niedziela, 20 maja 2018

Czy już jestem Grażyną Parkrunu? - z wizytą w Gorzowie Wielkopolskim

Długo trwała moja przerwa od turystyki parkrunowej. Wróciłam dość znacząco, bo, odwiedzając lokalizację w Tampere. A tym razem postanowiłam zawitać do jednej z bliższych, w których jeszcze nie byłam, a mianowicie do Gorzowa Wielkopolskiego.

Odległość stosunkowo niewielka, więc obyło się bez wielkich przygotowań i załatwiania noclegu. Ot, wyjechałam tak, jak do Poznania, tylko że dwie godziny wcześniej. Znając życie - i mnie - zostawiłam sobie trochę zapasu, np. na zaliczenie stacji benzynowej i zjedzenie śniadania. 

Zatem na miejsce dotarłam zgodnie z przewidywaniami, czyli około 8:30. Nawigacja doprowadziła mnie do samego parku, gdzie odbywał się bieg, a z daleka widziałam kamizelki wolontariuszy. Tzn. tak mi się wydawało, kiedy przejeżdżałam, szukając parkingu. Gdy jednak weszłam do parku, napotkałam tylko spacerowiczów z psami. Nie było ani wolontariuszy, ani żadnych gadżetów parkrunowych. Z innych wycieczek zapamiętałam, że nie we wszystkich lokalizacjach się tak spieszą, jak w Poznaniu, więc ze spokojem przeszłam kawałek alejką. Fraszka załatwiła swoje potrzeby, a ja wypatrzyłam publiczną toaletę, o której była wzmianka na stronie Parkrun Gorzów, więc pomyślałam, że jestem w dobrej okolicy. Dalej wypatrzyłam grupę rowerzystów, więc jeszcze nie byłam pewna, czy to osoby związane z Parkrunem, ale po chwili zaczęli wypakowywać flagi i banery, więc już nie miałam żadnych wątpliwości. 




Podeszłam się przywitać i zawróciłam do tej toalety na przebranie, a potem z powrotem, zostawiłam rzeczy i udałam się na rozgrzewkę. Fraszka chętniej truchtała niż zwykle na Cytadeli, bo nie załapała jeszcze, że będzie Parkrun i nie wiedziała, gdzie powinna się ustawić i hałasować. Szczęśliwie długo pozostawała w tej nieświadomości. Ja chwilę porozmawiałam z koordynatorem. Zainteresował się, czy jestem pierwszy raz. Odpowiedziałam, że w Gorzowie po raz pierwszy, zwykle biegam w Poznaniu. Przy okazji dopytałam o mierzenie trasy. Zazwyczaj przed przyjazdem sprawdzam, jaka trasa itp. Rzuciło mi się w oczy, że jakiś tydzień temu w tej lokalizacji mierzono kółkiem dystans, więc zapytałam, jak wyszło, czy naprawdę 5 kilometrów, jak napisali na Fb. Otrzymałam odpowiedź, że nawet 5.06, ale GPS się gubi i pokazuje jakieś 4,8. O, czyli podobnie jak w Kościanie, pomyślałam. To w sumie dobrze, bo się nastawię, że na zegarku będzie krócej. Z drugiej strony, jeśli GPS się gubi, to zapowiadało się sporo zakrętów, chociaż, jak się też upewniłam, tylko dwa okrążenia. Jakoś tak mi się kojarzyło, że 5? Pewnie znowu coś pomyliłam.

W końcu zaczęła się odprawa i ujadanie. Trochę mi się udało Fraszkę uciszyć i chyba było słychać gratulacje z okazji jubileuszu. Jedna biegaczka też miała psa, ale tamten widocznie nie czuł klimatu, bo spokojnie siedział i patrzył z dezaprobatą na mojego czworonoga. Wreszcie start i cisza. ;-)



Planowałam pobiec na luzie, czyli w miarę swobodnie i spokojnie. Bardzo rzadko się zdarza, żebym biegła superszybko w nowych miejscach, no chyba że z Fraszką i do tego pod warunkiem, że jest zimno. Wprawdzie rano było jeszcze dość przyjemnie, ale pamiętałam, jak nam było ciężko tydzień temu na Cytadeli, więc się nie nastawiałam. Z tego też powodu nie sprawdziłam dokładnie, jaki jest rekord trasy kobiet. Podobnie, jak w Kościanie... Coś mi się kojarzyło, że 21... i że właśnie z Kościanem pomyliłam, że tam było chyba 21.13, to tutaj będzie to 21.18. To tak tylko teoretycznie, gdyby biegło nam się superlekko. ;-) 

Tak oczywiście  nie było, chociaż wystartowałyśmy w czołówce i to zwalniając Fraszkę do tempa 4.04, bo przecież nie znałam trasy. ;-) Potem panowie to tempo utrzymali, my zwolniłyśmy i już nie było niebezpieczeństwa, że się zgubimy. Nie musiałam ciągnąć Fraszki, jak na Cytadeli, ale ona zamiast biec przede mną, ściągała mnie na boki, przy okazji zagradzając innym drogę. 



Było wąsko i rzeczywiście kręto, co widać na zdjęciu trasy. Ale gorzej wspominam zakręcanie w Kościanie, a także w Pruszkowie. W Gorzowie zakręty chyba były na tyle łagodne, że zwróciłam na nie uwagę dopiero patrząc na mapkę po biegu. Nie sposób było natomiast nie zauważyć kładki stanowiącej mocny podbieg porównywalny chyba nawet z naszymi czołgami, zwłaszcza że trzeba było się na nią wspiąć dwa razy. Ale, ale... w sumie w Głogowie na trasie znajdowała się górka, którą trzeba było pokonać... no właśnie... 5 razy!

Przyspieszałyśmy i zwalniałyśmy w zależności od widzimisię Fraszki. Kilka razy też mijaliśmy się z panami biegaczami, więc już w końcu straciłam rachubę, na którym jesteśmy miejscu. Trochę mi brakowało oznaczeń kilometrów, chociaż niby Garmin sygnalizował. Wiedząc, że dystans nie wychodzi dokładny i że biegniemy dwie równe pętle, sprawdziłam międzyczas po pierwszym okrążeniu: 10 min 20 sekund, optymistycznie zatem: 20 minut 40 sekund! ;-) Wiedziałam, że to się nie uda, ale realny wydawał się ten wynik poniżej 21 minut i 18 sekund. Trochę jednak zależało od Fraszki. 


Wreszcie minął czwarty kilometr i wydawało się, że do mety już blisko, a jednak chyba jeszcze ze dwa zakręty i biegniemy i biegniemy. Na metę wpadłyśmy po 21 minutach i 15 sekundach, zajmując 7. miejsce. Coś mnie tchnęło i sprawdziłam, że rekord trasy to nie 21 minut i 18 sekund, tylko 21 minut i 11 sekund! <hahaha> No ale przecież miałam luźno pobiec, to o co chodzi? ;-)


Jestem zadowolona z Fraszki, że szybciej pobiegła niż na Cytadeli, a zwykle jak ja, najlepiej sobie radzi u siebie. Przy okazji sprawdziłam rekordy innych tras i okazało się, że został pokonany mój rekord z Głogowa. Ech, te dziewczyny coraz szybciej biegają, a ja przez ostatnie problemy zdrowotne nie robię żadnych postępów.



piątek, 18 maja 2018

Jak się biega z alergią? cz. 1

Przeziębienia, które trapią mnie od prawie roku, kategorycznie zaprzeczają ochoczo głoszonym przeze mnie teoriom, że bieganie zapobiega chorobom. W moim przypadku tak rzeczywiście było. Może przypadkowo. W każdym razie obowiązywała zasada: odkąd poważnie biegam, poważnie nie choruję. Zdarzało się oczywiście złe samopoczucie i drobne podziębienia. Zwykle jednak pomagały witamina C i... trening biegowy. :-) 




Tymczasem od września zeszłego roku, jakby jaki piorun strzelił: choroba za chorobą. Zaczęło się właśnie na jesień od pierwszej poważnej, a właściwie może nie tyle poważnej, co długotrwałej. Chodziłam więc od lekarza do lekarza, bo nie pomagały zwykłe leki przeciwwirusowe ani przeciwzapalne. Efektów nie przyniósł też pierwszy zaaplikowany antybiotyk, a jak teraz mniemam, także drugi. Poprawiło mi się mniej więcej po miesiącu i doszłam wtedy do wniosku, że najbardziej pomógł mi czas, bo przecież nie żadne z lekarstw, które jakoś wcześniej nie skutkowały. 

Przyszła zima - więc z perspektywy wiem, dlaczego - żyłam szczęśliwie (pomijając złamanie zmęczeniowe, ale to inna historia). No właśnie. Może powinnam zatytułować ten wpis: "Jak żyć?" a nie "Jak biegać?", ale postaram ograniczyć się do spraw okołobiegowych. 

Tak zupełnie kolorowo nie było, bo po pierwszym rzekomym przeziębieniu, jeszcze w zeszłym roku złapało mnie drugie. Ograniczało się - na szczęście <sic!> - do kaszlu i kataru. Za pierwszym razem "całokształtowo" czułam się fatalnie. 

Powrót do takich "przyjemności" nastąpił na wiosnę tego roku, kiedy szczęśliwa zaczęłam dochodzić do siebie po kontuzji. A tu znowu trach. Nie pamiętam już dokładnie, kiedy ani, ile razy. Od września kojarzę po prostu ciągłe choroby występujące z przerwami i według zasady, że zwykle ta pierwsza trwa dłużej niż druga. Starałam się tym nie przejmować, tzn. przede wszystkim nie afiszować się z tym, że wciąż się źle czuję, chociaż taka była prawda. Przekonały się o tym osoby z mojego otoczenia, bo jednak trudno było ukryć bóle głowy, ale przede wszystkim kaszel i katar. Podczas kilku takich infekcji też zmieniał mi się głos i w ogóle miałam problemy z mówieniem. Jeśli ja nie zwracałam już na to uwagi, to jednak jedna z koleżanek w pracy, co jakiś czas witała mnie słowami: "Nie mów, że znowu jesteś chora". Wolałabym nie mówić...

Znowu nie chodziło tak bardzo o intensywność, co o długotrwałość. Kolejne "przeziębienie" chwyciło mnie na początku marca i ciągnęło się długie dni i tygodnie. Intensywność jednak wzrastała, bo do bólów głowy doszedł stan podgorączkowy, a także poty nocne. Chcąc - nie chcąc, ale raczej bardziej chcąc - przede wszystkim znaleźć rozwiązanie - wybrałam się do lekarza. Trafiłam do innego, więc opowiedziałam całą historię z jesieni, ale pani doktor widziała między tymi chorobami mniejszy związek niż ja. A szkoda. Tym razem poprawiło mi się stosunkowo szybko od pierwszej wizyty u lekarza, prawdopodobnie dlatego, że dostałam lek, który stosowany jest też w przypadku alergii. W międzyczasie zostałam dodatkowo przebadana (krew i rtg płuc) i całe szczęście, bo po tych nocnych dusznościach oczyma wyobraźni już widziałam u siebie chłoniaka i inne straszne choroby. Tymczasem... ponieważ wyniki były w porządku, pani doktor doszła do niesamowitych wniosków, że to pewnie stres i nerwy, a także, że... chodzić do psychologa, to nie wstyd. Zignorowałam tę ostatnią część i pomyślałam, że powodów do zdenerwowania akurat od jesieni rzeczywiście więcej, no i nawet dobrze by było, gdyby taka była przyczyna... bólu głowy, bo nie przeziębień przecież. Przy okazji pani doktor zaleciła sport, no więc zaraz po wizycie poszłam potrenować.




Co ciekawe, do tego momentu, poza ogólnym złym samopoczuciem, które towarzyszyło mi praktycznie cały czas: w pracy, w domu i właściwie wszędzie, biegało mi się dobrze,  a nawet dość szybko. Choroby nie przeszkadzały w zdobywaniu pucharów na zawodach oraz biciu rekordów na Parkrunie. A może właśnie pomagały leki donosowe, które wciąż brałam.

Jakimś cudem mój organizm przetrwał dwa tygodnie kwietnia tak, że półmaraton mogłam pobiec bez kichania i smarkania. Może i podobnie jak wcześniej, biegło by mi się dobrze, jednak samo nastawienie przez złe samopoczucie, mogłoby nie być najlepsze. 

Niestety kilka dni po półmaratonie wszystko wróciło do normy. I chyba miarka się przebrała, bo po pewnym czasie nie mogłam już normalnie funkcjonować, tzn. przede wszystkim przez suchy duszący kaszel, który męczył mnie zwłaszcza w nocy. A jeśli nie dusiłam się od kaszlu, to przez zapchany nos, przez który nie mogłam oddychać. Na to pomagały nieco inhalacje i irygacje, ale na ostre bóle gardła w dużej mierze nie skutkowało nic. A poza tym wszystkim doszło oczywiście całościowe "przymulenie". I niestety, tym razem, okazało się, że biega się dużo trudniej, zwłaszcza przez problemy oddechowe.

Trzeba więc było po raz kolejny udać się do lekarza. Teraz jednak już z konkretnym podejrzeniem alergii, bo naprawdę nie wierzyłam w te ciągłe choroby. A od września najadłam się tyle miodu, czosnku i cytryny, że powinnam być zdrowa przez następne 10 lat, a nie "umierać" jak teraz. 




Alergia się potwierdziła, przynajmniej na podstawie efektów przyjmowanych leków. Wszystkie leczą doraźnie i objawowo. Katar nie zniknął, ale mogę już oddychać i przede wszystkim nie dobija mnie ból głowy. Alergia, chyba jak wszystko u mnie, podobno przebiega nietypowo. Ja sama się dziwię, bo z dzieciństwa nie pamiętam takich reakcji alergicznych, chociaż też przez to często chorowałam. Teraz jednak duszę się w zamkniętym pomieszczeniu. Nie wiem jeszcze, co tak na mnie działa, bo żeby zrobić testy, muszę odstawić wszystkie leki przynajmniej na tydzień. Wtedy jednak według wszelkiego prawdopodobieństwa, się uduszę. ;-) Zatem łykam i czekam. Może do jesieni albo i do zimy... Już się ze mnie niektórzy śmieją, że dzięki temu będę bić rekordy, jak niektórzy, co używają specyfików na astmę. ;-) Minęło dopiero kilka dni, więc jeszcze nie wiem, czy podczas biegania się coś w ogóle poprawiło i czy będę mogła swobodnie oddychać.

Jeden plus tej sytuacji. Jak się okazało, że to alergia, a nie permanentne przeziębienie, zaczęłam wreszcie bez obaw jeść lody. :-)
A może to minus jednak ;-)

poniedziałek, 7 maja 2018

W Dolinie Muminków, czyli z wizytą na Parkrunie w Tampere

I jest! Stało się! Dotarłam na Parkrun poza ojczystym krajem. :-) Gdyby to jeszcze było zaplanowane i wybrane, ale nie... Jakiś miesiąc temu dostałam wiadomość od koleżanki z pytaniem, czy polecę z nią do Helsinek. Dość szybko odpisałam coś w rodzaju, że jasne, jeśli przy okazji pojedziemy też na fiński Parkrun. Chyba obie wtedy nie liczyłyśmy, że ta wyprawa dojdzie do skutku...;-)




Tymczasem 4 maja dotarłyśmy do Finlandii. Ja pewnie trochę ze względu na Parkrun. Powód koleżanki, by odwiedzić Helsinki był równie abstrakcyjny, jak mój, by pojechać do Tampere. Ale to opowieść na inne miejsce i okazję. Dzięki temu jednak miałyśmy już wstępny program wycieczki. Do tych dwóch miast doszło Turku - właściwie najważniejsze, bo tam było lotnisko, gdzie wylądowałyśmy i z którego wracałyśmy. 




Przed sobotą zdążyłam już zobaczyć trochę Finlandii, a także poznać uprzejmość i ciepło <sic!> jej mieszkańców. Naprawdę prawie wszyscy, z którymi miałam tam kontakt, byli bardzo serdeczni. A wydawałoby się, że mając na co dzień taką pogodę, powinni być bardziej oziębli.



No właśnie - pogoda. Oczywiście wiedziałam, że będzie zimno. To znaczy na pewno chłodniej niż obecnie w Polsce. Pamiętałam o tym pakując bluzy i kurtki do chodzenia i zwiedzania, ale... jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby zabrać też zimowy strój do biegania. A mogłam chociaż wziąć parkrunową koszulkę z długim rękawem zamiast tej w wersji bez rękawów. ;-) 



Z powodu stroju, zimna i tego, że wstaję w sobotę rano, żeby pobiegać, nasłuchałam się, że jestem głupia itp. (ach uroki podróżowania z niebiegaczami. :-)), co mnie zupełnie nie zraziło, zwłaszcza że moja towarzyszka mimo wszystko wybrała się ze mną. ;-) 
 

Na start miałyśmy jakieś 3 kilometry od mieszkania, w którym spałyśmy. Dotarłyśmy szybkim spacerem. W drodze raczej milczałam, ale nie z nerwów, lecz z podniecenia i radości. Nie nastawiałam się na ściganie, bo zwykle mi nie wychodzi w innych lokalizacjach. Do bicia rekordów jest swojska Cytadela, a nie obce trasy, na których trzeba uważać, żeby się nie zgubić. Nastawiałam się jednak na dość szybkie bieganie z powodu dużo niższej niż w Polsce temperatury i już na myśl o tym się cieszyłam. Poza tym byłam pozytywnie nastawiona po przesympatycznym powitaniu koordynatorów tej lokalizacji, którzy napisali je w kilka minut po tym, jak udostępniłam w internecie informację, że wezmę udział w biegu Parkrun w Tampere. Nie mogłam się też doczekać spotkania z Muminkiem, który towarzyszył wydarzeniu. Podczas imprezy był też specjalnie zaplanowany czas na głaskanie go i fotografie z nim: od 9:15 do 9:30 oraz od 10:00 do 10:30. No właśnie, tutaj kolejna ciekawostka - Parkrun w Tampere startuje o 9:30,  a nie o 9:00 jak w Polsce. Chociaż, ze względu na różnicę czasu, planowałam dobiec do mety przynajmniej kilka minut przed rozpoczęciem biegów w Polsce. :-)

Wybór pierwszej lokalizacji w turystyce zagranicznej przypadkowy, ale to nie był koniec przypadków.  Po dotarciu do Tampere w piątek wieczorem, w trakcie poszukiwania drogi, nawigowania i sprawdzania informacji z kraju i ze świata (czyli głównie na Facebooku), rzuciła mi się w oczy informacja, że w tym miejscu jest też biegacz, który od dłuższego czasu "uprawia" taką turystykę, zwany przez niektórych królem Parkrunu. Co jakiś czas czytałam wiadomości, że odwiedza Parkrun we Włoszech albo, że zameldował się na przykład na Parkrunie w Moskwie. Nie było więc niczym dziwnym, że jest także w Finlandii i to akurat w Tampere, ponieważ do tej pory w tym kraju otwarto tylko jedną lokalizację. Przejrzałam zdjęcia potwierdzające i świadczące o rekonesansie trasy, następnie skomentowałam: "cóż za zbieg okoliczności". Wcześniej jedyny przypadek, który można by nazwać podobnym, to spotkanie pewnego biegacza na Parkrunie w Jeleniej Górze i tydzień później na Parkrunie w Rumi. 

Dopiero w sobotę rano ustaliliśmy z "królem", że naprawdę oboje jesteśmy w Tampere i że zobaczymy się za jakąś godzinę. Na miejscu okazało się, że są z nim też dwie biegaczki, które odwiedzają lokalizacje Parkrun na całym świecie. Zapowiedziana wcześniej, zostałam miło powitana przez koordynatorów, którzy pokazali mapki i opowiedzieli o trasie. Ustaliliśmy z "królem", że jest podobna do tej z Ełku. Zapowiadało się więc bardzo przyjemnie, zwłaszcza że było spokojnie. Poprzedniego dnia podobno szalał wiatr, który uniemożliwiał bieg przynajmniej w jedną stronę.



Pojawił się Muminek, więc przyszła pora na zdjęcia, a potem trzeba było zacząć się rozgrzewać. Z powodu tej temperatury potruchtałam więcej niż zwykle, ale nadal było mi zimno. Usłyszałam kilka razy, że mam pobić rekord trasy, czyli 19:38 (haha). Odpowiedziałam tylko, że bez psa nie ma szans i poszłam ustawić się na starcie. Powitanie po fińsku, ale też kilka słów po angielsku, potem znów po fińsku i trzeba było uważnie oczekiwać na start. Ponieważ tego nie zrobiłam, biegłam z dalszej pozycji i musiałam trochę wyprzedzać po trawniku, bo okazało się, że osoby przede mną za bardzo się nie spieszą. Z filmu i wyników dowiedziałam się, że w ogóle to większość się nie spieszyła. ;-)



Od pierwszego kilometra uplasowałam się na czwartej pozycji. Dzięki temu chłodkowi biegło się naprawdę dobrze. Liczyłam na przyzwoity wynik poniżej 21 minut. I tak się na początku zapowiadało. Pozycja Open też dobra. Tylko dlaczego, jakaś kobieta biegła szybciej ode mnie? Przyszło mi do głowy, że jak w innych przypadkach, za szybko wystartowała i gdzieś ją doścignę, ale nie wyglądała na to. Raczej ja słabłam, a trójka przede mną stopniowo się oddalała. 


Biegłam w takim tempie, jakie dawno mi się nie zdarzało, więc nie wiedziałam, jak długo je utrzymam. Od trzeciego kilometra zaczęłam odczuwać lekkie zmęczenie, ale tętno wciąż było niższe niż ostatnio w Polsce, a na horyzoncie nie pojawiło się żadne słońce, które mogłoby mi przeszkadzać. Nie patrzyłam zresztą w niebo. Raczej starałam się podziwiać krajobrazy, co było dość trudne, bo musiałam też pilnować trasy. Niby wydawała się prosta, ale okazało się, że gdzieniegdzie znajdowały się inne ścieżki, w które przez przypadek mogłam skręcić. Podczas jednego takiego momentu zawahania przypomniało mi się, że koordynatorka pokazywała strzałki, które wskazywały kierunek biegu. Normalnie pewnie nie zwróciłabym na nie uwagi, bo były białe, a nie zielone, ale zapamiętałam, jak wyglądały.




Miałam na koncie jakieś dwa kilometry, kiedy na horyzoncie pojawił się pierwszy biegacz. Był już po nawrotce i zmierzał do mety. Mijając mnie krzyknął coś do mnie. Podobnie uczynił drugi. Dziewczyna śmignęła bez słowa. Wreszcie i ja dotarłam do nawrotki, przy której stał wolontariusz nie tylko pilnujący trasy, lecz także kibicujący i robiący zdjęcia. 



Zawróciłam i przed sobą ujrzałam tłumy biegaczy, których mijałam do ostatniego kilometra. Wydawało mi się, że pierwszych spotkałam bardzo blisko i pomyślałam, że na pewno mnie ktoś wyprzedzi, jak to zwykle w końcówce na Cytadeli. Szybko wypadło mi to z głowy, bo skupiłam się na kolejnych, ponieważ, im wolniej biegli czy potem już nawet szli, tym bardziej byli uśmiechnięci, zadowoleni i bili brawo wszystkim, którzy ich mijali. Ja niestety jednak trochę ścigaczka, więc nie miałam już zbyt dużo sił, żeby coś krzyczeć i się uśmiechać. ;-)



Minęłam rondko jakiś kilometr przed metą. Po kilkuset metrach zamajaczyła mi moja "różowa" osobista kibicka i pani fotograf. Pomyślałam już, że w takim razie blisko do mety - trzeba się ogarnąć i przyspieszyć. Pościgałam się trochę z panią rowerzystką, rozważając, czy wyprzedzić ją z lewej czy z prawej. ;-) Spojrzałam na zegarek, ale przez zamieszanie podczas nawrotki zapomniałam sprawdzić, jaki dokładnie dystans pokazał Garmin w tamtym miejscu, więc też nie wiedziałam, czy mam jeszcze szanse na dobiegnięcie poniżej 21 minut. Zapowiadało się, że nie, bo za bardzo zwolniłam. Sygnał o minięciu 5 kilometrów pojawił się kilkadziesiąt metrów przed metą, więc już wiedziałam, że na pewno będzie więcej, ale kończyłam z uśmiechem przy brawach kilku wolontariuszy oraz okrzyku: "Good job". Potem od razu pojawiły się pytania, jak się biegło i jak mi się podobała trasa, więc odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że bardzo, ale jednak za szybko biegłam i nie zdążyłam się przyjrzeć.  ;-)



Poczekałam jeszcze chwilę na mecie, rozmawiając z innymi biegaczami i robiąc kolejne zdjęcia, ale bałam się zmarznąć, więc szybko się ubrałam i udałam pod ciepły prysznic. Z tego wszystkiego nawet zapomniałam, że zapraszano do kawiarni po biegu. Miałyśmy jednak trochę planów niebiegowych. Przede wszystkim trzeba było jechać do Turku. Wieści od Finów głoszą, że to miasto, w którym powstanie kolejna lokalizacja. Ciekawe, czy w tym miejscu, gdzie biegałam ostatniego dnia przed wyjazdem... ;-)

Oficjalny wynik to 21 minut 11 sekund - 4. miejsce Open i 2. Open Kobiet. Takie rzeczy tylko w Finlandii. ;-) Kolejna ciekawostka, to liczba wszystkich biegaczy: 80,  w tym 42 kobiety. :-) Klimat niesamowity - i ten biegowy i ten atmosferyczny. Myślę, że do biegania w sam raz dla mnie. :-)

czwartek, 26 kwietnia 2018

Sobota wolontariacko-startowa zakończona na podium, niestety bez pucharu...

W sobotę przypadał 300. bieg Parkrun Poznań, więc zjawiłam się na Cytadeli, pomimo tego, że na ten dzień miałam zaplanowane inne zawody. Żeby tego było mało, to bieg w moich lasach, a konkretniej - start zlokalizowany jakieś 3 kilometry od mojego domu. A ja oczywiście pojechałam o 8:00 na Parkrun, żeby potem wrócić na 13:30 na ściganie... Już drugi raz brałam udział w tym biegu i kolejny raz sobie powtarzałam, że mam tak blisko, że mogę w ramach rozgrzewki dobiec albo dojechać rowerem, a zawsze jeżdżę samochodem... ;-)



Ze względu na te zawody na swoim terenie, w Parkrunie uczesticzyłam tylko wolontariacko ze stoperem. Chociaż nie tak tylko, bo z okazji okrągłego biegu, frekwencja większa, więc się trochę naklikałam. ;-)


Pogoda od rana dopisywała (tzn. tak ogólnie, bo bieganiu raczej nie służyła ;-)) i zdawała się nawet lepsza niż na 250. biegu, chociaż tamten przypadał w maju. 350. będzie jeszcze wcześniejszą wiosną, to się okaże, czy da się jeszcze tak samo świętować. Bo teraz - już po raz trzeci - Śniadanie po Parkrunie.


Zmieniają się osoby i formuła trochę też. I tym razem były jednak kocyki, torby i koszyki. W nich głównie słodkości, chociaż nie zabrakło także konkretów. ;-) Ja niestety nie mogłam za dużo jeść, żeby potem nie biegło mi się za ciężko. ;-)



Po 11:00 wyjechałam w stronę Borówca, gdzie dotarłam przed 12:00, czyli bardzo wcześnie, gdyż do startu zostało jeszcze ponad 1,5 godziny. Fyrtel niby mój, a znajomych mało. Ci, których spotkałam, znam oczywiście z Parkrunu. Przed biegiem pozostało zatem sporo czasu, np. na spacer i zakupy w zwierzakowym markecie, a także rozeznanie kawałka trasy. Rozgrzewać się specjalnie nie trzeba było, bo temperatura wzrastała coraz bardziej. Nastawiłam się jednak pozytywnie, że biegniemy w lesie, a poza tym moim lesie. Nie walczę o życiówkę, tylko o wynik lepszy niż rok temu i pierwsze miejsce. 




Ustawiłam się dość blisko linii startu. Ktoś zapytał, na jaki czas biegnę. Rzuciłam, że jakieś 46 minut (rok temu miałam powyżej) i ruszyliśmy. Wyprzedzali mnie tylko mężczyźni. Jeden krzyknął po drodze: "Dawaj, sąsiadka", ale nie mam pojęcia, kto to był. ;-)



Zaczęłam trochę za szybko, więc zwolniłam na drugim kilometrze, planując trzymać tempo z półmaratonu. Było cieplej niż podczas połówki, poza tym las, piasek, więc ta prędkość wydawała mi się odpowiednia na dychę, chociaż tak szybko pobiegłam 10 km w Dąbrowie, a wtedy było jednak dużo chłodniej, więc przyjemniej dla mnie. Tam jednak miałam się z kim ścigać. W Borówcu tym razem nie miałam konkurencji. Co kilkaset metrów otrzymywałam informację, że nikt mnie nie goni. Za tymi drzewami to jednak nic nie było wiadomo, zawsze mogła wyskoczyć jakaś sarenka. ;-)

Tymczasem miałam kolejnego Zająca, co w lesie nie powinno aż tak dziwić. ;-) Zaskoczyło natomiast, że Zając podawał wodę, a także pocieszał płaczące niewiasty. ;-) Dzięki temu przez dłuższy czas udało mi się biec założonym tempem i nawet wyprzedzać. Miło było, że mijani mężczyźni wołali wtedy do mnie "brawo" albo "dawaj" itp. I tym razem, to ja chwilami siedziałam im na plecach, a nie oni mi, jak to czasem w biegach bywa. Długo jednak nie wytrzymywałam, bo jakoś za wolno biegli. ;-)



Najgorszy był 9. kilometr. Pewnie częściowo dlatego, że już byłam bardzo zmęczona, ale jeszcze nie czułam bliskości mety, żeby przyspieszyć, ale przede wszystkim na tym kilometrze było dużo piasku, więc biegło się prawie jak po plaży. 



W końcu 10. kilometr z paroma zakrętami i też odcinkiem po polu, i za ostatnim skrętem w końcu - meta! A ja 13. Open i 1. kobieta z czasem netto 45 minut 1 sekunda, czyli poprawa o ponad półtorej minuty. A jak się później okazało nad drugą panią miałam spokojną przewagę ponad siedmiu minut. :-)



MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa