sobota, 11 listopada 2017

Kolejne podium na Biegu Niepodległości w Obornikach

Miało być zupełnie inaczej. Ten bieg zaplanowałam jako zwieńczenie sezonu i przyspieszenie po człapaniu maratońskim. Tyle, że maratonu nie było. Pozostało człapanie... Cel był konkretny i wygórowany: złamać 20 minut - na trasie z atestem. Jeszcze pod koniec września, kiedy na Parkrunie biegałam w okolicach tego wyniku, czas wydawał się jak najbardziej realny. Dwa lata temu 21.40 VI Bieg Niepodległości w Obornikach, rok temu 20.48 VII Bieg Niepodległości w Obornikach, no i w tym roku miało być więc 19.XX. Tymczasem przez miesięczną chorobę wszystko wzięło w łeb. Wiem, że już któryś raz to powtarzam i pewnie jeszcze przez długi czas będę się tym tłumaczyć, ale... to po prostu dowód na to, że formę trzeba wypracować, długo i ciężko wypracować. A jeśli ktoś nie trenuje, a szybko biega na zawodach, tzn. że albo ściemnia (z tym nietrenowaniem) albo jest talentem urodzonym i gdyby trochę poćwiczył, to biegałby szybciej, ale widocznie ma inne priorytety albo po prostu mu się nie chce. Mnie się chce bardzo, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę, od razu nie przyspieszę, a przede wszystkim nie obniżę tego szalonego tętna.



Napisałam na fanpage'u, że wynik najgorszy w historii, bo miałam jakieś dziwne wrażenie, że dwa lata temu pobiegłam 21.11, a jednak 21.40. Dzisiaj 21.30, więc może nie aż tak źle? ;-) Szczerze, to zgodnie z planem... tym ostatecznym. I odpowiednim do poziomu tych zawodów - pobiec poniżej 21 minut, żeby wygrać, poniżej 22, żeby zająć drugie miejsce. Wynik 22.XX dawał w tym roku trzecie miejsce. Musiałam zrewidować moje nastawienie i myśl o dobrym wyniku zmienić na chęć znalezienia się w pierwszej trójce. Wszak podium też trochę pomaga psychicznie. Ale dzisiaj tak naprawdę tego podium nie było. Biegłam w krótkim rękawku, więc po minięciu mety, zgarnięciu medalu i posiłku, udałam się do biura zawodów, żeby się przebrać i ogrzać. Tam zastał mnie deszcz, który jakoś nie chciał przestać padać. Czekałam spokojnie i cierpliwie, bo dekoracje zaplanowano na 12:30. Wyszłam około 12:00. Z daleka słyszę, że już wręczają nagrody, a spotkani znajomi poinformowali mnie, że byłam kilkakrotnie wywoływana. Poszłam więc do organizatorów i w zaciszu odebrałam puchar i nagrody. Chyba, żeby wstydu nie było. ;-)



Dziękuję za wsparcie i wiarę w to, w co ja sama nie wierzyłam. Wracam niestety bardzo powoli. Chociaż udaje mi się pobiec szybciej, to tylko z Fraszką na Cytadeli. Sama, jak widać, jestem bardzo słaba, co widać po tym, że ani jednego kilometra nie byłam w stanie pobiec poniżej 4:00... Na szczęście za tydzień na zawodach rządzi Fraszka. Powinno więc być dużo lepiej. :-)


czwartek, 2 listopada 2017

Mój Parkrun - moje bieganie

Nieco ponad rok temu po raz 100. pobiegłam w biegu z cyklu Parkrun. Napisałam wtedy obszerny tekst na temat mojego biegania na Parkrunie i.... wszystko się skasowało. Nigdy więcej nie podjęłam się dokonania takiego opisu. Aż do teraz. Trochę zbiegło się to z rocznicą setki, no bo jeśli chodzi o mój pierwszy bieg, to od tego czasu minęły już ponad trzy lata. Od tego czasu pojawiam się na Cytadeli z różną częstotliwością, ale zwykle wracam tam z wielką radością, a wyjeżdżam naładowana pozytywnymi emocjami na kolejne dni. Jaki był początek?



Mój Parkrun = moje bieganie i trenowanie

Chyba już sporo osób wie, że moje bieganie rozpoczęło się od udziału w półmaratonie, a właściwie kilku. Wcześniej pobiegłam jakieś krótsze dystanse, ale tylko dlatego, żeby sprawdzić, czy w ogóle dam radę cokolwiek przebiec. A potem...połówka za połówką, korona półmaratonów, dwa epizody z dystansem 10 km i znowu połówka... i w końcu... pierwsza wzmianka o Parkrunie. Kiedy i gdzie? Na blogu Biegacza Amatora, przy okazji informacji na temat wspólnego wyjazdu na półmaraton do Grodziska Wlkp. w 2014 roku. Jeśli chodzi o wychwalanie i zachęcanie do udziału w Parkrunie w tamtym czasie, to chyba nie mogłam lepiej trafić. ;-) Ale nie, nie przyszłam wtedy na Cytadelę. Pomimo tego, że rzeczywiście mogłam przyjść albo przybiec, bo w tamtym czasie mieszkałam w Poznaniu. Ale nie będę przecież jeździć na Cytadelę, żeby przebiec 5 km, skoro nad Rusałką biegam 15! Tak, tak - moje słowa. Wtedy. :-) Tak się jednak złożyło, że już po wyjeździe do Grodziska, w końcu dotarłam również na Parkrun.



Trudne biegu początki

Podczas pierwszego biegu na Cytadeli myślałam, że umrę i zastanawiałam się, co tam robię, po co biegam i w ogóle, dlaczego muszę biec tak szybko. Podsumowując: najlepiej będzie wrócić do spokojnego człapania półmaratonów. Jakieś szczęście, że nie mam zdjęcia z tego pierwszego "umierania na Parkrunie" i przeklinania Cytadeli. Do mety dotarłam po 27 minutach 37 sekundach. ;-)

Parkrunowa integracja

Nie wiem, dlaczego, ale dużo osób śmieje się ze mnie, kiedy to opowiadam. Biegać zaczęłam sama. Później rzeczywiście ktoś namówił mnie do startu w zawodach, ale już wtedy, chociaż proponował towarzystwo, postanowiłam, że pobiegnę bez niego. I tak było przez dłuższy czas. Próbowałam jakiejś integracji z innymi biegaczami, ale jakoś niespecjalnie to wychodziło. Nawet, kiedy wybrałam się na bieg noworoczny, nikogo nie poznałam, chociaż jak się później okazało, było tam kilka osób, które teraz bardzo dobrze znam...z Parkrunu. Druga próba integracji, to był wyjazd do Grodziska. No i podczas niego spędziłam czas z paroma osobami, dzięki którym trafiłam wreszcie na Cytadelę. Dopiero tam podczas regularnych wizyt zaczęły nawiązywać się nowe trwałe znajomości biegowe i nie tylko.



Ściganie na Parkrunie

Przez pierwsze miesiące bieganie na Cytadeli wciąż nie było przyjemne, chociaż przez jakiś czas systematycznie poprawiałam PB. Do teraz pamiętam niesamowitą radość z ustanowienia wyniku 25 minut 27 sekund, bo nie mogłam pobić go aż przez trzy miesiące, do dnia, kiedy zrobiłam to z Fraszką. Ta ostatnia też nie od razu pokazała, co naprawdę potrafi. Zresztą ze mnie też był ciężki materiał biegowy, a ona miała niecały rok, więc uczyłyśmy się wspólnie biegania i ścigania po Cytadeli. Fraszka też nauczyła się dodatkowo, że trzeba robić hałas i informować przed startem, że zaraz będzie biegła. ;-) Forma wybuchła w lutym 2015 roku, kiedy ustanowiłyśmy z Fraszką rekordy zarówno na Parkrunie, jak i na Biegu Walentynkowym na 10 km. Od tego czasu do końca marca zeszłyśmy do 20 minut 24 sekund na Cytadeli. Kolejne życiówki nie były już tak spektakularne, ale ich poprawianie szczególnie na tej trasie sprawia wciąż wielką radość.

Rodzinnie, sentymentalnie, naturalnie

Od pierwszych biegów zaczęło się poznawanie i zaprzyjaźnianie. Potem ciastka i herbatka dla najbliższych współbiegaczy. Potem tych najbliższych zrobiło się tak wielu, że nie wystarczało pudełko babeczek i trzeba było zacząć piec całe blachy placków. Było świętowanie jubileuszy związanych z Parkrunem, takich jak urodziny, czy okrągła liczba biegów, ale też urodzin biegaczy, Sylwestra itp. Zresztą już po moim pierwszym Parkrunie hucznie świętowałam awans zawodowy. Hucznie, ale w małym gronie, teraz na pewno więcej osób byłoby zaproszonych. ;-)

Podróżowanie po Parkrunie

A właściwie po Parkrunach. Chociaż na dobre zaczęło się po jednym poznańskim Parkrunie. Po tym, na którym odebrałam drzewko - mój pierwszy pucharek. Jeden z najcenniejszych. Dlatego, że pierwszy i dlatego, że z cyfrą 1, ale też dlatego, że dzięki niemu odkryłam, jak ważne w bieganiu są systematyczność i wytrwałość. Pomimo tego, że jest wiele szybszych ode mnie biegaczek (a wtedy było jeszcze więcej), to ja "wygrałam" w tamtym sezonie. Głównie dlatego, że miałam najwięcej biegów, a nie dlatego, że biegałam najszybciej. Wtedy trochę zmieniły się moje priorytety i zaczęłam odwiedzać inne lokalizacje Parkrun.


Celebrowanie na Parkrunie

Podróżowanie i blogowanie sprawiły, że ja i Fraszka stałyśmy się dość znane w środowisku. Fraszka chyba bardziej, bo zwraca uwagę hałasowaniem przed startem, ale też wyprzedzaniem w trakcie biegu. Myślę, że ona nigdy nie zrozumie że Parkrun jest biegiem towarzyskim, bo dla niej to właśnie okazja do ścigania. Nie zgodzi się też z punktem regulaminu mówiącym, że powinna startować z końca. A może bardziej ja się nie zgodzę, bo jej to wszystko jedno, jak wyprzedza, ja to gorzej znoszę. ;-) Także wytykanie nas palcami jako tych zagłuszających spokój jest trudne, ale ostatnio dużo częściej zdarzają się miłe powitania nawet w innych lokalizacjach, gdzie nas znają i podziwiają. Miło wspominam wielu biegaczy i koordynatorów z innych miast, a jako przykład biegowych spotkań podaję zawsze, jak poznałam jednego biegacza na Parkrunie w Jeleniej Górze, a po tygodniu biegłam z nim na Parkrunie w Rumi.



Różne działanie na Parkrunie

Oprócz biegania na Parkrunie dostępne też inne funkcje okołobiegowe. Mnie się zdarzyło trochę powolontariuszować, ale zawsze tak jakoś brakowało biegowej radości i atmosfery, która w pełni oddziaływała tylko, jak się było w środku wydarzenia, a nie tylko na początku czy na końcu. I też bieg przed albo po nie miał tej właściwości, jedynie o tej porze z wszystkimi innymi. Może jeszcze podobnie cieszyło fotografowanie, ale jak jest porządny fotograf, to nie ma się co w to bawić. ;-)


...............na Parkrunie

Od roku podczas większości zawodów, w których startuję, mam na sobie koszulkę z napisem parkrun Poznań albo inną oficjalnie parkrunową. W zakładce klub również wpisuję Parkrun Poznań, chociaż oficjalnie nie jest to żadna drużyna.





Można by powiedzieć, że nic nas nie łączy - w Poznaniu jesteśmy grupą kilkuset przypadkowych ludzi, którzy przypadkiem biegną razem o tej samej porze. Bo przecież nie jest to wspólny trening, a jednak widocznie jakaś forma doskonalenia - biegowego czy też jakiegokolwiek innego. Biegniemy z pomiarem czasu, co czemuś służy - można się ścigać, sprawdzać, rywalizować z kimś albo tylko ze sobą. Przyznam, że kilka razy próbowałam pobiec towarzysko, ale nigdy mi to specjalnie nie wyszło, zwłaszcza z Fraszką. Chętnie rozmawiam z innymi przed biegiem i po nim, ale w trakcie lubię pośmigać. Oczywiście w zależności od warunków i okoliczności. Dzięki powtarzalności biegów, mogę porównywać, planować i analizować. Mogę też ryzykować i albo później świętować albo coś modyfikować. Towarzystwo i trasa dodatkowo mobilizuje - zawsze ktoś pomoże, pozającuje albo zdopinguje.
.
 

poniedziałek, 30 października 2017

... i innych biegach, czyli Cytadela jak zwykle łaskawa ;-)

Po czterech tygodniach szczęśliwie wróciłam do biegania. Na początku to było właściwie do truchtania, człapania... jak zwał, tak zwał. Tempo marne, a tętno szalone. Samopoczucie zaś fatalne. Po asfalcie źle, po lesie jeszcze gorzej. Nie pomagała nawet Fraszka, która z nudów zamiast ciągnąć, rozbiegała się na boki. Nie zapowiadało się na szybką poprawę. Tak mijały wieczory i poranki - pierwszy tydzień po przymusowym roztrenowaniu.




Podczas niebiegania nie odczuwałam jakiejś wielkiej chęci do biegania. Wydawało mi się, że korzystam z możliwości odpoczynku. Tyle, że atmosfera jakaś taka bardzo nerwowa, a ja sama trudno znośna dla otoczenia, a nawet dla siebie. Pechowo kiedy już wyzdrowiałam, nie mogłam wziąć udziału w Parkrunie, a samotne człapanie nadal nie poprawiało humoru. 


W końcu mogłam zjawić się na Cytadeli na Parkrunie numer 273. Zabrałam Fraszkę, coby mi pomogła - na Parkrunie ściganie, to nie będzie się nudziła. I rzeczywiście. Radość była ogromna - jej i moja, a także najbliższych biegaczy, którzy przywitali nas brawami może nie tylko dlatego, że obiecałam przynieść rogaliki. ;-)



Krótka rozgrzewka i już nadeszła pora, żeby ustawić się w naszym kącie przedstartowym. Ruszamy prawie jak zawsze i jak zwykle nie patrzę na zegarek. Boję się, że będzie za szybko. Pierwszy kilometr w tempie 4.10, więc jak na Fraszkę to wolno, a jak na mnie po chorobie, to za szybko. 



Odbiło się to oczywiście na drugim kilometrze, kiedy też nie chciałam patrzeć na zegarek, bo bałam się zobaczyć jak zwolniłyśmy oraz jak tętno wzrosło. Tak niestety było. Ale to początek drugiego kilometra jest trudny, przed Rosarium znów przyspieszyłyśmy. Nie wiem, jak to się udało, bo pod koniec drugiego kilometra poczułam, jak mi gorąco i postanowiłam zrzucić bluzę, którą wcześniej zostawiłam, bo przecież zimno... Rozbierałam się więc niby w biegu, ale bez pośpiechu.



A okazało się, że ten drugi kilometr wyszedł w tempie 4.26, czyli nie tak fatalnie. Tętno za to wzrosło już do 180, więc bałam się, co będzie dalej. Starałam się biec szybko, ale nie na maksa, bo to mi teraz nie było do niczego potrzebne. Tymczasem odkryłam, że przyspieszamy i trzeci kilometr przebiegłyśmy po 4.15. Tętno po podbiegu przy Rosarium wzrosło do 186, ale potem spadło do 182, co wciąż było dużo, ale nie czułam, że zaraz padnę, więc gnałam dalej za Fraszką. Dzielnie pomogła przy czołgach, wcześniej wpadając jak niedźwiedź w ogromną kałużę. Czwarty kilometr oczywiście wolniejszy, ale o dziwo szybszy niż drugi, bo w tempie 4.24.



I wtedy już naprawdę byłam zmęczona, ale pomyślałam, że najwyżej doczłapię do mety, czego oczywiście nie zrobiłam, bo jak się człowiek nauczy przyspieszać, to zwłaszcza jeśli nauczy też psa, to ostatni kilometr wychodzi szybszy i chociaż nie najszybszy z wszystkich, to jednak przyspieszyłam i uciekłyśmy tym, którzy nas gonili, co się rzadko zdarza w końcówce. Wynik 21.10 okazał się dużo lepszy niż planowałam i o którym śmiałam marzyć w takiej sytuacji.




Tętno za to okropnie wysokie i teraz pytanie, czy biegać tak szybko i czekać aż spadnie czy biegać wolno...i czekać aż spadnie? ;-)
Wynik w każdym razie nastraja optymistycznie przed zawodami w listopadzie, ale w tym roku już tylko na dystansie 5 km. ;-)

niedziela, 29 października 2017

O moim czwartym maratonie...

Dawno nie pisałam, ale nie bardzo było, o czym. Ostatni wpis przed przerwą dotyczył planów na maraton poznański, w którym nie wzięłam udziału. A wierzyłam... do ostatniej chwili może nie, ale tydzień przed jeszcze miałam nadzieję. Niestety, złapała mnie tak paskudna infekcja, że męczyłam się z nią cztery tygodnie, a przez ten czas biegałam tylko raz - bo skoro niebieganie nie pomogło, to może bieganie pomoże? Niestety. Chociaż po dwóch tygodniach choroby i tak biegałam szybciej niż teraz. Nie pamiętam tak długiej przerwy od biegania i w ogóle jakichkolwiek aktywności. Jak skręciłam kostkę, to chociaż nie biegałam, mogłam wykonywać inne ćwiczenia. Poza tym byłam w stanie jakoś normalnie funkcjonować. Tym razem przez cały okres choroby czułam się źle tak, że większość czasu spędzałam w domu. Wychodziłam tylko jak musiałam i trochę spacerowałam z Fraszką. Spadek formy jest więc wynikiem braku aktywności, ale też oczywiście osłabienia organizmu przez chorobę, a także antybiotyki, którymi się leczyłam, przez długi czas bezskutecznie. 






Trzy tygodnie przed maratonem wydawało mi się, że mam mnóstwo czasu, żeby wyzdrowieć. Kiedy jednak nic nie pomagało, przestałam planować termin wyzdrowienia. Zaczęłam za to myśleć o innym maratonie. Wydawało mi się, że jeśli wydobrzeję tydzień przed poznańskim maratonem to, chociaż w nim nie wystartuję, będę w stanie wrócić do formy przez następne dwa tygodnie i pobiec, gdzie indziej. Wtedy okazało się, że Poznań Maraton nie jest, jak wcześniej mi się wydawało, ostatnim w sezonie maratonem w Polsce. Aż trzy zaplanowano na dwa tygodnie później. I właśnie te wchodziły w grę: Toruń, Koszalin i Tczew. O tym ostatnim myślałam z zachowaniem ostrożności ponieważ to pierwsza edycja i chociaż ambasadorem jest Arkadiusz Gardzielewski, to nic praktycznego nie wiadomo na temat trasy i organizacji. Koszalin, czyli Nocna Ściema, to nocny maraton. Rzadko biegam o tej porze, więc raczej musiałabym go potraktować zabawowo. Najbardziej poważnie myślałam o Toruniu. 


Niestety, kiedy nadszedł termin Poznań Maraton, a ja nadal czułam się fatalnie, również te myśli musiałam porzucić. W sobotę pojechałam odebrać pakiet, ale w niedzielę już nie pojawiłam się na trasie. Nie było sensu, bo przez problemy z układem oddechowym nie byłabym w stanie nawet dopingować. Wsparcie dla zawodników było więc tylko wirtualne i duchowe. Sama się zdziwiłam, że mam tylu znajomych, którzy startują w maratonie, bo nie nadążałam sprawdzać międzyczasów  w aplikacji. Emocje się zmieniały, kiedy zaczęłam obserwować zwolnione tempo wielu osób i domyślać się kryzysów na trasie. Informacje potwierdziły się dużo później i zostały wzbogacone opowieściami przeżyć wewnętrznych podczas biegu oraz zilustrowane na transmisji, na której było widać, jak wiele osób padało tuż za linią mety. Takiego widoku nie pamiętam z żadnego z moich trzech maratonów. 



Przypomniało mi się, jak, kiedy jeszcze nie biegałam, maratończycy budzili we mnie uczucie przerażenia przed tym dystansem. Po moich dwóch pierwszych startach wydawało mi się, że udało się ten dystans oswoić, a później okazało się, że nie. I jest to ciągła zagadka i niewiadoma. Zwłaszcza, że ludzie z odpowiednim - jak się wydawało - przygotowaniem, padali jak muchy, a inni biegli jak natchnieni ciesząc się piękną pogodą.


 

A ja? Cóż mogę napisać. Chyba cieszę się, że nie pobiegłam. Jeszcze kiedy trenowałam, miałam wielki moment kryzysu i myśli, że nie dam rady, że może lepiej zrezygnuję i zamiast tego pobiegnę jakąś dychę... tylko nie maraton. A myślę, że ta pogoda jeszcze by mnie dobiła i pewnie umierałabym jak wielu innych. Dlatego może lepiej? Chyba łatwiej się podnieść po chorobie niż po nieudanym starcie.



Wiele osób wyrażało żal, że po tygodniach przygotowań nie mogłam pobiec. Mnie też było szkoda. Przygotowań chyba jednak nie. Dzięki tym treningom poprawiłam wynik w półmaratonie i osiągnęłam upragniony czas na Parkrunie. Oczywiście to nie były główne cele... Żal mi, że w tym roku udało się poprawić wyniki na wszystkich dystansach, tylko nie miałam szansy rozprawić się z wynikiem maratońskim. A deklarowałam, że to będzie na jakiś czas ostatni maraton. A teraz? Przyznam szczerze, że tak mnie drażni ten wynik 3.54, że nie mogę odpuścić dopóki nie potrafię go chociaż trochę. ;-) W tym roku się nie uda, więc kombinuję już, gdzie pobiec w przyszłym. Poznań dopiero jesienią, więc może spróbować znów na wiosnę. Na razie nie znalazłam jeszcze biegu, który pasowałby mi pod względem miejsca i terminu. Próbuję to oczywiście zgrać z poznańskim półmaratonem, który w 2018 roku został zaplanowany tak fatalnie, że spodziewam się jak najgorszej pogody, a gdyby po nim pobiec jeszcze maraton, to musiałoby się to skończyć klapą jak w Krakowie. Dlatego decyzja jeszcze nie zapadła. Może na wiosnę skoncentruję się na półmaratonie, a maraton przerzucę jednak na jesień. Nie ukrywam, że zamierzam w przyszłym roku zaatakować 1 godzinę 30 minut, a do tego będzie potrzebna znaczna poprawa szybkości, więc też pewnie wyniku na dychę.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa