czwartek, 26 lutego 2015

Wyniki parkrunu 21 lutego

W związku z tym, że na ostatnim biegu z cyklu Parkrun Poznań, wszyscy uczestnicy oficjalnie uzyskali czas 59.59, napisałam do koordynatorów z prośbą o uwzględnienie indywidualnie odnotowanych wyników. Powołałam się na informację uzyskaną od Grzesia, że wcześniej podobna sytuacja miała miejsce w Warszawie:

Dzień dobry,
piszę w imieniu społeczności poznańskiego parkrunu (myślę, że całej)
w sprawie ostatnich wyników. 
Podobna sytuacja miała miejsce w 2013 roku w Warszawie:
Organizatorzy zaproponowali wtedy, żeby podać swoje czasy
odnotowane indywidualnie przez zawodników.
Myślę, że to będzie bardziej sprawiedliwe niż przypisanie wszystkim
wyników 59.59. 
Nikt sobie tych wyników nie wymyśli, ponieważ będą musiały odpowiadać 
klasyfikacji: jeśli ktoś zajął 27 miejsce, to wiadomo, że ma gorszy czas niż
osoba 26, a lepszy niż 28. 
Będzie to bardziej miarodajne i pozwoli nie popsuć statystyk.
Jeśli wszyscy mają jednakowy czas, to wszyscy powinni mieć 1 miejsce.
Bardzo proszę o pozytywne odniesienie się do prośby mojej
i również innych Pakrunnerów.
Z pozdrowieniami,
Agnieszka



Mam nadzieję, że z poparciem innych Parkrunnerów, czekam na pozytywną odpowiedź. :)



Tymczasem, z powodów zawodowo-osobistych, następny długi wpis na moim blogu pojawi się najprawdopodobniej dopiero po weekendzie.

środa, 25 lutego 2015

O treningach z gRUNwaldem

Coraz bardziej niepokojące wieści docierają od koordynatorów parkrunu. Wyników nadal brak.

Tymczasem dalej trenuję. Wczoraj wyjątkowo z gRUNwaldem. Miało być 10 spokojnych kilometrów w tempie 5.30, a wyszło w sumie 14 i to w tempie 5.17, a potem jeszcze skusiłam się na wspólne przebieżki 6 razy 100 metrów. No i poszalałam trochę. Nie wiem, jak szybko biegliśmy, ale muszę przyznać, że się zmęczyłam. Bardziej chyba niż tym wcześniejszym biegiem. Kiedyś mówiłam, że nie lubię szybko biegać, więc może dlatego. 
Jeśli chodzi o wyniki badań, to hemoglobina wzrosła prawie do normy, więc wszystko wskazuje na to, że mogę dalej przygotowywać się do maratonu.
I całe szczęście, bo bieganie wciąż daje mi dużo radości. Pokazują to statystyki wybiegań w tym miesiącu. Według endomodo przebiegłam 219 kilometrów, a do tego do końca lutego będzie trzeba doliczyć jeszcze jakieś 15 kilometrów. W styczniu wybiegałam jedynie 186 kilometrów, a w zeszłym roku jeszcze mniej. Najwięcej w sierpniu i wrześniu: 165 i 163. To były miesiące przygotowań do półmaratonów. Teraz przygotowuję się do maratonu, więc chyba logiczne, że wybiegania są nieco dłuższe.

Dzisiaj zdecydowanie odpoczywam, bo mnie wczorajsze przebieżki wykończyły. Jutro ciekawa propozycja z gRUNwaldem i z Piątkowem:

Zapraszamy wszystkich chętnych z Piątkowa i Grunwaldu na wspólny bieg po centrum :) Prawdziwy City Run na Stary Rynek z Poznaniu, zakończony integracyjnym piwem.

Szczegóły:

Grupa "Piątkowo na biegowo"

Godz. 19:45 zbiórka przy przejeździe kolejowym droga na Kampus Morasko. Mamy do pokonania 6,7 km w tempie bardzo spokojnym. Biegniemy na Most Teatralny gdzie spotykamy się z grupą gRUNwald.
https://www.endomondo.com/routes/476807517
Razem dużą ekipą biegniemy na Stary Rynek, i następnie dla chętnych do pubu Colloquium na integracyjne piwo :)

Grupa "gRUNwald Team"

Godz. 20:00 zbiórka przy stadionie miejskim. Do pokonania 4,7 km w tempie bardzo spokojnym na Most Teatralny.
https://www.endomondo.com/routes/476562522
Tam razem z grupą Piątkowo na Biegowo dużą ekipą biegniemy na Stary Rynek i i następnie dla chętnych do pubu Colloquium na integracyjne piwo :)

Oczywiście z obydwu grup nie każdy jest wstanie wrócić biegowo przez kilometraż oraz wizytę w pubie, dlatego opcjonalnie bierzemy pod uwagę powrót tramwajem:)

wtorek, 24 lutego 2015

O diecie przedstartowej

Dzisiaj zgodnie z planem od rana badania krwi. Zatem oczywiście od rana bez biegania. Zamiast tego dłuuugi spacer z Fraszką, która teraz grzecznie odpoczywa. A ja czekam na wyniki badań i na oficjalne wyniki parkrunu.
Tak sobie myślę, że Paweł też na pewno nie może się doczekać, bo nie ma jak analizy statystycznej przeprowadzić.
Robercie, Trener cały czas jest aktywny, głównie hamuje moją aktywność, czyt. swawolę biegową. No tak, do maratonu zostały dwa miesiące, to powinnam przyjąć taktykę Pawła, czyli biegać spokojnie, bez szału. Szaleć mogę dopiero od kwietnia. 
Skoro bez biegania, to trochę o diecie. Stosowałam kiedyś taką tygodniową dietę przed półmaratonem:

DIETA

Ostatni normalny posiłek to kolacja w niedzielę, tydzień przed. Normalny tj. 65% węglowodanów – dalej opisywanych jako W., 20% białka – B., 15% tłuszczu – T.
PAMIETAJ!!! Ta dieta to tylko radykalna zmiana proporcji W. B. T., a nie zmniejszanie ilości kalorii. Jeśli teraz jesz np. 2700 kcal. tak musi dalej zostać tylko zgodnie z poniższą dietą. Chodzi o maksymalne wyczerpanie rezerw glykogenowych z mięśni i wątroby, a następnie o maksymalne ich naładowanie, tzw. uderzenie glykogenowe.
PONIEDZIAŁEK
5 posiłków dziennie: 15% W., 60% B., 25% T.
W: najlepiej ziemniaki gotowane, pomidory, susz, owoce, banany, warzywa, otręby. Żadnego pieczywa, ryżu, płatków owsianych, muesli, makaronu, słodyczy, miodu.
B: mięso, ryby, jaja, twaróg, ewent. jakiś preparat w proszku jako suplement uzupełniający – miksować z mlekiem. Żadnych konserw mięsnych, czy rybnych. Mleka tylko tyle, ile trzeba do miksowania. Żadnego sera, tylko twaróg.
T: te 25% tłuszczu powinno samo wyjść przy spożywaniu produktów białkowych tj. mięsa, ryby, twarogu, jaj. Dodatkowo garść orzechów, lub migdałów. Żadnego masła, smalcu itp.
Każdego dnia!!!
Pamiętaj o witaminach, magnezie, wapnie, potasie i innych mikroelementach. Jeśli jest ich zbyt mało w ww. diecie – wspomóż się preparatami, ale uważaj, żeby nie przesadzić.
WODA-WODA-WODA, czyli pij często w porcjach po ok. 200 ml., żeby się przyzwyczaić do cyklu picia na maratonie.
WTOREK
5 posiłków, ale już tylko do 10% W., 70% B., 20% T.
W: niestety odpadają ziemniaki, banany, susz i owoce!!! Zostają pomidory, warzywa i otręby. Pomidory są ważne ze względu na potas, dlatego wymieniam je oddzielnie, choć to też warzywa.
B: zostają jak były, tylko ich ilość musi się zwiększyć, żeby wyrównać bilans kaloryczny po utracie W.
T: zostaje jw.
ŚRODA
6 posiłków: 5% W., 75% B., 20% T.
W: wiem, że możesz odczuwać ospałość, osłabienie i poddenerwowanie, ale wytrzymaj i nie terroryzuj najbliższych :) Niestety tu odstawiasz jeszcze te pyszne warzywa i otręby, zostają tylko pomidorki i uważaj na 5%!!!
B: tak jak było, a żeby nie było monotonnie możesz jeść potrawy w innej kolejności, albo podawać na innych talerzach… :))
T.: tak jak było.
CZWARTEK
5 posiłków, jak w środę. Ostatni jednak o godzinie 17-stej. Ok. 19-20-tej koniec katorgi!!! Tylko nie otwieraj z radości szampana. Alkohol i tak jest zabroniony!!!
Zjedz kolację: 70% W., 15% B., 15% T.
W: zacznij najlepiej od gotowanych ziemniaków, małej porcji ryżu, kawałka ryby, warzyw, bananika… Na deser trochę susz. owoców i łyżeczkę miodu! Lepiej unikaj sosów.
PIĄTEK
6 posiłków: 80% W., 5% B., 15% T.
W: teraz odwracamy całą sprawę, czyli jemy to, co jeszcze w pn., wt., śr., było zabronione. Węglowodany muszą być złożone, a nie proste. Jedz makaron, pieczywo razowe, płatki owsiane, muesli, ziemniaki, ryż, owoce, warzywa. Batony wieloziarniste – jako małą przekąskę… Unikaj słodyczy, ciast, lodów, budyniu itp.
B: żadnych!!! Te 5% to ilość, która mimo to będzie przyswojona wraz z W. i T.
T: tak jak B. towarzyszą  W. i te 15% również bez problemu osiągniesz. Np. w pieczywie, batonach itp.
SOBOTA
Wiem, że stres spowodowany startem już Cię dopada, ale dieta trwa!!!
Dzisiaj powtórka z wczoraj, tylko na ostatnim posiłku zjedz pierś z kurczaka i wypij mix białkowy lub omlet z 6-ciu białek i 3-ch żółtek. Już powinieneś być naładowany glykogenem po uszy, a żyły powinny Ci sterczeć spod skóry.
NIEDZIELA
3-4 godziny przed startem zjedz ostatni posiłek, czyli śniadanie. Zacznij od kawy, może szybciej załatwisz to co podczas biegu byłoby uciążliwe. Tak, mam na myśli kupę… Zalej 200 g muesli sokiem jabłkowym, najlepiej już poprzedniego wieczoru, żeby zmiękło. Zjedz z porcją witamin i magnezu. Możesz zaprawić jeszcze razowcem z miodem, ale wszystko nie powinno przekroczyć 750 kcal.
Pamiętaj za 3-4 godziny biegniesz!!! Ciągle popijaj małe ilości, ale często!!!
Godzinę przed startem dodaj do wody, lub jakiegoś izotonika glukozę w proszku i wypij. Popij wodą. Na 400 ml płynu wsyp 5 dużych łyżek glukozy. Dobrze „dohydrolizowany” i syty (nie ociężały) idź na start i pokaż co potrafisz!!!

Dieta ze strony: akademiabiegania.pl

Było ciężko przetrwać, zwłaszcza początek tygodnia, przede wszystkim dlatego, że Wielkanoc wypadła tydzień przed zawodami. Wszyscy wcinali mięso, a ja zajadałam się twarogiem...
Nie wiem, na ile dieta mi pomogła, na ile inne czynniki. Wtedy miałam plan treningowy i dietę, więc może wszystko to złożyło się na dobry wynik biegowy.

Znowu nie biegamy?

"Łapy opadają"

poniedziałek, 23 lutego 2015

Biegamy dzisiaj?

"Wstawaj, biegamy!"

Jeszcze o treningu do Orlenu oraz o planach na nowy tydzień

Wracam jeszcze raz do treningu niedzielnego, ponieważ uzyskałam dostęp do fantastycznych zdjęć. Kilka zamieszczam poniżej.




Od wczorajszego popołudnia odpoczynek po treningu. Długi sen, ale czytałam kiedyś, że biegacze powinni spać po 9 godzin. Nie wiem, jak inni. Na blogach wyczytałam, że niektórzy aktywnie trenujący śpią po kilka godzin i wstają ok. 4.00, żeby rano pobiegać. Ja już kiedyś przerabiałam takie treningi 6 razy w tygodniu i nie dawały żadnych efektów. A co najważniejsze: ani trochę radości. Teraz biegam cztery razy w tygodniu i tego zadowolenia jest znacznie więcej. Z powodu długich wybiegań niedzielnych, powinnam mniej się wysilać/przemęczać/trenować w ciągu tygodnia. Tradycyjne dwa dni biegów będą. Jutro idę na badania krwi, żeby sprawdzić jak wyniki hemoglobiny, więc trening dopiero wieczorem. Myślę, że uda mi się sprawić dodatkową przyjemność i pobiegać z gRUNwaldem. Kolejny trening w środę, ale prawdopodobniej w czwartek. W sobotę parkrun, ale otrzymałam też zakaz życiówek, więc może w końcu spokojnie będzie. Nie wiem tylko, do kiedy ten zakaz. Chyba do samego maratonu...

niedziela, 22 lutego 2015

O kolejnym długim wybieganiu i trochę o sprawach niebiegowych

Oj Grzesiu, taki pacemaker nieświadomy bardzo dobry. Co do startu z przodu, to byłby niebezpieczny. My z Fraszką wolimy jednak gonić niż uciekać. Co innego, jak pobiegnę sama. Robercie, nie mam pojęcia, gdzie Cię wyprzedzałam. Dużo osób mijałyśmy na początku z szaloną pogonią, chociaż nie wiem, czy to takie błyskawice były. Błyskanie jeszcze przed nami, Pawle.

Dziś kolejny trening przygotowujący do maratonu w Warszawie. Przyznam, że miałam takie myśli, żeby sobie odpuścić i pobiegać trochę sama w Robakowie. Ale tak jakoś, jak się człowiek do dobrego przyzwyczaja (czyt. biegania w grupie), to trudno się odzwyczaić. No i przed 10.00 zjawiłam się przy stadionie Olimpii, by rozpocząć bieg z grupą, a następnie odpowiednio wydłużyć, by ostatecznie zakończyć z licznikiem 23kilometrów. Czekała mnie za to miła niespodzianka, bo na treningu, oprócz biegaczy, zjawił się też mój ulubiony Fotograf, który najwidoczniej przełożył nasz skromny trening nad Wildecką Dychę. Zdjęć było mnóstwo, bo oprócz tradycyjnych przedstartowych, również dużo w trakcie samego biegu. Mobilny Fotograf pojawiał się nieoczekiwanie w różnych miejscach prawie przez całą trasę. Równie nieoczekiwanie zniknął. Spodziewam się jednak, że teraz dokonuje wyboru tych bardziej fantastycznych zdjęć, coby je mógł zamieścić na stronie, gdzie będzie można podziwiać.
Orlenowy trening zakończył się po 17km BNP. Potem wypadało trochę zwolnić, żeby dociągnąć do 23kilometrów, chociaż i tak powinno to być znacznie łatwiejsze niż zeszłotygodniowe 28. Szybsze tempo dzisiejsze (i zwłaszcza wczorajsze) czułam jednak w nogach i było trochę gorzej, pomimo że posiliłam się żelem w trakcie biegów. Endomondo wskazało kolejną życiówkę w półmaratonie: 1h 53 min.

Gdyby, poza bieganiem oczywiście, ktoś był zainteresowany kulturą języka polskiego, to polecam:
http://www.kjp.amu.edu.pl/agk.html
a także: 
https://pl-pl.facebook.com/pages/Porady-językowe/120646141348590

sobota, 21 lutego 2015

Parkrunowe szaleństwo, czyli od rekordu do rekordu

To tak tylko na szybko i na gorąco. Obiecałam ostatnio, że nie będzie dziś życiówek, ale jakoś tak się nie udało. W sumie ciężko mi było dziś się obudzić i wygrzebać. Co innego Fraszka, która wyciągnęła mnie z łóżka o 5.50. Posłusznie wstałam. Wyprowadziła mnie na spacer. Potem zjadłam śniadanie. Tylko ona nie chciała nic jeść. Nie wiem, czy myślała o tym, że jak nie zje, to szybciej pobiegnie? Po 8.00 już czekała przy drzwiach wyjściowych. Na Cytadeli oczywiście szaleństwo i powitania z wszystkimi biegaczami.
Bieg miał być spokojny, ale wyrwała się tak, że po pierwszym kilometrze czasomierz wskazywał 4.18. Szybkie przeliczenia, ile by tu trzeba pobiec, żeby zmieścić się w 22 minutach. Wszystko w zasięgu. Zamiast pomyśleć, że mam jeszcze czas i nie spieszyć się tak bardzo, powiedziałam do Fraszki: "Fracha, zobacz, biegniemy w elicie mężczyzn". No i przyspieszenie. Od Rosarium goniłyśmy Grzesia, który przed startem pożegnał mnie słowami: "Do zobaczenia na mecie". Zobaczyłam go trochę wcześniej, ale on mnie jednak nie. Nie udało mi się go dogonić. Po co, zresztą, żeby jeszcze bardziej życiówkę wyśrubować? Trzeba mieć, co pobijać. Ostatecznie 27 miejsce i chyba jakaś kobieta oprócz mnie jednak była w tej męskiej czołówce...
Mój zegarek wskazał czas 21.30. Oficjalnych wyników jeszcze nie ma. 

Fraszka po życiówce

piątek, 20 lutego 2015

O nocnych podbiegach na Morasku, o długich wybieganiach i o magii parkrunu

Zacznę może od opisu wczorajszego treningu. Jak wspomniałam, Grzesiu, nastraszyłeś mnie trochę pisząc o trudnych warunkach na "górze" Morasko. Ten cudzysłów dlatego, że nie zauważyłam specjalnych właściwości góry w tym miejscu. Chociaż ja geografem nie jestem, to się nie znam. Wcześniej pisałam do organizatora tej wyprawy z pytaniem, czy mogę biec z psem, tzn. czy będą możliwości techniczne, itd. Odpisał, że nie ma problemu, tylko żebym smycz wzięła. Miałam oczywiście smycz i pas, jak zwykle, kiedy biegam z Fraszką. Do tego czołówkę, no bo o 20.00 to już ciemno. Ale nie myślałam, że aż tak... Tyle podbiegów i - co gorsza - zbiegów, to na raz w życiu nie widziałam. A i wczoraj słabo je było widać. I przyznam szczerze, gdybym się spodziewała, że tak to będzie wyglądało, to w życiu bym się nie zdecydowała. I całe szczęście, że nie wiedziałam, bo przeżycie niesamowite. Wprawdzie spodziewałam się trochę krótszego dystansu, ale cieszę się, że jednak był dłuższy (endomondo naliczył ponad 13km). Miałam siłę i ochotę do biegania. Fraszka też. Tradycyjnie ciągnęła pod wszystkie wzniesienia, które pokonywałyśmy z łatwością. Gorzej było ze zbiegami, ponieważ bałam się, że jak mnie pociągnie, to ja się przewrócę, a ona pobiegnie dalej. Dlatego musiałam ją trochę zwalniać. Tempo różne, a bieg z przerwami, bo co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, by sprawdzić, czy nikt się nie zgubił. Po drodze dużo przeszkód: dziur, drzew i trochę błota. W większą kałużę Fraszka wskoczyła oczywiście na zakończenie, tuż przed wejściem do samochodu. Niesamowita przygoda z takim nocnym bieganiem. Sama bym się bała, bo na pewno bym zabłądziła. Widoczność zresztą słaba z jedną czołówką. Dlatego dobrze, że było nas więcej. 


Jeśli chodzi o przygotowanie do zawodów, to muszę powiedzieć, że przez długi czas wierzyłam, że wszystko jest kwestią psychiki. Świadczy o tym mój pierwszy udział w półmaratonie, w którym wystartowałam właściwie z marszu. Trudno nazwać przygotowaniami parę biegów. Właściwie najważniejsze dla mnie było, kiedy wyszłam z domu i przebiegłam godzinę bez przerwy. Nie zastanawiałam się wtedy, jakie to tempo ani ile km pokonałam. Jeśli zmobilizowałam się, żeby biec, to znaczyło, że mogę zostać półmaratończykiem, który nie idzie, lecz biegnie. I tak się stało. Biegłam całą trasę z uśmiechem, choć moje tempo było wolniejsze od wielu, którzy bieg przeplatali marszem. Do mety dotarłam po 2 godzinach 33 minutach i 40 sekundach z radością, że zostało mi jeszcze pół godziny do limitu czasu.
Potem zaczęłam trochę więcej biegać, ale i tak zawsze myślałam, że nie ma co się przemęczać na treningu, skoro będzie to konieczne w zawodach. Dwa lata temu po raz pierwszy korzystałam z planu treningowego. Miał on przygotować do ukończenia półmaratonu w czasie 2 godzin i głosił, że jeśli chce się tego dokonać, to tyle powinny trwać długie wybiegania. Krótsze zaś zaplanowano różnie od 35 do 70 minut przeplatane różnymi ćwiczeniami. Ostatecznie tamten półmaraton przebiegłam w czasie 2 godzin i 1 minuty, biegnąc od 17km z naciągniętym ścięgnem. I tutaj moja psychika (albo może siła rozpędu) zmusiła mnie do dalszego biegu, bo szkoda było tego, co wybiegałam do tamtego momentu. Po tamtych zawodach nastąpiła tragedia, bo przez 2 tygodnie nie mogłam normalnie chodzić, a przez miesiąc biegać. Kiedy wróciłam do treningów, odczuwałam straszny głód biegania, który spowodował, że rok później przygotowywałam się z planem o wiele bardziej wymagającym. Wtedy zaczęłam odczuwać, że... po prostu mi się nie chce. Niby mogę, mam siłę, ale nie... Wykonałam cały plan, przygotowałam rozpiskę tempa, żeby złamać 2 godziny i... zgodnie z planem pobiegłam 10km, po których już byłam zmęczona. Motywowała mnie myśl, że na 10km czekają znajomi kibice. Potem nie miałam już żadnej motywacji i pierwszy raz zdarzyło mi się, że szłam. A kiedy już zaczęłam, to trudno było zmusić się do biegu. Po tych zawodach nastąpiło jakieś wypalenie biegowe i przez miesiąc nawet nie myślałam o bieganiu. A przecież zaplanowałam na tamten rok koronę półmaratonów! Bez większego przekonania zapisałam się na półmaraton w Grodzisku. Sama nie mogłam się zmotywować, więc odszukałam informacje o biegających grupach. To wtedy dotarłam do bloga Pawła i jego informacji o wspólnym wyjeździe do Grodziska właśnie. Najzabawniejsze było, że Paweł kilka razy pisał, żeby osoby chętne przyszły na parkrun, a ja nie wiedząc co to, myślalam sobie, że nie chce mi się specjalnie jeździć na Cytadelę. Mimo że wtedy mieszkałam w Poznaniu. Ostatecznie z Pawłem i kilkoma innymi osobami z parkrunowej ekipy spotkałam się dopiero w czerwcu. Na parkrun dotarłam zaś na początku lipca, chociaż zalaminowane kody czekały już od maja... Pierwszy bieg, to była masakra: "dlaczego mam tak szybko biec?" Zawsze powtarzałam, że startuję tylko w półmaratonach, bo krótsze zawody są dla mnie za szybkie. Na szczęście i na Cytadeli przyszedł czas na rekordy, ale zawsze z wielką męką. Myślę, że w zeszłym roku w ogóle startów było za dużo, żeby dobrze się do którychś przygotować. Znowu miałam kryzysy, nie mogłam biec, nie chciało mi się. Nie mogłam się zmobilizować, zmotywować... nie było żadnych szans na poprawę wyników na jakimkolwiek dystansie. Z wyjątkiem 5km na parkrunie oczywiście, które można było co tydzień poprawiać. Tak naprawdę znów dobrze mi się biega od tego roku. Przynosi mi to dużo radości. I tak, jak kiedyś odczuwałam satysfakcję po biegu, tak teraz dodatkowo odczuwam radość w jego trakcie.

Ale miałam chyba pisać o długich wybieganiach, a tak zeszło na wyznania z mojego biegania. Myślę, że długie wybiegania są ważne dla psychiki i dlatego warto je robić 1 raz w tygodniu, chociaż nie tak długie jak planowany dystans. Natomiast w tygodniu lepsze są krótsze biegi urozmaicone ćwiczeniami. Kiedyś biegałam 3 razy w tygodniu po 15km i to nie wnosiło zupełnie nic. 

No to tyle. Rozpisałam się już strasznie. Gratuluję tym, co doczytali do końca. Cieszę się bardzo na jutrzejszy parkrun, tylko proszę nie oczekujcie kolejnej życiówki... Podziękowania dla Biegacza, który mnie namówił na pierwszy parkrun.

czwartek, 19 lutego 2015

Sny o bieganiu

Nie wiem, czy tego biegania za dużo czy za mało, skoro śni mi się w nocy. Wczoraj rzeczywiście był dzień bezbiegowy, ale tyle rozważania i planowania treningów, że nie odczuwam braku. Śnił mi się za to półmaraton w Poznaniu. Zwykle takie sny miałam tuż przed startem, a nie tak dużo wcześniej. Może tak, jak ktoś zauważył, że tak dobrze mi się teraz biega, że powinien być wcześniej? Albo raczej wystraszyłam się rady mojego Trenera, który napisał, żebym 9w ramach przygotowań do maratonu, który jest dwa tygodnie później) wydłużyła sobie ten bieg o jakieś 13-14km. Zastanawiam się, jak to logistycznie rozwiązać. Czy po przebiegnięciu mety wskoczyć od razu na start?

Dzisiaj ciąg dalszy rozważania na temat języka biegaczy. Kończę (mam nadzieję, że kończę) pisać kolejny artykuł na ten temat. A poza tym rozpoczynam badania z parą znanych biegaczy.

Robercie, ten skrót trochę prowokacyjnie napisałam, żeby pokazać, że coś charakterystycznego dla języka biegaczy istnieje - trochę skrótów, trochę specyficznych pojęć... Mam nadzieję, bo inaczej moja praca nie miałaby sensu.

Dzisiaj dla urozmaicenia samotnych treningów wybieram się na Morasko. Oficjalna informacja ze strony:

zapraszamy na nietypowy trening.
proponujemy wbiegniecie po ciemku na Górę Morasko.
od szlabanu na "szczyt" jest około 3km. wysokość względna wynosi około 50m, czyli to tak jakbyśmy wbiegli na mniej więcej 16 piętro :).
sam podbieg na szczyt przebiega przez las i liczy sobie około 1,2km.
biegniemy po ciemku więc obowiązkowo czołówki, lampki, latarki i elementy odblaskowe na odzieży !!!
biegniemy stosunkowo wolno, dużo wolniej niż 6:00 minut / km.
plan korygujemy na bieżąco , możemy przebiec na drugą stronę ul. Meteorytowej do stawów - kraterów po uderzeniach meteorów, możemy też zbiec z góry i wbiec na nią ponownie. możemy też pobiec w stronę zbiorników wody - stamtąd rozpościera się niezła panorama na Piątkowo. jesteśmy elastyczni :).
zapraszam w imieniu własnym i trenejra Jarka.
pamiętajcie - OŚWIETLENIE i ODBLASKI KONIECZNE !!!
podrzucam przykładowy ślad na endo , na 4,5km przebiegłem koło zbiorników, ale dalej do 5km ścieżka jest licha, nawet za dnia :),


środa, 18 lutego 2015

Czy biegacze mają swój odrębny język?

Jaka miła niespodzianka - 8 komentarzy pod jednym wpisem. Niesamowite! A Paweł pewnie wciąż w swej skromności będzie twierdził, że jego blog tylko trochę się do tego przyczynił. Cieszę się, że są komentarze, bo to oznacza, że czytacie i to dość wnikliwie, skoro jeszcze komentujecie. Robercie - ktoś bardzo wnikliwie śledzi statystyki i rekordy parkrunowe i to wcale nie jestem <tylko> ja. 

Dzisiaj bez biegania. Wczoraj ostatecznie zamiast biegać z Fraszką, pobiegałam sama z pulsometrem, który poszalał ewidentnie, bo wyszło na to, że mogłabym biec jeszcze szybciej, a jakoś nie czułam takiej mocy, więc chyba nie mogę do końca ufać wskazaniom tego sprzętu. Po krótkim wybieganiu zrobiłam długie podbiegi i dziś czuję je w nogach, ale to nic nie szkodzi, bo dziś mam zaplanowaną tylko GS, więc przeżyję. Jutro chyba jakieś minutówki. No, chyba że Fraszka bardzo będzie chciała ze mną pobiec, to się wybierzemy razem na jakieś 15km. Muszę ją czasem zabrać ze sobą, bo się obrazi, że tylko do rekordów ją wykorzystuję.

Poza bieganiem męczy mnie pisanie o bieganiu. Tak się składa, że prowadzę badania z biegologii prawie że, tzn. badam język środowiskowy biegaczy. Dlatego też zaczytuję się obecnie w blogach dotyczących biegania. Chwilowo nie mam weny. Czy biegacze mają jakiś osobliwy język? Co o tym myślicie? Pytałam już kilka osób poprzez ankiety, ale niewiele wniosków jeszcze mogłam z nich wyciągnąć.

wtorek, 17 lutego 2015

Rozważania o treningach, startach i kibicowaniu


Rozpoczynając jak znajomy Biegacz Amator, od odpowiedzi na komentarze, muszę stwierdzić, że jednak Jego blog jest dobrym miejscem na zamieszczenie adresu mojego, skoro po tym jak to zrobiłam, doczekałam się aż czterech komentarzy.  Z wszystkich się cieszę i bardzo dziękuję, gdyż wcześniej ujawniał się zwykle tylko jeden czytelnik mojego bloga. ;)
Jeszcze raz dziękuję za gratulacje i słowa wsparcia. Odpowiadam zarazem, że nie – Grzesiu – nie zamierzam ukończyć maratonu w czasie 3.20. Co to by był za wynik i kiedy miałabym go pobić? Wprawdzie ostatnio śrubuję rekordy, może za bardzo i powinnam przyjąć taktykę jak pewien znajomy biegacz z parkrunu, który biega „od rekordu do rekordu”. Pamiętam, że ja biegałam kiedyś „od zawodów do zawodów”, tzn. zapisywałam się na półmaraton w Poznaniu i zaczynałam trenować jakiś miesiąc wcześniej. Chyba nawet nie powinnam nazywać tego trenowaniem. Po prostu przebiegłam się parę razy, żeby stwierdzić, czy dam radę. Później, kiedy zaczęłam biegać regularnie, moi rodzice wiele razy pytali: „A teraz jest jakiś półmaraton, że tyle biegasz?”. A ja odpowiadałam: „Jest, za trzy miesiące”. I dziwne było, że zaczynałam przygotowania tak wcześnie. Teraz faza przygotowań jest permanentna, bo wciąż jakieś zawody migoczą w oddali. Wciąż się nie potrafię się zdecydować, w jak wielu zawodach w tym roku wezmę udział. Rozważam, że może nie będę startować, tylko np. kibicować, ale obawiam się, że może się skończyć, jak podczas mojego wolontariatu na maratonie poznańskim, kiedy do pojawiło się pytanie: „Co tu robisz? Powinnaś być z drugiej strony”. Dlatego tak rzadko zdarza mi się wspierać innych biegaczy jako kibic. Ten ciągły niedosyt biegu… Nawet na parkrunie było mi żal „straconej piątki” i musiałam nadrobić w niedzielę.
Ten tydzień jest wyjątkowy pod względem czasowym, więc mogę spokojnie zaplanować treningi biegowe. Może nie powinnam się chwalić i wzbudzać zazdrości, ale mam prawie dwa tygodnie wolnego z okazji ferii zimowych. W tym czasie dużo zaległości naukowych do nadrobienia, ale na bieganie czas się znaleźć musi. Wczoraj jeszcze odpoczynek po 28 kilometrach – odpoczynek wyjątkowy, bo na basenie i w saunie. Wcześniej byłam w saunie tylko jeden raz – w Petersburgu. Pamiętam, że miałam tam dziwne wrażenie, bo wszędzie unosił się zapach drewna zmieszany z witkami. Maltańskie sauny są jednak zupełnie inne i przyjemniejsze, bo nie w każdej miałam wrażenie, że zaraz spłonę. Dla równowagi „zaliczyłam” też grotę śnieżną z temperaturą od -5 do -12 stopni. Tylko zaliczyłam, bo weszłam i wyszłam. W ogóle dziwnie tam, nawet nie było gdzie usiąść i nikt nie korzystał… W saunie wpływającej pozytywnie na drogi oddechowe chyba udało mi się pozbyć przeziębienia, które złapałam od gadania podczas biegu niedzielnego. Dziś biegam tylko z Fraszką, więc raczej rozmawiać nie będziemy. Chociaż przyznam, że się zdarza. Najczęściej na parkrunie, jakby ktoś chciał podsłuchać… 
Dziś biegam w Robakowie, ale jakby ktoś miał ochotę, to w czwartek w Poznaniu chyba.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Rekordowy weekend

Z zapowiadanym opóźnieniem, pora zrelacjonować aktywny weekend. Miało być spokojnie, tzn. dużo kilometrów, ale spokojnym tempem, żeby zrobić ten maraton na raty, czyli 5km plus 10km plus 28km, ale nie do końca wyszło. Nie moja wina zresztą, Fraszka bardzo chciała szybko pobiec. :)
A warunki do biegania były idealne, chociaż rano musiałam skrobać samochód, to później pięknie się ociepliło. Co najważniejsze, nie było ślisko i mogłyśmy się rozpędzić na Cytadeli. Co też oczywiście zrobiłyśmy. No dobra, Fraszka się rozpędziła, bo przecież to ona mnie ciągnie - taki piesek 15kg mnie ciągnie, a ja - chcąc nie chcąc - muszę za nią. :D Oczywiście wystartowałyśmy gdzieś z końca, chociaż trudno było Fraszkę w ryzach utrzymać. Śmignęłyśmy szybko obok Atosa, którego właściciel tylko krzyknął: "Dawaj do przodu, bo sobie nie pobiegamy", więc przyspieszyłam jeszcze. Na pierwszym kilometrze sprawdziłam, że minęły 4 minuty i 30 sekund. Drugi kilometr przebiegłyśmy jeszcze szybciej. Pomyślałam, że jest realna szansa na rekord. Miałam na myśli coś poniżej 24 minut, bo rekord z grudnia to 24.09. Zamarzył mi się jakiś ładny wynik, np. 23.23. Zawsze się boję, że na końcówce gdzieś padnę - albo ja, albo Fraszka, więc jednak na początku staram się biec szybciej i nie potrafię wyliczyć, jakie tempo początkowe gwarantuje zamierzony wynik. Teraz też się nie udało <sic>, bo zamiast powyżej 23 minut dobiegłam poniżej. Na zegarku zobaczyłam czas: 22.43. Wg oficjalnych wyników jeszcze mniej, bo 22.39. Kiedy dobiegłam powiedziałam tylko: "To się nie powinno wydarzyć", bo przecież jeszcze 10km przed nami! Radość i tak była wielka. :)
Starałam się szybko uzupełnić straty organizmu - banan, napój i ciasto z okazji 100 biegu jednej z biegaczek. Potem trzeba było szybko się przebrać i odebrać pakiet na Bieg Walentynkowy. Stwierdziłam, że w takim razie tamten start na pewno będzie spokojny. Ponieważ rzadko biegałam na 10km, dawny rekord wynosił coś ponad 56 minut. Wystarczyło dobiec w 55. Ale ponieważ ostatnio tak jakoś dobrze mi się biega, to pobiegłam nieco szybciej. ;) Moment startu był trudny - bardzo ciasno zwłaszcza z Fraszką nie mogłyśmy się zmieścić. Ale za to później jak przyjemnie, kiedy mogłyśmy dużo osób wyprzedzać. Fraszka gnała przez pierwszych kilka kilometrów prawie jak na Cytadeli, więc musiałam ją stopować. Poza tym powierzchnia mniej utwardzona i trochę błotka... Na 5 kilometrze zauważyłam, że moja towarzyszka się trochę zmęczyła, ale szczęśliwie - dzięki dodatkowemu towarzystwu - na drugim kółku przyspieszyła. Zbuntowała się tylko przez kilometr, kiedy to prawie musiałam ją ciągnąć. Efekt i tak był niesamowity, bo mój czas netto to 51 minut i 51 sekund. Kolejny rekord!

Na niedzielę zaplanowałam długie wybieganie. Dokładniej mój Trener zaplanował 28km. Nawet miałam się skonsultować w sobotę i zapytać, czy aby na pewno mam/muszę/powinnam po tym sobotnim szaleństwie tak dużo pobiec w niedzielę. No ale ambicja i upór zwyciężyły. Trening rozpoczęłam od wybiegania na Strzeszynek z grupą przygotowującą się do maratonu w Warszawie. Grupowe 16km minęło stosunkowo szybko. Obawiała się pozostałych 12km, ale też się udało, bo nie biegłam sama. :) Endomondo znów wyliczył mi jakiś rekord w półmaratonie. Nie ufam endo, czekam na oficjalne zawody. Bardzo dziękuję za wspólny bieg, kibicowanie, wspieranie i fotografowanie. :)

piątek, 13 lutego 2015

Bieganie przez pączkowanie

Przyznam się: zjadłam wczoraj 4 pączki - 2 przed bieganiem i 2 po - mea culpa!
A przebiegłam tylko jakieś 11km, więc spaliłam jedynie 2. ;) Ale cóż... trudno. Muszę z tym żyć. Tzn. będę
tak żyć, że jutro przebiegnę 15km a w niedzielę 28. To chyba można z takim opóźnieniem jeszcze? ;)
Wczoraj wyjechałam z pracy po 16.00 z nadzieją, że po kilkunastu minutach dotrę nad Rusałkę. Niestety się nie udało i dojechałam tam po jakichś 40 minutach... :/ Następnym razem chyba po prostu od razu wybiegnę - będzie szybciej. Potem jedno "duże" kółko nad Rusałką, czyli 5km. Na szczęście udało mi się spotkać ze znajomym, który zdążył się już zniecierpliwić i wystartował beze mnie. Potem oświetlony Sołacz i małe szaleństwo, bo rzuciłam się jeszcze na "małe" kółko, czyli ok. 3,5km, a było już po 17.00, czyli strasznie ciemno. Kilku takich ciemnościowych biegaczy, jak ja jeszcze spotkałam, choć prawie ich widać nie było. Wcześniej wszyscy zgodnie machali przy mijaniu, ale potem już nie wiem, czy wykonywali do mnie jakiekolwiek gesty. Ja myślałam tylko, żeby nie ugrząźć w błocie i szybko skończyć bieg. Dobra motywacja do przyspieszenia, czego dokładnie nie mogę sprawdzić, bo endomondo mi wczoraj szalało, a na krokomierzu nie mogę polegać. Trzeba kupić lepszy sprzęt. ;) Tymczasem testowałam nowe skarpetki... z Lidla... :) Chyba bez żadnych kopyt, ale sportowe i bardzo dobrze się w nich biegło. 

Jutro bieg walentynkowy - biegnę oczywiście z moją parą - ale wcześniej parkrun, bo nie mogłabym odpuścić i moja para też raczej by tego nie chciała. Bo zapewne obudzi się jak w każdą sobotę mrucząc: "parkrun, parkrun" :D

W niedzielę długie wybieganie... Obym dała radę te dwa dni. Dlatego dziś relaks przed. Wybiegam tak na przyszłość, bo pewnie w weekend nie będę miała za dużo czasu, żeby coś napisać, więc kolejny wpis pojawi się najprawdopodobniej w poniedziałek.

Wszystkim, którzy obchodzą walentynki życzę wszystkiego dobrego, a wszystkim - dużo miłości!




czwartek, 12 lutego 2015

Badania, masaże i podbiegi

Wczoraj udałam się w końcu do firmy Reh-Med celem odebrania nagrody konkursowej. Tak brzydko piszę "odebrania", ale oczywiście wyglądało to dużo lepiej. :) Najpierw zrobiono ze mną krótki wywiad dotyczący trybu życia, w szczególności biegania: gdzie biegam, jak długo, w jakim obuwiu oraz czy w trakcie biegów doznałam jakichś kontuzji. Następnie zbadano mi nogi i kręgosłup i dowiedziałam się o wszystkich - występujących u mnie - skrzywieniach oraz odchyleniach od normy. Po badaniu zafundowano mi genialny masaż gorącymi kamieniami, który nomen omen gorąco polecam. :) Na koniec jeszcze zabieg tzw. Salusem, czyli urządzeniem magnetoterapeutycznem. Jest to "Wysoko indukcyjny, głęboko penetrujący, pulsacyjny stymulator elektromagnetyczny SALUS-TALENT pozwala na miejscowe przyłożenie precyzyjnego pola elektromagnetycznego przenikającego warstwy odzieży, tkanek oraz kości, stymulując ściśle wyznaczony obszar w głębi ciała". Jak dla mnie chyba zbyt indukcyjny albo po prostu po tym masażu byłam wystarczająco zrelaksowana.
Wizyta bardzo miła i zaskakująco długa - zwłaszcza masaż trwał chyba 40 minut. Otrzymałam propozycje kolejnych zabiegów i zniżek dla "naszej grupy", to chyba dla naszej grupy parkrunowej, gdyby ktoś chciał skorzystać.
Chciałabym jeszcze raz podziękować Pawłowi za możliwość wzięcia udziału w konkursie i za taką świetną i praktyczną nagrodę. Zatem dziękuję! :)

Po wizycie w firmie Reh-Med pojechałam na Cytadelę, bo umówiłam się tam na podbiegi pod wielką górką. ;) Nie byłam do końca przekonana, czy mogę dużo biegać po tych zabiegach, ale większego problemu z tym nie miałam. Zresztą nie biegałam znowu tak dużo, bo tylko nieco ponad 9km i to razem z rozgrzewką i podbiegami. Może gdybym była sama, to więcej bym biegała po parkrunowej trasie niż podbiegała, zatem dzięki wielkie Grzesiu, że też tam byłeś i mnie dodatkowo zmotywowałeś. Cieszę się, że udało mi się podbiec parę razy pod samą górę, a jeszcze miesiąc temu nie byłam w stanie. No ale od tego czasu chyba trochę się poprawiłam. Poziom hemoglobiny też wyraźniej się podniósł, więc jest dobrze. :)

Dziś po południu jeszcze średniej długości wybieganie nad Rusałką. Myślę, że przynajmniej 10km uda się zaliczyć. Dużo więcej nie chcę, bo weekend będzie wystarczająco długi pod względem kilometrów.

Jeszcze krótki dopisek: dzisiaj w Lidlu odzież i akcesoria biegowe. M.in. obuwie sportowe "optymalnie dopasowane dzięki kopytom szewskim". Hmmm... kosztuje niecałe 50 zł, a z moimi skrzywieniami bardziej pasuje niż adidas boost.

wtorek, 10 lutego 2015

O wydatkach biegacza, wspaniałych biegaczkach i biegu walentynkowym




Dzisiaj oczekuję na montera, który ma mi podłączyć internet (pewnie coś niepoprawnie technicznie napisałam ;)), ale mam nadzieję, że zanim przyjedzie, uda mi się pobiegać. Pogoda świetna, tzn. wielkie błoto, ale przynajmniej nie jest ślisko. Dlatego pomyślałam, że może by tak w końcu z Fraszką pobiegać, skoro warunki pogodowe sprzyjają. Poza tym zamierzam biegać po 14.00, więc będzie jeszcze jasno. Fraszka wprawdzie nie zasłużyła kompletnie na to bieganie tym, że wczoraj zabłociła mi świeżą pościel, bo oczywiście zamiast położyć się na swoim legowisku, ululała się w moim łóżku. :/

Ostatnio jakoś spać nie mogę. I dziś w nocy też rozmyślałam o bieganiu, a konkretnie o tym, że to wcale nie jest taki tani sport. Przynajmniej dla osób, które startują w jakichś zawodach. Same pakiety sporo kosztują, a co dopiero dojazdy. Jak sobie podliczę, że w zeszłym roku brałam udział w pięciu półmaratonach i dwóch biegach na 10km, to mi wychodzi, że wydałam na opłaty startowe ponad 300zł. A nie pamiętam dokładnie, bo jakoś nie zapisywałam. No i może dobrze. Dobrze też, że wszystkie biegi były w miarę rozłożone w czasie, więc to nie był jednorazowy koszt. Dojazdów wolę w ogóle nie liczyć. Ale nawet jeśli ktoś dużo nie startuje, to przecież musi w czymś biegać. I to już nie jest tak, jak parę lat temu, że biegało się w spodenkach i koszulce bawełnianej <sic>. Teraz wszystko musi być techniczne, termiczne albo startowe. ;)
No i buty przecież! Te są chyba najdroższe. Ja sama od wakacji żałuję, że kupiłam buty za 200zł, z którymi męczę się od pół roku, bo mogłam wydać więcej i kupić bardziej mi odpowiadające. A teraz za to będę musiała kupić jeszcze jedne.
A jak ktoś jeszcze lubi gadżety, to trzeba dorzucić: pas do biegania z bidonami, zegarek, pulsometr... O, pulsometr. Zastanawiam się właśnie nad zakupem i widzę że tutaj też jest rozrzut duży. Oczywiście lepiej kupić lepszy i droższy, coby nie kupować potem następnych...
W ogóle to chyba im więcej człowiek biega, tym ma większe wymagania. Mnie nudzi samotne długie bieganie, więc potrzebuję jeszcze słuchawek, żeby słuchać muzyki. Moje słuchawki dziwnie psują się mniej więcej 1 raz w roku i trzeba wymieniać na nowe.
Czytałam wczoraj taką myśl, że najtrudniejsze jest założyć buty. Mnie też jest trudno, bo przed biegiem muszę założyć buty, strój biegowy, zimą: opaskę i rękawiczki, do tego zabrać telefon, słuchawki, spakować gdzieś klucz, a jak jeszcze biegam z Fraszką, to ją też trzeba ubrać w strój biegowy, ja muszę założyć pas albo dwa - jeden dla Fraszki, drugi na pojemniki do wody i smaczki dla Fraszki.

Dziś w drodze do pracy cztery razy słyszałam, że już za cztery dni walentynki, więc tak mi się przypomniało, żeby sprawdzić aktualności związane z Biegiem Walentynkowym. I tak wyczytałam:

Statystycznie nasza impreza zapowiada się bardzo ciekawie - na liście startowej znajduje się więcej kobiet niż mężczyzn :)


Ja startuję na 10km, a tam jednak więcej mężczyzn. :)
No i tak jeszcze w tematyce damsko-męskiej fragment artykułu:

Dlaczego biegaczki są wspaniałe?

- biegaczka nie marudzi,
- zakupy w wersji skróconej,
- biegaczka nie musi robić z siebie dziuni (...)

całość dostępna pod adresem: http://biegologia.pl/dlaczego-biegaczki-sa-wspaniale/2/

Nie wiem, na ile się w to wpisuję. ;)

poniedziałek, 9 lutego 2015

Zabiegany weekend bez Fraszki

„Każdego ranka w Afryce budzi się gazela i wie, że musi biec szybciej niż lew, bo inaczej nie przeżyje. Każdego ranka budzi się lew i wie, że musi biec szybciej niż najwolniejsza gazela albo będzie głodował. Nieważne, czy jesteś lwem czy gazelą – kiedy wstaje słońce, wstań i pobiegaj.”

Zaczynam od cytatu, który może trochę wytłumaczyć to, że zaniedbałam pisanie bloga przez dwa dni. Po prostu biegałam. ;)
No dobra, nie tylko. Jeszcze trochę pracowałam. Ale bieganie najważniejsze. :D

W sobotę tradycyjny parkrun, który ukończyłam po wywrotce na przedostatnim zakręcie. Szczęśliwie skończyło się na siniaku, a poza tym w porządku. No i na mecie okazało się, że pomimo upadku, czasu 27.36, zajęłam 4 miejsce wśród kobiet, czyli zupełnie jak Kamil Stoch również w sobotę. :D
Pogoda była taka, że o wywrotkę chyba nietrudno. M.in. dlatego też nie wzięłam ze sobą Fraszki, która ciągnęłaby mnie nie patrząc na to, że mogę się przewrócić. Nie mam tu na myśli tego, że taka niewrażliwa jest, tylko że tak bardzo chce wygrać. Rozmawiałam zresztą ostatnio z jednym z biegaczy na parkrunie, że przydałoby się zrobić osobną klasyfikację dla psów. Może miałaby szanse na zwycięstwo, ale musiałaby biegać z kimś szybszym ode mnie. :D
Tymczasem zapisałyśmy się na Bieg z Łapką, który odbędzie się dopiero w lipcu, ale warto już pomyśleć. Bieg na 8km, więc spokojnie damy radę. Przypominam, że dotychczasowy rekord Fraszki to 17km biegu ciągłego. :)

W poprzednią niedzielę nie zabrałam jej na długie wybieganie, ponieważ musiałaby wcześniej pójść ze mną do pracy, a poza tym znów była obawa, że jest za ślisko. Na Cytadeli nie miałam kolców, bo mój Cichy Trener doradził, żeby nie zakładać, ale nad Rusałką i Strzeszynkiem w niedzielę bardzo się przydały. Z powodu pracy nie dotarłam na 10.00, tylko dopiero przed 12.00 mogłam rozpocząć trening. Mijałam uczestników obu grup przygotowujących się do Orlenu. Wszyscy zmierzali już do domu. Niektórzy myśleli, że ja sobie wydłużyłam bieganie, a ja dopiero zaczynałam... Czułam się głodna i niezbyt zmotywowana. W kolcach ślisko nie było, ale obawiałam się nudy, bo dawno nie biegłam sama tak długo i daleko. W dodatku nie miałam nawet słuchawek, żeby posłuchać muzyki. Nie sprawdzałam też tempa. Na szczęście, ponieważ trasa była stosunkowo nowa dla mnie, widoki piękne i słoneczko przyjemnie świeciło, nie znużyłam się tak bardzo. Dobiegłam do Strzeszynka, obiegłam, wróciłam i dokręciłam jeszcze małe kółko, żeby wyszło 21km. Jeszcze przed ostatnim kółkiem uświadomiłam sobie, że grozi mi zrobienie życiówki na treningu. No i tak się stało. Endomondo niemiłosiernie pokazało nowy rekord życiowy w półmaratonie. Śmieszne. Nowy rekord na lodzie, w śniegu i w kolcach. :D

Dziś bez biegania, tylko trochę ćwiczeń siłowych od rana. Ponieważ na przyszły weekend zapowiada mi się dużo kilometrów, postanowiłam ograniczyć ich liczbę w tygodniu. Zatem jutro pewnie jakieś 5-7km plus skipy i podbiegi, a w czwartek ok.10km.
W sobotę będzie 15, a w niedzielę, jeśli dobrze pójdzie to 28. Trzeba się oszczędzać. ;)

Niebiegająca Fraszka wśród zabawek

piątek, 6 lutego 2015

"Zawsze do mety" - czyli trochę o nazwach klubów biegowych

Dzisiaj wolne od biegania, więc napiszę trochę o nazwach klubów biegowych. Robiłam taką analizę na podstawie wpisów przy rejestracji na zeszłoroczne maratony w: Warszawie, Poznaniu, Dębnie i Wrocławiu.
Oczywiście wiadomo, że każdy mógł tam wpisać, co chciał i dlatego wnioski są ciekawe. Oprócz takich oficjalnych nazw, jak:
Grodziski Klub Biegacza, Wolsztyński Klub Biegowy, Strzeliński Klub Biegacza, Kamiennogórska Grupa Biegowa, Nowosolska Grupa Biegowa, pojawiły się też inne.
Przykładami mogą być nazwy wskazujące na cel powstania klubu, powód samego biegania lub charakteryzujące grupę, np.: Zabiegani Po Uszy, Biegający Tczew, Klub Biegowy Spoceni Nowa Sól, Chciałem Se Pobiegać, Fajna Grupa Biegowa.
Nazwy bazujące na leksyce ogólnej, to nazwy zawierające nazwy pospolite zwierząt, np.: Klub Orła Bielika, Puszczyk Bukowy, Klub Biegacza Lew Legnica, Cwałujące Wieprze, Klub Sportowy Czerwony Smok. Są to przykłady nazw klubów bądź drużyn rzeczywiście istniejących. Ponadto można wskazać na nazwy najprawdopodobniej stworzone na potrzeby startu w maratonie (informacji na temat takich klubów nie znalazłam w żadnych źródłach internetowych), takie jak:  Koliberek, Team Wiewióra, Klub Biegowy Gepard, Struś & Kojot, Lameczki. Trudno doszukiwać się jakiejś prawidłowości w tworzeniu tych nazw. Część z nich zawiera bowiem nazwy zwierząt kojarzone z szybkim bieganiem. Inne zaś są z bieganiem zupełnie niezwiązane i być może niektóre nazwy pospolite zwierząt są też przezwiskami biegaczy.           
Wiele klubów biegowych, zwłaszcza tych stworzonych na potrzeby startu w maratonie, powstało w wyniku zabaw językiem i tworzenia tzw. konstrukcji retoryczno-dyskursywnych. Za takie konstrukcje można uznać nazwy zawierające różnego rodzaju hasła i sentencje, np.: Biegam, więc jestem, Nie wiedziałem, że pobiegnę, Zawsze do mety, Chciałem se pobiegać, Nigdy się nie poddawaj. Konstrukcje takie powstały również z wykorzystaniem elementów obcojęzycznych, np. w nazwach: Los Bieganeros, wieRUNszów (klub z Wieruszowa).           
 Wykorzystują również elementy gwarowe. Z gwary wielkopolskiej czerpią chrematonimy: Gira się kręci, Ejbry, Karol się katurla.       
Na podstawie opracowanego przeze mnie materiału można stwierdzić, że nazwy klubów biegowych mogą pełnić różne funkcje, głównie jednak informacyjną, przekazując informacje o grupie biegowej, celu biegania, akcji charytatywnej czy też idei. Nazwy te informują przede wszystkim o charakterze klubu, czyli tego, że jest to klub sportowy lub biegowy. Służą temu leksemy: klub (Klub Biegowy Biała Biega), biegać (Pogoria Biega), biegowy (Klub Biegowy im. Piotra Sękowskiego w Płońsku), biegacz (Miński Klub Biegacza), zabiegany (Zabiegani Lusówko), aktywny (Klub Biegowy Aktywni Środa Wlkp.). Chrematonimy odnoszące się do pojedynczych biegaczy pokazują, że część z nich czując się związanym z jakąś grupą, zwykle lokalną, podają wymyślony klub zawierający nazwę toponimiczną. Inni wprost podkreślają indywidualizm treningów poprzez wpisy: Bez Klubu, Żadna, Samotnik, Samotny Wojownik, Wolny Strzelec.                                   
 


MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa