środa, 26 lipca 2017

Chatka Górzystów, chatka babci Czerwonego Kapturka oraz Mistrzostwa Wszechświata na 3 km na zakończenie obozu w Szklarskiej Porębie

Ostatnia wycieczka ponownie w niższych górach, czyli znowu niebezpieczeństwo, że będzie trzeba dużo biegać. ;-) Ponadto tym razem jechaliśmy samochodami do Jakuszyc i z powrotem, więc jeszcze trzeba było swojego kierowcy pilnować. ;-) Mieliśmy pięć tras do wyboru: od 9 do 32 kilometrów, chociaż od drugiej wycieczki inwencja uczestników sprawiała, że było ich zwykle więcej niż tych wcześniej zaplanowanych. Nie zamierzałam kombinować, ale tak dla odmiany, zrezygnowałam z ponownego wyboru najdłuższej trasy - no bo ile razy można najdłuższą biegać. ;-) Wcale nie chodziło o to, że miała powyżej 30 km. ;-)  Zdecydowałam się na około 26. I tak zmęczyłam się bieganiem, bo - jak przypuszczałam - było względnie płasko, więc od razu można było truchtać. Tylko dlaczego pod górę? Pewnie dlatego, że w górach. Zaczęłam z chłopakami, ale mnie zostawili i 9 km człapałam sama, więc wynudziłam się strasznie. Poczekali przy Chatce Górzystów, gdzie spotkaliśmy jeszcze kilka osób, które tam zaplanowało przerwę i powrót. Otrzymałam błogosławieństwo od trenera: "Trenuj z chłopakami, żebyś potem mogła ścigać się z dziewczynami" i poleciałam. Na początku było dość przyjemnie: rozmowy o bieganiu, ale też ciekawostki historyczne, a nawet bajka o Czerwonym Kapturku, ponieważ towarzyszył nam syn trenera. Zawróciliśmy, kiedy Garmin pokazywał dystans powyżej 12 km (od początku wycieczki). Zatrzymaliśmy się w Chatce na colę i ciasto. Potem ruszyliśmy dalej. Nie wiem, czy przez to ciasto czy ogólne zmęczenie, ale złapał mnie taki kryzys, że chłopacy polecieli, a ja tylko patrzyłam, jak się oddalają. Prawdopodobnie podziałała też uspokajająca myśl, że droga prosta i ta sama, więc nie powinnam się zgubić, dlatego nawet nie miałam specjalnej motywacji, żeby ich gonić. Próbowałam natomiast chociaż trochę biec, ale było z tym tak słabo jak na maratonie w Krakowie. Przesąd jakiś pewnie, ale miałam tę samą koszulkę i może dlatego. Po drodze spotkaliśmy indywidualistę z naszego obozu, który zaplanował sobie trasę na 10 km, ale wyszło mu jakieś 20. Porozmawiałam z nim chwilę, bo zagadnął, że jestem faworytką w sobotnich zawodach i to dobrze, że sobie odpocznę, idąc. Może coś w tym było, ale jednak chciałam się przemóc i jakoś doczłapałam do parkingu.



Z radością przyjęłam propozycję popołudniowej regeneracji w Termach Cieplickich zamiast kolejnego rozciągania i rolowania. W Cieplicach spędziliśmy dwie godziny, z czego większość przesiedziałam w saunie, grocie śnieżnej, jacuzzi lub leżąc na leżaku, ale zapowiedziałam wcześniej, że nie zamierzam się ruszać, czyli w basenie nie byłam w ogóle. 

Relaks chyba pomógł, bo w sobotę rano nogi jakoś zaczęły lepiej chodzić, a nawet schodzić. Ucieszyłam się bardzo, ponieważ to oznaczało, że jest szansa na jakąkolwiek większą prędkość na zawodach. W piątek wieczorem ustaliliśmy planowany czas, żeby ustawić handicapy na - mniej więcej - wspólny finisz. Miałam oczywiście wielkie ambicje, ale wiedziałam, że połowa trasy jest pod górę, a poza tym trening obozowy na tym etapie raczej nie przyczyni się do wzrostu formy obniżonej o tej porze roku przez wysokie temperatury. Zgodziłam się więc na założenie, że pobiegnę 12 minut 40 sekund, czyli że wystartuję z dwójką biegaczy o podobnych celach. 



Przyjechaliśmy na miejsce startu jakieś 45 minut wcześniej. Starczyło na przebiegnięcie całej trasy i solidną rozgrzewkę, chociaż temperatura wynosiła już jakieś 19 stopni. Startowałam w grupie trzeciej od końca, ale jakoś szybko to mijało i również my pobiegliśmy. Ja jak zwykle poleciałam dość szybko, bo nie zgodziłam się na propozycję współbiegaczy, żeby ruszyć w tempie 4.25.



Zaczęłam więc od 4.07, ale stopniowo zwalniałam i średnie tempo pierwszego kilometra właśnie takie mi wyszło. Połowa drugiego pewnie jeszcze gorsza, ale nie sprawdzałam, tylko czekałam na nawrotkę i pociagnęłam. Przyspieszyłam do 4.17, Trzeci zaczęłam od 4.10, ale średnio wyszło 3.57 i ostatecznie na mecie po 12 minutach i 47 sekundach.



Wszyscy - łącznie z trenerami - pod wrażeniem, tylko ja oczywiście nie do końca zadowolona, więc przypominam sobie, że jestem po ciężkim obozie i przed maratonem, na którym - na szczęście - nie mam zamiaru biec w tempie 4.00, a i tak podobno mogę już trenować prawie profesjonalnie i mam dzwonić/pisać w razie "dramatów treningowych". Dramat to może być dopiero w październiku, wcześniej to i tak nic nie będzie wiadomo. ;-)



Obóz zakończyłam w dobrym humorze, zadowolona z towarzystwa i treningów z mnóstwem nowych informacji, inspiracji i przemyśleń oraz wniosków odnośnie do moich treningów. Cały czas poprawiać trzeba: technikę, dynamikę, do tego rozciąganie pleców i pośladków. No i ostatni wniosek: będzie kolejny obóz. :-)

wtorek, 25 lipca 2017

Wysokie góry i bieg ciągły, czyli dzień IV i V

Druga wycieczka startowała w Harrachowie, tzn. był dojazd busami do tej miejscowości, ale... musiałam uważać, bo w razie zagubienia użycie opcji "Wróć do startu" wiele by mi nie pomogło. ;-)




Trzymałam się więc ponownie z chłopakami, którzy także zaplanowali najdłuższą trasę. Tym razem jednak trochę mądrzej zamiast butelki z wodą, do plecaka wrzuciłam bukłak z wężykiem, z którego często korzystałam też dlatego, że dzień był ciepły bez opadów.



Poza tym nastawiłam się na to, że w górach dużo się chodzi, a tu już od początku bieganie, do tego po asfalcie i w dodatku pod górę. ;-)



Później było jednak na tyle pod górę, że można było iść (czytaj: odpocząć).



Chłopaki rozgadali się podczas tej wycieczki, a mnie serce rosło, że jednak ludzie książki czytają, bo na ten temat były rozmowy.



Dzięki temu, że się tak zagadali, nie byłam ostatnia, ale jak przyspieszyli, to jednak zostałam i dopiero na szczycie się spotkaliśmy. Tam doładowanie, czyli trochę coli i kawałek banana i można było kontynuować.



Dalej znowu z góry i chociaż byłam zmęczona, to jednak dałam radę biec, nawet dość szybko. Mam nadzieję, że organizm zapamięta i wykorzysta na maratonie doświadczenie z biegania na zmęczeniu. Tym razem niespodzianka, bo trasa zamiast 27 kilometrów miała tylko około 24.



Po południu znowu rozciąganie i rolowanie i ponownie słabo, ale przynajmniej utrwaliłam kilka ćwiczeń, które mogę wykonywać przez następny rok na zmianę z core stability. ;-)



W czwartek uda ani trochę nie odpuściły i zaczęłam większą uwagę zwracać na schody, zwłaszcza w dół.



Rano był krótki rozruch, a po śniadaniu wykład na temat planów treningowych, które dostaliśmy wcześniej mailem. Jak to ja analizowałam je sobie dokładnie i przyznaję, że bardziej mi odpowiadają niż te, z których wcześniej korzystałam. Z paru propozycji treningów na pewno skorzystam i mam nadzieję, że lepiej na tym wyjdę niż na poprzednim maratonie. 



Po wykładzie mieliśmy biegać BC2 5-6 km. Nie czułam się na siłach, żeby biegać drugi zakres wyliczony na podstawie wyników z początku roku, zwłaszcza po reglach, więc ostatecznie po dwukilometrowym truchcie pobiegłam trzy szybkie kilometry, potem kilometr przerwy w truchcie i przyspieszenie na końcu.  



Po południu niespodzianka, czyli obwód stacyjny z kilkunastoma różnymi ćwiczeniami - oczywiście do inspiracji poobozowej. Część z nich już wykonuję, ale parę będzie trzeba dodać. Szczególnie spodobała mi się drabinka koordynacyjna i skipy z gumą, chociaż widok dość przerażający - muszę sobie zamontować na ogródku. ;-)




poniedziałek, 24 lipca 2017

Z elitą na szlakach, przy śniadaniu, a nawet w saunie, czyli relacji z pobytu w Szklarskiej Porębie ciąg dalszy

To, że na obozie będzie elita trenerska, było wiadomo od początku, ale że Szklarska Poręba jest rzeczywiście "Mekką dla biegaczy" ściągającą do siebie czołówkę zawodników, dowiedziałam się dopiero na miejscu, kiedy natykałam się na zawodowców, którzy najzwyczajniej w świecie jedli z nami posiłki, biegali wołając "cześć" na powitanie, albo po prostu wyprowadzali czy też wynosili psa na spacer. ;-) W tym roku bardziej świadoma biegowo - ciut lepiej biegam i bardziej rozpoznaję elitę, nie to co w Krościenku, kiedy nie miałam pojęcia, z jaką gwiazdą przyszło mi trenować. ;-)



Kolejnego dnia już integracja pełna, bo wycieczka biegowa, czyli kilka godzin spędzonych razem w trudach i znoju. Zaczęło się od spokojnego spaceru - pamiętam przecież, że w górach podbieg nazywa się podejściem, tzn. że się nie tylko biega, ale i chodzi. ;-) Wcześniej otrzymaliśmy mapy dwóch tras do wyboru. Ponieważ znam się na mapie tak bardzo... jak wszyscy wiedzą ;-) po prostu zdecydowałam się na dłuższą. A co tam, skoro już jestem w górach, to muszę korzystać, bo jak sama pojadę, to i tak nic z tego nie wybiegnie ani nawet nie wyjdzie, bo zgubię się po prostu. 



Tymczasem ruszyliśmy w Izery. Przede mną i wąską grupą 27 kilometrów, które można było skrócić do 21 albo jeszcze bardziej, zawracając w dowolnym momencie. Na to ostatnie w ogóle nie miałam ochoty, ponieważ było tak stromo pod górę, że pewnie w dół też bym szła zamiast biec. Po kilkunastu minutach zaczęło delikatnie padać. Później deszcz przestał być delikatny i zaczął ostro zacinać. Ubrana byłam w spodenki i koszulkę, a kurtce było ciepło i sucho w plecaku, którego nie zdejmowałam, żeby nie musieć później mokrego zakładać. ;-) Taktyka nie do końca dobra, bo w plecaku miałam też butelkę z wodą i niestety rzadko ją wyjmowałam. Wkrótce przestało padać i zrobiło się całkiem przyjemnie, tylko niestety ubrania pozostały mokre. Rozdzieliliśmy się i pobiegłam dalej z pięcioma chłopakami i trenerem. 



Trasa zgodnie z profilem po kilku kilometrach wspinaczki prowadziła w dół i to tak, że nawet ja mogłam się rozpędzić, chociaż zastanawiałam się, dlaczego biegniemy po 4.30, skoro to wycieczka. 
Kiedy dotarliśmy ponownie do Szklarskiej Poręby, zrobiło się ciepło i słonecznie, a o deszczu przypominały tylko liczne kałuże. Przypomniałam sobie, co to znaczy złachać się na takim dystansie - ostatecznie Garmin wyliczył 28 kilometrów. 

Po południu "tylko" rozciąganie i rolowanie. Wałek wprawdzie stoi u mnie na półce, ale pożytku z niego nie ma żadnego. No i okazało się, że z rozciąganiem też są problemy.


Dla relaksu wieczorem sauna i tam właśnie spotkanie z reprezentacją Polski, która akurat wchodziła, a my wychodziliśmy. Ufff.

Wtorek po wycieczce biegowej był trudny. Uda bolały mnie tak mocno, że ostatnio tak się czułam chyba po półmaratonach, które biegałam bez przygotowania. Nie było rozruchu, ale trzeba było wstać i się ogarnąć, bo na 9.00 mieliśmy już zaplanowany trening na stadionie. Trochę się bałam, bo jakoś nie najlepiej wspominam zeszłoroczne interwały. Tym razem jednak nie mieliśmy biegać odcinków 400 m, tylko 100 m. Nie została jednak określona liczba powtórzeń, tylko czas trwania: ćwiczyliśmy od 30 do 40 minut. Kiedyś biegałam dwadzieścia setek i wydawało mi się, że to dużo. Teraz zapowiadało się jeszcze więcej. Na szczęście biegałam z dobrą ekipą, więc się nie dłużyło tak bardzo, chociaż w końcówce zaczęliśmy jakoś bardzo wydłużać odpoczynek. ;-)


Po treningu szybko wskoczyłam jeszcze do potoku - żartowałam, tylko zamoczyłam nogi. ;-) Planowałam w piątek się wykąpać, ale jakoś nie wyszło. Potem szybko coś zjadłam, bo było dopiero po 11.00, czyli do obiadu pozostały ponad dwie godziny! Później mieliśmy wykład z analizą techniki biegowej. Nie pamiętałam wielu uwag z zeszłego roku. Widocznie tak słabo wtedy biegałam, że nikt się tym nie przejmował. Tym razem dowiedziałam się, że może i szybko biegam, ale jest dużo do poprawy - technicznie, ale też dynamicznie.  Trochę przykro po tych uwagach, ale w sumie przecież kiedyś powiedziałam sobie, że im więcej do poprawiania, tym lepiej, bo nowe bodźce treningowe dają lepsze efekty. 

Po południu moje ulubione, wyczekane ćwiczenia core stability. :-)

Cdn.

niedziela, 23 lipca 2017

"Talent" i "biegacz z perspektywą", czyli zapoznanie oraz początki obozowych zmagań

Do hotelu Górnicza Strzecha w Szklarskiej Porębie dotarłam parę minut po 15.00, czyli zgodnie z programem. Po drodze zatrzymałam się w markecie, żeby wyposażyć się w rzeczy pierwszej potrzeby dla biegacza, czyli wodę, orzechy i czekoladę - na głód i sytuacje kryzysowe. ;-) Po podróży i wczesnym wstawaniu związanym z poranną wizytą na Parkrunie w Żarach, miałam nadzieję na kąpiel i krótką drzemkę przed kolacją. Na szczęście moja współlokatorka, która jechała samochodem aż ze Szczecina, miała podobne plany, więc udało nam się je zrealizować (zaraz po rozpakowaniu, zastanawianiu i ustalaniu, jak będzie korzystała z szafy, która stoi pod ścianą przy moim łóżku).

Około 18.00 zeszłyśmy na kolację, nie znając nikogo i mając wrażenie, że wszyscy inni znają się bardzo dobrze. Po posiłku nastąpiło spotkanie "Anonimowych Biegaczy", którzy dzięki temu stali się mniej anonimowi. Nie wiem, czy coś takiego miało miejsce w zeszłym roku, bo dotarłam dzień później, w każdym razie mnie ominęło. Nigdy nie lubiłam takiego przedstawiania, chociaż odkąd zostałam biegaczem <sic!> oczywiście chętnie opowiadam o wszystkich biegach, zawodach, życiówkach itp. itd., podejrzewałam więc, że podobnie będzie w przypadku innych. Pozostawał więc problem, kto tego będzie słuchał? ;-) Zwłaszcza, że ja wypowiadałam się jako druga od końca. Później okazało się, że wiele osób jednak słuchało i nawet zapamiętało, przede wszystkim to, że zostałam uznana za talent, bo co do szczegółów, to już mniej. Mnie interesowały wyniki innych, bo chciałam dowiedzieć się, jak będziemy biegali, tzn. jak dużo i jak szybko i w której grupie mogę się odnaleźć. Pierwsza informacja, jaką uzyskałam była taka, że żaden ze mnie talent, tylko po prostu uczestnicy to głównie osoby biegające dla przyjemności i trenujące mniej regularnie niż ja, m.in. z powodu dzieci, które licznie towarzyszyły uczestnikom obozu. 

Pierwsze spotkanie było dość krótkie i też jeszcze sztywne, zwłaszcza dla nowych osób. Rozkręciło się drugiego dnia i to już od rana, bo przecież był rozruch. :-) Potem śniadanie i wykład, a właściwie kolejne powitanie, bo dojechał drugi trener, którego przynajmniej znałam i pamiętałam z pierwszego obozu. Dostaliśmy koszulki obozowe i ustaliliśmy plan dnia. Wyglądałam podobno na zaspaną i zestresowaną. Może jakiś taki odruch i reakcja jak na dawne lekcje wychowania fizycznego, chociaż dużo się od tego czasu zmieniło i przecież wiedziałam, czego się spodziewać, a nawet przyjechałam z konkretnymi oczekiwaniami, a nie tak jak rok temu ze znakami zapytania. 



Pierwszy trening to spokojne rozbieganie na reglach, które miało pewnie dać jakiś obraz o poziomie biegowym. Stres chyba minął albo rozładował się w biegu. Ruszyłam spokojnie i bieganie sprawiło mi dużo radości (co się rzadko zdarza ;-)). W moim odczuciu biegłam wolno, ale jednak zostawiłam w tyle większość osób. Przede mną było chyba trzech chłopaków. Mieliśmy pobiec maksymalnie 30 minut w jedną stronę i zawrócić. Tuptałam sobie spokojnie po 5.15 za biegaczem w koszulce z maratonu krakowskiego. Jemu znudziło się samemu i zaczekał na mnie, więc go zagadałam o ten maraton i tak razem dotruchtaliśmy jeszcze kawałek, a potem z powrotem. Na szczęście znał drogę do hotelu, bo ja bym się zgubiła nawet ostatniego dnia. ;-)



Po południu dopiero nastąpiło to, czego się tak obawiałam, czyli trening "na płotkach". Na ich widok łzy do oczu napływają, jak w liceum na wf-ie na widok skrzyni. Wcześniej jednak rozgrzewka i parę innych ćwiczeń, których z zeszłego roku nie pamiętałam, a teraz starannie odnotowałam w pamięci, żeby wykonywać różne rodzaje skipów i wymachów z grzebnięciem oraz defilady.



Potem przebieżki do wideoanalizy no i w końcu te tragiczne płotki... Opuściłam kilka kolejek... nie przyznam, ile. Ale jak przez przypadek usłyszałam, że jestem osobą z perspektywą, to parę razy przeskoczyłam... znaczy przebiegłam i przeżyłam... :-)

Cdn.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa