niedziela, 17 września 2017

Łamanie nie zawsze się udaje, czyli kolejny dowód na to, że Fraszka biega szybciej ode mnie ;-)

Dzisiaj kolejne podejście albo raczej próba szybkiego biegania czy też inaczej: ostatnia zabawa przed maratonem. ;-) Kto mnie zna, ten wie lub domyśla się, o co chodzi. W razie czego wyjaśniam: dzisiaj było ostatnie ściganie na Parkrunie, tzn. ostatnie przed maratonem. Wcześniej planowałam takie trzy dni, kiedy mogę szybciej pobiec. Dzisiaj był ten drugi, a trzeciego nie będzie, bo nie wiem, czy w ogóle wtedy zjawię się na Cytadeli, a jeśli tak, to już nie planuję szybkiego biegania. 



Dziś od rana zimno, więc idealna pogoda dla biegaczy - dwunożnych i czworonożnych, bo Fraszka też szalała. Niestety postanowiłam, że drugie podejście wykonam sama. Wyniki z nią i bez niej były bardzo rozbieżne: 20.02 oraz 20.35. Rozbieżności wynikały też z daty, kiedy te rekordy zostały ustanowione. Dwa tygodnie temu gładko poszło nam poniżej 20 minut, no ale od 20.02 to niewiele brakowało. Dzisiaj postawiłam sobie bardziej wymagające wyzwanie, bo musiałabym się poprawić o dużo więcej, chcąc pobiec 19.XX. Wyzwanie jeszcze większe, bo na Cytadeli sama najszybciej pobiegłam 20.38, czyli trzeba byłoby pobiec lepiej o jakieś 40 sekund! W Swarzędzu na dystansie półmaratonu poprawiłam się o 56 sekund. A teraz dystans dużo krótszy, a do poprawy... znacząca liczba sekund. ;-) 



Nastawiłam się jednak bojowo, jak to mnie się rzadko zdarza, ale na piątkę jednak czasami, i wystartowałam z pierwszej linii. Zbieg i podbieg, tempo 3.54 spadło do 4.00 i... już mi się odechciało... Oczywiście się nie poddałam, tylko w myślach nakrzyczałam na siebie, że znowu zbyt słabo się rozgrzałam i dlatego nie mogę wejść od razu w tempo. Biegłam dalej.




Koniec pierwszego kilometra z górki, więc przyspieszyłam i ostatecznie 3.57. Dalej też nie weszłam w tempo, które spadło do 4.27. Pomyślałam, że to żart, który robi mi Garmin zawsze w tym miejscu, więc poleciałam dalej. No i rzeczywiście bez dalszych dowcipów, pobiegłam ten kilometr w 4.10, chociaż coś mi się przywidziało, że to było 4.00. :-) Średnie tempo mi jakoś nie pasowało, ale łudząc się, że to prawda, zmotywowałam się do dalszego szybkiego biegu. Tym razem rzeczywiście tak było, bo Garmin zmierzył 4.02.



Zatem jak zwykle pozostało utrzymać to przy czołgach - udało się 4.08, a potem pocisnąć końcówkę. Przestałam w końcu patrzeć na tempo i spojrzałam na czas. To było jakoś przed ostatnim zakrętem - 18.41. Wydawało mi się, że ponad minutę, to dużo. Przyspieszyłam i ten kilometr pobiegłam w tempie 3.58... co nic nie dało, bo na mecie okazało się, że było już powyżej 20 minut, tzn. 20 minut i 1 sekunda. :-) 



Oficjalnie 20 minut złamane dwa tygodnie temu, więc dzisiaj nie trzeba nic łamać. Cieszę się, że sama też potrafię tak szybko biegać. Myślę już trochę o tym, jak miło będzie pościgać się po maratonie. Tymczasem wydaje mi się, że z Fraszką dzisiaj mogło być jakieś 19.30. ;-)

wtorek, 12 września 2017

Pod górkę, w deszczu i pod wiatr, a jednak jest życiówka na 2. Półmaratonie w Swarzędzu

Od pewnego czasu zaczął mi się już śnić maraton. Tzn. takie pomieszanie maratonu z półmaratonem i innymi startami. W tych snach generalnie to same tragedie: buty się rozpadają, Garmin nie działa, a ja spóźniam się na start, bo nie zdążam oddać rzeczy do depozytu. ;-)

W takiej atmosferze przyszła pora na - drugi po dyszce w Murowanej Goślinie - sprawdzian przed maratonem. Połówka jako test to niby takie normalne, ale ja od paru lat półmaraton biegam tylko na wiosnę. Do tego jedynie w Poznaniu. Dlatego nie mogłam się jakoś odpowiednio nastawić. Poza tym przed poznańską połówką trenowałam tylko i wyłącznie pod ten dystans. Teraz koncentruję się przede wszystkim na maratonie, a że przypadkiem wpada też rekord na 5 km, to w porządku. Ale piątka jest krótka, więc żaden problem. Co innego półmaraton. Skoro nie trenuję biegów w tempie półmaratońskim, to nie wiem nawet, jakie ono obecnie jest. W Murowanej biegłam średnio po 4.20 na kilometr, a teraz miałam przyjąć, że dam radę pobiec 21 km po 4.25 żeby poprawić rekord z Poznania?

Oczywiście, że tak przyjęłam. :-) A to m.in. dlatego, że w ostatnich dniach pogoda zaczęła bardziej sprzyjać - przynajmniej mnie - tętno było niższe, a mnie się lepiej biegało. Niestety w tym tygodniu - też w związku z tą pogodą - pojawiły się problemy ze zdrowiem. Nie jakieś ciężkie, ale stan przeziębieniowy trwał właściwie cały czas. Może trzeba było sobie odpuścić jeden trening albo np. nie pobiec w sobotę na Cytadeli, ale ponieważ swarzędzki półmaraton nie był startem docelowym, uznałam, że nie muszę być tak bardzo wypoczęta. Poskutkowało to jednak tym, że dzisiaj obudziłam się bardzo zmęczona. Ponadto od wczoraj bolały mnie plecy. Dlatego dzień zaczęłam od rozciągania i rolowania. Dopiero potem było lekkie śniadanie. A kiedy nadal lekko zaspana zaczęłam zbierać się do wyjścia, pomyślałam, że - inaczej niż zwykle - wypiję jeszcze kawę. Nie wiem, czy kawa czy może jeszcze zdjęcia z wczorajszego Parkrunu, które przy okazji obejrzałam, ale coś z tych rzeczy sprawiło, że dużo lepiej mi się wychodziło z domu. Poza tym w odpowiedzi na sen o butach, wyjęłam moje stare, "lekko" już podziurawione Asicsy. Od paru miesięcy biegam już w nowszym modelu i wydawało się, że dawno je już rozbiegałam, a jednak na Murowanej na końcu mnie cisnęły. Tam była dycha, więc pomyślałam, że lepiej nie ryzykować na dystansie dwa razy dłuższym. Od razu po założeniu tych starych poczułam się lepiej. Raz, że bardziej rozbiegane, a dwa, że wydaje mi się, że ten starszy model był rzeczywiście szerzy. Wszystko wskazuje na to, że również te stare doczekają się maratonu. ;-)

Tymczasem czekała mnie połówka. Po wyjściu z domu jeszcze jedna rzecz poprawiła mi humor - padający deszcz. :-) Teraz przeklinajcie mnie wszyscy, którzy lubicie biegać, jak jest ciepło i słonecznie. ;-) Otóż ja nie lubię. :-) Motywacja i nastrój były więc coraz lepsze, co utrzymało się po dojeździe na miejsce i spotkaniu ze znajomymi biegaczami. Odebrałam pakiet, w którym nie było nic poza informatorem, numerem startowym i puszką piwa bezalkoholowego, i poszłam przygotować się do startu. Przy okazji odkryłam, że znów na biegu pojawiły się "Polskie Kenijki", których jeszcze kilka dni temu nie było na listach startowych. No cóż, nagrody finansowe przyciągają. Ja też, chociaż ostatnio wspominałam, że puchary już tak nie cieszą, myślałam o możliwości załapania się na podium, ponieważ... za półmaraton pucharu jeszcze nie mam. ;-) 

Rozgrzewka pokazała, że plecy nie przeszkadzają w biegu. Nie mogę tylko się za bardzo skręcać, a to dobrze, bo mam taką niedobrą tendencję, którą może dzięki temu uda się wyeliminować. W drodze na start powtarzałam sobie, że nie mogę pozwolić na zbyt luźne podejście, tzn. ponownie bez nastawienia na konkretny wynik, lecz muszę postawić sobie jasny cel. Oczywiście w głowie odzywał się drugi głos, który mówił, że to sprawdzian, więc nie trzeba biec na maksa i poprawiać życiówki. A dlaczego nie poprawić? Skoro pogoda taka idealna? ;-)

Wypowiedziałam głośno cel - poniżej 1 godz 35 min, więc poczułam się zobowiązana, żeby go zrealizować. Na szczęście znajomi, którzy o tym usłyszeli, odpowiedzieli bardzo pozytywnie, że dam radę. Przy okazji dodali parę informacji na temat trasy, która miała być płaska i generalnie bardzo przyjemna. A jak było naprawdę...


Zaczęło się oczywiście tak przyjemnie, bo co to za tempo 4.25 przez parę kilometrów. Nogi poniosły mnie więc znacznie szybciej. A i tak usłyszałam za sobą: "Gonię cię Aguś", a po chwili już przed sobą, więc zostałam wyprzedzona, chociaż biegłam szybciej niż zamierzałam. Trzeba było się stopować, bo chociaż bal już trwał, zabawa miała się dopiero zacząć... przypuszczałam, że tak około 15. kilometra. A na początku podbiegi. Jeden.... dwa... tempo trochę spada, ale nadrabiam z górki - jest dobrze. Bardzo dobrze. Za dobrze. Trzeba zwolnić.



Fotograf na 5. kilometrze - chyba jeszcze wyglądałam też dobrze. ;-) Trzeci podbieg - nie pamiętam, żeby był w planach, ale spoko. Byle do połowy. Potem przecież obiecali, że z górki będzie. ;-)




Sprawdzałam tempo, żeby za bardzo sobie nie pofolgować podczas zwalniania i wtedy jeden z biegaczy zagadnął mnie o to. Tak sobie wbijałam do głowy to 4.25, że zamiast odpowiedzieć, jakim tempem biegniemy, powiedziałam właśnie: "4,25". Wymieniliśmy jeszcze parę słów na temat celów. Powiedział, że w Poznaniu pobiegł nieco ponad 1 godz 36 minut i chciałby teraz lepiej. Odparłam, że ja podobnie na jakąś godzinę 35 minut. Stwierdził, że będzie obserwował. Biegł chwilę przede mną, a potem puścił mnie przodem.



Cały czas nie zapowiadało się na tę część z górki, bo potem wbiegliśmy na odcinek przy trasie szybkiego ruchu, gdzie podobno było minimalnie - ale niezmiennie - pod górę. Do tego asfalt, który kleił się do butów i nijak nie mogłam utrzymać planowanego tempa. Chwilę biegłam z innym biegaczem, który w końcu nie wytrzymał i zapytał, czy biegnę na jakiś konkretny czas. Powiedziałam, że na 1 godz 35 minut, a on na to, że za szybko. Wiadomo, że za szybko. Ale wiadomo też było, że potem zwolnię. Tzn. ja wiedziałam. ;-) Dodał coś jeszcze, że mam płytki oddech i że mam głębiej oddychać, to szybciej nabiorę sił. Rzeczywiście pomogło, ale na chwilę, bo chyba jednak nie umiem tak oddychać. Powiedział, że on biegnie treningowo do 14. kilometra, a potem zobaczy. Nie wytrzymał jednak ze mną (pewnie to sapanie mu przeszkadzało), bo przyspieszył, chociaż to był dopiero 9. kilometr. 

Nieprzyjemny odcinek wreszcie się skończył. Na 10. kilometrze: żel, wodopój, kolejne spotkanie z fotografem i dogonienie jednej z moich młodszych rywalek, czyli same miłe rzeczy. To wyprzedzenie okazało się jednak tylko chwilowe. Chyba większość osób zaplanowała sobie przyspieszanie po połowie, bo dużo osób zaczęło mnie wtedy mijać. Myślałam, że się ogarnę po tym człapaniu, a tymczasem było jeszcze gorzej, ponieważ wybiegliśmy ze Swarzędza i kontynuowaliśmy wśród wiejskich pól Paczkowa. Pamiętam, że rozmawiałam z kolegą o tym, że będzie wiało, ale nie przejęłam się tym. Dużo osób narzekało na wiatr w Poznaniu na Hetmańskiej, a ja nawet nie zwróciłam na niego uwagi. Już zapomniałam o takich polnych półmaratonach, jak na przykład Szamotuły. Ucieszyłam się na widok znaku: Teren zabudowany, bo pomyślałam, ze pola się skończą. Przecież kiedyś muszą! Chyba powinniśmy już biec w stronę mety. Tymczasem kolejne oznaczenie: Koniec terenu zabudowanego i dalej pola urokliwych miejscowości, takich jak Łowęcin i Sarbinowo. Nie dość, że wiatr, to jeszcze pod górę. A już miało być z górki! A ten kolega mówił, że w którąś stronę będziemy mieli wiatr w plecy... Walczyłam i się męczyłam, ale na szczęście dzięki temu kilometry mijały subiektywnie szybko. Podobnie jak spadało tempo...

Wyraźnie słabłam, więc w głowie znowu zaczęły pojawiać się myśli, że to sprawdzian i nie muszę pobijać rekordu, że nie dzisiaj, nie na tej trasie, że zrobię to sobie spokojnie na wiosnę w Poznaniu. 15. kilometr i wodopój - wypiłam trzy łyki wody i trochę mi się poprawiło. Na ostatnie cztery kilometry miałam przygotowany żel z kofeiną, tylko że nie sprawdziłam wcześniej, czy tam gdzieś jeszcze będzie punkt odżywczy, żebym mogła go popić. Oczywiście do mety już nic nie było. Biegłam więc, tradycyjnie korzystając z zapasu sekund, który się kurczył, ale zaplanowałam z nadwyżką. Poza tym odkąd biegam z nowym zegarkiem, jest niewielka różnica między Garminem a oznaczeniami na trasie, więc cały czas była szansa na życiówkę, a nawet na bieg poniżej 1 godz 35 minut. Wreszcie upragniony znak: Swarzędz i teren zabudowany. Hurra! W końcu koniec dzikich pól. Dwa kilometry przed metą wiedziałam już dokładnie, że tylko jakaś nieoczekiwana tragedia pozbawi mnie PB. Kilka kobiet natomiast pozbawiło mnie wyróżnienia w kategorii wiekowej. Oprócz nich wyprzedził mnie też ten biegacz, który jak ja poprawiał wynik z Poznania.

Minęło 21 kilometrów. Kawałek przed metą zobaczyłam dopingującą Anię, więc zmusiłam się do przyspieszenia. Wreszcie to obiecane "z górki". ;-) Na zegarze widać było 1:34:XX i wbiegłam już powyżej 1:35, ale to brutto, a przecież nie startowałam z pierwszej linii, więc netto 1 godz 34 minuty i 56 sekund. Poniżej 1 godziny i 35 minut. Wynik z Poznania poprawiony o 56 sekund. Test zaliczony i to lepiej niż dycha w Murowanej Goślinie, bo dzisiaj przebiegłam 10 km - mając przed sobą jeszcze drugie tyle - w takim czasie, jak ukończyłam na tamtych zawodach. 



I tak jak to zwykle u mnie bywa - zadowolona jestem albo z czasu, albo z miejsca, rzadko kiedy z jednego i drugiego. No więc dzisiaj rekord, więc dobrze, a miejsce K Open: 16, K-30: 10, więc ekstremalnie słabo... Cóż... jak to mówią, wszyscy się poprawiają i coraz szybciej biegają. Widocznie ja muszę jeszcze bardziej.

sobota, 2 września 2017

Jak złamać 20 minut na 5 km bez ćwiczenia interwałów?

Tytuł kontrowersyjny i oczywiście miał taki być. ;-) Na początku krótka historia tego "łamania", a także  planów i przygotowań.

Cały sierpień grzecznie biegałam Parkrun na Cytadeli, żeby znów przypomnieć sobie trasę i móc biegać z zamkniętymi oczami. Dwa razy wzięłam udział z Fraszką i dwa razy sama. Zawiesiłam także turystykę parkrunową, byle tylko pojawić się na Cytadeli. Powiedziałam nawet tu i ówdzie, że zamierzam "trzaskać Cytadelę" dopóki, dopóty nie złamię 20 minut - sama albo z Fraszką - w zależności od okoliczności. Z psem biegałam, kiedy planowałam się ścigać. Sama bardziej kombinowałam - ćwiczyłam równe tempo albo bnp. W sierpniu było jeszcze trochę za ciepło, a moja forma za słaba. Biegałam jednak i analizowałam - to, o czym pisałam po dyszce w Murowanej, czyli jakie powinno być tempo - konkretne tempo.

(Zdjęcia z poprzednich Parkunów)


Dużo oczekiwałam po wrześniu - o tym pisałam w jednym z poprzednich wpisów, chociaż nie wprost - że jest parę takich sobót, kiedy mogę powalczyć o wynik i to może być również ta sobota. 

Od rana zapowiadało dobrze. Jeszcze kilka dni temu rozważałam, czy zabrać Fraszkę czy wystartować sama, ale prognozy przepowiadające dość niską temperaturę, a nawet deszcz przeważyły. A dziś jeszcze jedno: szalona Fraszka biegająca przed domem i myśl na jej widok: "Będzie rekord". :-)

Potem przyjazd na Cytadelę i ponowne ożywienie Fraszki w reakcji na to miejsce - podekscytowanie przed bieganiem. Do mnie dopiero wtedy dotarło, że rzeczywiście zaplanowałam ostre ściganie (głównie sama ze sobą). W ostatnich dniach pochłonęły mnie zupełnie inne sprawy. I może to dobrze, bo nie myślałam. Ba, nawet nie biegałam. Czułam więc trochę głód biegania (w przeciwności do głodu jedzenia, bo ledwie wmusiłam w siebie połowę zaplanowanego śniadania). 

Po wdrapaniu na górę tradycyjne powitania, chociaż dzisiaj trochę mniej, bo przynajmniej kilkanaście osób wybrało się na inaugurację Parkrunu w Dąbrówce. A ja na przekór chyba, zaplanowałam rekord właśnie na dziś. Tak jak kiedyś, gdy większość ścigała się na Maniackiej, ja ustanawiałam nowe PB na Cytadeli. Szkoda tylko, że również fotograf wybrał wycieczkę zamiast Parkrun Poznań.

Po rozgrzewce, podczas której nawet przez kilkadziesiąt sekund popadał deszcz, przyszła pora udać się na start. Zobaczyłam znajomego szybkobiegacza i spontanicznie, bez zastanowienia zapytałam, czy pociągnie nas (mnie i Fraszkę) na 20 minut. Zgodził się od razu, ale często tak odpowiada, więc do końca nie byłam pewna. Nie pamiętałam wtedy także, że kiedyś mnie prowadził na 22 minuty i wyszło jakieś 22.20. ;-) Powiedziałam, że musimy z Fraszką zostać "w kącie" na czas odprawy, więc poszedł ustawić się na starcie. Nie wiedziałam jednak, czy potem nas znajdzie.

Znalazł i na początku sapał za nami, bo Fraszka oczywiście pognała. Uruchomiłam za wcześnie stoper i zegarek pokazywał bardzo wolne tempo jak na nas, bo około 3.57. Nie wiem, jakie było w rzeczywistości, ale wszyscy mówili, że pognałyśmy, więc pewnie jak zwykle. Chociaż może nie... Nie czułam się tak bardzo zmęczona, a może psychika działała. Działała też w drugą stronę - skoro ten pierwszy kilometr był taki wolny, to nie mamy zapasu, jeśli zwolnimy za bardzo na drugim... 
Nasz zajączek wysunął się na prowadzenie, więc można było obserwować, czy biegniemy w dobrym tempie. Ja zresztą też co jakiś czas sprawdzałam i średnie tempo oscylowało w granicach 4.01. Biegając wiele razy Parkrun w Poznaniu (do dzisiaj 90 razy), wiedziałam, że aby dobiec po 20 minutach wystarczy średnie tempo 4.05, było więc dobrze. Zwłaszcza że na tym drugim kilometrze tempo pozostawało w tych granicach. Drugi i czwarty kilometr zwykle były dla mnie najwolniejsze, więc powinnam rozpędzić się na trzecim. Tak też zrobiłam, przyspieszając aż do 4.02. Różnice były więc niewielkie. Bałam się czwartego kilometra, ale zaczął się dobrze. Paradoksalnie nie zwalniam na podbiegu przy czołgach, tylko zaraz po nim. Tak też stało się tym razem, ale tylko do 4.09. Zając był wciąż na wyciągnięcie ręki, a zegarek także pokazywał, że jeśli przypomnę sobie finisze ćwiczone nie gdzie indziej tylko właśnie na Cytadeli - na Parkrunie i podczas CBN, to naprawdę mi się uda. Bo jeśli nie dzisiaj, to kiedy znowu? Nie byłam tak bardzo zmęczona - nie, to nie był tzw. "bieg do porzygu", raczej byłam czujna, skoncentowana, ale nie: tempo, tętno... tempo, Fraszka, czyli pilnowanie momentów i biegnięcie w taki sposób, żeby bez "tańczenia" mogła się napić. Dzięki temu biegła ładnie z przodu. Chociaż była też chwila grozy, kiedy szarpnęła na bok do jakiegoś psa. Na szczęście szybko się ogarnęła. Jeśli chodzi o tętno, to było niższe niż tydzień temu. Widocznie temperatura robi swoje. Nie chodziło więc tyle o zmęczenie, co ten stres - czy się uda. Nie chciałam ponownie tego przerabiać... już niedługo. ;-)


Wreszcie ostatni kilometr. Przyśpieszam nieświadomie. Albo już z przyzwyczajenia. A może dlatego, że zając przyspiesza. Szutr i zakręty. Jeszcze kilkaset metrów. Sprawdzam tempo: poniżej 4.00 - jest dobrze. Myślę jak bardzo już mi się nie chce i w tych myślach mówię do Fraszki (na głos oczywiście nie mam siły), żeby ciągnęła. Ostatnia prosta. Zając wyrywa do przodu. Nie ma dzisiaj zegara, więc nie widzę, ile sekund brakuje. Psy na mecie zaczynają strasznie ujadać (podobno słychać je było przy czołgach i niektórzy myśleli, że to Fraszka już na mecie), więc Fraszka przyspiesza. Doganiamy zająca. Ja przyspieszam już tylko ze strachu, że zabraknie paru sekund. Ostatecznie muszę jednak wciągać Fraszkę, bo tradycyjnie przepuściła mnie przed metą. Wbiegając usłyszałam, że jest poniżej 20 minut i życiówka, jakby ktoś śledził moje wyniki i wiedział. Nie patrząc zatrzymuję stoper. Odbieram token z nr 16 i sprawdzam czas: 19 minut 50 sekund. Cieszę się, chociaż do końca nie wierzę. Boję się, że rzeczywiście coś źle kliknęłam na początku i wcale tak szybko nie pobiegłam.



Upewniłam się i uspokoiłam dopiero, kiedy przyszedł oficjalny mail z wynikiem: 19.49. Wygląda lepiej niż 19.50. :-) Chociaż wcześniej już przyjmowałam gratulacje i nawet słowa, że dzisiaj to chyba wolno biegłyśmy, bo kogoś nie wyprzedzałyśmy. Myślałam, że to żart, a jednak prawda. Bo my od początku tak szybko. :-)


Tydzień temu - po biegu w Murowanej Goślinie - powiedziałam, że dużo bardziej będę się cieszyć, jak złamię 20 minut na Parkrunie. Na Cytadeli. I cieszę się. :-)

A teraz odpowiedź na pytanie. Krótko i konkretnie - trzeba trenować do... maratonu! :-) Tak poważnie, to myślę, że ten trening dużo mi dał. Podobnie było zresztą podczas przygotowań do poprzednich maratonów czy półmaratonów - wtedy też poprawiałam wyniki na krótszych dystansach. Wydaje mi się, że pomaga zwiększenie kilometrażu, ale także trening progowy i długie biegi na wysokim tętnie. 



W moim dzisiejszym przypadku było też parę czynników sprzyjających:
1. Kilkudniowy odpoczynek od biegania (także od myślenia o bieganiu) - trochę wymuszony, a trochę zaplanowany i wykorzystany. .
2. Odpowiedni dzień w miesiącu - dotyczy tylko kobiet w przeciwieństwie do większości czynników biologicznych, które sprzyjają mężczyznom.
3. Fraszka - dotyczy tylko mnie ;-) ale może sprzyjać albo nie sprzyjać - dzisiaj na plus, bo były kałuże na trasie.
4. Zając - pomaga w zależności od tego, co kto lubi. Mnie trudno biegać z pacemakerem, jeśli startuję z Fraszką. Mało kto rozumie, że zaczynamy wtedy szybko, a potem wyrównujemy tempo. Mój dzisiejszy pejs zna Fraszkę i ona zna jego, to też mogło pomóc. Poza tym biegł bardzo równo i nic nie mówił. :-)
5. Wolny pierwszy kilometr - myślę, że jednak dzisiaj był wolniejszy, więc zadziałała zasada odwrotna do tej, o której wspominałam po poprzednim Parkrunie z Fraszką.
6. Starannie zaplanowane tempo - jeśli już nie na poszczególnych kilometrach, to przynajmniej średnie tempo - zaplanowane+zrealizowane = (musi) planowany rezultat

To chyba tyle. Kolejnych prób na razie nie będzie. "Odpoczywam" do maratonu. :D

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Murowana Dycha, czyli pierwszy sprawdzian przed maratonem

To był pierwszy - i najkrótszy - sprawdzian przed Poznańskim Maratonem, czyli Murowana Dycha w Murowanej Goślinie. 



Kiedy zaczęłam przygotowania do maratonu, zaplanowałam też kilka takich testowych zawodów, które pojawiły się w bardzo elastycznym - tym razem - planie treningowym. W ostatnią niedzielę sierpnia chciałam pobiec dychę i taka się znalazła. I kto by pomyślał, że ja, która tak nie lubię startować latem, zdecyduję się na to, żeby się zapisać! ;-) No tak, ale to treningowo, a do tego najpierw miało być po lesie. Nic takiego nie znalazłam, a do Murowanej mam sentyment. Chociaż nigdy nie biegłam. ;-) Ale byłam dwa lata temu. Bardzo mi się podobało. Żałowałam, że nie mogę, a tym razem się udało. 

Pogoda nie była taka zła. W ostatnich dniach, kiedy biegłam, było nawet przyjemnie. No tak, ale rano to mogło być 12 stopni, o 11.00 zapowiadało się raczej cieplej. Trudno - trzeba walczyć ze słabościami, nawet jeśli to są upały. I tak prognozy mówiły o wyższych temperaturach. Na szczęście nie było słońca, które tak mnie zmęczyło w sobotę na Parkrunie. Zamiast tego niestety panowała duchota, na którą wszyscy narzekali. Ja pocieszałam się chłodzącym wiatrem.

Przyjechałam sporo przed czasem. Na szczęście na miejscu spotkałam dużo znajomych - z różnych źródeł. ;-) Można więc było porozmawiać i wspólnie przygotować się do startu. Nie zaplanowałam konkretnie, jak chcę pobiec - i to był błąd. Wolę chyba jednak takie zawody z konkretnym planem startu, kiedy mam wcześniej ustalone, jak np. na Półmaratonie Poznańskim, że mam pobiec w czasie 1 godziny 35 minut (przynajmniej około), czyli tempem 4.25 i tak biegnę. Albo trochę zwalniam. ;-) ale generalnie zmuszam się, bo tak było zaplanowane, wytrenowane i tak trzeba. To naprawdę bardzo pomaga. Co innego, jeśli biegnie mi się lepiej niż planowałam, to wtedy można kombinować - albo zwalniać albo ryzykować.

Tymczasem w Murowanej były założenia: gdzieś pomiędzy 43 minuty a 45. To drugie jeśli będzie bardzo gorąco. No i straszono mnie też trasą, że jest dużo podbiegów. Ale optymistycznie zakładałam, że pobiegnę tempem 4.15 i bardzo chciałam skończyć z czasem poniżej 44 minut, jak w Ostrowie. Wtedy oczywiście było inaczej, bo przygotowywałam się do dychy. Warunki atmosferyczne też bardziej mi sprzyjały, ale przyjęłam, że teraz jestem na innym poziomie biegowym, więc, mimo wszystko, mogę sobie stawiać takie wymagania. To "wszystko" to przede wszystkim fakt, że jestem w treningu maratońskim, a nie szybkościowym. Inna sprawa jest taka, że przed Maniacką też nie trenowałam szybkości, ale trening do półmaratonu jednak szybszy niż do maratonu.



Po rozgrzewce przyszła pora, żeby ustawić się na starcie. Jeszcze ostatnie rozmowy i pytania, kto "jak biegnie", tzn. jakim tempem. Moje towarzystwo planowało zgodnie po 4.20. Ja chciałam spróbować po 4.15, a jak nie utrzymam, to trudno. Bo mogło się tak zdarzyć, że się jeszcze spotkamy, jak mnie dogonią. Tymczasem każdy ruszył po swojemu - czyli inaczej niż planował. ;-) Jeden w tempie 4.20 przede mną, dwoje za mną. Oczywiście wcale nie było 4.20, bo mnie pierwszy kilometr wyszedł 4.06 i zaraz zaczęłam tracić na kolejnych. Potem chyba zaczęły się te górki, bo było jeszcze wolniej. Na szczęście nadrobiłam na piątym kilometrze z górki i jakoś przyspieszyłam na widok fotografów. Poza tym pojawiło się dziwne złudzenie, że to już finisz i może trochę żalu, że jeszcze nie koniec. ;-)


Pierwszą pętlę przebiegłam w 21 minut i 33 sekundy, czyli na czas poniżej 43 minut już nie miałam co liczyć. Natomiast byłam już psychicznie bardziej spokojna, bo trasa nie okazała się aż tak straszna. Wydaje mi się, że podbiegi w Swarzędzu są dużo gorsze. Tymczasem w Murowanej było dużo kurtyn wodnych, które najpierw omijałam, a potem z nich korzystałam, a także punktów wodopojowych - jeden też prawie ominęłam, ale mnie zawrócono. Na drugiej pętli zrobiło się jakoś luźniej. Na 6. kilometrze dowiedziałam się, że jestem trzecią kobietą. Po problemach z wodopojem spadłam na czwarte miejsce, ale biegłam blisko trzeciej pani tak, że w punkcie kibica "Wesoły rower" zostało to odczytane jako "ściganie" i obie zostałyśmy "zaproszone" na arbuza, jak będziemy miały "trochę wolnego czasu". Ponieważ się ścigałyśmy, to oczywiście nie miałyśmy i poleciałyśmy dalej. 



Potem oczywiście wylazł ze mnie brak ambicji zawodowej - u mnie działa tylko treningowa ;-) - więc trzecia pani spokojnie się oddaliła, a ja spokojnie człapałam... Tempo spadało na łeb na szyję, ale wciąż było poniżej 4.20. Na ósmym kilometrze wyprzedził mnie ten z ekipy po 4.20, co najpierw był przede mną, a potem za mną. Teraz on chciał pociągnąć, ale ja nie dałam rady się podczepić. Od siódmego kilometra tętno skoczyło do 185 i nie było szans, żeby spadło. Kiedy dotarłam do oznaczenia 9. kilometra i już myślałam, że spokojnie sobie doczłapię ostatni, to zobaczyłam przy nim jakiś dodatkowy "element" i zastanawiałam się, czy to kolejna atrakcja organizatorów, że każdy widzi jakiegoś swojego prywatnego motywatora tudzież innego dobrego ducha, kiedy mój duch powiedział coś do mnie i zaczął ciągnąć (i nie była to Fraszka). I musiałam przyspieszyć - ojej, jak przyspieszyłam - na szczęście było z górki - a potem już trochę gorzej, ale i tak dużo szybciej niż poprzednie kilometry. Jeszcze jedno oznaczenie - 500 m i gnam dalej. Fotograf podobno był nadal (jest nawet dowód w postaci zdjęcia), ale ja już nie widziałam. Zobaczyłam tylko zegar 43.XX i jak nieubłaganie zbliża się do 44, a ja jestem jeszcze tak daleko. I zmusiłam się jak na Maniackiej, kiedy było fantastyczne 41XX i właściwie mogłam sobie odpuścić, ale teraz czas płynął znacznie szybciej albo ja biegłam znacznie wolniej. Ale się udało - przynajmniej netto 43.54. ufff. Tętno maksymalne 190 - od wieków takiego nie było.

Co do wyniku, jak wspomniałam wcześniej, musiałam przemyśleć, czy jestem zadowolona, czy nie. Testuję ostatnio kalkulator biegowy zgodnie z zasadą, że można przeliczać wyniki z różnych dystansów na dystans maratoński, jeśli jest się w treningu maratońskim. Wynik po przeliczeniu Murowanej Dychy wypadł zadowalająco, ale chyba bardziej wiążące będą przeliczenia z półmaratonu, więc wtedy może napiszę o tym coś więcej.

Po biegu spacer do biura na ciacho i lody. Nie było niestety żadnego "konkreta", chociaż pamiętam bardzo fajne jedzonko sprzed dwóch lat. Potem oczekiwanie na dekorację i puchary - 1. miejsce w kategorii K-30 oraz 2. miejsce wśród kobiet w powiecie poznańskim. Dodatkowa radość ze zwycięstwa drużyny parkrun Poznań na 10 km i myśl, że gdybym trochę szybciej pobiegła, to bym się może do tej drużyny załapała. ;-) Jest motywacja.



Z Murowanej Gośliny kolejne fajne wspomnienia i możecie się ze mnie śmiać, ale ja najbardziej cieszę się z koszulki. Bo nie jest jedną z kilkudziesięciu, bo jest naprawdę ładna i wygodna - idealna na lato. 




Tymczasem trzeba wracać do zwykłych treningów. Dzisiaj trochę na zmęczeniu, ale takie też się przydadzą - zawsze wtedy powtarzam sobie, że na maratonie będę cały czas się tak czuć. :-)


MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa