piątek, 31 lipca 2015

"Mamo co to jest stratata?", czyli o biegach dziecięcych i klanach biegaczy

Wpis mógłby być o City Trail, w którym wczoraj brałam udział. Ale nie miałam w planach szczegółowo tego wydarzenia opisywać, a poza tym, jak się biegnie zaraz po badaniach, podczas których kilku lekarzy bada i nie wiadomo, co jest, oprócz tego, że coś jest, bo boli... Może zresztą wcale nie boli, tylko już ten etap biegowy (nie napiszę, że ten wiek, bo chyba jeszcze nie), że się budzę z lękiem, że coś będzie bolało, no to boli. Na życzenie. Werdykt taki, że na razie nie wiadomo. Jeśli nie wiadomo, to chyba nic poważnego, bo jakby poważne było, to od razu coś by wyszło. A mój wniosek na to, że biegnę. Zresztą lekarz nie zabronił. Zapisał tylko kolejny zestaw leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych, który ostatnio gromadzę w szafkowej szufladzie, jak w aptece. 

Szybka akcja dojazdowa zaraz po wyjściu z gabinetu lekarskiego. Dobrze, że wcześniej miałam nadzieję, że jednak dam radę wystartować i przygotowałam jakieś rzeczy biegowe. Nie musiałabym się tak bardzo spieszyć, gdyby nie to, że pierwszy raz zabrałam ze sobą zawodniczkę, która biegła w biegu dziecięcym i to w najmłodszej kategorii, więc start był najwcześniej. Dojechałyśmy bez problemu i na czas,  a nawet przed czas, bo biuro zawodów dopiero "się składało", ale na szczęście bez problemu udało nam się je znaleźć. Odebrałyśmy pakiety startowe: "Mamo, a co to jest pakiet?". W oczekiwaniu na zawody, spotkałam kilku znajomych biegaczy, którzy również przyprowadzili zawodników w kategorii junior. Porozmawialiśmy trochę o doświadczeniu sportowym tych małych biegaczy.


 Znajomy się żalił, że syn przybiegł ostatnio na trzecim miejscu od końca, ale się nie poddają. Syn innego znajomego biegacza zgarnął puchar za drugie miejsce, więc cierpliwie oczekiwał z tatą na wręczenie nagród. "A co, jeśli nie będzie pucharu?" - pyta tata. Ja na to, że może będzie coś fajniejszego niż puchar. Na to otrzymałam kategoryczną odpowiedź, że w tym wypadku chodzi o to, żeby jednak puchar był. Aha... Na szczęście moja mała zawodniczka jeszcze w kategorii bezpucharowej, więc tylko cały dzień przeżywała, że wygra pierwszy medal. No i wygrała. Ufff... Przy okazji dowiedziała się paru rzeczy o biegach dorosłych. Bo podczas rozmów z innymi biegaczami, grzecznie stała i się przysłuchiwała. A potem: "Mamo, co to jest stratata?". Hmmm... chyba strategia. Wyjaśniliśmy dziecku, że to jest jak sobie zaplanuje, czy najpierw pobiegnie szybko, czy najpierw wolno, a później przyspieszy... No i ona na to: "To ja sobie szybko pobiegnę". No i pobiegła. Potem została, dorosłym kibicowała i wytrzymała aż do dekoracji. Ponieważ nigdy wcześniej nie miałam powodu, żeby uczestniczyć w biegach dziecięcych, nie wiedziałam, że teraz takie rodzinne bieganie. Wcześniej mówiono o sektach biegowych, a teraz już klany, bo jak ojciec coś wygrał, to i syn albo córka... No i taka to rodzinna tradycja biegowa...

wtorek, 28 lipca 2015

"Uczę się latać", czyli dziennik Fraszki - tydzień I

Dzień I

Dziś Pancia przyjechała do domu z czymś pomarańczowym. Nie nadaje się do jedzenia ani do szarpania. Do gryzienia w zasadzie może być, chociaż w zasadzie nie wiem, bo szybko schowała. 

"Czemu ta miska jest pusta?"
"A może to gryzak?".
"Nudzi mi się".

Dzień II

Pancia zabrała to pomarańczowe, na które mówi "dysk" i poszłyśmy na dwór. Myślałam, że to jakiś kapelusz, znaczy kolejny element stroju biegowego i że idziemy w teren. Ale zostałyśmy na podwórku. Pancia dała mi ten dysk, to sobie pogryzłam trochę.


"Zajęta jestem, poczekaj".


"I co mam z tym zrobić?"


"No dobra - daj".



Dzień III

Znowu wychodzimy z dyskiem. Nie wiem za bardzo o co chodzi, ale znowu dostałam smaczki, więc mi się podoba.


"Trzymam i co dalej?"


Dzień IV

Pancia chyba myśli, że ja będę latać za tym dyskiem. Poskakałam trochę, bo jak w podskoku ugryzę dyska, to Pancia się cieszy. Może jakiś nowy sposób gryzienia?



Dzień V

Chyba jednak nie o to chodzi, bo za samo skakanie nie dostaję smaczków. Ale trochę się szarpiemy z tym dyskiem. Fajnie, bo ja lubię szarpanie. 


"Szarpanie to ja lubię"


Dzień VI

Znowu to samo. Ale nie chciało mi się dzisiaj, to zabrałam Panci dyska i poszłam pobiegać. Myślałam, że jej się to spodoba. W końcu często razem biegamy.

"Goń mnie!"

Dzień VII

Pancia chyba chce, żebym ja jej przynosiła tego dyska. 

"Mam oddać? Naprawdę"



niedziela, 26 lipca 2015

Na życzenie: o długich wybieganiach

Na życzenie, dzisiaj będzie trochę o teorii długich wybiegań. Na początku może definicja: 
Długi trening oparty na samym bieganiu nazywają biegacze wybieganiem: „Wspólne treningi z partnerem, przygotowania do maratonów czy zwyczajnych wybiegań – takie pasje łączą i są kapitalnym sposobem na spędzanie wolnego czasu we dwoje” [treningbiegacza.pl] albo długim wybieganiem: „Długie wybiegania powinnam robić w 5:53 - 6:30 min/km, tempo w 5:04-5:17 min/km, itd.” [polskabiega.sport.pl], a czasem wybieganiem wolnym: „W niedziele robię wolne wybieganie w tym 4x10 sek. przebieżki” [wszystkoobieganiu.com.pl]. Wybieganie, długie wybieganie oraz wolne wybieganie oznaczają ‘długi bieg o niskiej intensywności, trwający zwykle 1,5-2,5 godz., mający zwiększyć liczbę kilometrów pokonywanych przez biegacza w ciągu tygodnia’.  Wybieganie buduje wytrzymałość.Jeden z ważniejszych elementów treningu tygodniowego, szczególnie dla osób, które przygotowują się do startu w maratonie. 

I o co chodzi albo biega z tymi wybieganiami? Skoro jedni robią w tempie 5:04-5:17 a inni 5:53-6:30 (patrz: przykłady). W książce pt. "Mój pierwszy maraton", czyli jak wskazuje tytuł, jest ona skierowana do osób  początkujących na tym dystansie, a treść dodatkowo pokazuje, że dla początkujących w ogóle, Tim Rogers pisze, że długie wybiegania to test tygodniowych postępów i to one są podstawą sukcesu w maratonie. Nic na temat tempa,  a jedynie informacja: "Idealnie będzie, kiedy dasz radę przebiec co najmniej 32 kilometry  co najmniej dwa, a najlepiej trzy tygodnie przed maratonem". Później nie można, ponieważ potem następuje tzw. faza wyciszenia, która rozpoczyna się 10 dni przed maratonem i najdłuższy bieg powinien trwać 30-40 minut.

Paula Radcliffe, która w swej książce "Sztuka biegania" przygotowała kilka planów treningowych, też nie wspomina o tempie. Nawet nie pisze tam o czasie długich wybiegań. Wszystkie inne treningi określone są czasowo, a długi bieg w km "z powodu indywidualnych różnic między biegaczami". Trudno stwierdzić, jakie to dokładnie różnice, bo plany oznaczone są tylko jako: dla "nowych średnio zaawansowanych" oraz dla "doświadczonych średnio zaawansowanych". Pierwszy zakłada długie wybieganie cztery  i trzy tygodnie przed zawodami - odpowiednio: 32-34km i 29km, a drugi przewiduje takich rzeczywiście długich wybiegań więcej: osiem tygodni przed startem - 32km, siedem tygodni przed startem - 35,5km, sześć i pięć tygodni przed startem - 29km, cztery tygodnie przed startem - 32km,  trzy tygodnie przed startem - 29km. Dwa tygodnie przed zawodami zmniejszanie dystansu - 24km, a tydzień przed - 16km.  

Opisane powyżej plany zamieszczono w książkach, może dlatego są tak bardzo ogólne. Ostatnio pojawia się dużo więcej bardziej konkretnych programów treningowych, tzn. takich, które przygotowują na określony czas i dzięki temu zawierają tempo, w jakim należy wykonywać długie wybiegania. 

Na przykład dzisiaj otrzymałam informację o planie przygotowanym "pod" Maraton w Krakowie. Można powiedzieć, że zawiera on mało wybiegań sensu stricto, a więcej innych biegów. Zwróciłam uwagę na tempo. Przykładowo w planie na 3.30 tempo startowe to mniej więcej 5:00. W treningach zakładane są długie biegi w tempie: 5:20, 5:30 a czasem nawet 5:40. Poza tym jedno dłuższe wybieganie, czyli 30km. Inne maksymalnie 20km. Ale to jest plan opracowany na 42 tygodnie regularnego trenowania 4 razy w tygodniu. Nie wiem, który biegacz amator tak się przygotowuje...

W magazynie "Bieganie" mogliśmy przeczytać:
"Oczywiście maratończyk musi też odbywać treningi w tempie docelowym (startowym), ale takie zajęcia mogą być częścią długiego wybiegania jako jego element (choć mogą być też osobnym treningiem). Ale takie zajęcia wymagają najpierw odpowiedniej bazy tlenowej.  Wielu amatorów spędziło zbyt dużo czasu, biegając o 10-15 sekund na minutę wolniej (albo szybciej!) od docelowej prędkości startowej. A długie wybiegania powinny odbywać się w tempie o minutę wolniejszym od prędkości startowej".

Warszawski Biegacz (WarszawskiBiegacz.pl) twierdzi, że w ogóle nie ma sensu biegać więcej niż 25km, bo "liczy się jakość a nie ilość", więc nie ma sensu "klepać kilometrów". 

Żeby kilometrów nie było za dużo, to na przykład na stronie trener-biegania.pl podana jest zalecana maksymalna objętość w cyklu treningowym. I tak do maratonu to będzie:
- dla biegacza początkującego - 40-60km
- dla biegacza średnio zaawansowanego - 60-85km
- dla biegacza zaawansowanego - 90-120km

No i na koniec najbardziej kontrowersyjna ostatnio sprawa, czyli tętno:

"Ci, którzy pracują z monitorami pracy serca, strefa docelowa powinna być między 65-75% własnego maksymalnego tętna (HR max) – to takie uśrednione popularne wartości".(trener-biegania.pl).

 I komentarz pochodzący z tego samego źródła:

"Jednak w mojej ocenie wartości tętna w poszczególnych strefach intensywności to bardzo indywidualny czynnik, często zmieniający się w zależności od okresu treningu. Szybkość truchtu zależy też od stopnia wytrenowania. Wyczynowcy potrafią pokonać ponad 20 kilometrowe rozbiegania z prędkością średnią poniżej 4:00 min/km (także niektóre kobiety!). Dla wszystkich powinien jednak być to bieg w swobodnym, komfortowym tempie. Podczas biegu powinieneś móc spokojnie prowadzić rozmowę z innym biegaczem. Jeśli dostajesz zadyszki – zwolnij. Jeśli samopoczucie masz dobre, możesz biec trochę szybciej niż zwykle, jeśli jesteś ociężały zwolnij. Niech twoje ciało Ci powie jak szybko danego dnia może biec".

No i tyle. Myślę, że na razie wystarczy. Teorii na ten temat do analizowania mnóstwo: mniej i bardziej fachowych.

sobota, 25 lipca 2015

Dostałam drzewko, czyli biegów podsumowanie w sezonie 2014/2015 w Parkrunie

Rozpoczynam od podziękowań. Bo jak się w pisaniu rozkręcę, to jeszcze zapomnę. Zwłaszcza, że dziś na mnie parę osób zrzuciło ten przyjemny obowiązek (och, jakiś oksymoron), żeby opisać dzisiejszy Parkrun. Ja tak nie umiem. Ja po swojemu oczywiście. Ale miały być podziękowania. No to za wszystko dziękuję. Przede wszystkim tym osobom, które mój wczorajszy wpis zachęcił do udziału w dzisiejszym biegu. A przynajmniej tak mówiły. Dzisiaj jak podczas odebrania Oskara: dziękuję mamie, dziękuję tacie... albo raczej jak po odebraniu kryształowej kuli przez Adama Małysza, bo tak mi się to bardziej kojarzy. To musiałoby być: dziękuję Trenerowi. :) A poza tym dziękuję Wszystkim życzliwym, którzy mnie wspierali, a dziś gratulowali i już martwili się, że mi konkurencja na przyszły sezon rośnie. A ja na przyszły sezon się "nie spinam", tzn. nie mam już "parcia" na zbieranie punktów parkrunowych w Poznaniu. Tak, jak wspominałam, rozpoczęłam podróże po innych lokalizacjach. Za tydzień Kraków, potem Toruń. No i tak do końca sierpnia chyba. 
No i tak zaczęłam od końca, a nie napisałam nic o samym biegu. I za koszulkę zapomniałam podziękować. A właściwie za koszulki dwie. :)



Dzisiejszy bieg miał być wyjątkowy. Raczej nie ze względu na szybkość, chociaż nastawiałam się trochę, żeby w końcu lepiej pobiec. Treningi wskazują, że jest dobrze. Wizyta u lekarza sportowego też potwierdza, że nic złego się nie dzieje. W takim razie nie ma co się obijać, tylko trzeba biegać. Gorzej z pogodą trochę, bo już ok. 6.00 termometr pokazywał 21 stopni. Ja się ostatnio trochę bardziej przyzwyczaiłam do wysokich temperatur, ale Fraszka niekoniecznie. No ale ona odpoczywała, kiedy ja biegałam w Gdyni i Wrocławiu. Powinna pognać ze świeżością. Tymczasem wcale jej się wstać nie chciało, nawet na śniadanie. Jak już się zwlokła z legowiska, to na dwór wyjść nie chciała. Jak już wyszła, to od razu wróciła. I takie dzisiaj z nią zamieszanie. O tym, że innych potrzeb przed startem załatwić nie chciała, to już nie wspomnę. Dotarłyśmy zatem dosyć późno. Znajomych mnóstwo. Jak kiedyś ktoś zauważył - tylu, że nie ma czasu z wszystkim porozmawiać. Nawet mało czasu, żeby się przywitać. A niektórzy dopiero w wynikach dostrzegają, że ktoś się zjawił i pobiegł nawet. 



Fraszka chwilę przed startem nawet spokojna była. Potem tradycyjnie się rozszczekała. Ruszyłyśmy z opóźnieniem lekkim, bo nie mogłyśmy przebić się przez tłum. Potem dosyć szybko pierwszy kilometr. Usłyszałam po drodze: "Dzisiaj z psem, to będziesz z przodu". A ja raczej myślałam, po jakim czasie Fraszka się zmęczy. Drugi kilometr już wolniejszy. A potem najgorsze - kałuża. Jak jest kałuża, to trzeba się napić, a jak już pani pozwoli się napić, to trzeba w kałużę wleźć. A jak już wlazłam, to po co wyłazić? Taka Fraszkowa filozofia. Musiałam ją więc wyciągać. Potem dogonił nas znajomy biegacz, który - jak się później okazało - też miał dziś bieg nr 50, więc zapytał, czy biegniemy razem. No i nas pociągnął tak, że przyspieszyłyśmy w końcówce. Na Fraszkę przyspieszające komendy bardzo dobrze działają. Tylko, że ja nie mam już siły ich wydawać, także bardzo dobrze, że był ktoś jeszcze. No i tak razem dobiegliśmy: DWIE 50 i jedna 25. Garmin pokazał czas 22.36. Czyli jak na dzisiejsze warunki bardzo dobrze. I oczywiście bardzo dziękujemy za wspólny bieg. A na mecie wspólna konsumpcja: moich babeczek i jego ciasta. A dla Fraszki pasztet z wołowiną i brzoskwinią. I oczywiście duuużo wody. :)



Potem odpoczynek i czas oczekiwania aż inni dobiegną. Miło wcześniej dobiec, potem można się jeszcze trochę ponudzić. A dziś na 100 osób miejsce 35. Kobieta nr 2. Znowu 2. Bez komentarza...

Na podsumowanie czekałam już na schodach, z których nie miałam zamiaru się ruszać. Ale jednak się ruszyłam, żeby odebrać puchar i nagrodę za cały sezon. 



Teraz świętujemy. Fraszka na leżąco, a ja - na razie - na siedząco. :) Nie ma czasu na świętowanie, bo jutro pora na długie wybieganie. A padła propozycja, żebym coś napisała ogólnie o długich wybieganiach, więc będę musiała się przygotować.



Zakończę też podziękowaniami: za zdjęcia dziękuję i wolontariuszom parkrunowym też dziękuję. A poza tym pozostałym Zwycięzcom gratuluję. I tym starszym, i tym młodszym, czyli R. wie, komu. :)


No i świętujemy:



piątek, 24 lipca 2015

Parkrun nr 50 i Parkrun nr 25

Miałam tu nie pisać dzisiaj, bo jakoś tak po przeczytaniu kilku innych blogów biegowych, zaczęłam się zastanawiać nad tym, co tu zamieszczam i co zamieszczać. Wydawało mi się, że żadnego ważnego powodu nie ma, żeby pisać, ale przecież jest! Widać to na stronie Parkrunu:


49 biegów oznacza, że kolejny będzie... 50. Wprawdzie dużo osób ma już 50 i więcej, a niektórzy nawet 100 i więcej, ale ja liczę swoje. No i Fraszki... :) A tak się złożyło, że przez moje parkrunowe wycieczki bez Fraszki, jeśli teraz pobiegniemy razem w Poznaniu (a gdzie jeśli nie na Cytadeli pobiec po raz 50?) to ja będę miała 50 bieg, a ona 25. U niej niestety nie tak łatwo było to sprawdzić, więc musiałam policzyć i potwierdzić, kiedy byłam z nią, a kiedy biegłam sama. Ktoś już kiedyś sugerował, że Fraszka powinna mieć swoje kody. Dzisiaj taka propozycja się powtórzyła. Ale nie my od tego jesteśmy, żeby decydować. W Anglii chyba jakiś piesek dostał chustę z "100", ale przecież też nikt oficjalnie mu punktów nie liczył. A przeze mnie też Fraszka by ucierpiała, bo bym ją często spowalniała. No odwrotnie może czasem też, ale to ja się decyduję na bieganie z nią, więc nie mam pretensji, kiedy czasem muszę ją pociągnąć. Zwłaszcza, że zwykle jest odwrotnie. 



Jutro od rana ma być 19 stopni i deszcz, więc pewnie nie poszalejemy. Ale nie czas teraz na rekordy. Generalnie to jest teraz czas na przygotowania. A jak pomyślę, że przede mną maraton, a wcześniej jeszcze dłuższy dystans <sic> to od razu mam większą motywację do biegania. Ale nie o tym miał być ten wpis. Wpis ma być podsumowujący, bo ja bardzo lubię analizować, o czym pisałam niedawno. A ponieważ żadnego podsumowania mojego rocznego biegania w Parkrunie nie było, to trzeba napisać teraz. Chociaż to się w sumie trochę łączy. 


Pierwszy raz zjawiłam się na Cytadeli, aby pobiec w Parkrunie 5 lipca 2014 roku. Bieg ukończyłam z czasem 27min 37s, o jak mi wtedy było ciężko! Potem trzymałam poziom, chociaż jaki to poziom? No dobra, trochę lepszy niż w pierwszej piątce, w której pobiegłam z czasem 33.51. Wprawdzie to było 5 lat wcześniej, ale od tamtego czasu w żadnych zawodach na 5km nie startowałam. Jak to na początku, zdarzyły mi się cztery życiówki z rzędu w Parkrunie. Wynik 25.27 z sierpnia, udało mi się pobić dopiero w listopadzie. I to dziwne bardzo, bo przecież jesienią generalnie chłodniej. Chociaż  w zeszłym roku dosyć prażyło. Poza tym parę półmaratonów po drodze, co nie sprzyjało zwiększaniu prędkości na 5km. Rekord pobity dopiero z Fraszką. I to przy okazji jej drugiego biegu! Pierwszy w jej wykonaniu zwiadowczy i niemal w sztafecie, chociaż przez to przebiegła chyba z 7km, a nie 5. Ukończyła ze mną z czasem 27.23, czyli lepszym niż mój indywidualny debiut. Potem "na wspomaganiu" było już tylko lepiej. I zaczęły się zimowe życiówki. I w końcu też moja "bezfraszkowa" - 21.49. No, a z Fraszką 20.24. A ostatnio w Poznaniu  (4 lipca) zaliczyłyśmy nasz najgorszy wynik - 28.53. I to przy okazji Dnia Psa. Taki wstyd, haha. To i tak za szybko było, bo Fraszka miała szybko pobiec następnego dnia. No i na szczęście pobiegła. Pora przyspieszyć też w Parkrunie. Może jutro jednak się uda. Dzisiaj Fraszka od rana się wyleguje, znaczy zbiera siły. 



Przy okazji jeszcze raz dziękuję Osobie, która namówiła mnie, żebym w końcu się pojawiła na Parkrunie. Wydrukowane kody czekały od maja, a ja dotarłam dopiero w lipcu... No i cieszę się, że mogłam poznać tylu wspaniałych biegaczy. Nie wiem, jak to będzie wyglądało w tym sezonie. Na razie będę się w Poznaniu trochę rzadziej pojawiać, bo w planach zwiedzanie kolejnych lokalizacji.


Wszystkich, którzy nie uznają mnie za nienormalną z powodu biegania z psem, zapraszam na mały poczęstunek z tej okazji. Jeśli oczywiście pogoda pozwoli na konsumpcję na świeżym powietrzu. :)

środa, 22 lipca 2015

O biegowym blogowaniu

Kiedy zaczynałam pisać ten blog nie miałam pojęcia, że "konkurencja" w tej dziedzinie jest tak wielka. W sumie mogłam się domyślić, bo przecież biegaczy coraz więcej, to i blogów na ten temat powinno też przybywać. 
Zanim ja zaczęłam pisać i nim jeszcze się na dobre rozbiegałam, poznałam tylko jeden blog biegowy, dzięki któremu załapałam się na wspólny wyjazd na półmaraton, a potem rozpoczęłam przygodę z bieganiem w Parkrunie. Ale to jest inna historia. Kiedyś już wspominana, a pewnie jeszcze będzie przywoływana, bo ostatnio u mnie tak bardzo analitycznie-wspomnieniowo.
Jak pisałam jakiś czas temu, dla zupełnie innych celów, rozpoczęłam analizę blogów biegowych. I tak pomyślałam, żeby tego nie wykorzystać i dokonać jakiegoś przeglądu, oczywiście bardzo subiektywnego, tych blogów, napisać recenzję, zarekomendować albo coś. Niestety blogów tak wiele, że trudno to uczynić. Ja na szczęście, kiedy szukałam wpisów o tematyce biegowej, na początku trafiłam na blog:


którego autor sam przygotował listę najlepszych - jego zdaniem - blogów biegowych. Na liście znajdują się 42 blogi (ciekawe, dlaczego). A to przecież nie wszystkie... Poczytałam na razie ponad 20. I to oczywiście wybiórczo. Dlatego na razie sama takiej listy "the best of" nie będę tworzyć. Napiszę o ogólnych wrażeniach i kilku blogach, a raczej autorach, którzy mnie szczególnie zainteresowali/zaintrygowali. Wszystko zależy oczywiście od osoby, która pisze. Mało blogerów biegowych zamieszcza nowy post codziennie. To są raczej starannie przygotowane, wzbogacone zdjęciami, rozbudowane wpisy. Najczęściej dotyczą ważniejszych treningów, a przede wszystkim zawodów. Chociaż wśród postów zdarzają się też ogólne refleksje. Z przeczytanych ostatnio postów, bardzo bliski jest mi tekst zamieszczony na blogu Warszawskiego Biegacza


zatytułowany: "Wcale nie jesteś zwycięzcą". Bardzo podoba mi się to zauważenie, że samo przebiegnięcie maratonu (czy w ogóle ukończenie go) nie czyni z nikogo bohatera. To, że ktoś na trasie zmagał się z bólem, to nie żadne osiągnięcie, a raczej wynik złego przygotowania. 
Ja tam może piszę, bo sama w maratonie nie miałam takich momentów. Co jakiś czas jeszcze ktoś zapyta o to, czy mnie bolało, czy było ciężko, kiedy miałam kryzys. Coś w rodzaju kryzysu miałam, i o tym pisałam. Ale to nie był jakiś konkretny ból, tylko chwilowe załamanie. Bóle, obtarcia i kolki przećwiczyłam podczas półmaratonu dwa tygodnie wcześniej. I to można uznać za przygotowanie, przetestowanie, które pozwoliło mi uniknąć problemów podczas maratonów. Taka mądra jestem, bo miałam dobrego Doradcę. :) Ale widać jest ktoś, kto także się ze mną zgadza.

Dobrze jest poczytać te blogi, bo wszystkie są pozytywne i motywujące. Zaskoczyło mnie, że tyle kobiet pisze. Widać, że niektórzy piszą, żeby się pochwalić. Inni potrzebują jakiejś formy kontaktu. Pewne osoby chcą się podzielić dobrymi radami. Mnie ostatnio interesuje przede wszystkim dieta biegaczy, ale o tym napiszę obszerniej innym razem, kiedy przeanalizuję więcej blogów o jedzeniu. :)

wtorek, 21 lipca 2015

Przegląd najlepszych wyników w Parkrunie w Polsce 18 lipca 2015

No to już ostatni przegląd wyników:

Najlepsze wyniki w Parkrunie w Polsce 18 lipca 2015 – mężczyźni

1
Warszawa-Żoliborz
16.33
2
Poznań
16.36

Najlepsze wyniki w Parkrunie w Polsce 18 lipca – kobiety

1
Rumia
18.50
2
Gdańsk
19.04
3
Pruszków
20.24
4
Gdańsk
20.25
5
Chrzanów
20.40
6
Rumia
20.55
7
Kraków
21.04
8
Konstancin-Jeziorna
21.17
9
Poznań
21.48


poniedziałek, 20 lipca 2015

O kolejnym wybieganiu przed maratonem

Tym razem odrzuciłam pomysł wspólnego biegania z grupą przygotowującą do poznańskiego maratonu z kilku powodów. Pierwszy to ten, o którym pisałam tydzień temu, więc nie będę powtarzać. Poza tym dla mnie to jednak trochę daleko dojeżdżać specjalnie na trening, zwłaszcza nie wiedząc, jak będzie wyglądał. I piszę to ja, która jeżdżę sobie po Polsce, żeby pobiec 5km. Cóż... A tak poważnie, to jednak dużo czasu schodzi na te dojazdy, a więcej km jechać autem niż biec nie zawsze warto. No i najważniejszy powód - pogoda. Zapowiadało się upalnie, więc bałam się biec ponad 20km w pełnym słońcu. Dlatego po prostu o 6.00 rano wybiegłam z domu. Swoją trasą biegową. Nie ona taka moja ostatnio, bo dawno tędy nie biegałam. Tzn. biegałam, ale nie tak daleko. Miałam wstać jeszcze wcześniej i wybiec po 5.00, ale to się nie udało. Obudziłam się o 4.00, coś przekąsiłam i odczekałam do 6.00, żeby pobiec. Zaczęłam dobrze, ale oczywiście za szybko, bo 5.20 i kategorycznie narzuciłam sobie, żeby zwalniać to tempa 5.33. Chociaż zawsze lepiej ciut szybciej niż za wolno... Męczyłam się niezmiernie do końca siódmego kilometra. Widać, że to wyznaczone tempo, to jednak nie jest "moje tempo", bo na wybieganie musiałoby być wolniej, a jak chciałam przyspieszyć, to od razu za mocno. Zatem znów pilnowanie tempa. Na tętno rzucałam okiem tylko, bo 167-170, jak ostatnio. Tydzień temu tak biegłam, w miarę spokojnie i przebiegłam 19km, chociaż niektórzy mówią, że to za wysokie tętno. Dziś po siódmym kilometrze, zgodnie z planem, zjadłam żel. Oczywiście zwolniłam przy tym, więc spokojnie zaczęłam przyspieszać. No i przyspieszyć, przyspieszyłam, ale nagle tętno zaczęło spadać. Dopóki Garmin pokazywał 140, to było dobrze. Nawet tak jakoś mi się wydawało, że się lepiej czuję. Ale tętno spadało nadal, a ja jakoś dziwnie lekko przyspieszałam... Chociaż trochę się zaczęłam martwić, bo poleciało do 80. Nie wiedziałam, czy się zatrzymać, czy biec dalej... Na szczęście wtedy już wracałam, może dlatego przyspieszyłam, bo do domu biegłam. A telefonu oczywiście ze sobą nie miałam... Trochę ludzi z psami pojawiło się w lesie, to nie byłam sama. 


Dziwne rzeczy ten Garmin pokazywał. Oprócz tętna, tempo też jakoś dziwnie, tzn. zdecydowanie za szybko biegłam wg tego, co pokazał. Nie jestem przekonana co do poszczególnych kilometrów, bo trudno mi uwierzyć, żebym w końcówce tak bardzo przyspieszyła. No ale średni tempo musiał dobrze pokazać i ja też mogę policzyć, bo pamiętam mniej więcej, o której wybiegłam i sprawdzałam, kiedy dotarłam do domu. I wychodzi na to, że wiceżyciówkę dziś w półmaratonie bym zrobiła. Dziwi to przede wszystkim dlatego, że chociaż rano trochę chłodniej, to jednak o 6.00 już 17 stopni, a przed 8.00, kiedy wracałam, nawet 19. A ja przecież nie lubię takich temperatur... Trochę może trasa wyjaśnia. Niby większość drogi przez las, ale na początku trochę nieosłonionego asfaltu, a potem las, o którym pisałam w zeszłym roku, że ma chyba efekt sauny. Drugi jest zdecydowanie przyjemniejszy. Pewnie dlatego na początku się tak bardzo zmęczyłam. A dlaczego na końcu już nie? Bo to koniec był i spieszyło mi się do domu. :)

Przez to pilnowanie tempa i tętna (których i tak nie upilnowałam ;)) z samego treningu pamiętam tylko zapach rumianku...

niedziela, 19 lipca 2015

Turystyka parkrunowa - Wrocław

Kontynuując podróże po różnych lokalizacjach Parkrunu, w zeszłą sobotę wybrałam się do Wrocławia. W planach miałam Gdańsk, ale ponieważ w zeszłym tygodniu odwiedziłam Gdynię, postanowiłam trochę zmienić kierunek. I myślę, że wyszło to na dobre i mnie i Wrocławiowi, który bardzo zyskał w moich oczach. Chyba już zapomniałam jakie to piękne miasto.
A Fraszka zapomniała, co to Parkrun i brykanie po Cytadeli, tak dawno jej tam nie zabierałam. Wczoraj za to wyciągnęłam z legowiska już po 3.00, bo sama musiałam się zbierać do wyjścia. Chociaż Cytadela dla mnie wcale nie jest blisko, to jednak znacznie bliżej niż inne lokalizacje i trzeba się rano zastanowić (albo raczej w środku nocy): po co ja tam jadę? Zwłaszcza, że ja nigdzie nie lubię jeździć, kiedy trzeba tak wcześnie wstawać. Ale dospałam w pociągu. Pospałabym pewnie i dłużej, ale już przed 7.00 dotarłam na dworzec we Wrocławiu. Ponad dwie godziny do startu! W planach miałam małe śniadanie i spacer do miejsca, gdzie odbywa się Parkrun. Ale jakoś tak mi długo na tym dworcu zeszło, że postanowiłam jednak pojechać komunikacją miejską. O przygodach kolejowych w Gdyni i Gdańsku mogłabym napisać osobny post i to na innym blogu, bo tutaj staram się trzymać tematów określonych. A o tym, co się pisze na blogach biegowych, to też mam zamiar wkrótce post zamieścić, bo przymierzam się do małej analizy. O tym kiedy indziej, bo za bardzo odeszłam od tematu. 
We Wrocławiu nie obyło się bez przygód. O tej wspomnę, bo choć nie jest ściśle związana z bieganiem, to jednak z moim udziałem w zawodach. Autobus mnie wywiózł prawie na drugi koniec miasta, bo na wyświetlaczu pojawiały się inne nazwy przystanków niż w rzeczywistości. No i całe szczęście, że miałam ten zapas czasowy, który jednak zaczął szybko topnieć. Wprawdzie o 8.30 dotarłam już na miejsce, z którego to podobno 50m do linii startu. Jak 50m to powinno być widać, a tu nic. Głucho i...zielono. Czyli pewnie tu, ale nie wiadomo, w którą stronę. Ja się często gubię, więc nic dziwnego. Nijak na podstawie opisu na stronie miejsca startu znaleźć nie mogłam. Po kręceniu się w kółko, bo przecież 50m, to nie może być daleko, dorwałam jakiegoś biegacza, który zatrzymał się z uśmiechem. Na pytanie, czy wie, gdzie tutaj jest Parkrun, zapytał mnie uprzejmie: "A co to jest?" No to powiedziałam mu grzecznie, że bieg na 5km, który odbywa się zawsze w soboty. A on na to: "A to nie wiedziałem, że coś takiego tu jest, muszę sprawdzić w internecie. Dziękuję, że mi pani powiedziała". I pobiegł dalej...
A ja jeszcze raz spojrzałam na mapę trasy i poszłam. Zobaczyłam flagi parkrunowe i sponsorowe. Uff... Była 8.43. Na stronie widniała informacja, że o 8.45 zaczyna się wspólna rozgrzewka, ale nic takiego nie było. 
Wcześniej, jak nie mogłam znaleźć tej trasy, przypomniałam sobie, że tydzień temu jeden biegacz mówił mi, że była zmiana i może dlatego trudno trafić. Kiedy znalazłam, przestałam się zastanawiać. Bo przecież musiałam jeszcze się przebrać i rozgrzać. 
W sumie nie musiałam się aż tak spieszyć (i denerwować), ponieważ "odprawa" trwała równie długo, jak ta, co w Gdyni. Zresztą można było gadać. Grupa kameralna, niecałe 40 osób i żaden pies nie ujadał... Koordynator pytał więc, kto jest z innych lokalizacji, dopytywał, z jakich, dalej pytał, kto pierwszy raz, tłumaczył zasady tokenowania i opisał przebieg trasy.
W końcu wystartowaliśmy. 

Nie miałam pojęcia, jak pobiegnę, bo trasa nieznana, a do tego upał niemiłosierny. Wystartowałam dosyć szybko, bo w tempie 4.00 i nawet dobrze mi się biegło, ale bardzo krótko. Potem zaczęli mnie wyprzedzać wszyscy szybcy mężczyźni i jedna kobieta też. Goniłam ją, jak zwyciężczynię sprzed tygodnia w Gdyni. I znowu mi się nie udało, chociaż tym razem byłam bliżej. 
Trasa prosta, szutrowa - 2,5km do szlabanu i z powrotem. Garmin znowu pokazał równo 5km, jak w Gdyni.  


Dobiegłam na siedemnastym miejscu jako druga kobieta. To 17 miejsce to trzecie w klasyfikacji najlepszych jakie zajęłam w Parkrunie. No, ale to na wyjeździe. Najlepsze też było poza Poznaniem. Podobno na wyjeździe się nie liczy.
Czytałam w piątek, że we Wrocławiu poszukiwano wolontariuszy, a właściwie jednego - do robienia zdjęć. No i bez problemu taka osoba się znalazła. Widać, że dużo osób jest w Parkrun bardzo zaangażowanych, chociaż biega nie tak dużo osób. Na wspólnym zdjęciu zostali tylko nieliczni. A było jeszcze podsumowanie, prawie tak długie jak wstęp.


 Po biegu tradycyjnie rozmawiałam z kilkoma biegaczami, którzy pytali mnie o trasę w Poznaniu i dziwili się: "Jak to Parkrun z podbiegami?" - "I do tego przy czołgach" - ja na to. Kilka osób zainteresowało się wielkopolskimi biegami przełajowymi, bo u nich podobno mało. 
Pomijając nerwy związane z tym, czy zdążę czy nie zdążę i czy w ogóle dotrę, skoro już przyjechałam, to wyjazd całkiem udany. I kolejna lokalizacja zaliczona. Mój wynik całkiem dobry, chociaż widziałam, że w Poznaniu panie bardziej poszalały z czasami. Ja w przyszłym tygodniu w końcu też na Cytadelę zawitam, bo jednak stęskniłam się...troszkę. I Fraszka też przyjdzie hałasu narobić, jeśli tylko nie będzie zbyt gorąco.

środa, 15 lipca 2015

Przegląd najlepszych wyników w Parkrunie w Polsce 11 lipca 2015



Najlepsze wyniki na Parkrunie w Polsce 11 lipca 2015 – mężczyźni

1
Warszawa-Żoliborz
16.12
2
Kraków
16.27
3
Warszawa-Praga
16.42
4
Warszawa-Praga
17.07
5
Warszawa-Praga
17.12
6
Warszawa-Praga
17.16
7
Łódź
17.20
8
Poznań
17.24

Najlepsze wyniki na Parkrunie w Polsce 11 lipca – kobiety

1
Warszawa-Praga
19.42
2
Gdańsk
20.11
3
Gdańsk
20.54
4
Gdańsk
21.04
5
Warszawa-Praga
21.15
6
Kraków
21.16
7
Warszawa-Praga
21.16
8
Warszawa-Ursynów
21.24
9
Pruszków
21.35
10
Kraków
21.42
11
Łódź
22.06
12
Łódź
22.07
13
Warszawa-Ursynów
22.11
14
Łódź
22.17
15
Łódź
22.18
16
Chrzanów
22.20
17
Gdynia
22.22
18
Gdańsk
22.27
19
Gdańsk
22.32
20
Bydgoszcz
22.32
21
Poznań
22.38

No i niestety zwyciężczyni z Gdyni wyprzedziła panią z Poznania…

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa