poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Miało być inaczej, czyli o Murowanej Dysze i Murowanej Piątce oczyma kibica

W niedzielę miało miejsce tyle biegów, że chyba nikt nie miał czasu na długie wybiegania dzisiaj. Taką mam nadzieję, to mi przynajmniej żal nie będzie. Jednak okazuje się, że trening Sklepu Biegacza się odbył. A nawet po wybieganiu można było przetestować buty Asicsa.

 Pozostali zapewne startowali:
- w półmaratonie w Szczecinie,
- w Półmaratonie Praskim w Warszawie,
- w biegach na 5 i 10km w Murowanej Goślinie,
- w biegach na 5 i 10km w Poznaniu.
Ja oczywiście nigdzie nie biegłam, ale śledziłam co, kto, gdzie i jak, żeby wiedzieć, z jakim wynikiem kto dobiegł. Kciuków nie starczyło, żeby trzymać za wszystkich znajomych, co mieli wystartować. Poza tym możliwości technicznych też za bardzo nie było, ponieważ wybrałam się do Murowanej Gośliny.
Nie wspominałam oficjalnie, że się na ten bieg zapisałam. Zrobiłam to w ostatniej chwili, kiedy była już dodatkowa pula pakietów. Zaplanowałam sobie piękną piątkę i może taka by wyszła. Wiadomo, że nie wyszła, a właściwie nie wybiegła. Chociaż pojawiły się pomysły, żebym pobiegła 5km tempem biegu na 10km i jakoś do mety dokuśtykała. 
Żeby mnie za bardzo nie kusiło, to nawet nie założyłam butów biegowych. O pozostałych elementach stroju sportowego nie wspominając. Dotarłam, odebrałam pakiet. A w pakiecie koszulka, która mi się nawet podoba, chociaż jest biała, ale ma ładny kolorowy napis, poza tym damska, bez rękawów i - przede wszystkim - długość odpowiednia i rozmiar też, chociaż S. :) Dużo ładniejsza niż na zdjęciach projektu. Zresztą można zobaczyć w galerii z biegu.
Myślałam, że większość znajomych została w Poznaniu, ale jednak do Murowanej też dotarli. Co ambitniejsi nawet rowerem przyjechali. 
Ja z Poznania dojechałam szynobusem i bardzo sobie chwalę. Zwłaszcza trzeba za to Organizatorom podziękować, że takie informacje, jak rozkład jazdy PKP zamieszczali na stronie, żeby uczestnicy biegu wiedzieli, jak najlepiej dojechać.
Przekaz informacji w ogóle bardzo dobry. Chociaż na dworcu spotkała mnie zabawna sytuacja. Na stacji wysiadło kilka osób w strojach sportowych, więc można było się domyślić, że na bieg. Ale wszyscy się czaili i nie odzywali do siebie, tylko podążali za pierwszą osobą w stosownej odległości. Aż w końcu ktoś nieśmiało zapytał, czy ta osoba wie, gdzie biuro zawodów. Odpowiedziała, że mniej więcej. Pozostali nie bardzo w to widać uwierzyli i poszli w inną stronę. Także grupa rozdzieliła się na trzy mniejsze. Jedna szła na pewniaka od początku. A dwie pozostałe mniej przekonane - wolniej, z zatrzymywaniem się i dopytywaniem tubylców o drogę. A ja w oddali "na cwaniaka", bo nie spieszyłam się w ogóle. Korzystałam trochę z nawigacji, ale pokazała mi, że do miejsca startu godzina drogi, więc wykorzystałam wiedzę tych przed sobą i szczęśliwie po kilkunastu minutach wszyscy dotarliśmy do biura. Prawdopodobnie też dlatego, że kawałek od dworca już znajdowały się znaki wskazujące.


Po odbiorze pakietu powitania ze znajomymi i rozmowy na temat tego, dlaczego nie biegnę, itp. Potem przejście na start. Pobawiłam się dziś w fotografa, chociaż noga nie pozwoliła mi za bardzo na stanie w jednym miejscu.

Po biegowej sesji zdjęciowej wróciłam wykorzystać bon na posiłek regeneracyjny. Wprawdzie nie musiałam się aż tak bardzo regenerować, ale skoro miałam, to trzeba było zrealizować. Chociaż słyszałam, że dla biegaczy zabrakło posiłków. Prawdopodobnie kwestia tego, że wydawano bez zabierania bonu.
Posiłek - ciekawostka, bo można było wybrać sobie danie: albo słodkie, albo ostre... szkoda tylko, że wszystko niezmiennie zimne... Jak tu zjeść na zimno makaron z sosem? Dla mnie trochę nie za bardzo...

Na dekoracji już nie zostałam, bo mi trochę przykro było, że nie mogłam pobiec. Gratulacje dla Wszystkich, którzy to zrobili, bo pogoda nie sprzyjała za bardzo. Gratulacje szczere dla Wszystkich, którzy biegli w Murowanej, Poznaniu (zwłaszcza Znajomych Debiutantów), Szczecinie 

oraz w Warszawie - Julio, czekam na Twoją relację. :)

A dla uczestników biegu w Murowanej Goślinie trochę zdjęć - amatorskich, ale za to pierwszych:



I obietnica - za rok przyjadę i pobiegnę. Chyba, że w tym terminie będzie siedem ciekawszych biegów. :)
Albo gorzej - nadal nie będę biegać...

Robercie, dzięki wielkie za troskę. Na razie dobrze nie jest. Jutro kolejne badania i zobaczymy.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Subiektywnie (p)o Mistrzostwach Świata w Lekkoatletyce w Pekinie

Kiedyś oglądałam relacje sportowe z innych dyscyplin. Bardziej widowiskowych, można powiedzieć, takich jak piłka nożna, siatkówka czy skoki narciarskie. 
Bieganiem teoretycznie się w ogóle nie interesowałam, a jak zaczęłam, to od razu w praktyce. Chociaż nie... oglądałam kiedyś jakiś miting lekkoatletyczny. Nie mam pojęcia ani w którym roku ani gdzie odbywał się... Bieg chyba jakiś długodystansowy - 10 000 metrów pewnie, bo trwało dłużej niż 20 minut, a na bieżni, to więcej być nie mogło. One biegły a ja próbowałam przed telewizorem. I szybko mi się znudziło...

W zeszłym roku w czasie zimowych ferii oglądałam biegi narciarskie. Rano swój trening, a potem odpoczynek i TV z Justyną Kowalczyk. 

A teraz ferie letnie i Mistrzostwa Świata w lekkiej atletyce. Rano mój trening - niebiegowy - a potem transmisja - przede wszystkim biegów. Nastawiłam się na to "patrzenie na bieganie", chociaż co tam oni biegają: 100m, 200m, 400m, 800m... Same sprinty prawie. Znów to 10 000 na stadionie... Transmisji z maratonu nie oglądałam, ale co tu do patrzenia? Jak wspomniałam, bieganie takie mało widowiskowe, to może te krótkie sprinty wystarczą. Kiedyś oglądałam na żywo maraton przez internet. Znajomy biegł w Poznaniu, a ja byłam wtedy w Szwajcarii. Kamera była tylko na mecie, więc dłużej się naczekałam niż naoglądałam. 

Dobrze, jak nie widowisko, to wyniki. I z tymi wynikami też słabo. Od samego początku słychać głosy komentatorów: "wolno zaczęli", "to będzie wolny bieg" albo nawet: "to najwolniejszy bieg na tym dystansie na Mistrzostwach Świata". No to o co chodzi? Wydawało mi się (może tylko mi), że rekordy się bije na takich właśnie imprezach. Sprawdziłam jeszcze, czy rzeczywiście tak jest. Zaczęłam od maratonu, jako od dystansu, który mnie ostatnio najbardziej interesuje. Zwycięzca ukończył z czasem 2.12.27. A jaki jest rekord świata w maratonie? 2.02.57 z zeszłego roku z Berlina. Kilka poprzednich też ustanowiono w Berlinie, a jeszcze wcześniej w Londynie. Wszystko na biegach masowych a nie na mistrzostwach. 
Trochę krótszy dystans - 10 000 metrów wygrał Mo Farah z czasem 27.01.13. W Pekinie wygrał, a w sezonie wcale najszybciej nie biegał. Wychodzi na to, że bardziej chodzi o taktykę niż o szybkość, bo rekordów się nie pobija.
Zresztą bieganie nie jest odosobnione. Wystarczy spojrzeć na skok o tyczce. W mityngach wyniki powyżej 6m (14 lutego 2015), a na mistrzostwach ledwie 5.90... A Polacy to jeszcze jakby taktycznie obaj tego nie skoczyli, bo dzięki temu mamy dwa medale, a gdyby jeden z nich tę wysokość pokonał, to medal zostałby nam jeden...
Rzut oszczepem i coś się w końcu zaczęło dziać, no bo wynik powyżej 90 metrów to już jest coś. W bieganiu też - 400m mężczyzn.
Wycofuję to, co napisałam wcześniej - rekord Mistrzostw Świata w rzucie młotem (i to polski rekord!) oraz rekord świata w wieloboju mężczyzn.
Poza tym emocjonujące dla mnie finały biegów kobiet i mężczyzn na 100 oraz 200 metrów. Niesamowita Dafne Schippers pokonała wszystkie "Nie-Europejki" na 200m.

Poza wynikami, obserwacje głównie biegaczy i to takie techniczne. Czytałam przed Kamienną Piątką (która miała być moim życiowym biegiem), że na takich dystansach jak 5km najlepiej ograniczyć wszelkie gadżety i nawet zegarka nie zakładać, bo dodatkowo obciąża. Przyglądałam się wszystkim biegaczom - i sprinterom i tym biegającym na 5 i 10km, i żaden z nich nie miał nic na ręce. Żeby telefon z Endomondo mieli, to już nie wspomnę :) Nikt nie zerka co chwilę na zegarek, bo podobno wszyscy wiedzą, jakim tempem biegną. Zazdroszczę, bo ja - kiedy mam utrzymać równe tempo - nic innego nie robię. Ale może to z nudów też tak zerkam i do sekundy dociągam....
Nie wiem, jakie są przepisy w tej kwestii, ale poza numerami startowymi i ewentualnie biżuterią to zawodowcy nic nie mają. Z tą biżuterią, to też zabawne... Bo ja bym z tych łańcuszków na pierwszym miejscu zrezygnowała. Wracając, do numerów startowych, to myślę, że też ciekawe spostrzeżenie: wszyscy ładnie numery agrafkami poprzypinane mają - z tyłu i z przodu. Nikt nie używa jakichś tam pasów, jak my biegacze nieprofesjonalni... Ale zaraz dorzucę do tego komentarz: pas do numerów startowych ma służyć ochronie koszulek, a oni już drugi raz tej koszulki nie założą...

Na pytania, o to, jak zaczęłam biegać (albo i bez pytań) zawsze mówię, że od półmaratonów. Inne biegi były za krótkie dla mnie. A tak naprawdę to za szybkie. Półmaraton oczywiście też za szybki, ale jakoś tam człapałam. Przy okazji tych sprintów przypomniało mi się, że kiedyś przecież na takie krótkie dystanse biegałam. Gdzie? Oczywiście w szkole. Jak mnie brzuch nie bolał. A przed lekcjami wychowania fizycznego zwykle bolał. Na 60m biegałam w podstawówce. Jedną taką lekcję pamiętam. Dwie próby były i za to ocena. Za drugim razem but zgubiłam, ale dalej pobiegłam. Co się będę zatrzymywać, żebym jeszcze raz musiała pobiec? Haha, taka moja logika wtedy była. Potem jeszcze testy sprawnościowe i wytrzymałościowe. Z tej wytrzymałości biegowej to mi pewnie kilka minut wyszło. Pamiętam, że koleżanka do końca lekcji biegała, a i dłużej by mogła... Po podstawówce jeszcze gorzej, bo bieganie zwykle było karą. I to najgorszą: trzy kółka. Nie mam pojęcia, ile to okrążenie mogło mieć...czy kilometr chociaż? Teraz to już chyba nikt tam nie biega. Przynajmniej nigdy nie widziałam. A wtedy, przy cmentarzu i szkole, to się biegło, bo z okna było widać. W lesie można było trochę pooszukiwać, chyba że nauczycielka wyskoczyła nagle gdzieś zza drzewa, co jej się zdarzało, bo to olimpijka z Sydney, więc szybko biegała, i po nazwisku krzyczała, że mnie widzi. Brrr... jakie złe wspomnienia z tym bieganiem związane...

Na początek Mistrzostw maraton mężczyzn, a na zakończenie maraton kobiet. Tutaj bez niespodzianek - ścigały się Kenijka i Etiopka. Wygrała ta druga z czasem 2.27.35

To tyle mojego wpisu relacyjno-filozoficzno-dygresyjnego...

Dziękuję za zaglądanie pomimo braku nowych postów. Co ze mną, moim bieganiem, treningami i zawodami napiszę już niedługo.

sobota, 22 sierpnia 2015

Tyle w temacie biegania

Dla zainteresowanych zamieściłam jeszcze drugą część ćwiczeń. No i tyle o bieganiu....




Cudowne ćwiczenia siłowe cz. 2

Już bez zbędnych wstępów, tylko o ćwiczeniach. Ale już z innego źródła. Dzisiaj trochę o systemie ćwiczeń stworzonych przez Josepha Hubertusa Pilatesa, które mogą sprawić, że ciało będzie "silne i dobrze rozciągnięte". (S. Searle, C. Meeus, Pilates)

System pilates to połączenie jogi, baletu i ćwiczeń izometrycznych. Według założeń Pilatesa, metoda ta przyczyniać się ma do: wzmocnienia mięśni bez ich nadmiernego rozbudowania, odciążenia kręgosłupa, poprawy postawy, uelastycznienia ciała, obniżenia poziomu stresu oraz ogólnej poprawy zdrowia osób ćwiczących. (Wikipedia)

Ćwiczenia pilates, z których korzystam:

Ćwiczenie nr 1. - Rozciąganie mięśni szyi
fit.pl


Ćwiczenie nr 2 - Mobilizacja ramion


Ćwiczenie nr 3 - Trening mięśni skośnych brzucha
dbam-o-siebie.pl

Ćwiczenie nr 4 - Brzuszki (skłony)
elle.pl


Ćwiczenie nr 5 - Relaks po brzuszkach
(moje ulubione z tej serii :-))

www.fizjoterapeutom.pl




Ćwiczenie nr 6 - Rozciąganie mięśni pleców
www.magazynbieganie.pl

Ćwiczenie nr 7 - Wznosy nóg w leżeniu na brzuchu

fit.pl


Jeszcze kilka innych ćwiczeń, sporo też na stojąco, więc na razie nie korzystam. Na zakończenie bardzo przyjemne - rozciąganie całego ciała na leżąco. 
Jeśli ktoś zainteresowany, to odsyłam do książki, której dane bibliograficzne podałam na początku. :)
W internecie też sporo informacji, chociaż wydaje mi się, że pilates już nie takie popularne, jak się wydawało jakiś czas temu. A szkoda. Oczywiście poza techniką ważny jest oddech i podobno emocje, ale w końcu pilates, to nie tylko ćwiczenia, to także taniec. :)




O bieganiu z przymróżeniem oka ;)

Dzisiaj sobota bez Parkrunu, więc temat rozweselający. Miałam dotrzeć dziś na Cytadelę, jednak nie udało mi się wystąpić nawet w roli wolontariusza, bo otrzymałam zakaz bezwzględny (wiadomo od kogo) no i nadal siedzę w domu... Dowiedziałam się jednak, że bieg dziś udany. Ponad 100 osób i wolontariuszy dużo, tak że nawet koordynator mógł pobiec i poprawić rekord osobisty.

Dziś w nocy, jak wspominałam wcześniej - maraton na Mistrzostwach Świata w Pekinie. Okazuje się, że nie tylko ja mam problemy z trasą...

"Ghebreslassie minął linię mety z flagą w rękach, ale nie podniósł jej do góry. Był bowiem przekonany, że na stadionie pokona nie tylko ostatnią prostą, ale też wykona całe okrążenie. Został jednak zatrzymany kilkadziesiąt metrów za metą i dopiero wtedy mógł się ucieszyć ze złotego medalu. Erytrejczyk wygrał w czasie 2:12.27. Został tym samym najmłodszym w historii MŚ triumfatorem maratonu.

Srebrny medal wywalczył Yemane Tsegay z Etiopii - 2:13.07, a brązowy Munyo Solomon Mutai z Ugandy - 2:13.29.

Co ciekawe niemal wszyscy zawodnicy przymierzali się do pokonania okrążenia na stadionie. Nie wiadomo, dlaczego zaraz za metą nie zatrzymywali ich sędziowie. Musiały to robić dopiero zawodniczki przygotowujące się do skoku wzwyż w siedmioboju". (eurosport.onet.pl)



Zgodnie z obietnicą - zamieszczam kilka obrazków - efekt uboczny prowadzenia badań do pracy doktorskiej. :)




 













piątek, 21 sierpnia 2015

O Mistrzostwach Świata w lekkoatletece

Miał być wpis o czymś innym, tzn. ciąg dalszy ćwiczeń, ale jakoś tak się wesoło wokół tematu zrobiło, więc na razie zawieszam. Wpis zawieszam, bo ćwiczenia nadal wykonuję. Część druga jest przygotowana, to przy okazji zamieszczę, a dzisiaj w sumie też o tym, co biegacz może robić, kiedy biegać nie może. A mianowicie może kibicować. Jeśli nie na żywo, to np. przed telewizorem. I w najbliższy weekend mnie to niestety czeka. Nie to, żebym nie chciała oglądać, tylko wolałabym sama najpierw poćwiczyć, a potem dopiero oglądać. Na razie nic na to nie poradzę, że pierwszego nie mogę. Ale przynajmniej jest coś związanego z bieganiem, czym mogę się zająć. Bo ostatnio pół niedzieli mijało na długim wybieganiu. A raczej na przygotowaniu, bieganiu i odpoczywaniu. No to teraz oglądanie. 
Żeby się przygotować, to już dziś sprawdziłam program Mistrzostw Świata w Pekinie. Zaczynają się pięknie, bo od maratonu. I to już sobotę.

Dla zainteresowanych biegami:

22 sierpnia sobota

1:35 - maraton mężczyzn
4:25 bieg na 3000m z przeszkodami mężczyzn
5:15 bieg na 1500m kobiet
5:50 bieg na 800m mężczyzn
6:40 bieg na 100 m mężczyzn

13:20 bieg na 100m mężczyzn
14:50 bieg na 10 000m mężczyzn - finał

23 sierpnia niedziela

3:10 bieg na 100m kobiet
4:25 biega na 400m przez płotki kobiet
5:10 bieg na 400m mężczyzn
6:00 bieg na 100m kobiet

12:40 bieg na 400m przez płotki mężczyzn - półfinały
13:10 bieg na 100m mężczyzn - półfinały
14:45 bieg na 1500m kobiet - półfinały
15:15 bieg na 100m mężczyzn - finał

To tyle biegów w najbliższy weekend. Mistrzostwa kończą się w niedzielę za tydzień maratonem kobiet.
Cały program dostępny m.in. na stronie:
Program Mistrzostw Świata Pekin 2015


Dużo ciekawostek biegowych znalazłam wczoraj podczas pracy nad dysertacją, więc po opracowaniu,
również za jakiś czas zamieszczę na blogu.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Co robię, kiedy nie biegam (bo biegać nie mogę), czyli o cudownych ćwiczeniach siłowych

Ten dopisek w nawiasie w ramach wyjaśnienia, żeby było wiadomo, że nie biegam, bo nie mogę, a nie dlatego, że nie chcę. Przy okazji trochę się nad tym zastanawiałam i wyszło na to, że tylko jeden raz zdarzyło mi się zarzucić biegnie na dłuższy czas, tzn. na miesiąc prawie. To nie wiem, czy to aż tak długo? Było to w zeszłym roku po półmaratonie poznańskim, do którego przygotowywałam się intensywnie. Nie udało mi się osiągnąć zamierzonego efektu i się trochę zniechęciłam. Po upływie tego miesiąca spokojnie wróciłam do treningów. Spokojnie, ale bez większego zapału. Po kolejnym miesiącu był wyjazd na półmaraton do Grodziska Wielkopolskiego. Tam spotkanie z biegaczami, kilka wspólnych wybiegań... Po następnym miesiącu Parkrun. I od tego czasu kryzysów już nie było. Chociaż na wszelki wypadek kupiłam sobie książkę "Trening mentalny biegacza" i czytałam w wolnych chwilach. Nie była mi potrzebna, bo pomiędzy powtarzaniem, że potrzebuję przerwy, zapisywałam się na kolejne zawody. W tym roku najdłuższa przerwa trwała tydzień. I to wcale nie było po maratonie, tylko po nieudanym starcie w Kamiennej Piątce w Bydgoszczy. Wtedy przez tydzień z biegania przerzuciłam się na rowerowanie. Po tym tygodniu pobiegłam oczywiście w Parkrunie, a następnie w Sucholeskiej Piątce, w której zajęłam drugie miejsce. 

Przymusowa dłuższa przerwa miała miejsce dwa lata temu.Też po półmaratonie w Poznaniu. To były pierwsze zawody, do których naprawdę się przygotowałam. Bo... wcześniej biegłam tradycyjnie w Kościanie i to był pierwszy półmaraton, w którym nie poprawiłam wyniku. Nie wiedząc, że jeszcze wiele takich biegów przede mną, postanowiłam, że muszę lepiej pobiec w Poznaniu. Wtedy się to udało. Chociaż zakończyło kontuzją wykluczającą mnie z biegania na miesiąc. Potem uznałam, że takie kontuzje czasem potrzebne, żeby organizm mógł odpocząć. Tyle, że to było już po zawodach, w innych wtedy jeszcze nie planowałam brać udziału. Bo ja wtedy w ogóle mało startowałam...

Teraz jest inaczej, bo przygotowania do maratonu w samym środku. W najbliższą niedzielę miało być wybieganie 30km. I nic z tego... 
W normalnym cyklu treningowym mam oczywiście różnego rodzaju ćwiczenia pozabiegowe. Zwykle jednak nie ma na nie aż tak dużo czasu. Poza tym, niestety, więcej radości sprawia samo bieganie (bo widać jakiś efekt) i na nim się skupiam. Teraz spokojnie mogę się skoncentrować także na innych aktywnościach.
Krytykując trochę plany treningowe z książki Pauli Radcliffe, wciąż korzystam z jej pomysłów ćwiczeń siłowych. Jedne lubię mniej, inne bardziej, ale wszystkie wydają się przydatne. 


Ćwiczenie nr 1. - Wycieraczki przedniej szyby
Świetne ćwiczenie na mięśnie brzucha, ja go bardzo nie lubię...

www.gimnastycy.pl



 Ćwiczenie nr 2. - Skręty tułowia z piłką lekarską

www.kif.pl


Ćwiczenie nr 3. Mostek biodrami
Jedno z moich ulubionych, zwłaszcza w połączeniu z wymachami nogami.

www.zacznijtrening.wordpress.com

Ćwiczenie nr 4 i 5 - leżenie w podporze bokiem i przodem
Przy okazji kilka innych ćwiczeń, których ja obecnie wykonywać nie mogę



Ćwiczenie nr 6. - Różnorodne ćwiczenia z piłką gimnastyczną




Ćwiczenie nr 7 - ćwiczenie z kijem
Ostatnio moje ulubione :)



Ćwiczenie nr 8 i kolejne - zestaw ćwiczeń na kręgosłup

W następnym wpisie ciąg dalszy.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Przymusowy urlop (za nadgodziny chyba)

Ktoś powiedział, że to się musiało zdarzyć. Ja tak nie uważam. Mogę wskazać przynajmniej kilka czynników, które to spowodowały oraz elementów, które by temu zapobiegły. Chyba, że tak miało być. Może Miłośnik statystyk mi napisze, jakie jest prawdopodobieństwo, że to miało miejsce, a jakie szanse, że się nie powtórzy… 

Ad rem, jakby to powiedziała moja dawna koleżanka z pracy, czyli do rzeczy. Wyszłam sobie dzisiaj z rana (naprawdę z rana, bo o 6.25) na trening. Miał on być lekki i przyjemny. Może nie dosłownie lekki, bo w planach była – ostatnio zaniedbana – siła biegowa. Zatem wg programu: najpierw jakieś 3,5km rozbiegania, potem skipy i podbiegi, których zwykle wychodzi ok. 4km, no i schłodzenie na zakończenie. 

Wybieg trasą „wspólną” do miejsca, w którym decyduję, czy dalej prosto, czy skręcam. Zamierzałam właśnie skręcić, ale… na tej dróżce za zakrętem roboty kolejowe. Tym bym się nie przejęła, nawet bym zniosła komentarze pracowników, którzy wyjątkowo wcześnie przyjechali (zwykle zaczynali po 7.00), dodatkowo jakieś kamienie wysypali. Nie chciałam skakać (szkoda, że później przy tym „niechceniu” nie wytrwałam), więc pobiegłam dalej prosto i skręciłam dopiero dalej w lesie. A tam oczywiście od razu drzewo, podobnie, jak w niedzielę. Z jednej strony mogłam je dołem ominąć, a z drugiej górą. Wtedy niestety już zachciało mi się skakać, więc wybrałam drugą opcję. Skok był piękny, nie ma co. Tylko przez to drzewo nie widziałam, że za nim taki płot druciany z siatki. Drzewo płot przywaliło, a ja po skoku wylądowałam prosto w tej siatce, a następnie zamiast lądować telemarkiem (jak przystało na zdobywcę Kryształowej Kuli, tzn. Parkrunowego Drzewka), ległam jak długa. Szybko wyplątałam się z tej siatki. Garmin coś tam zawibrował. Pewnie autopauzę, bo drugi kilometr jeszcze się nie skończył. Stawiam nogę. Idę. Pomyślałam, że kawałek przejdę i zobaczę. No to idę dalej. Mogę iść, nie jest źle. To może pobiegnę? Biec za bardzo jednak nie mogę. To dalej idę. Po kolejnej próbie pobiegnięcia, pomyślałam, że chyba nic z tego nie będzie, to lepiej iść w stronę powrotną zamiast się oddalać. Tak też uczyniłam. Idę sobie dalej i dumam, że jak się przewróciłam to boli, więc może jednak coś dzisiaj poćwiczę. Próbuję. Nie. Jednak dziś nie poćwiczę. Kolejna myśl: dzisiaj wtorek, to się nic nie stanie, jak poćwiczę jutro i w czwartek. Prawda? No to żwawo do domu wróciłam. Oczywiście nie biegiem, bo bolało jednak. W biegu bolało. Poza tym w porządku. 

W domu stwierdziłam, że aby tak całkiem nie stracić dnia <sic!> to górne partie potrenuję. Ale za bardzo ustać nie mogłam, więc też z tego nic nie wyszło. Noga bolała, to ją zmoczyłam i schłodziłam. Bolała, ale nie siniała. Tylko spuchła strasznie. Płakać mi się chciało, kiedy się zastanawiałam, kto by mógł mnie do lekarza zawieźć, a w międzyczasie: jak to będzie nie biegać? Chyba myślałam też o tym w niedzielę. Tak czysto teoretycznie, hipotetycznie. Zapomniałam o tych myślach po godzinie. A potem wróciły. To co miałam robić? Grać w bierki? Nie, chyba w Pokera, żeby jakiś pożytek był z tego. Aha i wpadłam wtedy na pomysł, że będę miała więcej czasu, żeby Fraszkę trenować. No tak, tylko że na razie trenowanie Fraszki polega na tym, że ja ganiam za dyskiem, to chyba nic z tego. Albo będzie musiała szybko się nauczyć go oddawać.

Teraz małe sprawozdania z kontaktu z publiczną służbą zdrowia. 

10. 15 dotarłam do szpitala. Jak mój kierowca stwierdził: Umrzeć można zanim się zaparkuje.
Wysiadłam, a on pojechał zaparkować. Dalej w Informacji zapytałam, gdzie się zgłosić. Odpowiedź: W prawo, na Izbę.

Aha, jak „Na dobre i na złe”. Tylko zamiast napisu „Izba przyjęć”, było „Szpitalny Oddział Ratunkowy” i że przyjmują tam tylko w przypadku narażenia życia, itp. itd. Akurat trafiłam na kilka osób rannych w wypadku. Grzecznie usiadłam i czekałam. 

10. 30 rejestracja w pokoju z napisem „Segregacja. Stany nagłe” (aż strach!).
Pani zapytała, w czym może pomóc, pouczyła, że z takimi przypadkami należy się zgłaszać do lekarza rodzinnego (sama chyba nie bardzo była o tym przekonana). Zadała kilka pytań o przyczynę urazu, zmierzyła tętno, komentując: Zawsze ma pani takie niskie?
Nie, kiedy biegam interwały, mam wysokie – odpowiedziałam w myślach.
I kolejne ważne pytanie: Czy nie jest pani w ciąży?
10.35 rejestracja „przy okienku”: Proszę tu podpisać oświadczenie, że nie jest pani w ciąży.
10. 45 powrót do poczekalni.
11.15 wezwanie do chirurga. Zanim jeszcze przyszłam, już wypisał skierowanie na RTG. Dopytał tylko, gdzie boli, pokiwał głową: Ale może pani chodzić. I wysłał na pierwsze piętro.
To już był ten moment, kiedy bym się zgubiła, ale miła pani pielęgniarka mnie zaprowadziła, troskliwie pytając, czy mogę iść po schodach. Mogłam. Pokazała, gdzie RTG, a gdzie rejestracja. Podziękowałam uprzejmie i podeszłam do kolejnej rejestracji. Pani wzięła skierowanie. Zapytała: Czy nie jest pani w ciąży, a następnie wysłała do pracowni.
11.30 RTG: Proszę usiąść na stole. Proszę położyć się na stole.
Yhm…
11.40 powrót do poczekalni.
12.20 kolejne wezwanie do lekarza. Zalecenia już prawie wypisane: ograniczenie chodzenia, kontrola w POZ, okłady…
Nic nie ma o bieganiu? Haha, naiwna. Dokuśtykałam do wyjścia.


A na zakończenie... Fraszka uczy Pancię, jak się skacze przez drzewo...
 

video

Niedzielne długie wybieganie w liczbach

Propozycja była taka (tzn. wewnętrzny leń podpowiadał), żeby po tych dwóch Parkrunach przełożyć wybieganie na poniedziałek. Biegoholizm na to: wstawaj i biegaj. Zwyciężył kompromis, czyli wstałam, tylko nieco później, bo dopiero po 8.00. I – o zgrozo – wybiegłam dopiero przed 9.00, czyli w porze, kiedy po poburzowym ochłodzeniu nie zostało zbyt dużo… Inne ślady za to zostały.
Ale miało być krótko i liczbowo dla Czytelnika – statystyk Miłośnika.

Zatem:
Temperatura: 22 stopnie na wstępie (kiedy wracałam, to termometr się zepsuł, więc chyba znacznie więcej)
Kilometry: 25
Tętno: Nieznane  
Tempo: 6.00/km – a jakie ma być, skoro 7km to głównie bieg przez płotki?
Liczba pęcherzy na stopach: 3
Liczba kolek po nocnej kiełbasce: 2
Ilość wypitych płynów:
Przed startem: 450ml
W trakcie biegu: 280ml wody plus 280ml domowej roboty izotoniku
Po biegu: 4 szklanki wody, 4 szklanki soku…
Liczba zjedzonych żeli: 2
Liczba napotkanych biegaczy: 2
1 – najpierw zagubiony pomiędzy drzewami, a potem mnie wyprzedził
2 – pomachał mi uprzejmie i nawet nie zapytał, ile jeszcze drzew do przeskoczenia
Liczba głośno wypowiedzianych przekleństw na widok drzew: 0 (wow)
Liczba zadawanych w myślach pytań „Po co to robię?”: 222
Liczba odpowiedzi na pytania „Po co to robię”: tymczasowo 0
Ilość wylanego potu: nieskończenie wiele


Inwentaryzacja lasu:
Liczba jeleni: 2, liczba saren: 5
Liczba powalonych drzew na mojej trasie: 40 w jedną stronę, czyli razem do omijania, przeskakiwania, okrążania, schylania: 80 (a już myślałam, że jak na trening przedmaratoński, będą 42, ale może coś źle policzyłam)
Kałuż i gałęzi - nie liczyłam

Takie małe gałęzie:

Ale przeważnie trochę większe:



I takich większych było 40




 A Fraszka na zdjęciu była, chociaż jej nie było ;)







Wnioski:
Pora wymienić buty – najwyższa
Pora obciąć włosy – najwyższa


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Dlaczego nie lubię „dokrętek”, czyli o Parkrunie w Lesznie

Z lekkim, poburzowym opóźnieniem, ale widzę, że jakaś obszerna relacja dzięki temu wyszła. W poprzednim wpisie - dla zainteresowanych - dorzuciłam parę zdjęć z poznańskiego Parkrunu # 158.

W sobotę, jak zaplanowałam, wybrałam się na drugi tego samego dnia Parkrun, czyli zawody w Lesznie. Godzina została przesunięta na 21.00 z okazji 100 biegu w ramach Parkrun Leszno. Wpływ też pewno miał maraton, który odbywał się w tym mieście przed południem.
Przy okazji wspomnę, że godzina biegu została też zmieniona w Gdyni. Tam start przełożono na 8.00. Dzięki temu niektórzy pasjonaci mieli okazję pobiec nawet w trzech Parkrunach. Osobiście znam jednego, który tak zrobił. Ja pomyślałam o tym może przez chwilę, by szybko odrzucić tę myśl. No bo co to za bieganie co godzinę. Uznałam, że niepotrzebne mi to. I tak odwiedzę kolejną lokalizację, czyli Leszno. Rano z radością pobiegłam na Cytadeli, gdzie nie byłam od trzech tygodni.

Bieg w Lesznie zaplanowano na 21.00, więc spodziewałam się ochłodzenia i możliwości pobiegnięcia z Fraszką. Wstyd przyznać, ale ostatnio nie zabierałam jej z powodu upałów, ale też tego, że obawiałam się, że mnie spowolni, zwłaszcza w końcówce. No tak, a jak wiosną, zimą i jesienią ciągnie, to bezczelnie to wykorzystuję. Cóż… teraz postanowiłam się poświęcić. Nie zależało mi na wyniku. Wystarczyło zadowolenie z porannego biegu. Wieczorny miał być spokojny, bo jednak obawiałam się, że po ciemku. Wypytałam wprawdzie wcześniej o warunki, oświetlenie, itp., ale okazało się, że pod tym względem, jak dla mnie, było marnie. W zeszłym roku też miałam taki przypadek. W Poznaniu organizowano bieg po 20.00. Napisałam do organizatorów w z pytaniem o oświetlenie. Otrzymałam informację, że wszystko będzie załatwione. I to wszystko. W tamtym biegu nie wystartowałam, bo nie zadowoliła mnie ta enigmatyczna odpowiedź. Ostatecznie nie wiem, jak było, ale oczekiwałabym lepszego przygotowania. Moje pytanie pojawiło się jakoś dwa tygodnie przed zawodami.

Parkrun to jest oczywiście Parkrun. Wszystko dzięki wolontariuszom, więc za darmo. Bez roszczeń więc i pretensji. Jednak moje „ale” będzie… 

Na miejsce dotarłam z Fraszką i znajomym biegaczem po 20.00. Jechaliśmy pośród błyskawic i grzmotów. Cały czas miałam wrażenie, że mi autko jakaś tajemna siła wciąga do rowu, ale jakoś się udało dotrzeć w całości. Po drodze sprawdzaliśmy informacje na stronie Parkrun Leszno, czy przypadkiem biegu nie odwołano. Warto byłoby się dowiedzieć nieco wcześniej niż już w Lesznie. Za te bieżące informacje oczywiście pochwała i sugestia dla innych lokalizacji, żeby jednak wiadomości szybciej zamieszczać. Niekoniecznie na stronie Parkrun, co na Facebooku. 

Kiedy dojechaliśmy, po krótkim błądzeniu na ostatnim odcinku, zaparkowaliśmy i oczekiwaliśmy. Deszcz padał, niezbyt mocno na szczęście, ale i tak nie było sensu wysiadać. Otworzyliśmy tylko drzwi samochodu. Znajomy zapytał osoby w samochodzie obok, czy na Parkrun. Oni potwierdzili. A potem usłyszałam pytanie, czy Fraszka jest. Czy ja dobrze usłyszałam? Skąd tu ktoś zna Fraszkę? Skoro ja tego kogoś nie znam. Potem się okazało, że jednak znam. I to wielu. Kolejne samochody, a w nich sami znajomi. I okazało się, że Parkrun Poznań sobie zrobił taką wycieczkę do Leszna. Tymczasem nie było nikogo z Leszna. 

Wkrótce zaczęły podjeżdżać kolejne samochody. Tym razem już z rejestracją leszczyńską, a nie poznańską. Wszystkie skręcały w lewo, zamiast zatrzymać się pod Karczmą, jak my. Widać wiedzieli, że przed startem można bliżej zaparkować. Ja się bałam tam zapuszczać, zwłaszcza że widać było jak wjeżdżali w wielkie kałuże.

W końcu wypadało opuścić auto i udać się na miejsce startu. Na szczęście przestało padać, ale i tak miałam wątpliwości, czy zabierać Fraszkę na te błota. Ale w końcu po to ją zabrałam. Wygramoliłyśmy się z auta. Założyłam sobie pas, a jej szelki oraz świecącą obróżkę z dzwonkiem. Niech będzie oznaczona, to jej nie stratują może. Z tego wszystkiego nie zabrałam kodów do skanowania, ale na szczęście do auta było blisko, więc szybko po nie wróciłam.

Strefa startu lekko oświetlona, ale i tak niewiele było słychać. Każdy dostał świecącą bransoletkę, która potem pomogła w biegu, bo dzięki tym „świetlikom” przede mną widziałam, dokąd biec. Chociaż i tak zabłądziłam… Ale o tym za chwilę. 

Dużo komunikatów przed startem, których oczywiście nikt nie słyszał, bo Fraszka szczekała niemiłosiernie. Jakiś inny pies dzielnie jej wtórował w oddali. Chyba nie biegł, ale nie wiem, nie widziałam. Słyszałam tylko (i to wyraźnie), jak kilka osób powtarzało „z pieskami z tyłu”. Ona raczej do przodu chciała niż do tyłu. Padło kilka informacji o kałużach, które i tak nie sprawiły, że woda zniknęła, i ruszyliśmy. Ja z Fraszką bardzo spokojnie, omijając kałuże. Tzn. ja omijałam, ona zaliczała wszystkie, które zdołała. I tak spokojnie biegłyśmy aż spotkałyśmy znajomego Blogera. Zapytałam, czy to on, a on w swoim stylu: „Jestem przy tobie”. Długo nie był, bo nas wyprzedził. Ale dzięki temu miałyśmy od niego informację o kałużach i gałęziach leżących po drodze. Kiedy zaczęła się ścieżka rowerowa, to my go dogoniłyśmy. Tam nie było kałuż, więc przyspieszyłyśmy. Jak Garmin pokazał, do 4.38 nawet. Dlatego wyprzedziłyśmy jeszcze kilka innych osób. Jedna z nich zawołała, żeby nie oszukiwać. Aha, znowu komuś pies przeszkadza, pomyślałam i głośno nic nie odpowiedziałam. Na mecie, kiedy zobaczyłam swój czas, uśmiechnęłam się, porównując z porannym z Cytadeli. Bo sama jakoś dużo szybciej pobiegłam, bez oszustwa… Ostatnie kilometry już wolniej, bo znowu w lesie, po ominięciu jednej wielkiej kałuży i przebiegnięciu przez sam środek drugiej, załatwieniu potrzeby przez Fraszkę (na Cytadeli jakoś wie, żeby w czasie biegu nie robić, ale na innej trasie, to już gorzej) dobiegłyśmy do świecącego punktu i dalej prosto. I tak przez jakieś 150m aż mi Garmin nie zawibrował, że to już 5km. Podejrzane wcześniej też było, że nie widziałam już punktów migocących przede mną. Zawróciłam, zapytałam kogoś po drodze, gdzie meta. No i okazało się, że tam była strzałka wskazująca, żeby zawrócić. Aha… no to dobiegłyśmy znów spokojnie. Wyszło więcej o 300m, ale chyba nie tylko mi… Pewnie w tym czasie kilka osób nas wyprzedziło. Ale dzięki temu odebrałam token z numerem 30, czyli miejsce takie samo, jak rano w Poznaniu. Czas znacznie gorszy, bo ponad 27 minut. Ale jak wspominałam, nie o wynik chodziło.

Po skanowaniu poszłam się szybko przebrać. Niestety w tym czasie ominęło mnie pobiegowe zdjęcie. Ktoś robił też zdjęcia przy wbieganiu na mecie, więc może na którymś będę, chociaż ciemno, to nie wiadomo, jak wyszły. 



Pomimo podeszczowego terenu, szybko udało się rozpalić ognisko, które płonęło już, kiedy wróciłam z auta. Oprócz kiełbasek i dodatków był też tort oraz ciasto. No i oczywiście woda. Na początku chciałam zrezygnować  z tego kiełbaskowania, ale w końcu się zdecydowałam. No i potem mi to chyba kolkami wyszło na niedzielnym wybieganiu…

Podsumowując, podziwiam zaangażowanie. Szkoda, że taka mała frekwencja, bo tylko 50 osób i to jeszcze ponad 10 z Poznania. Pewnie przy innej pogodzie było inaczej. Ale i tak trochę niebezpiecznie i ciemno, moim zdaniem. Może uczestnicy Parkrun Leszno znają trasę, więc dla nich to nie problem, ale jak dla mnie, to można było lepiej ją oznaczyć (oświetlić?) albo jednak zorganizować bieg np. o 18.00, kiedy jeszcze jasno. Ognisko mogło być po zmroku. Tyle, że w przypadku wczorajszej burzy, to o 18.00 nic by nie było…




Warto wziąć przykład z pomysłu i zorganizować takie świętowanie u nas w Poznaniu. Wcale nie musi być wieczorem. Zresztą parę spotkań z cyklu „Śniadanie po Parkrunie” już było. Tyle, że może bardziej w kuluarach, ale jakby wcześniej nagłośnić, to może więcej osób się zjawi. Bo tak normalnie, to każdy ciągle gdzieś się spieszy…



Późno w nocy wróciłam. Współbiegacz śmiał się ze mnie, kiedy po 20km jazdy zapytałam: „Czy ja zabrałam mojego psa?”. To już potem na widok znaku: Poznań 53km nie przyznałam, że moją pierwszą myślą było: „O matko, to ja za miesiąc będę musiała prawie tyle przebiec”. 

Fraszka dojechała z jakimś wymiętym ogonem. Zastanawiałam się, dlaczego. Wszystko wyjaśnione na blogu Biegacza Amatora, który niby naszego ogona się trzymał, a trzymał się ogona Fraszki…

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa