sobota, 6 stycznia 2018

Pierwszy kalendarzowy Parkrun w tym roku

Dziś pierwszy "regularny" Parkrun w 2018 roku. Poprzedni był nadzwyczajny, nazywany też specjalnym. Odbywał się w Nowy Rok o 9:00, kiedy większość ludzi jeszcze spała. Inni się budzili i planowali późniejszy trening, np. Parkrun w Dąbrówce albo dopiero bieg noworoczny nad Rusałką czy też na Cytadeli. 



Natomiast dzisiaj, wszystko zgodnie z kalendarzem, czyli: jest sobota, jest Parkrun! Chociaż jednak trochę inaczej, bo święto i może dzięki temu więcej osób mogło dotrzeć. Ja zjawiłam się wyjątkowo wcześnie, bo już około 8:30 dojechałam do Cytadeli. Prawdopodobnie dlatego, że postanowiłam pobiec bez Fraszki. Z tego powodu jakoś szybciej się wygrzebałam. ;-) Dałam jej dzisiaj wolne, bo ostatnio sporo biegała. Ja za przez ból nogi odpuściłam wszystkie tego typu treningi przez cały tydzień. Na Parkrunie chciałam pobiec wolno i sprawdzić, jak się ma moja stopa po tej przerwie, ćwiczeniach, a także zmianie butów. No i przy okazji mogłam zaliczyć 100. bieg na Cytadeli. Oczywiście jubileusz nieoficjalny, bo 100. "trzasnęła" mi już ponad rok temu, ale składały się na nią biegi w różnych lokalizacjach, a teraz równe 100. na Parkrun Poznań.



Dobrze, że dopiero styczeń, bo moje statystyki parkrunowe wyglądają dość zabawne, jeśli chodzi o najlepsze wyniki. 
W 2014 roku: 24.41,
w 2015: 20.24,
w 2016: 20.02,
w 2017: 19.49,
a w 2018 na razie: 23.08, a jak pisałam jakiś czas temu, to najgorszy rezultat od wielu miesięcy.

Tymczasem dzisiaj znowu wolno. Znalazłam towarzystwo na spokojny bieg, więc było dodatkowe wytłumaczenie. Mieliśmy biec tempem 5:30, ale ponieważ ja jako zając, zachowuję się jak Fraszka, więc oczywiście było szybciej. ;-) A tak poważnie, to stwierdziłam, że tak wolne tempo jest poniżej możliwości (nie moich ;-)). No i ostatecznie dobiegliśmy w czasie 24 minuty 34 sekundy, czyli udało się poniżej 25 minut. ;-) Na mecie otrzymałam token z numerem 111! W poniedziałek też było słabo, ale jednak zajęłam wtedy 28. miejsce. Zresztą dziś widać było, że pojawiło się sporo osób, bo dużo  biegło zarówno przed, jak i za nami. No i to się potwierdziło, bo w 285. biegu z cyklu Parkrun Poznań wzięło udział 266 biegaczy. Do tego było jeszcze oczywiście kilkoro wiernych wolontariuszy.

Ponieważ byłam bez Fraszki, miałam więcej luzu i okazji, żeby pokręcić się przed biegiem i po nim. Podczas rozgrzewki wydawało mi się, że nikt mnie nie rozpoznaje. Potem jednak okazało się, że pomimo braku psa, znajomi wiedzą, że ja to ja. ;-) I nieznajomi, ale czytelnicy bloga, też poznają. Dzisiaj przywitałam się z Kasią. Bardzo się cieszę, bo jest mi zawsze miło spotkać kogoś zainteresowanego biegowymi poczynaniami - Fraszki i moimi.


Po Parkrunie niestety, zamiast udać się na tradycyjną kawę, pojechałam z moją stopą na wizytę u fizjoterapeuty. Nadal wiele nie wiadomo, ale raczej znowu powinnam się wstrzymać z bieganiem. :-(


wtorek, 2 stycznia 2018

Relacja z dramatycznego przeBIEGU po nowy rekord trasy kobiet na Parkrunie w Dąbrówce (poprzedzonego rozbudzającą przeBIEŻKĄ na Parkrunie w Poznaniu)

Krótkie rozstanie, by po chwili spotkać się ponownie z kilkudziesięcioma biegaczami z Poznania oraz pewnie w podobnej liczbie (albo mniejszej ;-)) osób z Dąbrówki i okolic. Dojechaliśmy sprawnie i szybko, na tyle, że było sporo czasu na rozgrzewkę. Chociaż biegłam wcześniej w Poznaniu, to zdążyłam się już schłodzić. Może też przez to wydawało mi się, że w Dąbrówce jest znacznie zimniej. Na Cytadeli dzisiaj cały czas czułam, że mi gorąco i myślałam, że drugi Parkrun pobiegnę bez opaski i rękawiczek, a może nawet na krótki rękaw - skoro ma być rekord trasy. 





Tymczasem... opaskę rzeczywiście zdjęłam, ale tylko dlatego, że była mokra. Rękawiczek zaczęłam szukać zaraz po tym, jak wysiedliśmy z samochodu. W głowę mi było zimno, więc założyłam nawet grubą czapkę. No i to by było tyle rozbierania na szybki bieg. Rozgrzewka poskutkowała tym, że poczułam ból stopy i to nawet nie tak bardzo podeszwę, co roztarcie z ostatnich dni. Przebiegłam kilkaset metrów z myślą, że przed startem powiem mojemu Zającowi, że nic z tego i że dzisiaj to ja mogę sobie tylko spokojnie potruchtać, bo rekordu pobić nie jestem w stanie. Ale zrobiliśmy jeszcze wspólnie kilkaset metrów i przestałam czuć każdy krok. Pomyślałam więc, co szkodzi spróbować? Jak nie dam rady, to trudno. Ale warto powalczyć.



Pożartowałam jeszcze ze znajomymi, bo z biegaczami zawsze wesoło, a ostatnio szczególnie przyjazna, świąteczna atmosfera, którą Fraszka trochę zakłóciła i ją starano się zagłuszyć, ale oczywiście nic z tego nie wyszło.


Wystartowaliśmy. Poszła oczywiście po 3.50, na co jej pozwoliłam, chociaż wystarczyła średnia 4.15, a nawet wolniej, ale bałam się, że mnie i jej zabraknie sił, a na trasie czekało nas błoto i kałuże. Kolejne kilometry nie były oczywiście tak szybkie jak pierwszy, ale Fraszka zachęcana i nawoływana gnała do przodu. Gorzej ze mną, bo ja mniej chętnie skaczę przez wodę i raczej ślizgam się po mokrej nawierzchni. Ale korzystałam z tego, że biegnę za kimś i mogę kierować się po bardziej suchych fragmentach ścieżki. Kałuże niestety mocno mnie spowalniały, bo raz, że biegłam trochę slalomem, dwa, że momentami było ciasno, bo również inni biegacze próbowali je ominąć, no i trzy, że kiedy ja chciałam ominąć, to Fraszka akurat miała ochotę napić się albo wykąpać. No i mieliśmy jeszcze jeden niebezpieczny moment, kiedy jakiś pies dosłownie wyskoczył przed Fraszkę i nie chciał jej zostawić. Kiedy wydawało się, że przestał za nią biec, wrócił jeszcze chyba ze dwa razy. Kiedy w końcu udało nam się go pozbyć, Fraszka jakoś łatwo się otrząsnęła, ale ja dodatkowo zmęczyłam. 



Pierwszy kilometr był oczywiście fantastyczny, a to - rzecz jasna - dlatego, że pierwszy, a ponadto: prosty, suchy i Fraszka z zapasem sił. A mnie biegło się przyjemnie miękko, nie tak nieprzyjemnie po asfalcie, jak teraz mi się niestety biega po Cytadeli. Potem było coraz gorzej, bo ja bardziej zmęczona, bo błoto... Motywacja też jakoś spadała. Po drugim kilometrze już nie byłam pewna, czy coś z tego będzie, czy uda nam się przyspieszyć, czy raczej zwolnimy jeszcze bardziej. Utrzymaliśmy tempo podobne do drugiego kilometra, więc raczej zaczęłam patrzeć na średnie z całego biegu. Do tego rzuciłam okiem na tętno, które rosło szybciej niż na poprzednich Parkrunach, więc... przestałam zwracać na nie uwagę.


Na czwartym kilometrze tak mocno zwolniłam, że chciałam powiedzieć: "Grzesiu, daj sobie spokój", ale nie miałam na to siły. Zresztą wyglądało na to, że tylko ja z naszej trójki straciłam nadzieję. Kiedy Garmin oznajmił pokonanie czterech kilometrów, spojrzałam na niego, ale nie, żeby sprawdzić tempo, tylko czas. Pokazywał jakieś 17:08. Szybka matematyka i byłam w stanie wyliczyć chociaż tyle, że istnieją jeszcze teoretyczne szanse, żeby zmieścić się poniżej tych 21 minut i 28 sekund.



No i cóż... Skrzyżowaliśmy się jeszcze z dwójką biegnącą prostopadle, ale potem jakoś wzięłam się w garść, bo zaczęłam przyspieszać. Zegarek wskazywał tempo kilometra 4.15. Zobaczyłam wolontariuszy na mecie i sprawdziłam, że mam jakąś minutę na przebiegnięcie ostatniego odcinka. Ucieszyłam się na ich widok, ale potem zaczęło mi się wydawać, że są jednak strasznie daleko, więc przyspieszyłam jeszcze do 4.09 i nie wiem, jaki cud sprawił albo dwa (czy też dwoje moich cudów), że - po tych wszystkich perypetiach - minęłam metę z czasem 21 minut 22 sekundy, czyli o 6 sekund szybciej niż wynosił poprzedni rekord trasy kobiet. 




Podsumowując, można napisać, że dziwne to albo nawet głupie, żeby stawiać sobie takie cele w Nowym Roku i to w mojej sytuacji. Bo Parkrun, to Parkrun, czyli liczy się przede wszystkim atmosfera. No i wszystko prawda. Ale takie małe osiągnięcia podbudowują i dodają chęci do dalszego biegania, planowania i realizowania. Teraz najważniejsze jest, żeby uporać się zapewne z kolejnym skutkiem mojego "krzywego biegania", czyli bólem stopy. A w międzyczasie przyjdzie pora na decyzje o startach w 2018 roku.



Tymczasem z całym sercem do Parkrunu, chwilowo jestem rekordzistą tras w czterech lokalizacjach, a udało mi się pobiec w 39, w tym w 17 z Fraszką. Przez te wszystkie wycieczki dopiero następny Parkrun na Cytadeli będzie moim 100. w Poznaniu. Rozpieszczone przez tak częsty Parkrun, musimy jednak trochę odpocząć, bo nawet Fraszka przestanie się cieszyć na bieganie i nie będzie pytać: "Pancia, czy teraz zawsze Parkrun będzie co drugi dzień?" ;-)

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Rozbudzająca noworoczna przeBIEŻKA na Parkrunie w Poznaniu poprzedzająca dramatyczny przeBIEG po nowy rekord trasy kobiet na Parkrunie w Dąbrówce

Rok 2017 zakończył się rowerowo, a początek 2018 na biegowo. A gdzie? Oczywiście na Cytadeli. :-) Tak naprawdę, to nie było to takie oczywiste. Przez cztery lata z rzędu w Nowy Rok zjawiałam się na Towarzyskim Biegu Noworocznym nad Rusałką. Ale po raz pierwszy w Polsce biegi Parkrun odbywały się także w drugie święto Bożego Narodzenia oraz właśnie w Nowy Rok. W związku z ostatnimi wyjazdami do innych lokalizacji, pojawił się pomysł, żeby 1 stycznia też jakąś odwiedzieć. W planach był Gorzów Wielkopolski... Ale ponieważ tych wycieczek też sporo, postanowiłam zostać na Cytadeli. Chociaż niezupełnie zostać, bo po poznańskim Parkrunie sporo osób udało się na Parkrun do Dąbrówki, żeby zaliczyć pierwszego legalnego dubla. :-)



Dużo tych Parkrunów w grudniu udało się pobiec, a taka monotonia startowa skutkuje u mnie kombinowaniem. Skoro na jakiś czas zaprzestałam rozkminiania: gdzie by tu pojechać, zaczęło się kombinowanie: jakby tu pobiec. ;-) Niestety utrudnione dodatkiem: "żeby nie bolała noga". Empirycznie sprawdzone, że najlepiej po miękkim i ewentualnie wolno, chociaż szybko też można, to krócej boli. ;-) 



Dąbrówka najbliżej, ale jakoś nie mogłam się tam wybrać. A to z kilku powodów: kiedy była inauguracja, ja byłam "obrażona" na turystykę parkrunową, poza tym "trzaskałam Cytadelę" w celu złamania 20 minut, a po trzecie: jest tak blisko, że powtarzałam sobie, że mogę tam jechać bez specjalnego planowania. Ot tak, obudzę się pewnej soboty i postanowię: "Jadę do Dąbrówki zamiast na Cytadelę". Od początku chodził mi jednak po głowie plan ustanowienia tam rekordu trasy kobiet. Na początku nie wydawał się specjalnie wyśrubowany. Później jednak został poprawiony na 21 minut i 28 sekund, co ostatnio niekoniecznie było w moim zasięgu, zwłaszcza po kałużach i błocie. 



Do ostatniej chwili w poniedziałek trwały rozważania, czy próbować i co w takim razie zrobić z Cytadelą. W końcu zdecydowałam, że będę walczyć w Dąbrówce i nawet zamówiłam sobie dodatkowego, oprócz Fraszki, Zająca. Wciąż jednak nie wiedziałam, czy biec na Cytadeli czy odpuścić. I co Fraszka na ewentualne odpuszczenie albo wolniejsze przebiegnięcie.



Ustaliłam, że jednak muszę pobiec, żeby cokolwiek się rozbudzić. No i pobiegłam. Wolno, wolno, bardzo wolno, bo pierwszy kilometr około 5 min, ale to głównie dlatego, że później dołączyłam. Potem trochę przyspieszyłam. Na trasie śmiałam się i rozmawiałam z innymi biegaczami, ale przed czołgami poczułam, że jednak za szybko biegnę i to chyba nie był dobry pomysł. Z czasem 23 minuty 8 sekund, czyli najgorszym od prawie roku, kiedy z Fraszką ślizgałyśmy się na lodzie, zajęłam 28 miejsce na 117 biegaczy. 

Frekwencja chyba wysoka. Rano właściwie nie wiadomo było, czego się spodziewać. Brakowało wolontariuszy, ale biegacze z wolna docierali. Przynajmniej ci najbardziej wytrwali. Po biegu życzenia i rozmowy, ale dzisiaj szybko i krótko, bo potem... wycieczka do Dąbrówki. :-)

niedziela, 31 grudnia 2017

Bez pudła trafiając z formą na zawody tak, aby w rezultacie trafić na pudło - czyli podsumowanie Panci i mojego roku biegowego

Kiedy pomyślę o całym roku, to szczególnie szczęśliwie wspominam jego pierwszy kwartał. Z drugiej strony usłyszałam jednak, że "każdy chciałby tak dobrze kończyć sezon jak ja". Trochę zależy od priorytetów i punktu widzenia. ;-)



Od początku. Cele były podobne, jak zawsze - poprawić wyniki na wszystkich dystansach. I, o ile wcześniej się to udawało, tym razem niestety nie. Nie dlatego, że nie wyszło, tylko z powodu, że nie dane mi było wystartować na wszystkich planowanych dystansach. Konkretnie oczywiście w maratonie. Zamiast tego - dla odmiany od poprzednich dwóch lat - wzięłam udział w dwóch półmaratonach i w obu pobiegłam lepiej niż wcześniej. Zabawnie to pewnie wygląda - zwłaszcza dla tych, co biegają po dwie połówki w miesiącu. A ja tylko tyle przez cały rok. Ale chyba znana jestem z tego (przynajmniej od jakiegoś czasu ;-)), że starannie planuję starty docelowe. Potem skrupulatnie się do nich przygotowuję, a z efektami różnie bywa. :-)



Zatem jak było w tym roku? Główny cel na wiosnę to był Poznań Półmaraton. W tej części roku zrezygnowałam z maratonu, bo miał być spokojnie na jesień. Tymczasem pełna koncentracja na połówce, a po drodze starty treningowe: na 5 km w cyklu Agrobex, w Crossie Zimowym w Pobiedziskach na 10 km oraz bardzo treningowym biegu Logorun na 10,8 km.



Poza tym kontynuacja rozpoczętego w 2016 roku cyklu City Trail oraz start w parze w Biegu Walentynkowym, który ponownie zakończył się moim zbliżeniem do życiówki oraz ustanowieniem nowego PB na 10 km przez Fraszkę. :-)



City Trail natomiast traktuję jako osobistą porażkę wynikającą z z czwartego miejsca w kategorii, w której stać mnie było na podium, gdybym tylko lepiej zaplanowała udział w poszczególnych biegach i nie musiała ślizgać się na lodzie. I najważniejszy w tym okresie (i chyba całym roku pod względem prezencji wynikowej) - mój debiut w Maniackiej Dziesiątce, który miał być sprawdzianem przed półmaratonem, a właściwie to tego dnia obudziłam się rano z myślą, że wcale się do tego dystansu nie przygotowywałam i jakoś nawet nie mogłam się skoncentrować na tym, bo wybiegałam myślami do przodu - do półmaratonu właśnie - a mimo to - a może właśnie dlatego - tak dobrze mi się biegło i odważyłam się utrzymać tak szybkie tempo, które dociągnęłam do końca i osiągnęłam rezultat 41 minut 37 sekund, na dźwięk którego słyszę, że jestem talent wrodzony, a ja wiem, że to skutek ciężkiej zimowej pracy i przeklinania śniegu oraz lodu, i zastanawiam się, czy kiedykolwiek ten wynik poprawię...


No i wreszcie Poznań Półmaraton - poprawa wyniku sprzed roku o ponad 6 minut, więc zgodnie z planem, ale dużo trudniej niż mi się wydawało i z lękiem, czy wobec tego, jeszcze będę mogła szybciej biegać.

Na fali sukcesów po dyszce i połówce, pobiegłam w zawodach na torze Poznań na dystansie 5 km. I nie przeszkadzało mi nawet nagłe ocieplenie, bo bez problemu pokonałam wtedy moją ówczesną indywidualną życiówkę wynoszącą 20 minut 48 sekund, na 20 minut 35 sekund (haha). 

Kiedy ociepliło się na dobre, przestałam brać pod uwagę wyniki. Startowałam bardziej zabawowo, bo w kwietniu właściwie przypadało roztrenowanie, ale wzięłam udział w II biegu Agrobexu, a także w Nocnym Teście Coopera, z którego nie wynikło nic, bo lepszy wynik osiągam na zawodach na 5 km niż kręcąc kółka po stadionie przez 12 minut.



W maju zaczęłam więcej startować. Wzięłam udział w II Borówieckiej Zadyszce, VI Biegu Szpot Swarzędz. W czerwcu kolejne upalne zawody: dookoła Jeziora Brzostek oraz Bieg na Umultowie.



Tak się złożyło, że w tym czasie przypadło kilka biegów na krótszych dystansach - do 5 km maksymalnie, ale wyniki i tak były bez rewelacji ze względu na temperaturę. 



W tym czasie rozpoczęły się też przygotowania do jesiennego maratonu, więc wtedy najchętniej odpuściłabym starty. Z różnych innych względów wzięłam udział w Nocnej Botanicznej Piątce. Treningowo pobiegłam też (pewnie jedyny raz) Cytadelę by Night. Przed maratonem zaplanowałam trzy sprawdziany: Murowaną Dychę, Swarzędz Półmaraton i Półmaraton w Kaźmierzu. Pobiegła tylko w dwóch pierwszych. Do tego z sukcesem. Potem przyszła choroba i koniec marzeń o królewskim dystansie w tym roku.



Od września w ogóle kryzys wszelkiego rodzaju. Chyba wszystko razem się sprzysięgło przeciwko mnie, chociaż zapowiadało się dobrze, zwłaszcza po wakacyjnym obozie biegowym.



Na początku września jeszcze szybkie bieganie, a potem wszystko wzięło w łeb do tego stopnia, że truchtać ponownie zaczęłam dopiero pod koniec października. Zawody zaplanowane na listopad wypadły więc marnie, zwłaszcza że po Biegu Niepodległości wróciło przeziębienie, które jakoś tej jesieni nie może żyć beze mnie. Dlatego od grudnia trenuję tylko i wyłącznie bieg na samopoczucie - lepsze lub gorsze. Od stycznia - mam nadzieję - zacznę jakieś porządniejsze treningi, bo jak zawody zaplanowane, to i całe życie się jakoś lepiej układa. Mam kilka pomysłów, które jeszcze niedawno były zupełnie inne... Pewnie wkrótce będzie trzeba podjąć decyzje, a potem oficjalnie ogłosić i się trzymać. Chociaż po tym, jak mnie "siekło" w tym roku, to niczego już nie jestem pewna...



Nie wspomniałam o jednym ważnym elemencie, czyli Parkrunie. Z wiadomych powodów nie wymieniłam w kategorii zawody, ale oczywiście biegałam. Trochę zwiedzałam, chociaż ostatnio wyjątkowo mało.



Poza tym, zgodnie z tym, co zapowiedziałam - nadzwyczaj cieszyłam się ze złamania 20 minut na Cytadeli. Miała być większa radość  niż z 3.30 w maratonie, tego jednak nie dane mi było sprawdzić. Był to jednak niewątpliwie mój wielki sukces i szczęście niepojęte. Podobnie dwa tygodnie później, kiedy dobiegłam z czasem 20.01.



I kolejny - najważniejszy i najciekawszy aspekt mojego biegania - a przede wszystkim najsławniejszy, czyli Fraszkowanie. :-)
Otóż Fraszka - trenując i planując zawody ze swoim najlepszym trenerem (czyli ze mną) - wykonywała wszystkie ćwiczenia zgodnie z zaleceniami i bez pudła trafiała z formą w zawody tak, żeby w rezultacie trafić na pudło i to zwykle to najwyższe. :-) 
W tym roku główne starty były dwa - pierwszy tradycyjny Bieg z Łapką w Bydgoszczy, który wydawał mi się przetarciem przed głównym, a okazał się fantastyczny jak dla mnie Maniacka. Bieg docelowy natomiast zakończył się jedynym branym pod uwagę miejscem pierwszym ;-) jednak przyszło nam to z większym trudem. Potem trafiła się jeszcze wisienka na torcie albo kropka nad i, czyli zawody w Ostrowie, które zakończyły się zwycięstwem naszej żeńsko-żeńskiej pary. :-)



To jeszcze jak w ubiegłym roku - liczba startów na poszczególnych dystansach
4 km (i około): 2 - Bieg po Woli (miejsce K: 4, kat.: 3), Nocny Bieg Świętojański (miejsce K: 2);
5 km: 11 - City Trail Poznań - bieg IV, bieg V, bieg VI, II Bieg Agrobex Pobiedziska (miejsce K: 5), III Bieg Agrobex Pobiedziska (miejsce K: 4),  3. Bieg Formuła 1 (miejsce K: 1), V Bieg Grand Prix o Puchar Rady Osiedla Umultowo (miejsce K: 1), Nocna Botaniczna Piątka (miejsce K: 2), II Charytatywny Bieg Grand Prix im. A. Szozdy (miejsce K: 1), Bieg Niepodległości w Obornikach (miejsce K: 2), Ostrowska Jesień Biegowa - bieg z psem (miejsce K: 1);
8 km: 1 - Bieg z Łapką w Bydgoszczy (miejsce K: 1, biegacz z psem: 3)
10 km i około: 10 - III Bieg Walentynkowy - pary (miejsce 2), II Maxcess Zimowy Cross Pobiedziska (miejsce K: 2), 13. Maniacka Dziesiątka, Bieg Cztery Pory Roku LOGORUN - Wiosna (miejsce K: 2), II Borówiecka Zadyszka (miejsce K: 2, kat.: 1), VI Bieg Szpot Swarzędz, III Bieg Dookoła Jeziora Brzostek (miejsce K: 2), Cytadela by Night (miejsce K: 2), Murowana Dycha (miejsce K: 4, kat. 1), Pogoń za Wilkiem - bieg z psem (K: 1)
Półmaraton: 2 - Poznań Półmaraton, Swarzędz Szpot Półmaraton

Okazuje się, że tych startów znacznie więcej niż w roku ubiegłym.
Parkruny: 29
w tym Poznań: 17
inne lokalizacje: 12

To jeszcze liczba zawodów: 26 - czyli wyszła znacznie większa niż w poprzednim roku, a podobno ja dużo nie startuję. ;-)

Dla porównania: podsumowanie roku 2016: 2016 i 2015: 2015

Wybiegane kilometry:
2017: 1999
2016: 1770
2015: 2048

Na zakończenie dziękuję wszystkim Czytelnikom - tym lokalnym i mieszkających oraz biegających dalej ode mnie, a których zdarzyło mi się spotkać, szczególnie w różnych lokalizacjach Parkrun. Dziękuję za zainteresowanie i miłe słowo.
Wielkie podziękowania też dla Fotografów (w tym roku zwłaszcza jednego) za takie fantastyczne zdjęcia. Złapać Agnieszkę na uśmiechu w połowie półmaratonu to rzadkość ;-)
Znajomym, Przyjaciołom i Najbliższym dziękuję przede wszystkim za wsparcie mnie w trudnych chwilach, kiedy nie mogłam startować, trenować i w ogóle biegać.  Mam nadzieję, że w kolejnym roku będzie dużo lepiej, czego życzę Wam i sobie. A jakie plany na 2018 rok? O tym pewnie w kolejnych wpisach.

MOJE REKORDY

MOJE REKORDY

Turystyka parkrunowa

Turystyka parkrunowa