraszka zaczęła piszczeć. A kiedy zobaczyła dwa znajome psy biegające, to już była dzika radość i myślałam, że mi zaraz z auta sama wyskoczy. 
Przed startem tradycyjne szczekające emocje. A potem wyprzedzanie. Pierwszy kilometr bardzo szybki, a potem niestety coraz wolniej. Na końcu to już był taniec z obrotami (moimi), bo dookoła kilka psów ćwiczyło nieco bardziej widowiskowe sporty. Fraszka wyglądała jakby chciała się przyłączyć, chociaż nasz dysk w domu leży i wcale jej się nie podoba. Ostatecznie do mety dobiegłyśmy po 22 minutach i 35 sekundach. Ja jako druga kobieta, a Fraszka oczywiście pierwsza psica. Po cichu myślałam, żeby dzisiaj w końcu 22 minut złamać, bo dawno mi się to nie udało. Pogoda sprzyjała, bo podobno było 12 stopni, czyli idealnie dla mnie. A dla Fraszki nie wiem... może za ciepło? Mówią, że zmężniała, tzn. roztyła się, to może nie ma siły tak szybko biegać? Dziwne by było, gdyby nagle się okazało, że ja szybciej od niej biegam a ona mnie spowalnia... :)
Po biegu szybkie skanowanie, przebranie i pojechałyśmy nad Rusałkę na Bieg dla Grażyny. Same już nie biegłyśmy. Ja miałam trochę pomóc, ale okazało się, że nie było nic do roboty. Ale byli znajomi z Parkrunu i nie tylko. Przede wszystkim koleżanka debiutantka, która pierwsze zawody ukończyła z wynikiem 27.47 na 5km. Gratuluję szczerze i obawiam się konkurencji, bo ja moje pierwsze 5,4km pobiegłam w czasie 33.40 czy coś około tego... No ale to bez większych przygotowań było. 

Dzisiaj dzień biegowy, jutro jeszcze bardziej, bo w planach ostatnie długie, a zarazem pierwsze tak długie wybieganie przed maratonem. O ile w ogóle przed... jak pomyślę sobie o tych 246km, które dzisiaj pobiegli zawodnicy w Sparcie, to czym jest moje 30? 
W każdym razie trzymajcie kciuki, bo jutro się rozstrzygnie moje maratońskie: biec albo nie biec.

piątek, 25 września 2015

O siłowni pod chmurką

Wracam do rytmu biegowego i od razu lepiej się czuję. Przede wszystkim lepiej mi się biega już. Te podbiegi były mi psychicznie bardzo potrzebne, chociaż do maratonu na tym etapie przygotowań na niewiele się przydadzą. Zresztą o jakich przygotowaniach ja tu piszę. Przygotowania się rozsypały a raczej w lesie pod drzewem zostały 18 sierpnia. Teraz to są tylko takie działania na wariata. A ja tak nie lubię bardzo i dlatego wciąż chodzi mi po głowie myśl, żeby się wycofać. Niestety, całe życie należałam to tych nielubianych osób: systematycznych. I to w każdej dziedzinie. Dlatego też w bieganiu łatwiej <sic!> mi się przygotować do maratonu niż do biegu na 5km. Kto ma tak samo, ten zrozumie, a inni stwierdzą, że dziwna jestem. :)
Temu drugiemu też nie przeczę. Kiedy już na dobre wróciłam do biegania, to znów zaczynam sobie urozmaicać treningi, to też wróciłam do dawnego rytmu: cztery dni biegania, dwa dni ćwiczeń i jeden dzień wolny (hurra, to dziś! :)) Kilometraż biegowy podobny jak wcześniej, z ćwiczeniami trochę zmian, o czym pisałam już wcześniej. 
Po ostatniej wizycie w Oazie na basenie zbierałam się, żeby tam następnym razem na siłownię się wybrać. Ale jakoś tak autem mi się nie chciało, a biegiem trochę za daleko, jeśli miałabym jeszcze trochę poćwiczyć. W poniedziałek się dowiedziałam, że w okolicy powstała nowa siłownia taka z tych "pod chmurką" i postanowiłam tam się wybrać. W prostej linii wychodziły jakieś 3km. No właśnie wychodziły. No właśnie "wychodziły", bo wybiegały niekoniecznie, tzn. niekoniecznie ta droga jest dobra do biegania. Zatem poszukałam bocznej trasy, takiej przez pola. Myślałam, że się schowam przed ludźmi, ale i tak nie obyło się bez okrzyków: "powoli". Zaraz mi się przypomniało, jak to zaczynałam biegać jako pionier w mojej wiosce i mi się różne osobniki pytały: "a co ty robisz?". :)
Wczoraj po południu, kiedy biegałam znów za ciepło jak dla mnie. Czytałam, że najlepsza temperatura do biegania to 12 stopni. I się zgadzam. Dla mnie to chyba maksymalnie 12. A wczoraj to przynajmniej 18 było. Tak jak pisałam wcześniej, zaczynam z tym bieganiem trochę kombinować, więc wystartowałam z Endomondo i Garminem. Miały być jednocześnie uruchomione, ale nie do końca wyszło. Efekt jest taki:

Endomondo


Garmin

Tak dla porównania i zanalizowania. W drodze powrotnej już Endo nie włączałam. Sklejona całość z Garmina wygląda tak:


Taka nierówna odległość w jedną i w drugą stronę. Pierwsza część miała być skrótem, ale się wydłużyła do ok. 5,5km, a powrót już się udał, bo tylko 2,5km. I wyszła w końcu ładna pętelka a nie tylko agrafki same. 
Przez pierwszy kilometr nie sprawdzałam tempa, ale mi tak jakoś ciężko było. Pomyślałam, że za gorąco. Potem spojrzałam na tempo: 4.06 i nie dziwię się, że ten pan krzyczał: "powoli". :) Zatem zwolniłam. Ostatecznie do siłowni wyszło 5.00. Siłownia znajduje się pod chmurką za sklepem spożywczym i placem zabaw. Wykorzystując rozpowszechnianą ostatnio metodę wykorzystywania sklepu jako punktu odżywczego, wpadłam do środka napić się wody. A potem z butelką sprawdzić, jakie urządzenia do ćwiczenia. 
Żeby się nie rozpisywać, to zamieszczam ilustracje. 




  

Przyrządów kilka. Niektóre z instrukcją, inne na wyczucie. :) Wypróbowałam każdy po kolei i dziś czuję, że mnie inne mięśnie niż zwykle bolą. Zatem jest dobrze. 
No i na koniec zdjęcie na dowód, że coś tam jednak robiłam oprócz zdjęć. Czy ćwiczyłam, to nie widać, ale chociaż, że siedziałam...
 
 

Dziś spokojnie odpoczywam. Jutro Parkrun. Fraszka wraca do gry, więc będzie hałas. :)

środa, 23 września 2015

Refleksje startowo-biegowe

Wracam w końcu do rytmu biegowego. W zeszłym tygodniu to było jeszcze takie raczkowanie tylko, bo co jakiś czas coś pobolewało: albo w trakcie biegu, albo zaraz po nim, albo nawet po dłuższym czasie. Wtedy na zmianę smarowanie i masowanie, żeby doprowadzić do porządku. Po konsultacjach okazało się zresztą, że ze względu na kostkę, tydzień za wcześnie zaczęłam treningi biegowe, jeśli zaś chodzi o przygotowanie do maratonu, to tydzień za późno. 
Wygląda na to, że mój organizm tak samo długo wraca do formy po przerwie, jak długo regeneruje się po maratonie. Mam nadzieję, że jednak nie aż tak długo... Krótkie treningi w tygodniu mnie tak bardzo nie męczą, ale niedzielne wybieganie było bardzo wymagające. W tym tygodniu będzie jeszcze gorzej, bo w planach około 30km i to wybieganie decydujące o tym: biec albo nie biec... 
Wczoraj zmęczyłam się podbiegami na Cytadeli.


Jak wiadomo Parkrunnerom, tamtejsza trasa to mieszanka podbiegów i zbiegów. Chociaż ja się wszędzie gubię i nawet trasę Parkrunu zapominam, jeśli sama biegam, to tym razem nie zbłądziłam, tylko panowie robotnicy zamknęli jeden odcinek trasy, więc zawróciłam i trochę pokręciłam, ostatecznie dobiegając od 4km do startu (bez Rosarium). Tempo zgodnie z planem narastające. To był wstęp tylko, po nim skipy na górce a na deser czyste podbiegi. Po sobotnim Foreście czułam wielką potrzebę poćwiczenia górek. Wczoraj szczerze ich nienawidziłam, a dziś cieszę, bo już jestem po treningu i wciąż powtarzam sobie mądre zdanie, że im gorzej na treningu, tym lepiej na zawodach.
Przy okazji zrobiłam jeszcze zakupy - pokarm dla biegaczy.


Jedzonko maratońskie mam więc przygotowane, choć ostatecznej decyzji jeszcze nie podjęłam. Jeśli dobrze pójdzie, to w tym roku dwa ważne biegi i jeden mniej ważny. A od połowy listopada odpoczynek od startów, czas na podejmowanie decyzji, co w przyszłym roku oraz przede wszystkim, jak będę trenowała.

poniedziałek, 21 września 2015

Kórnik Triathlon okiem zafascynowanego kibica

Niedziela to dzień długich wybiegań, do których od tego tygodnia powróciłam. Zeszłotygodniowego nie można wybieganiem nazwać, bo liczyło tylko 10km. A wczoraj już 20. Zatem znowu jak niezupełnie normalna osoba wstałam o 4.00, żeby zjeść śniadanie i o 7.00 móc wyruszyć w trasę. Po powrocie i krótkim odpoczynku, który nieco się wydłużył, spakowałam siebie i Fraszkę, i udałyśmy się do Kórnika. 
Wcześniej były plany, żeby może rowerem jechać, ale wtedy bez Fraszki. No i tym się tłumaczę, a tak naprawdę, to sił nie miałam, żeby jeszcze rowerem jechać. 18km w sobotę i 20km w niedzielę to chyba nie był najlepszy pomysł, no ale forma jakoś wrócić musi.

Wracam do meritum, czyli triathlonu. Któryś wpis mój go dotyczył i widać było, jak mnie oszołomiło, gdy dowiedziałam się, że będzie tak blisko mojej miejscowości. Nie myślałam wtedy oczywiście o startach (i jeszcze długo nie będę o nich myślała), ale zaplanowałam, że zjawię się tam, o ile przeżyję Forest Run. Ponieważ Forest w wersji bardzo skróconej, to przeżyłam. (W sprawie Foresta mam pewne postanowienie, ale dopóki nie będę pewna, że się utrzyma, to nie wspominam). Do Kórnika dojechałam 10 minut przed startem, a z parkingu miałam jeszcze kawałek do Strefy Zmian, do miejsca startu jeszcze dalej. Dotarłam chwilę przed startem, ale ostatnio to kwestia przyzwyczajenia, szczęśliwie ja nie brałam udziału, więc tym razem jeszcze mniej się przejęłam. Bardzo chciałam zobaczyć to pływanie, bo z całego triathlonu najbardziej mnie przejmuje. Dla osób, które startują po kilka razy w roku, to nic takiego. Tak, jak dla mnie bieganie. Chociaż niezupełnie, bo przed niektórymi zawodami się stresuję, jakby bieganie jakichś niezwykłych umiejętności wymagało. Oj, zaczyna się filozofia sportowa... To może na inny wpis zostawię. Pierwszy półmaraton, który obserwowałam, wzbudził we mnie przerażenie, bo ci wszyscy biegacze wyglądali na strasznie umęczonych. No i zapewne tacy byli. Ta obserwacja nie przeszkodziła mi po kilku miesiącach zapisać się na mój pierwszy półmaraton. 



Do triathlonu nadal mam dystans. Przeraża mnie przede wszystkim pływanie. Poza tym widać, że dużo nerwów ze zmianami, a to linię ktoś na rowerze przekroczy, a to buty zgubi, przebiera się za długo... to chyba nie na moje nerwy. 

To tyle, jeśli chodzi o obserwacje ogólne dotyczące triathlonu. O organizacji tych konkretnych zawodów za bardzo wypowiadać się nie mogę, bo uczestniczyłam tylko jako kibic, ale z tego punktu widzenia mi się podobało. Wcześniej zastanawiałam się, jak wszystko zostanie rozwiązane i wydaje mi się, że organizatorom udało się całkiem nieźle. Zabójczo wyglądało kilkaset rowerów w samym środku miasta. Ale rzeczywiście miejsce dobre, do jeziora blisko. Bieg promenadą też musiał być przyjemny. Trochę problemów było z niesfornymi kibicami. Nie wiem, czy tak zawsze, ale wydawało mi się, że trochę trudno było nad nimi zapanować. Może niepotrzebnie wpuszczano ich za barierki, które powinny być zarezerwowane dla zawodników. 



Próbowałam zrobić trochę zdjęć, ale niewiele wyszło, bo byłam za daleko od jeziora. Uchwyciłam jednego znajomego, ale biegł za szybko, więc tylko z tyłu. Mam nadzieję, że nie ma nic przeciwko, że tu zamieszczam, ale widać tyle, że rozpoznają tylko osoby, które znają i wiedzą, że startował. A może sam się ujawni. W każdym razie jeszcze raz gratulacje. Przyznam po cichu, że trochę się już obawiałam, kiedy za długo go nie widziałam, a on przemknął niepostrzeżenie. :)

sobota, 19 września 2015

Dwa w jednym, czyli Park i Forest Run Run :)

Pomysł to był może nieco szalony, ale zupełnie realny. Sprawdziłam kilka dni temu, ile czasu potrzebuję, żeby dojechać z Cytadeli do Mosiny. Do tego musiałam uwzględnić realny czas biegu w Parkrunie. Ostatnio było raczej spokojnie, bo 26.24. Dzisiaj liczyłam na jakieś 25 minut. Za szybko zresztą też biec nie mogłam, skoro później jeszcze Forest Run. Ale ponieważ z 50km Foresta zrobiło się 12.5, to nie wypadało się specjalnie rozczulać. Wprawdzie dawno temu to już było, kiedy śmigałam z Frachą życiówkę na dwóch biegach jednego dnia, ale dziś na taki wynik nie było najmniejszych szans. 

No to Parkrun 9.00 i wyjątkowo bardzo zależało mi na tym, żeby zaczął się punktualnie. Wystartowałam pokornie gdzieś z końca. A drugi powód był taki, że ostatnio mi się bardzo dobrze wyprzedzało na trasie. Robercie, dzięki za życzenia powodzenia. Zmotywowało mnie chyba bardziej stwierdzenie, że zaraz Was z tyłu zostawię i na pewno zdążę. Pierwszy kilometr biegłam całkowicie ignorując Garmina i dopiero na oznaczeniu 1km zobaczyłam tempo: 4.44. I zdziwiłam się, że tak szybko, bo przecież nie rwałam specjalnie do przodu. Zatem drugi kilometr wolniejszy: 4.56, ale kilka osób już mówiło, że drugi zwykle ma wolniejszy, bo wydaje się jakoś szczególnie trudny. Trzeci w tempie 4.43, kolejny 4.45 i wszystkie ze spokojnym wyprzedzaniem. Na koniec jeszcze przyspieszenie do 4.30 i ostatecznie wyszedł czas 23.44. A najważniejsze, że czułam jeszcze zapas sił, by przyspieszyć na końcu. Garmin dziś wyjątkowo pokazał powyżej 5km, a może to ja za późno go wyłączyłam. Potem w pośpiechu nie skasowałam tego biegu i włączyłam ponownie w Mosinie. Oto, co dzięki temu zarejestrował:

  
I tak wygląda mój dzisiejszy Parkrun, bo przecież nie bieg do Mosiny. :) Szybko zostawiłam Grzesia z moimi kodami i tokenem do zeskanowania (Grzesiu, dzięki wielkie!). Pożegnałam się z tymi, których spotkałam po drodze. Rzuciłam coś do nich, żeby wpadli mi pokibicować, chociaż nie myślałam, że tak będzie, a było. :)
I pognałam do auta. W samochodzie szybkie przebranie i miałam jakąś godzinę na dojazd do miejsca startu w Mosinie. Wydawało się, że spokojnie zdążę, ale ze mną to tak jest, że raczej niespokojnie i pomału się do tego przyzwyczajam. Nawet mniej się tym przejmuję. Dzisiaj też, bo uznałam, że zdążę, jeśli się nie zgubię...za bardzo. Zgubiłam się tylko trochę, a miejsce startu znalazłam bez problemu, ponieważ byłam tam w zeszłym roku. Dojechałam jednak późno, bo w końcówce drogi, która prowadzi przez WPN musiałam zwolnić, m.in. z uwagi na biegaczy z tras długiej i średniej. Nie przeszkodziło mi to zbytnio. Popatrzyłam, popodziwiałam, jak ładnie wyglądają na tle lasu i jeziora, no i dojechałam. 
Nie szukałam już parkingu, tylko zostawiłam auto na poboczu. W drodze zastanawiałam się, co muszę zabrać, jak się będę spieszyć i wysiadać. Szczęśliwie przypomniało mi się, że poza numerem, który przypięłam dużo wcześniej, przyda się jeszcze chip do buta. Kiedy wysiadłam, usłyszałam głos spikera, że do startu 2 minuty. Super. To podbiegłam jeszcze do Toi toia budząc zainteresowanie wśród kibiców, potem mocowanie chipa i przy okrzyku "Start" wybiegłam. No to takie spełnienie snu z tym spóźnieniem, chociaż podejrzewam, że nie ostatni raz się spóźniłam. Konsekwencji to wielkich nie miało, bo nie spóźniłam się aż tak bardzo, a czas i tak mierzony był netto, skoro przypięłam w końcu ten chip. :)
A potem znowu sympatyczne wyprzedzanie. Pierwszy kilometr w tempie 5.38 a ja, porównując to do tempa w Parkrunie, czułam że odpoczywam. Stwierdziłam, że tak sobie spokojnie pobiegnę, ale niestety nie cały czas było tak przyjemnie. Właściwie do 8km, kiedy zaczęły się podbiegi i zbiegi. Trudno nazwać to podbiegami zresztą, dla większości raczej podchody... a na 10km prawdziwe SCHODY. I to takie, po których się zbiec nawet nie dało, więc spokojnie schodzimy, bo wyprzedzać też nie sposób. A potem ostry zakręt i pod górę, na szczęście już bez schodów. Wspinanie do samego końca, łącznie z metą, która także ukryta była za podbiegiem. Tempo spadło, że aż wstyd. Ostatecznie miejsce wśród kobiet 12 (w śnie było 15), a Open 44. Do pierwszej kobiety zabrakło mi jakieś 15 minut, a do ostatniej nagradzanej, czyli szóstej - ok. 5. Wstyd też porównywać się z "Pierwszą Damą" w biegu na 50km, bo ona na tym dystansie miała tempo lepsze od mojego i przybiegła po 4 godzinach i 30 minutach...





No to tyle samokrytyki biegowej. Trasa piękna, malownicza. Na odcinku nad jeziorem zastanawiałam się, co by było, jakbym spadła... Pierwszy poważniejszy test nowych butów udany. Co do topu, to mam mieszane uczucia, bo jakoś tak mnie obtarł także, ale może to dlatego, że obtarcia od pasa niewygojone do końca.

Po biegu odbiór posiłku, czyli makaronu i piwa. Ja po zawodach nigdy nie wybrzydzam, więc trudno mi oceniać smak, ale za to o wyborze sosów mogę wspomnieć, bo oprócz klasycznego, był też sos słodko-kwaśny, brokułowy oraz szpinakowy. 

W czasie biegu bardzo się cieszyłam, że skróciłam sobie trasę (chociaż wg mojego Garmina miała ponad 13km a nie 12.5), ale potem pojawił się jakiś żal, że jednak nie 50... Zobaczę, jak długo się utrzyma...

Dzięki za wsparcie, kibicowanie, gratulacje. Robercie, dopiero doszłam do tego, co miałeś na myśli pisząc, że co drugi komentarz się pojawia. Już zmieniłam ustawienia, powinny być zamieszczane na bieżąco. O ile mój hejter nie wróci i nie będę musiała znowu kontrolować.

Dołączam zdjęcie, za które serdecznie dziękuję. :)



piątek, 18 września 2015

Forest Run - wprowadzenie

No to skoro obiecałam, to piszę. :) I znowu będzie, że drugi post w ciągu jednego dnia. Ale widzę, że jednak trochę osób to czyta. Chociaż ostatnio mniej komentarzy... Pomyślałam, że można by napisać to wszystko o Foreście jutro, ale pewnie skoncentruję się wtedy bardziej na bieganiu. A dzisiaj przygotowanie. Psychiczne tylko, bo jak inaczej przygotować się dzień przed? W ogóle zresztą jestem nieprzygotowana do tego biegu. Kiedy wpadłam na pomysł, żeby pobiec na 50km, to miał być najważniejszy  bieg w tym roku. Także przez to, że najdłuższy. Potem niestety został trochę zmarginalizowany na rzecz jesiennego maratonu. A teraz, kiedy zmuszona byłam zmienić trasę na 12,5km, która jest opisywana jako "dla początkujących", to w ogóle bardzo treningowy. Przy okazji chciałam bardzo podziękować organizatorom za bezproblemowe przepisanie. Robiłam to niemal na ostatnią chwilę i bez większej nadziei, że się powiedzie. 


Korzystając z możliwości odbioru pakietu w Poznaniu, wybrałam się dziś do hostelu Poco Loco, aby to uczynić. Organizatorzy zachęcali kawą i ciastkami. Nie było ani jednego, ani drugiego. Zdziwiło mnie to, że już chwilę po 14.00, kiedy biuro zostało otwarte, zaczęły już robić się małe kolejki. Widocznie nie tylko ja uznałam, że lepiej odebrać pakiet dziś niż jutro przemieszczać się do biura zawodów a potem na start, który usytuowany jest kawałek dalej niż biuro znajdujące się w okolicach mety. 

No to skoro już zwyczajem znajomego Blogera dokonuję opisu wprowadzającego, to krótka analiza zawartości pakietu. Co tam poza ulotkami? Przede wszystkim chusta typu buff (muszę znaleźć instrukcję obsługi, jak się to nosi ;)) - coś ciekawego zamiast kolejnej koszulki. Chociaż ja jednak jestem łasa na koszulki, zwłaszcza kolorowe. :) Poza chustą numer, agrafki, chip... między ulotkami wygrzebałam kupon rabatowy na produkty firmy Brooks (szkoda, że dopiero dziś, bo Ktoś tu niedawno kupował Brooksy :)), wejściówkę na ściankę wspinaczkową. Do tego butelka wody. Wszystko w szarej torbie ekologicznej. 

Z tego, co podejrzałam (nie chciało mi się dokładnie liczyć), to najwięcej pakietów było na trasę średnią. Wiadomo, że niewiele osób rzuca się na 50km. A początkujących biegaczy też już dużo nie ma. Wszyscy zaawansowani i doświadczeni. :)

No to na zakończenie jeszcze jedną reklamę zrobię. Ponieważ odkąd zaczęłam długie wybiegania z Garminem i pasem mierzącym tętno, zaczęły się moje problemy z otarciami, uradowałam się bardzo na widok nowego (chyba stosunkowo nowego) produktu Kalenji, a mianowicie koszulki i topu Kiprun Cardio.
(Podziękowania dla Grzegorza, bo to w gazecie od niego odkryłam :)).



Umożliwiają mierzenie tętna bez konieczności zakładania pasa, gdyż można do nich bezpośrednio podłączyć sensor tętna. Produkt niedrogi, bo cena to 79,90zł. Wprawdzie w Decathlonie zaleca się osobny zakup specjalnego czujnika tętna, jednak ja próbowałam mój z Garmina i nie ma żadnego problemu. Dokupienie jest konieczne, jeśli ktoś mierzy tętno przy pomocy aplikacji Endomondo. Jutro przetestuję produkt na dłuższym dystansie i zobaczymy.


Znowu biegamy razem

Koniec obijania biegowego naturalnie implikuje koniec obijania w pisaniu, (zgadza się z tą implikacją? :)) bowiem jest o czym pisać i nie trzeba tworzyć tematów zastępczych. 
W niedzielę, jak wspomniałam w komentarzu, miało być 12km, a w zasadzie od 10 do 12. Wyszło bliżej tej pierwszej opcji. A to z racji, że nie chciałam za bardzo szaleć. Po drugie dlatego, że musiałam poszukać nowej trasy bez drzew i gałęzi. No i tak jakoś wyszło nieco ponad 10km. Tempo trochę za szybkie, bo zamiast 5.45, było 5.32... Cóż... wielki głód biegania. Sił trochę brak no i szalone tętno. Zazdroszczę Biegaczowi Amatorowi, jego tętno wymarzone. Moje skacze, jak chce, w niedzielę do 190. We wtorek trochę siły biegowej i tętno ciut niższe.
Wczoraj bieg bez większych planów i założeń, bo po kontuzji wyrzuciłam z programu interwały. A szkoda, bo już się trochę zdążyliśmy polubić. No tak, ale to było miesiąc temu, więc nie wiem, czy sympatia pozostała. Za to wciąż sympatyzuję z Fraszką. A ona biedna nie biegała na długim dystansie od... od Parkrunu w Lesznie. 

"To co, biegamy?"

Wczoraj przeżyła dzielnie wizytę u weterynarza. Dzielnie, tzn. dużo lepiej niż poprzednio. Zapewne też dlatego, że zmieniłyśmy lekarza. Zatem trochę stresu, ale generalnie miło, sympatycznie. A potem nagroda, czyli wspólne bieganie. Pogoda po południu niespecjalnie sprzyjała, ale Fraszka wybiegła niemniej uradowana niż ja. Po kilometrze siły nieco ją opuściły i to ja mogłam znów siłę poćwiczyć. Przyspieszyła nieco na ostatnich kilometrach. Do domu jej się spieszyło, bo wcześniej obiadu nie zjadła. :)  Niby zmęczona była, ale długo to nie trwało, bo szybko znów zachciało jej się wybiec na dwór i pobiegać. Ale to już beze mnie. Ja już odpoczywam. W weekend trochę biegania mnie znów czeka. :)


Pobiegane? To buziaczek na podziękowanie :)


czwartek, 17 września 2015

O radości z braku biegania po bieganiu oraz o snach biegowych

Brak biegania. Jak ja lubię ten brak biegania po bieganiu. To już napisał Jakub Krause w swej relacji z Chudego Wawrzyńca.
Ja też tak zawsze powtarzałam. Przy czym dodać mogę, że lubię bardzo to niebieganie po bieganiu, nicnierobienie po bieganiu, leżenie po bieganiu i jedzenie po bieganiu. :) 
Satysfakcję taką (i przyzwolenie na jedzenie) daje prawie każdy bieg, ale w szczególności:
- udział w zawodach, przede wszystkim ze zrealizowaniem zamierzonego wyniku w tych zawodach.
Mniej radości może mniej powodów, żeby dużo zjeść daje trening - no chyba że jest to dobry trening, czyli wykonany zgodnie z planem.
Zawsze jednak jest zadowolenie z aktywności fizycznej. Wtedy im więcej kilometrów, tym więcej przyjemności i więcej może być jedzenia oraz nicnierobienia. 
Najlepsze jest zatem uczucie po długim wybieganiu.
Co jednak kiedy nie ma długiego wybiegania, bo jest kontuzja? Co, kiedy nie ma żadnego wybiegania, bo jest kontuzja?

Podczas mojego  przymusowego niebiegania, bieganie niespecjalnie mi się śniło. Śni się tylko pomiędzy treningami.





Według jednego z senników internetowych (www.sennik.biz)
sny o bieganiu oznaczają:

"Zapowiedź szczęśliwej przyszłości bieg we śnie jest ogólnie symbolem mijającego czasu, mówi o tym, abyś nie marnował żadnej chwili i okazji, które ci się trafiają".


Ale  to chyba tylko w przypadku "normalnych" ludzi a nie biegaczy.

Miesiąc temu śnił mi się  Forest Run, a dziś maraton. I w tym dawnym śnie o Foreście biegłam baardzo wolno i w ogóle za bardzo nie mogłam biec. I potem kontuzja, myśl o zupełnej rezygnacji. Ostatecznie udało mi się zmienić trasę i  w sobotę pobiegnę, ale zamiast na dystansie 50km, na sporo krótszym, bo 12,5km. I tempo też zabójcze nie będzie.

A dziś poplątany sen o maratonie, bo niby maraton, potem półmaraton. A do tego spóźniona i zaplątana, bo bieg jakiś labiryntowy. I nie wiem w końcu gdzie i czy tak dużo osób zrezygnowało, bo zajęłam w nim 15. miejsce...





środa, 16 września 2015

"Hejterstwo - nowy wymiar kultury?"

To tak niekoniecznie w temacie biegowym, ale blogowym - jak najbardziej.

Informacja, jaką jakiś czas temu otrzymałam:
W listopadzie tego roku odbędzie się konferencja poświęcona temu tematowi.
Niestety, nie w Poznaniu, tylko w Łodzi. Ale może warto prześledzić.

sobota, 12 września 2015

Koniec obijania - pora wracać do biegania!

Powrót do biegania nastąpił już wczoraj - jeśli przebiegnięcie 3km w tempie 5.40 można nazwać bieganiem, ale niektórzy twierdzą, że to i tak za szybko było - nie chciałam jednak o tym pisać, bo primo: nie byłoby niespodzianki, a secundo (które jest bardziej prawdziwe) bałam się, że po tych 3km jednak coś się stanie, czytaj: obudzę się w nocy z bólem i tyle z tego mojego biegania będzie. No to mi wyszło baaardzo długie zdanie na początek. :) Ale chyba wyjaśniłam wszystko. Zresztą nie wszystkim musiałam. Nie wiem, gdzie mnie ludzie śledzą, ale niektórzy bardzo szybko wszystko wiedzą. Np. dzisiaj już od rana ktoś mnie przywitał komentując moje wczorajsze bieganie. Hmmm... Kamerę gdzieś ma czy co? Może w moim zegarku biegowym. Tam by było najlepiej, jeśli chodzi o śledzenie biegania. 
Co do mojego wczorajszego "wybiegu", to oczywiście dłużej się na niego szykowałam (jak to na wybieg przystało) niż potem biegałam. Fraszka mnie też bacznie obserwowała. Bo już chyba zapomniała, jak się biega (chciałabym). Kiedy w końcu wygrzebałam ubrania biegowe (trudno było, bo przecież przez miesiąc ich nie używałam, to nie było co się łudzić, że ze sznurka wysuszone zdejmę), ubrałam się i uczesałam, Fraszka odprowadziła mnie wzrokiem i pożegnała głośnym szczekaniem. Wybiegłam o 14.42. Skierowałam się w stronę mojej tradycyjnej trasy. Ominęłam ścieżkę, której nie wybrałam także miesiąc temu i ścieżkę, na której wpadłam w siatkę też odrzuciłam. Zresztą krótko miałam biec. Ale jak już się rozpędziłam... 1.5km na Garminie zobaczyłam i spokojnie zawróciłam. Do domu z powrotem dotarłam o 15.00 przy dźwiękach dzwonów kościelnych. Fraszka już była cicho. Wszystkie te ćwiczenia, które wykonywałam codziennie (z dwoma wyjątkami, kiedy byłam przeziębiona), to nic w porównaniu z bieganiem. 

Tak mogę zacytować Poetę:

Ten bieg jest słowem
i oto staje się krokiem (nareszcie!)

ten bieg jest śpiewem rozkołysanego słońca (na szczęście dziś niezbyt grzejącego)
w wiecznym ruchu nad tobą

ten bieg jest modlitwą radosną
twoich mięśni

ten bieg jest wielkim dziełem
rzeźbionym w marmurze dnia

ten bieg jest niezwykłym snem

na skalistym posłaniu drogi (...)

(R. Gorzelski, Bieg olimpijski)

Wiersz wprawdzie o biegu olimpijskim, a nie takim człapaniu jak moje, zwłaszcza wczoraj i dziś, ale o każdym bieganiu tak pisać można. Zresztą nie tylko. Przy okazji niebiegania odkryłam całą antologię poezji sportowej.

Dziś Parkrun w tym wzruszającym dla mnie klimacie. Nie byłam już tak wcześnie, jak tydzień temu. W końcu przyjechałam samochodem. Przy okazji pomyślałam, że autem też prawie miesiąc nie jeździłam, a tak bardzo mi tego nie brakowało...
Ubrałam się warstwowo, bo obudziłam się z lekkim katarem. Po wczorajszym bieganiu albo po basenie może? Chłodno mi było. Do biegania oczywiście przyjemnie. Ale nie wszyscy od razu dostrzegli, że dziś już biegowo i nawet nie rozpoznali niektórzy. A potem się dziwili, że to już, czy na pewno. Najczęstsze ostatnio pytanie: "Jak noga?" zostało dziś powtórzone przed biegiem oraz ponownie po nim. Dziękuję oczywiście za pytania i troskę.

Start spokojny z końcówką stawki. Żeby nie przyspieszać, to rozmawialiśmy trochę. Ale oczywiście ciągnęło mnie do przodu. Dobrze się biegło, chociaż kondycja gdzieś przepadła. Wyprzedzałam te osoby, których zwykle na trasie wcale nie widzę. Wykorzystałam więc okazję, żeby trochę pozaczepiać i poprzeszkadzać np. tym, którzy starannie wykonywali przygotowany na dziś plan treningowy. Kawałek się pościgałam z innym znajomym. Gdyby był w stanie dłużej, to ja bym odpuściła. Z ciekawości zerkałam na zegarek. Pokazywał, że każdy kilometr biegnę nieco szybciej. Byłam ciekawa, czy uda mi się to utrzymać, bo nigdy tak nie robiłam. Na ostatnim kilometrze zobaczyłam Roberta z córką i mnie podkusiło, żeby ich pogonić, ale już nie dałam rady. A potem się okazało, że ich moja obecność za plecami też dodatkowo zmotywowała. Dobrze, że ich nie goniłam. Na razie spokojnie... Chociaż i tak niezupełnie wyszło. :)
Robercie, szkoda, że nie wspomniałeś, że planujesz drugą piątkę dziś, bobym się przyłączyła i jutro nie musiała... :)

Wynik dużo lepszy niż zaplanowałam. Taki ładny BNP mi wyszedł. :) Noga czuje się dobrze, więc mogę rozpocząć maratonowy plan ratunkowy. I zobaczymy, co z tego dalej wyjdzie. Muszę tylko znaleźć dobrą trasę. Najlepiej bez drzew na drodze. A z Fraszką na spacerach jeszcze dużo takich spotykamy.

Po biegu kawa i śniadanie po Parkrunie. Bo bez Cytadeli kawa nie smakuje tak samo. :)

I znowu zaczynam snuć plany biegowe... hamuję się trochę, żeby nie przesadzić. Bo po co takie plany, z których nic nie wyjdzie jak np. z Forest Run za tydzień?
Ale jak zacznę kombinować z bieganiem, to przynajmniej będę częściej pisać...

sobota, 5 września 2015

Powrót do dobrego zwyczaju: "Jest sobota - jest Parkrun"

Zawitałam na poznański Parkrun w końcu. Cytadela stęskniona za mną, jak ja za nią. Przynajmniej tak wyglądała, jakby tęskniła...

Taką spokojną radością mnie od rana przywitała. Było jeszcze wcześnie, więc spokojnie się wdrapałam. Po drodze spotkałam panią z dwoma psami: jeden beagle - dostojny, drugi jack russel z szaleństwem w oczach. Szaleństwo objawiło się szczególnie, kiedy pani pokazała mu dysk do frisbee. A gdy rzuciła, zaczął biegać, kręcić i skakać. Za pierwszym razem nie udało mu się złapać. Przypomniało mi się, że ja nie lubię, kiedy ktoś śledzi moje zabawy z Fraszką, więc nie przeszkadzając, poszłam dalej, do miejsca zbiórki przed Parkrunem.
Tłumów biegaczy jeszcze nie było. Jedna osoba tylko. To ja usiadłam i czekałam, żeby móc powitać nadchodzących i nadjeżdżających. Takie zaległości w spotkaniach i rozmowach, że nie nadążałam z wyjaśnieniami, czy już biegam, dlaczego nie biegam i kiedy pobiegnę... Chociaż większość wiedziała: czytała albo słyszała, to i tak dużo osób dopytywało o szczegóły. No bo ludzie teraz dzielą się na tych, co mi kondolencje składają i na tych, co mówią, że nic nie szkodzi, bo "maratonów teraz dużo". Haha. 

Musiałam jakoś przerwać te rozmowy, bo jako wolontariusz miałam inne rzeczy do roboty. W sumie okazało się, że oprócz mnie były jeszcze dwie osoby do pomocy. Spokojnie poradziły sobie z tokenowaniem i skanowaniem, więc mogłam skorzystać z okazji i robić zdjęcia. Niestety tylko w jednym miejscu, bo z moją nogą wolałam się nie przemieszczać. Dlatego niestety nie udało mi się wiele z Cytadeli dziś zobaczyć. Musimy poczekać: Cytadela i ja. Do jesieni. Jesień to moja pora roku, więc wtedy tym chętniej pobiegnę. Może Fraszka także będzie mogła wystartować. Ostatnio cierpi tak jak ja, że nie może biegać. Chociaż u niej żadnych przeciwwskazań nie ma. Brak osoby, która by z nią pobiegała...


Start zatem bez Fraszki już od dłuższego czasu, więc szybko i w ciszy. Parę zdjęć zrobiłam i pierwszy raz przyjrzałam się opisywanemu kiedyś obrazowo wężowi biegaczy. Pięknie to wyglądało w słońcu.
Potem przejście na metę i oczekiwanie na pierwszych biegaczy.


Potem zdjęcia, podsumowanie, ciąg dalszy rozmów. A za tydzień chyba kolejny wolontariat.
Cieszę się, że udało mi się w końcu dotrzeć. Dziękuję za troskę i zainteresowanie. 



Nieodżałowana kawa dzisiejsza. Następnym razem, jak nie będę się spieszyła...


Wszystkie zdjęcia dostępne pod adresem:

Parkrun Poznań # 161 zdjęcia

wtorek, 1 września 2015

"Co doktory powiedziały", czyli komunikaty i ogłoszenia

Dziś dwa tygodnie mojego niebiegania, a wydaje się, jakby wieki już minęły. Może dlatego, że przez pierwszy tydzień w ogóle nie wychodziłam z domu. Ścieżek biegowych nie odwiedzałam też wcale: ani codziennych a już na pewno nie parkrunowych. Dziś wybrałam się z Fraszką na pierwszy spacer. Ostatni był ponad dwa tygodnie i ponad 8km. A dzisiaj ledwie 2 przeszłyśmy. Tylko do miejsca "tragedii" i z powrotem.


Śladu nie ma po niebezpieczeństwie, bo drzewo z drogi usunięte. Pień po obu stronach siatki wskazuje tylko, że coś tam leżało. No i siatka, w którą się wplątałam. Taka niby niepozorna... a jednak lekarz orzekł dziś przedłużenie separacji z Bieganiem. Przynajmniej nie ma żadnych złudzeń. 
Do niedawna wielki problem był, żebym wybrała, kiedy, gdzie i na ile km chcę pobiec. A teraz mogę się tylko cieszyć, że więcej sobie nie wymyśliłam. Chociaż i tak za dużo. 

Dla zainteresowanych zatem mam do sprzedania:
pakiet startowy na Forest Run 50km 19 września
pakiet startowy na Poznań Maraton 11 października (od dziś wzrosła opłata, a ja taniej sprzedam)
pakiet startowy na bieg w Kaźmierzu 10km 27 września 2015.


MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa