czwartek, 30 kwietnia 2015

O parkrunie, maratonie i kolejnych startach

Na początku krótka informacja dla osób, które wygrały konkurs i zamierzają odebrać nagrodę. Już niektórzy wyrazili chęć pobiegnięcia z Fraszką w najbliższą sobotę, dlatego powiadamiam, że Fraszka obecnie jest niedysponowana i na Cytadeli w ten weekend nie pobiegnie. Mam nadzieję, że później już będzie wszystko w porządku.

To jest częściowo odpowiedź na pytanie Julii. Tak, amory. Ale przez to ma skuteczniejsze sposoby, żeby wyrzucić mnie z łóżka. Wczoraj wprawdzie musiała ze mną długo walczyć, ale dzisiaj szybciej jej się udało sprawić, że się wygrzebałam, ubrałam i poszłam pobiegać. Wyszłam wcześniej, ale wcale nie biegało mi się lepiej. Dzisiaj było nawet gorzej niż wczoraj. Może dlatego, że chciałam więcej i szybciej. A maraton jednak uczy pokory. Najpierw trzeba się zregenerować, a dopiero potem myśleć o szybkim bieganiu i łamaniu 20 minut, chociaż prognozy podobno są dobre. :)
Co innego prognozy pogody na weekend majowy, chociaż chyba i tak będzie lepiej niż wcześniej przewidywano. I dobrze. Wprawdzie nabiegałam wczoraj i dziś, więc jutro zrobię sobie przerwę przed sobotą, ale... w ten weekend też trochę biegów zorganizowanych:

1 maja Kępiński Bieg Uliczny 10km
1 maja Bieg Papieski w Brzozie k. Bydgoszczy 15km
1 maja Ćwierćmaraton Muzyczny w Pile 10km
1 maja Bieg Unijny w Przeźmierowie 10km
1 maja Wągrowiecka Dycha 10km
2 maja maraton w Kołobrzegu
2 maja półmaraton w Sopocie
3 maja półmaraton w Jeleniej Górze
3 maja półmaraton w Trzemesznie

i dużo, dużo innych biegów krótszych, dłuższych, dalej czy bliżej... Zastanawiające, że tych biegów niby coraz więcej a opłaty, jak analizują niektórzy - coraz większe. Fakt, że wzrastają głównie opłaty na dużych imprezach. Nowe biegi czasem mają bardzo korzystną ofertę, jak np. Bieg Unijny w Przeźmierowie - 10km za 20zł, a w pakiecie ponoć jest koszulka. Jaka ta koszulka, to się okaże, ale jest. :) Ja w ten weekend oprócz parkrunu nigdzie nie biegam, więc pojadę pokibicować sobie i może - dla odmiany - pobawię się w fotografa biegowego. :)

Julio, kiedyż nastąpi to niedługo? Tzn. kiedy zjawisz się na Cytadeli? No i w ogóle w Poznaniu. Wszak też wygrałaś przebieg z Fraszką. :)

Miałam nie biegać przynajmniej dwa tygodnie po maratonie, a ja biegałam wczoraj i dzisiaj, jak jakaś uzależniona. A ludzie piszą do mnie np.:

ale Aga, czas nieziemski zrobiłaś, aż Tobie współczuje ;)

a ja już myślę o kolejnych startach...i najgorsze, że nie mogę się zdecydować...
Parę zawodów jest pewnych: 5km w Bydgoszczy 7 czerwca, 10km w Środzie Wlkp. 14 czerwca
i Bieg z Łapką (z Fraszką) 8 lipca.
Chciałabym też bardzo, chciała... wystartować ponownie w Pogoni za Wilkiem. Dostałam się tam jako VIP dwa lata temu i bardzo dobrze wspominam ten bieg. Ostatnio termin kolidował z moim wyjazdem, więc nie dotarłam. W tym roku data też niefortunna. Poza tym sobota, więc musiałabym się teleportować, żeby być na Pogoni i na parkrunie... Poszukuję też jakiegoś ciekawego półmaratonu na jesień. Najlepiej w mieście/okolicy, gdzie jeszcze nie biegałam.


Fraszka oczekująca na mój powrót z OWM


Cleo goszcząca mnie w Warszawie

środa, 29 kwietnia 2015

Analiza najlepszych wyników w parkrunie w Polsce 25 kwietnia oraz wyniki konkursu

Pisania nie koniec, chyba za bardzo się wkręciłam w biegową sektę. Muszę się wybrać na jakieś zawody. ;)
Dziś już byłam na pierwszym rozruchu po maratonie i jest całkiem dobrze. Dystans 5km, a tempo 6.35min - 1km, więc Fraszka robiła co drugi krok. Zresztą ona teraz rozmarzona, rozkojarzona i romantyczna....

Analiza parkrunu trochę spóźniona, ale jest:
Dopiero dzisiaj uświadomiłam sobie, że jak wcześniej tydzień w tydzień pojawiałam się na Cytadeli, tak w tym miesiącu opuściłam już dwa poznańskie parkruny. Niedobrze, bo jeszcze się przyzwyczaję. Żartuję oczywiście, bo już nie mogę doczekać się soboty. Mam nadzieję, że pomimo daty (2 maja) parkrun się odbędzie. Taka nie w temacie jestem po tym maratonie. W ogóle to miałam plany, żeby przestać pisać blog po maratonie. Na razie chyba nic z tych planów nie będzie. Aha, Trener w końcu pozwolił zrobić życiówkę w parkrunie. Już widzę tę życiówkę w tym tygodniu. Zwłaszcza, że Fraszka też niedysponowana...

Przy okazji Fraszki, wracam do konkursu z 24 kwietnia. Fraszka jest oczywiście na zdjęciu nr 8. 

 

Gratuluje wszystkim znajomości mojego psiaczka. :) :) :)
Tyle osób poprawnie odpowiedziało, że nagrodę można "odebrać" do końca sezonu. :)

Wracając do wyników, to w przypadku mężczyzn, Poznań nisko ze względu na nieobecność etatowego zwycięzcy spowodowaną jego udziałem w maratonie warszawskim. Wyniki w parkrunie warszawskim trochę słabsze niż zwykle. Pewnie też dużo osób startowało w OWM.

Najlepsze wyniki w parkrunie w Polsce 25 kwietnia 2015 - kobiety


1.
Gdańsk
18.56
2.
Gdynia
20.04
3.
Pruszków
20.13
4.
Pruszków
20.29
5.
Gdańsk
20.37
6.
Gdańsk
21.02
7.
Gdynia
21.03
8.
Gdańsk
21.25
9.
Gdańsk
21.27
10.
Kraków
21.32
11.
Gdańsk
21.37
12.
Poznań
21.37


Najlepsze wyniki w parkrunie w Polsce 25 kwietnia 2015 - mężczyźni


1.
Gdańsk
16.52
2.
Kraków
16.56
3.
Gdynia
17.24
4.
Kraków
17.31
5.
Gdynia
17.40
6.
Kraków
17.43
7.
Warszawa-Żoliborz
17.43
8.
Warszawa-Żoliborz
17.45
9.
Kraków
17.48
10.
Poznań
17.49
11.
Chrzanów
17.49   

wtorek, 28 kwietnia 2015

Zdradzę tajemnicę...

Zdradzę Wam tajemnicę: żeby osiągnąć sukces, trzeba funkcjonować jak w sekcie. Tak się przynajmniej wczoraj dowiedziałam. Ja już się trochę czuję jak w sekcie, ale chyba wszyscy czytający razem ze mną do niej należycie. :)

Zgodnie z przepowiednią, wciąż towarzyszy mi poczucie omnipotencji, chociaż chodzić ledwie mogę i wielki dźwig przewraca mnie z boku na bok, a kiedy już wejdę do pracy na czwartym piętrze, na dół schodzę dopiero kiedy idę do domu. W każdym razie, nie chcę rozpoczynać żadnych nowych wątków zanim nie uporam się ze wspomnieniami maratońskimi. Przygotowałam już analizę parkrunu w odniesieniu do zeszłego tygodnia. Poprzedniej nie robię, bo nie można jej odnieść do Poznania. Tę najnowszą zamieszczę najprawdopodobniej jutro. Potem napiszę też zaległe wyniki konkursu. 

Dzisiaj zatem jeszcze trochę migawek z maratonu w odniesieniu do komentarzy. Zacznę od Julii, bo ona pierwsza napisała, a poza tym zdziwił mnie trochę ten wpis. Nie myślałam, że mój post pokaże takie zainteresowanie otoczeniem. Aż tak bardzo chyba nie zwracałam na nie uwagi. Nie wiem, naprawdę. Kiedyś podczas półmaratonów mogłam przemyśleć wiele rzeczy. Teraz, kiedy zaczęłam trochę szybciej biegać, jakoś tak trudniej, bo kiedy zaczynam rozmyślać, rozpraszam się i tracę tempo. Kiedy biegłam starałam się jednak zapamiętać różne ciekawe zdarzenia na poszczególnych kilometrach. Mogłabym jeszcze więcej opisywać, np. jak pani na rowerze mijała mnie wolno powtarzając moje imię i że dam radę. To było szczególnie ważne, bo na tym fatalnym dla mnie odcinku w stronę Wilanowa. Zwróciłam też uwagę na psa kibicującego z przyczepioną chorągiewką i elementami migającymi. Można by dużo wymieniać. Jeśli chodzi o zdjęcia, to też je przejrzałam. Znalazłam kilku znajomych, siebie nie. I tak brakuje mi fotografii z medalem, bo jakoś nie pomyślałam, żeby zrobić...

Grzesiu, z tymi porównaniami do Szosta, to jakby powiedział nasz znajomy "Szekspir": "pojechałeś po bandzie" :) Ale jest mi bardzo miło. Przypomina mi się, że w jednej z relacji napisano, że pierwszym Polakiem był Henryk Sztos. Ech... To, że "utknęłam" na 27km zauważyłam dopiero na mecie. Po drodze już nie zwracałam uwagi na odgłosy Endo. Ale widzę, że kilka osób śledziło moją lokalizację. Niektórzy nawet obawiali się, że coś się stało i przerwałam bieg. No, ale przecież...nie wyłączyłam Endo. No to wniosek taki, że jak się schodzi z trasy, to pierwsze, co trzeba zrobić, to wyłączyć Endomondo. :)

Ten komentarz zwracający uwagę, że nie jestem z siebie zadowolona, też mnie zaskoczył. Ale oczywiście coś w tym jest. I nawet już doszłam do tego, co. Po prostu chciałam przebiec całą trasę, a nie do końca to mi się udało. Wprawdzie tłumaczyłam sobie, że po to mam zapas kilku minut, żeby w razie kryzysu się zatrzymać. Jednak nie chciałam. Może rzeczywiście jak na pierwszy raz za dużo kalkulacji. Kiedyś myślałam, że pierwszy maraton przebiegnę byle dobiec i zmieścić się w limicie czasu 6 godzin. Tak by pewnie było, gdybym się zdecydowała na poznański w zeszłym roku. Dotarłabym w bólach i mękach, ale z radością, że mi się udało. A teraz szkoda, że jednak powyżej 4 godzin... Dwa dni minęły dopiero. Miałam odpocząć od biegania: fizycznie i psychicznie. A ja już myślę o następnych startach... :)

Pawle, Tobie również dziękuję. Moja postać wcale nie taka drobna. Chyba mylisz mnie z Fraszką. ;)

Dziękuję, Robercie. Za gratulacje i za pochwały. W samouwielbienie wpadnę, ale nie, chyba już wpadłam. To tak jeszcze na gorąco, ale chłodniej niż wczoraj....

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Mój pierwszy raz, czyli o starcie w Orlen Warsaw Marathon

Tytuł zawierający liczebnik "pierwszy" może świadczyć o tym, że nie ostatni. A ja jeszcze nie wiem. Jak pewien mądry trener powiedział: "Pobiegniesz i zobaczysz, czy ci się spodoba". To chyba mój Trener powiedział. No i w sumie, to podobało mi się... Ale może od początku. :)


Jak wspominałam, do Warszawy wybrałam się już w piątek. Właściwie nie do samej Warszawy, lecz do Piaseczna, gdzie uraczyłam się lepszym pasta party niż na stadionie. W sobotę razem ze znajomymi wybrałam się na zawody - dog games.  Trochę się w to wkręciłam, więc napisałabym więcej, ale ponieważ nie tego dotyczy mój dzisiejszy wpis, ograniczę się do zamieszczenia linka z opisem konkurencji:
Dog games. Więcej na ten temat jeszcze pewnie napiszę innym razem. Po zawodach dotarłam w okolice stadionu, żeby odebrać pakiet na maraton. Planowałam jeszcze zapisać się charytatywny marszobieg, który miał miejsce w sobotę o 17.00, ale okazało się, że zapisy już nie są możliwe. Pakiet odebrałam sprawnie. Zawierał wszystko, co napisano, czyli koszulkę, czapeczkę, kupon rabatowy na zakupy Asics, bon na paliwo, izotonik oraz baton i broszury informacyjno-reklamowe. Rozmiarówka koszulek jest niesamowita. Na każdych zawodach koszulki są innej wielkości. Tym razem wyjątkowo udało mi się trafić. Pokręciłam się jeszcze trochę po hali Expo, gdzie m.in. można było sobie zrobić zdjęcie maratońskie, co uczyniłam. Do zdjęcia założyłam koszulkę pakietową. Nie zamierzałam jednak w niej startować, podobnie jak w czapeczce, żeby nie było jak w tej anegdocie: "Powiedziałem znajomym, że biegnę w czerwonej koszulce i białej czapeczce, żeby mnie mogli łatwiej wypatrzeć". 
Po sesji zdjęciowej poszukałam jeszcze sali masażu, ale okazało się, że czynna jest tylko w niedzielę. Chciałam wymasować nogę, której ból dokuczał mi od kilku dni. Ostatecznie musiałam zrobić to sama z użyciem Perskindolu. Ból jednak nie przechodził. Zamierzałam poczekać na pasta party, ale kiedy doczytałam, że porcja makaronu kosztuje 10zł, trochę się zniechęciłam. Później wprawdzie znajomi wspominali, że "makaron był dobry, nie to co w Poznaniu", ale i tak nie żałowałam, że zrezygnowałam. Przygotowałam sobie sama wartościowy posiłek, który uzupełniłam zakupioną sałatką z burakiem. 

W sobotę położyłam się wcześnie, żeby w miarę się wyspać. Spałam długo i bardzo dobrze. Wyjątkowo nie biegałam przez sen. Rano czułam się dziwnie, wydawało mi się, że wszystko mnie boli: noga, brzuch, głowa... nawet kichałam kilka razy, jakby mnie przeziębienie dopadło. Poza tym okazało się, że oprócz mojego maratonu kolejny start w psich zawodach, bo suczka, która brała w nich udział w sobotę, awansowała do finału.

Zatem szybkie śniadanie. Żeby tym razem kolek nie było - tylko bułka z miodem, ubranie w strój startowy, pakowanie żeli i w drogę. Znajomi podrzucili mnie w okolice stadionu i sami udali się na dog games. 
W okolicach depozytu szybko spotkałam znajomych biegaczy z Poznania. A myślałam, że w takim tłumie, to trudno się znaleźć.


Po krótkiej rozmowie rozdzielenie i udanie się do wybranej/preferowanej, a w niektórych przypadkach - przypadkowej strefy startowej. Ja miałam dokładnie przemyślane, że startuję ze strefy 3.45-4.00. Miałam ruszyć spokojnie, pozostać w tłumie przez pierwsze dwa kilometry, potem za pacemakerami na 3:45 w oczekiwaniu aż pojawią się pacemakerzy na 4:00 i do końca za nimi ale równo tak żeby powoli się oddalali.

Organizatorzy dosyć wcześnie zaczęli nawoływać, żeby kierować się do swojej strefy startowej, więc czas oczekiwania na start trochę mi się dłużył. Biegacze stojący obok nawet zauważyli, że najgorzej jest właśnie przed. A potem to już się tylko biegnie. :) Ze względu na brak znajomych dookoła, trochę podsłuchiwałam. W grupie miało być ciepło, ale tym razem było wyjątkowo gorąco, dlatego nie mogłam doczekać się momentu startu. Oczekiwałam też z innego powodu, a mianowicie tego, że przez tydzień nie biegałam. Może dlatego ruszyłam tak szybko. Albo raczej dlatego, że z tej strefy startowej, biegacze pognali szybciej ode mnie. Chociaż ja, kiedy po 1km spojrzałam na zegarek, ujrzałam czas 5.15. "Trener mnie zabije" - pomyślałam i starałam się zwolnić. Trudno stwierdzić, jakim tempem rzeczywiście biegłam, bo endomondo nie podawało mi średniej prędkości na bieżąco. W internecie podobno podawało jakieś dziwne liczby rozbieżne z tym, co można było obserwować na stronie maratonu. Ja kontrolowałam czas na podstawie rozpiski międzyczasów z założeniem tempa 5.50 min - km, czyli ostatecznym rezultatem 4.10 min. Od początku biegłam szybko. Starałam się zwolnić, ale minimalnie. Od 5km miałam zapas jakiejś minuty, który wzrastał, maksymalnie do 6 minut. Tak się skoncentrowałam na tej kontroli czasu, że "zapomniałam" o biegu z pacemakerami. Ale też 3.45 nie mijali mnie wcale. Chyba start był rzeczywiście na tyle szeroki, że ustawili się wcześniej. Musiałam biec za nimi, bo 4.00 wyprzedzili mnie na 12km. Rzeczywiście zaczęli się oddalać, ale nie tak bardzo. Kibice, których mijałam krzyczeli, że jestem minutę za 4.00. Nie zależało mi na tym. Starałam się trzymać planu, myśląc, że skoro biegnie mi się dobrze, to mogę tak dalej.

Przeanalizowałam wcześniej trasę ze znajomym i ustaliliśmy, że czeka mnie jeden dłuższy podbieg. Był już w okolicach 8km, ale nie taki straszny, jak ćwiczyłam na treningach. Potem natomiast były dwa nawet dość strome zbiegi. Nawet trochę niebezpieczne, bo z powodu deszczu zrobiło się trochę ślisko. No właśnie ten błogosławiony deszcz! Przyznam, że jednak trochę obawiałam się burz i wiatru. A to tylko lekka mżawka i to nie cały czas. A pojawiała się w momentach, kiedy czułam, że robi mi się gorąco. Rozgrzałam się po kilku kilometrach i wtedy przestałam się zastanawiać, czy mnie noga boli. Za to cały czas chciało mi się pić. Miałam przygotowane trochę swojego napoju, ale i tak musiałam korzystać z wodopojów. I całe szczęście, że były rozstawione tak gęsto. Wiedząc, że jestem do przodu z czasem, nie bałam się stracić kilku sekund przy punkcie żywieniowym. Bałam się jednak zatrzymywać, zwłaszcza na dalszych kilometrach, kiedy istniało niebezpieczeństwo, że nie ruszę dalej. Wybierałam więc strategicznie stoliki, przy których nie było tłumów. Przy jednym nawet w biegu przelewałam wodę do bidonu i myślę, że sprawnie mi poszło. Również strategicznie obserwowałam zakręty i starałam się być zawsze po wewnętrznej, żeby nie wydłużać sobie drogi. Nawet wolałam, kiedy były zakręty, bo miałam jakoś czym zająć umysł.Wymęczyły mnie trochę długie proste odcinki, np. ten przy pałacu w Wilanowie. O wiele lepiej biegło mi się w centrum. 


Pierwsza połówka minęła niesamowicie szybko. Ktoś już na 21. kilometrze rzucił zadowolony: "Już połówka, teraz nie ma sensu zawracać". Do dystansu półmaratonu brakowało jednak kilkadziesiąt metrów. Tam spojrzałam na zegarek: 2.01.26... Hmmm... do niedawna mój rekord na tym dystansie to było 2.01.35. Szczęśliwie pobiłam go dwa tygodnie temu, ale i tak trzeba było jeszcze przebiec drugie tyle. Naprawdę do tego momentu czułam się fantastycznie. Chyba dowartościował mnie pan, który w okolicach 17km powtarzał przy akompaniamencie muzyki: "Jesteście zwycięzcami, macie światłe umysły..." i inne takie rzeczy. Przyznam, że pomogło mi to dużo bardziej niż ostra muzyka gitarowa, która rozbrzmiewała w różnych punktach prawie na całej trasie. Ja miałam na uszach słuchawki, przez które docierała moja własna playlista. Przez większość trasy była zagłuszana innymi dźwiękami. A poza tym przez to, że od deszczu wszystko miałam mokre, walczyłam prawie cały czas ze spadającymi słuchawkami. W międzyczasie podsłuchiwałam więc innych biegaczy. Kawałek za mną biegło starsze małżeństwo. Mąż wypominał żonie, że dzień wcześniej zjadła golonkę i pewnie teraz jej ciąży. Inny biegacz po 30.km odbył całkiem długą rozmowę telefoniczną, w trakcie której opowiedział o wszystkich swoich wrażeniach, czyli że przez pierwsze 10km rozmawiał ze znajomymi, do 20km było dobrze, a teraz k*** minął 30km i chyba zacznie zaraz iść, ale nie, jeszcze biegnie... Potem został z tyłu, więc już wiele nie słyszałam. Potem już w ogóle mało było słychać rozmów. Mogłam tylko obserwować. Np. pacemakera z 4.00, który nagle się odłączył i pobiegł w krzaki, a wszyscy oczekiwali, że osoby chcące uzyskać taki czas skręcą za nim. Ale nie. Parli do przodu... Od 30km zaczęłam rozglądać się za znajomymi z psem, którzy obiecali, że w tych okolicach się zjawią. Niesamowite, jak potrzebowałam wsparcia i widoku znajomych. Do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja, a ja pod tym względem zostałam chyba ostatnio za bardzo rozpuszczona. Druga sprawa, że rozglądałam się i nasłuchiwałam ze względu na to, że kilka godzin trzeba było głowę czymś zająć. Znajomy mówił, że mam porzucić rozpiskę i po prostu biec. A ja przynajmniej analizując, miałam co robić.

Chyba przez to, że biegłam z oczekiwaniem na znajomych kibiców, nie zauważyłam tej ściany, która podobno stała na 30. kilometrze. Drugi kluczowy punkt po dystansie półmaratońskim, to był 34. kilometr. Tyle maksymalnie przebiegłam na treningu. Jeszcze kawałek po było dobrze. Na 35. zaczęłam odczuwać niebezpieczeństwo, więc żel, który zostawiłam na 40. kilometr, postanowiłam wziąć wcześniej. Myślałam, że na 40. to za późno, że nie zdąży zadziałać. Tymczasem kofeina uaktywniła się bardzo szybko. I też szybko przestała działać, bo od 36. wystarczyła tylko do 38. Zastąpiła ją myśl: "chyba nie dam rady, chyba zaraz zacznę iść". Przebijająca się myśl była coraz silniejsza, zwłaszcza że coraz więcej osób zaczęło iść właśnie i jak to kiedyś znajomy biegacz ładnie nazwał, droga zamieniła się w trakt marszobiegowy. Wcześniej niosło mnie zdanie Murakamiego, który napisał o sobie, że jest maratończykiem, który nigdy nie szedł. I ja też tak chciałam. Spojrzałam na zegarem. Te 5 minut do przodu... nawet jeśli kawałek pójdę, to... zła myśl, zła... Ale zatrzymałam się. I wtedy, omal się nie przewróciłam. Co jest? Nie mogę iść, ledwie mogę stać... dwa wyjścia: albo się przewrócę, albo pobiegnę dalej. Wiadomo, co wybrałam. Pobiegłam. Maksymalnie wolno, ale biegłam... Najgorsze 3km i nie pomagało powtarzanie, że to tylko kawałek Cytadeli. Parę osób zawołało do mnie po imieniu i ucieszyłam się, że założyłam podpisaną koszulkę. Na ostatnim kilometrze ktoś pomachał mi koszulką NR. Gdzie ta meta? Całe szczęście, że nie musiałam wbiec na stadion. Podobno inne osoby tego żałowały. Ciekawe, jakbyśmy wbiegali, chyba po schodach... Do góry to może jeszcze. O wiele gorzej jest teraz ze schodzeniem... Trener powiedział, że mam nie finiszować za wcześnie. Nawet nie pamiętam, kiedy to miało nie być. Ja nie finiszuję, nie umiem. Nie tej klasy biegacz ze mnie. Ja dogorywam... Wbiegłam na metę podobno obok znajomych, ale już ich nie widziałam. Oni mnie widzieli i podobno wyglądałam, jakby mnie coś bolało. To chyba było dużo rzeczy. W sumie to może nie bolały mnie uszy i zęby...Dostrzegłam czas brutto 4.08. Mój stoper pokazywał 4.05.07. Wiedziałam, że mogło być lepiej, gdyby nie ten kryzys w końcówce, ale... i tak było lepiej niż miało.

Odebrałam medal. Wolontariusz podał mi wodę nawet w odkręconej butelce. Poczłapałam do sali masażu, gdzie dostałam numer 754, a masowano osoby o numerach 200... Całe szczęście, że w tym miejscu zgromadzono wszystkie napoje: kawę, herbatę, czekoladę, sok wyciskany z pomarańczy, izotoniki, wodę... Były też różnego rodzaju żele. Piłam wszystko, co było, tak samo, jak na trasie. Potem zaczęły się pierwsze telefony i smsy. Nie wiem, ile osób śledziło mnie na endo albo przez inne źródło. Podobno transmisja w TV była beznadziejna, bo zamiast pokazywać biegaczy, puszczano jakieś wywiady... W tym miejscu chcialabym jak na gali rozdania Oscarów podziękować (tym, którzy dobrnęli do końca mojej relacji) mamie, tacie... oraz: cudownie wyrozumiałemu Trenerowi, Andżeli i Mateuszowi, którzy wspierali mnie przez ostatni weekend i wysłuchiwali wszystkiego, co mówię, a mówiłam przypadkiem głównie o bieganiu, wszystkim czytającym i komentującym moje wpisy, a szczególnie Robertowi i Pawłowi, Julii, która nie dość że czyta, co napiszę na blogu, to jeszcze motywuje peptalkami, Agnieszce, która pewnie też gdzieś śledziła i zadzwoniła do mnie zaraz, kiedy dotarłam do mety, wspierającym Parkrunnerom: Ilonie i Grzesiowi, Rafałowi, Dominikowi, Sławkowi, Pawłowi oraz innym biegaczom: Kasi, Wojtkowi, Waldkowi i całemu klubowi Rogoźno Run, a na koniec Fraszce motywującej mnie swoją radością z biegania. Chyba nikogo nie pominęłam. Kolejność jest nieprzypadkowa, nakierowana emocjami, których obecnie doświadczam...

Jakby ktoś chciał przeanalizować:

Zwracam uwagę na to, że oficjalnie mam czas netto 4.03.29. Nie do końca wydaje mi się to możliwe, żeby mój stoper pomylił się aż o 2 minuty. Ale organizatorzy mieli jakiś problem z pomiarem związany z tym, że zbyt duża grupa osób na raz przekroczyła linię mety. Cóż... czasem sprzęt się psuje na korzyść zawodnika. Wygląda na to, że niewiele mi brakowało do tego, żeby wziąć udział w losowaniu samochodu. Ech... ;)

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa